Marzył mi się sanatoryjny pobyt w okresie, gdy będzie piękna pogoda, co dla mnie oznacza konkretne ciepło i słońce. Tymczasem przypisano mnie do turnusu, który rozpoczynał się w pierwszej dekadzie kwietnia. To wzbudziło niepokój. Kwietniowe góry? To przecież może oznaczać jeszcze całkiem zimową aurę.
No ale z ZUS-em nie ma dyskusji. Trudno byłoby mi sobie wyobrazić, że zwracam się do tej instytucji z prośbą, by ze względu na pogodę przełożono mój wyjazd chociażby na maj. Majowe góry? Tak, to brzmi już całkiem nieźle.
Górski kwiecień wymusza spakowanie do walizki ubrań praktycznie na wszystkie pory roku – zima, wiosna, lato… Co innego maj – raczej nikt wówczas nie spodziewa się ujemnych temperatur i śniegu. Większość czasu można spędzić w sandałkach i letnich sukienkach. Ciesząc się naturą w pełni jej rozkwitu. Ach, czemuż ten mój turnus nie jest w maju?
I tak sobie właśnie narzekam przez cały okres poprzedzający wyjazd. A w tym czasie przyroda przygotowuje mi absolutnie niewiarygodny prezent. Kwietniowy maj? Tak, do tej pory też nie wiedziałam, że to możliwe.
A jednak takie określenie Ani trafiło w sedno. Kwietniowe temperatury poszybowały wzwyż do trzydziestu stopni ciepła. Na ulicy pojawiły się krótkie rękawki. Cały okres wegetacyjny przesunął się o kilka tygodni do przodu w stosunku do lat ubiegłych. Przed moim wyjazdem zakwitły nawet bzy, które zawsze były wręcz majowym symbolem.
*
W dzień wyjazdu Kacper mocno narzeka na upały. Rzeczywiście aż się spocił, taszcząc na dworzec moją największą walizkę spakowaną na wszystkie pory roku (bo to jednak kwiecień;). Ja nawet nie potrafię jej podnieść. Obok nas na dworcowej ławeczce przysiadła dziewczyna w sukience bez rękawów.
Dojazd do sanatorium okazuje się fatalny. Z rozkładu jazdy zniknęły wszystkie autobusy relacji Kraków – Wysowa, jeżdżące wcześniej w dni powszednie. Jedynym sensownym pomysłem wydaje się droga przez Tarnów. Pociąg, który ma mnie tam dowieźć jest spóźniony. Nie ma w tym nic specjalnie dziwnego. Rozpoczął swoją trasę w austriackim Grazu ponad osiem i pół godziny wcześniej, chyba więc jest już co nieco zmęczony;).
Na dodatek wjeżdża na inny peron niż powinien. Ja się z miejsca poddaje, ale Kacper nie odpuszcza.

- Biegnij - krzyczy do mnie, kierując już moją gigantyczną walizkę w stronę podziemnego przejścia. Ja nawet bez bagażu ledwo daję radę z pośpiesznym pokonaniem takiego dystansu. Na szczęście międzynarodowy pociąg z Grazu... czeka na nas. Kłaniamy się z wdzięcznością służbie konduktorskiej, a Kacper ostatkiem sił wrzuca mój bagaż do środka. Pierwszy etap dojazdu do Wysowej uznaję za ogarnięty:).
Na dworcu busów spotykam dwie panie, które również jadą do sanatorium w Wysowej. I choć jeszcze wówczas o tym nie wiem, to właśnie Kinia i Marzenka będą mi najbliższymi osobami na tym turnusie. Na szczęście nie muszę długo czekać na nasz pojazd – w końcu, w przeciwieństwie do poznanych dziewczyn, przyjechałam opóźnionym pociągiem:).
Oddalając się coraz bardziej od Tarnowa rozpoczynam także podróż w czasie. Cofam się od tej majowej wiosny, panującej w moich stronach, do kwietniowej, która u nas już zdążyła przeminąć. I tak naprawdę to mnie cieszy. Zaczyna do mnie docierać, że będę w tym roku miała wiosenną powtórkę.

Chyba zapomniałam już, jak pięknie jest w moim ukochanym Beskidzie Niskim. Chyba zapomniałam już, jak bardzo kocham okolice Wysowej. Dobrze być wreszcie na miejscu.
Kierowca wysadza nas pod Instytutem Zdrowia Człowieka, a wyjmując moją walizkę znów nawiązuje do budownictwa, eh;). Odległość, która dzieli nas od Biaweny jest krótka, ale to ostro pod górkę. Mimo kółeczek bardzo trudno wypchać na nią ciężki bagaż.
Recepcjonistka kieruje mnie, Kinię i Marzenkę do stołówki. Będziemy dzielić wspólny stolik do końca turnusu. Jest już pora kolacji. Na talerzyku dostajemy wydzieloną porcję – typowo sanatoryjne wyżywienie. Dojadam chlebem z marmoladą. Jestem wreszcie najedzona. I dopełniwszy formalności mogę już wreszcie udać się do swojego pokoiku na szóstym piętrze. Do załatwionej przez Helenę jedyneczki.
*
„Atutem "Biaweny" Ośrodka Uzdrowiskowego jest niewątpliwie miejsce i położenie. Usytuowana na wzniesieniach w Wysowej-Zdroju, skąd z każdego pokoju widać przepiękną panoramę gór Beskidu Niskiego” – przeczytałam przed wyjazdem na stronie mojego sanatorium. Jako miłośniczka takich widoków ucieszyłam się przeogromnie.
Nie jest to jakieś mega trudne zadanie w sytuacji, gdy mój pokoik, choć malutki, okazuje się jednak komfortowy. Troszkę taki apartamentowy – z aneksem kuchennym, miejscem do pracy przy biurku, własną łazienką. Wyraźnie starano się go urządzić w przyjemnym dla oka, nowoczesnym stylu.
W końcu przecież gdybym miała wybór między pięknym widokiem, a możliwością mieszkania w pojedynkę, to bez wahania wybrałabym tę drugą opcję. A wszystkiego, jak widać, mieć nie można. I tak już dostałam bardzo wiele.
*
Dobrze, że sześć lat temu podczas mojego pierwszego pobytu w sanatorium spisałam swoje wspomnienia. Zaglądając do nich, odkrywam na pocieszenie, że wówczas, tak samo jak teraz, nie było mi łatwo przystosować się do trybu sanatoryjnego.
Znów mam problem z ogarnięciem planu wszystkich zabiegów i zobaczeniem sensu niektórych z nich. Ponownie nie wynoszę nic dla siebie z zajęć edukacji zdrowotnej oraz psychoedukacji wraz z treningiem relaksacyjnym. Czas niewiele zmienił w tym zakresie. Tak jak przed laty, ZUS znowu stawia głównie na gimnastykowanie pacjentów, a lekarz przepisuje mi cały zestaw gimnastycznych zabiegów.
Skutek jest taki, że fotel najpierw ściska moją głowę, bo niestety zaczyna masaż na znacznej wysokości, potem trochę tłucze po moich wystających łopatkach, resztę kręgosłupa omija, kończąc pracę na ściśnięciu kostek (w tym jednej mocno obolałej) w moich niestety nie za długich, w stosunku do jego gabarytu, nogach.
W sumie więc przyznano mi 119 zabiegów, z których niewiele mnie satysfakcjonuje. Tak naprawdę to udaje mi się przywyknąć do tego wszystkiego dopiero w połowie drugiego tygodnia turnusu. Do wszystkiego z wyjątkiem fotela.
Jednak gdy wczoraj na drugim spotkaniu z lekarzem proszę o zamianę tego „zabiegu” (zwłaszcza, że po gimnastyce, mam go najwięcej w harmonogramie) na cokolwiek innego, to słyszę, że się nie da. Bo „system nie pozwala”. Nie mogę tego pojąć. Jak można upierać się przy tym, żeby przepisywać pacjentowi zabiegi zupełnie dla niego nieodpowiednie?
- Ależ panie doktorze, to jest marnowanie (publicznych) pieniędzy. To nie ma sensu.
- Jak wiele innych rzeczy w tym kraju – pada odpowiedź, która niczego nie zmienia.
- Życzę miłego pobytu.
No niby uprzejmie, tylko że kompletnie bez efektu. Na szczęście w końcu któraś z pacjentek na własną rękę zdobywa informację o możliwości rozłożenia fotela masującego. I wtedy wreszcie w pozycji półleżącej zaczynam odczuwać jego działanie. No niech już będzie, jakoś to wytrzymam do końca turnusu.
Inni kuracjusze (bo nikomu "system nie pozwolił zmienić zabiegów") po prostu się poddają. Przestają na nie uczęszczać. Słyszę, jak jedna pani skarży się drugiej na taki bezsens:
- Tracę czas na gonieniu za podpisami [potwierdzenie wykonania procedury zabiegowej na karcie kuracjusza - przyp. aut], zamiast go wykorzystać na zabiegi, które naprawdę mogłyby mi pomóc.
W ten sposób w moim planie dnia pojawiły się wreszcie dłuższe fazy wolnego czasu, który mogę spędzić zgodnie z własnymi upodobaniami. Poświęcam go głównie na „krajobrazoterapię”, jak nazywa ten rodzaj „zabiegów” Beata. Ja mogłabym do tego dodać „leczenie parkiem”, bo to mi podczas tego pobytu chyba najbardziej pomaga.
- To czas dla siebie – mówi Kinia przy którymś z coraz bardziej smakujących mi posiłków. I ma rację. Tyle że mnie sporo czasu zajęło odpamiętanie sobie tego. Ruch, świeże powietrze, woda z minerałami… i znów wstępuje we mnie nadzieja, że może jeszcze kiedyś będę naprawdę zdrowa...
P.S. Ciąg dalszy: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/05/cdn.html
GALERIA 1 - wycieczka na Górę Jawor





















































































































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz