wtorek, 7 maja 2024

Odmiana w sanatoryjnym życiu (Biawena w Wysowej) - powtórka Wielkanocy




Kontynuacja wpisu: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/04/blog-post.html



W ostatnim kwietniowym tygodniu moje sanatoryjne życie się odmieniło. Poczułam bliskość końca ZUS-owskiego turnusu. Postanowiłam więc dobrze wykorzystać czas, który mi pozostał. Zmaksymalizować potencjalne późniejsze korzyści.



Zainwestowałam zatem w dodatkowe zabiegi. W sąsiednim sanatorium (znów Instytut Zdrowia Człowieka), bo ZUS podobno nie pozwala, by takie rzeczy robić w swoim. Dokupiłam masaże klasyczne (bo czekoladowe miałam zamówione w SPA naszego ośrodka:), a także okłady borowinowe na dwa newralgiczne miejsca mojego kręgosłupa.



No i mam nadzieję, że taka terapia zaskutkuje wreszcie jakimiś widocznymi efektami. Zwłaszcza, że wytrwale łączę ją z ruchem. Choć pogoda nam się załamała już po pierwszym weekendzie w Wysowej i w ciągu ostatniego czasu stała się prawdziwie kwietniowa (przeplatając chłód, mgłę, przymrozki, śnieg, opady, wiatr), to i tak staram się codziennie wychodzić na spacer. Obeszłam wszystkie „wspominkowe” dla mnie miejsca w okolicy, odwiedziłam też jedno nowe na niebieskim szlaku, okrążającym Górę Wysota.


Na nim właśnie w ubiegłym roku stanęły rzeźby wykonane piłą mechaniczną przez niejakiego Andre (Andrzej Zawadzki) spod Warszawy. Niby nic z wystrzałem fajerwerków w tle, ale jednak zawsze jakiś pretekst do wyjścia w teren jest. Dodatkowo uczestniczyłam w organizowanych dla kuracjuszy przez Biawenę spacerach z emerytowaną przewodniczką beskidzką – panią Marią. To, jak na swoje lata, urzekająca energią kobieta, miło było ją poznać, choć prowadziła wycieczki do miejsc, które już wcześniej znałam.




Oczywiście czas na świeżym powietrzu to również kontynuacja „terapii parkiem”, którego kwietniową wersją jestem wprost zachwycona. W pierwsze dni po przyjeździe po prostu oczu nie mogłam oderwać od trawników pełnych fiołków, zawilców i polnej rzeżuchy. Czułam się tam jak w zaczarowanym lesie, zamieszkałym przez ptaki i wiewiórki - miejsce jednak jest ulokowane w samym centrum miejscowości. Wszędzie stąd blisko i dodatkowo można się tu zaopatrzyć w leczniczą wodę mineralną prosto z ujęcia Józef. 



To wszystko, co pozostało ze starych dobrych czasów i możliwości. Kiedyś można było darmowo korzystać z rozsianych po parku źródeł. To czasy sprzed odbudowy miejscowej pijalni. Teraz trzeba w niej płacić za każdy łyk leczniczej wody. Ot, i takie to właśnie zmiany niby „na lepsze”. Jakoś mnie nie cieszy taki trend w rozwoju Wysowej. 



Kolejną z takich niecieszących zmian jest rozpoczęcie końcem kwietnia akcji koszenia trawników. Niestety ofiarą tego procederu padają wszystkie podziwiane przeze mnie wcześniej kwiaty. Nie wiem, co komu zawiniły te fiołki i zawilce…. Przecież ich nektarem mogłyby się wykarmić motyle i pszczoły, które już zbudziły się po zimie. Poza tym w kwietniu to wciąż bardzo niski trawnik. Zanim podrośnie do wystrzyżenia, to można by było pozwolić kwiatom na zawiązanie i wysianie nasion.



I komu się właściwie podoba zielona przestrzeń wygolona do samej ziemi? Nie rozumiem naprawdę tej zaciętości w koszeniu. Dobrze chociaż, że z nową falą ciepła skoszone łąkowe połacie na obrzeżach parku zaczynają się pokrywać żółtymi mleczami, bo inaczej ten leczący poprzez zmysły – kolorowy i malowniczy krajobraz stałby się miejscem o wiele mniej nadającym się do leczenia niż do tej pory.



No ale jak widzę, skoszony trawnik stał się obecnie synonimem zadbanej przestrzeni i eleganckiej formy ogrodnictwa. Włodarze parku chcieli się więc zapewne pokazać od tej strony turystom coraz liczniej przybywającym do Wysowej w związku z nadchodzącym długim majowym weekendem. Ze względu na nich uruchomiono w parku również fontannę i mini tężnię. Otwarto dodatkową lodziarnię i zwieziono skądś budkę chyba do sprzedaży pamiątek. Nawet pod Biaweną zaszły zmiany - postawiono kawiarniany ogródek, a obsługa wyniosła na trawnik leżaki i wielkie szachy.




*

Przed długim weekendem w Beskidzie Niskim pojawia się też Helena. Zjechała do swojego domku oddalonego o dwie wsie od Wysowej na prawosławną Wielkanoc. To już nie tylko odmiana, ale generalny zwrot w moim przemijającym dosyć jednostajnie do tego czasu pobycie w sanatorium. 



Zaczyna się od weekendu w domku Heleny z porządkowaniem ogrodu i ogniskiem z kiełbaskami, następnego zaś dnia wędrujemy z Wysowej do Ropek i odwiedzamy jej znajomych z gospodarstwa agroturystycznego Swystowy Sad. Piękne to miejsce i trochę jakby odrealnione w swoim zatrzymaniu w ciszy i historii. Edi z mojej byłej szkoły robiła tu swego czasu warsztaty ogólnorozwojowe. Nawet prawie udało mi się na nie załapać trzy lata wcześniej, ale jednak w ostatniej chwili się wycofałam. Teraz myślę, że szkoda…
To nie jedyna taka sytuacja. Wiele lat wcześniej mieliśmy zarezerwowany w Swystowym Sadzie wakacyjny pobyt rodzinny, ale też go odwołaliśmy. Stało się tak, ponieważ w tamte wakacje zamieszkaliśmy u Heleny...




Ale obecnie staram się jakoś doświadczyć choć odrobiny wrażeń, które mnie wówczas ominęły, wchłaniając pobyt w Swystowym Sadzie wszelkimi zmysłami. Delektujemy się z Heleną pysznym ciastem daktylowym gospodyni, a także rozmową z nią i jej mężem, wdychając woń drewnianej chaty i szczap, którym pan domu rozpala w kominku. Łapię w kadry błyski i lśnienia słońca na swawolnych, roztrzepotanych wietrzykiem liściach. Fotografuję psy i kozy. No dosyć, już wystarczy – nie można zabierać zbyt dużo czasu gospodarzom, którzy mają moc pracy na okrągło przy obsłudze agroturystycznych gości.



Idziemy dalej i odwiedzamy w Ropkach stary cmentarzyk oraz miejsce, gdzie kiedyś stała cerkiew. Niestety, przeniesiono ją do skansenu w Sanoku i po dwudziestu latach, zdaniem Heleny, bardzo nieudolnie zrekonstruowano. Mimo że okoliczna ludność chciała jej powrotu do Ropek. 


Myślałam, że czasy, kiedy podejmowano decyzje w sprawie tej ziemi, których nawet nie chcę komentować, już dawno przeminęły. Tymczasem na stronie skansenu czytam, że historia z rekonstrukcją cerkwi wcale nie jest aż taka odległa. Z tekstu wynika, że ponownie postawiono ją w Sanoku w latach 1996 – 2001, przy czym konserwacja polichromii zakończyła się w roku 2006. Gdyby zrobiono to na terenie Ropek, miejscowa ludność już kilkanaście lat mogłaby ponownie użytkować odzyskaną świątynię.


Zaglądamy też do jeszcze jednego starego sadu. Tym razem nawet nie wiadomo, kto go założył i do kogo należał. I pewnie nigdy się nie dowiemy, co spotkało jego właścicieli. Ileż te góry musiały widzieć smutku i bólu… Może to dlatego jest w nich jakaś wyczuwalna przeze mnie nutka delikatnej nostalgii… Albo może ona rozpala się tutaj we mnie i przenoszę ją na wszystko, co mnie otacza w tych stronach?



Robi się późno. Pora pożegnać te nostalgiczne góry i wrócić do swojego sanatorium. A na pożegnanie... Helena zaprasza mnie do siebie na łemkowskie święta. Po zakończeniu turnusu, od czego dzieli mnie jeszcze tylko kilka dni. Odpowiadam, że się zastanowię i się zastanawiam…



- Nie ma się co zastanawiać, trzeba korzystać, jak jest okazja – podpowiada Marzenka. W końcu stwierdzam, że ma rację. Kończę turnus miłym akcentem - ostatnim rytuałem czekoladowym, a także pobytem w spa z saunami oraz jakuzzi i w Wielki Czwartek prawosławnych Świąt przeprowadzam się do Heleny. 


Zaskakuje mnie to, jak bardzo zrobiło się u niej zielono przez te kilka dni, kiedy nie oglądałam okolic jej domu. Wiosna obecnie wygląda w taki sposób, jakby właśnie "buchła majem". W Beskidzie Niskim zakończył się dla mnie powtórzony kwiecień. Przede mną jeszcze powtórka Wielkanocy. Do domu wrócę dopiero po długim majowym weekendzie.





*

Przygotowania do prawosławnych Świąt nie różnią się niczym od tego, co robią katolicy. Przedświąteczne porządki i praca nad zapewnieniem świątecznej obfitości stołu przebiega tak samo, jak u nas. 



Obiecuję Helenie pomoc w tym zakresie i staram się solidnie wywiązać z obietnicy. Mimo, że zakres i plan prac związanych ze Świętami mnie zaskakuje. Muszę przyznać, że nawet u siebie w ramach przedświątecznych porządków na przykład nie myję okien w piwnicy czy garażu. No ale Helena w przeciwieństwie do mnie jest jednak perfekcyjną panią domu. A ja robię to, co mi zleci.



Jej młodszy syn, który zjedzie już na same Święta, będzie później żartował, że mama sprowadziła mnie z sanatorium do obozu pracy. Ale jednocześnie wyrazi zadowolenie, że pomogłam mojej obecnej gospodyni we wszystkich przedświatecznych działaniach. Podobno zawsze przed Wielkanocą były one udziałem Tymka. Nie dziwię się więc jego radości, że tym razem go zastąpiłam...


W czasie Świąt w domu Heleny przebywa też jej starszy syn Jakub ze swoją dziewczyną. Miło mi było zaznajomić się z Agnieszką, dużo o niej już wcześniej słyszałam. Poznałam również innych członków rodziny Heleny przybyłych ze świąteczną wizytą. W sumie, tak jak i u nas, Wielkanoc w prawosławiu ma bardzo rodzinny charakter.




To już moje trzecie Święta Wielkanocne w prawosławnym wydaniu. Nic mnie więc jakoś specjalnie nie zaskakuje. Pierwszy raz świętowaliśmy tutaj z mężem jeszcze w czasach studenckich, później skorzystaliśmy z zaproszenia Heleny po śmierci Bartka. Cieszę się znów widokiem kwitnących w okolicy kaczeńców. W tym roku mam okazję przyglądać się też dzikim orchideom - jedna zakwitła nawet u Heleny na podjeździe do garażu. 




Ale czasu na przedświateczne spacerowanie po okolicy po prostu nie ma. Nawet w Święta  zaliczymy z Heleną jedynie krótki spacer leśnymi duktami po zakończeniu wielkanocnych obrzędów.



Prawosławne rytuały zawsze robiły na mnie spore wrażenie. W Wielki Piątek jedziemy do cerkwi na nabożeństwo pogrzebu Chrystusa, a następnego dnia przygotowujemy jajka do święcenia. Tu trzeba się przyznać, że technika ich ozdabiania była dla mnie nie lada wyzwaniem. 





U Heleny na zakolorowanych skorupkach maluje się wzory solarne woskiem zabarwionym czarną pastą do butów. Przenosi się go na jajko za pomocą szpilek wbitych do patyczka. No naprawdę, wyższa szkoła jazdy.




Jestem najlepszym przykładem, że trening nie czyni mistrza:) – piszę do najbliższych po którejś z kolei próbie, przedstawiając na dowód fotki z nader marnymi efektami moich starań. No ale, jakby nie było, nowe doświadczenie artystyczne zostało przeze mnie zdobyte.




Jajka, wraz z innymi pokarmami, święci prawosławny ksiądz na zakończenie wielkanocnego nabożeństwa w cerkwi. Zaczyna się ono w nocy z soboty na niedzielę i jest nad wyraz uroczyste, a także długie. W następnym, połączonym ze świątecznymi procesjami, będziemy uczestniczyć w Wielkanocny Poniedziałek. 



Muszę przyznać, że zapach kadzidła, migotanie długich, cienkich, woskowych świec i śpiewy zespolone z dźwiękami dzwonów i dzwonków działają na moją duchowość w takich sytuacjach wręcz odurzająco. To dla mnie dużo znaczy, że mogłam uczestniczyć w tych uroczystościach.



Ale za domem tęsknię już bardzo. Tymek, wracając do Krakowa w poniedziałkowy, wielkanocny wieczór, wydłuża drogę i odwozi mnie omal pod same drzwi. Na taką okazję właśnie ZUS wyposażył mnie w gotówkę, wyliczając koszty podróży powrotnej:). 

Jestem przeszczęśliwa, mając znów przy sobie swoje dzieciaki i zwierzątka. Bardzo stęskniony Maciuś nie odstępuje mnie nawet na krok.




Wróciłam do swojej normalności. Nie było mnie w moim codziennym życiu przez miesiąc. Przeżyłam powtórnie kwietniową wiosnę i Wielkanoc. Ale już przyszła pora, by iść naprzód… Skończyć z powtórkami i wreszcie ruszyć na spotkanie tego, co nowe...






GALERIA 1 - wycieczka do Ropek (Swystowy sad)











































GALERIA 2 - Okres wielkanocny na Łemkowynie



























































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz