sobota, 22 kwietnia 2023

24. TURCJA: Sarıkamış, Karakurt, Horasan, Köprüköy, Doğubayazıt - Do Araratu tranzytówką na Iran

 Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/03/skupisko-hoteli-dla-narciarzy-w-sarkams.html


Ani się obejrzeliśmy, kiedy nastał ostatni wieczór w Sarıkamış i trzeba było zaplanować dalszą część podróży. Jak dla nas trochę za prędko, jakoś nie zdążyliśmy jeszcze poczuć przesytu takim stacjonarnym odpoczynkiem. Łapiemy jego ostatnie chwile. Oczywiście będąc w kontakcie z Polską:).

Hej Beatko, co tam nowego? My odpoczywamy:), fajnie tak zwolnić tempo po 3 tygodniach szalonego rajdu przed siebie. Pozdrawiamy wciąż z Sarikamiş

Moje sprawy, to takie, które doskonale znasz... A ja, o tym, co teraz robisz Ty - nie mam zielonego pojęcia

No ale jak to? Przecież zdaję tak dokładną relację, że dokładniejszej się chyba już nie da? I do tego dołączam miliony zdjęć za każdym razem...


Ale wyprawa! Zdjęcia piękne! Zaraz też odpalę Wikipedię - lubię ten entuzjazm Beaty. Jakoś tak koresponduje z moim.

oglądam, co jest w pobliżu


Miło bardzo, kiedy ktoś w taki sposób podróżuje z nami, iż mimo odległości wręcz namacalnie czuje się jego obecność.

jeszcze popatrzę na mapy

Lubię sobie tak oglądać, gdzie jedziecie


Ja też to lubię, tyle że nie na mapach, bo z nimi to u mnie tak troszeczkę na bakier;). Jazda nocą? Jak dla mnie odpada nie tylko ze względu na niewyspanie. Przepadają również widoki, którymi wprost się nie mogę nasycić po drodze.


A nazajutrz w podróży czeka nas ich solidna porcja. Autorem tej części trasy jest mąż, który uznał, że po trzech dniach pobytu w jednym miejscu, teraz trzeba odrobić zaległości i nie przepuścić niczego z kategorii zwiedzanie okolicy. Ja nie do końca jestem pewna, czy aż taka intensywność jest wskazana w przypadku dopiero co nadwerężonego zdrowia, ale też nie chcę skrzydeł podcinać komuś, kto spędził wiele czasu na rozeznanie tematu miejsc wartych uwagi  podczas kolejnego odcinka drogi.



Zostawiam więc mężowi wolną rękę i daje się zawieźć tam, gdzie on zadecyduje.

I najpierw jest to centrum Sarıkamış:).


Oprócz zaopatrzenia w prowiant, (koniecznego po śniadaniu w Snow Life:), musimy jeszcze zrobić zakupy w aptece. Na szczęście w Turcji nie trzeba sobie głowy zawracać receptami, w tutejszej Eczane stawia się na wiedzę i decyzyjność farmaceuty.


wyjeżdżamy z Sarikamiş, szybko zlecialo.

Teraz zmierzamy na południe - wzdłuż granicy z Armenią

Przed nami Góra Ararat.  Trochę się martwię, bo A...... nabawił się jakichś problemów z żołądkiem. Jesteśmy ubezpieczeni, więc to nie problem, ale oczywiście mój mąż na razie nie chce słyszeć o lekarzu, eh...


Tak więc nowy szpital w Kars ominiemy i tego dnia szerokim łukiem (i to całkiem dosłownie), choć można było zdecydować się na trasę przez to miasto (i nawet byłaby ona krótsza od tej, którą wybraliśmy).


Nasza wiedzie przez Karakurt. Dlaczego o tym wspominam? No na pewno nie z powodu samego miasta, na które nawet nie zwróciłam specjalnej uwagi. I też nie z powodu tamtejszego cmentarza muzułmanów, którzy, jak wynikało z oznakowania przy drodze, zginęli z rąk Ormian w czasach opisanych skrótowo w poprzednim wpisie. To rzeczywiście godne pochwały, że Turcy otaczają takie miejsca troską i dbają o to, by pamięć o zabitych nie zaginęła. Ale od razu rodzi się pytanie o cmentarze Ormian, których wówczas zabito nieporównywalnie więcej. Gdzie są takie miejsca? Czemu w całej Turcji nie spotkaliśmy się nigdy z informacją (ot, choćby analogiczna tabliczka przy drodze), gdzie można je znaleźć? Jakby ktoś celowo zacierał ślady po tym, co się tu zdarzyło i próbował pokazać tylko część historii i to zaledwie z jednej strony.


Takie to właśnie refleksje wzbudziła droga prowadząca przez Karakurt, o którym wspomniałam tu jedynie z powodu... jego nazwy. Wywodzi się ona bowiem od pająka, wytwarzającego jad niebezpieczny i dla człowieka, i dla nawet tak dużych zwierząt, jak na przykład konie, krowy czy wielbłądy. Jak podaje Wikipedia, karakurt “Występuje w suchych, odkrytych miejscach (także na polach uprawnych); w czasie cyklicznych masowych pojawów można tam spotkać nawet kilka pająków na 1 metr kwadratowy. (...) Jest bliskim krewnym czarnej wdowy i często z nią mylony. Jad karakurta jest jednak bardziej niebezpieczny dla człowieka i częściej bywa śmiertelny (https://pl.wikipedia.org/wiki/Karakurt).



Robi wrażenie i od razu zawiera przestrogę przed podróżowaniem w obce strony? No to warto poczytać pozostałą część tekstu: “Zamieszkuje suche rejony zachodniej i środkowej Azji, po Turcję, Grecję, Hiszpanię, Włochy, Chorwację, Cypr, aż do południowej Francji i Korsyki oraz północną Afrykę. W ostatnim czasie występowanie tego pająka odnotowano także w innych rejonach Europy, na przykład w południowej części Ukrainy i Polski co związane jest ze zmianami klimatu.


Niespodzianka, prawda? Okazuje się, że nie trzeba wcale wyjeżdżać w obce strony, by mieć okazję do spotkania z karakurtem. Penetrowanie ich może być w taki sam sposób bezpieczne/niebezpieczne, jak podróżowanie po Polsce. My nie spotkaliśmy się z karakurtem w Turcji tego dnia (ani żadnego innego), choć włóczyliśmy się na tym odcinku trasy po suchych rejonach, w tym także po polach uprawnych:).



Wspaniale! Możecie bez przeszkód wędrować dalej!  - napisała Beata. No i wędrujemy:). I to po tak pięknej okolicy, że nawet ze względu na fantastyczne, zwietrzałe formacje skalne nazywaliśmy ją miejscami “Małą Kapadocją”:). A ponieważ nie wiedzieliśmy jeszcze, czy uda nam się w tej podróży zahaczyć o “dużą”, to cieszyliśmy się w dwójnasób możliwością oglądania takich widoków. I tak dojechaliśmy do następnego miasta.


O Horasan  trudno znaleźć w (polskim) internecie jakiekolwiek informacje. Jedyną wzmiankę zamieściła tam Ewelina Szewczyk, relacjonując swoją turecką podróż z 2009 roku (13 lat przed nami). Podróżniczka napisała: Po drodze zatrzymaliśmy się na nocleg w Horasan. Jest to kilkutysięczne, „zapomniane przez Boga”, miasteczko. W mieście panuje brud, na głównych ulicach są powyrzucane śmieci, a budynki nie widziały farby od lat. W mieście były przestrzegane surowe zasady islamskie -  na ulicach nie ma w ogóle kobiet, a w sklepach nie sprzedaje się alkoholu(https://psz.pl/104-podroze/turcja-niezwykly-kraj-olbrzymich-kontrastow).



No ale są jeszcze przecież w internecie strony w języku tureckim. I tu już Horasan wygląda znacznie bardziej interesująco. W tureckiej Wikipedii można na przykład przeczytać, iż: “Uważa się, że Khorasan jest miejscem, z którego rasa aryjska pochodzenia indoeuropejskiego rozprzestrzeniła się na Indie i Iran” (https://tr.wikipedia.org/wiki/Horasan,_Erzurum). Czyż to nie jest ciekawe? Cóż, każdy ma swoje  kryteria tego, co pociągające i atrakcyjne:).



Dla mnie na przykład w Horasan największą atrakcją okazał się... znak drogowy! Wpadłam w prawdziwą ekscytację, gdy nad skrzyżowaniem zobaczyłam prostokąt z niebieskim napisem Iran na tle neonowej zieleni. Pod literami był jeszcze zaznaczony zakręt i właśnie we wskazanym przez niego  kierunku powinniśmy byli podążyć, no ale...


Skierowaliśmy się w przeciwną stronę, ponieważ chcieliśmy jeszcze zobaczyć most Çobandede w Köprüköy. To omal  trzydziestokilometrowy zjazd z naszej trasy, ale ze wszech miar warto było. Zbudowany końcem XIII wieku na Jedwabnym Szlaku most powstał najprawdopodobniej  za sprawą mongolskiego generała, zwanego  Chupan (po turecku Çoban - chodzi o emira Çobana Salduza), sprawującego wówczas władzę w Anatolii. Jak podaje Wikipedia: “Materiałem budowlanym jest cięty kamień w trzech różnych kolorach (czarnym, czerwonym i szarym). Całkowita długość mostu wynosi 130 metrów (430 stóp). W pierwotnym projekcie most miał siedem łuków. Ale jeden z łuków jest teraz zakopany pod ziemią(https://tr.wikipedia.org/wiki/Çobandede_Köprüsü).


Pod pierwszym z tych, które wciąż znajdują się na powierzchni:) zrobiliśmy sobie piknik. Dla mnie było to miejsce omal magiczne w swoim uroku. Sam most, wzmocniony pięknymi  przyporami (ze względu na nawiedzające w sierpniu te tereny powodzie), jest rzeczywiście takim dziełem sztuki, od którego trudno oderwać oczy. Reszty dopełnia natura. “Most znajduje się w regionie, w którym strumienie Bingöl i Pasinler łączą się, tworząc rzekę Aras. Znajduje się w dorzeczu rzeki Aras”, jak podaje powyższe źródło.


To jej doliną jechaliśmy już od Karakurt, oglądając od czasu do czasu malownicze zbiorniki wody, wykorzystywanej do nawadniania okolicy. Araks pełni też miejscami funkcję rozdzielania państw Zakaukazia: górny bieg w Turcji, (...) na długości 600 km wyznacza granicę między Armenią i Azerbejdżanem a Turcją i Iranem, dolny bieg w Azerbejdżanie; długość 1072 km, powierzchnia dorzecza 102 tysiące km²”, co można przeczytać na stronie https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/Araks;3870623.html. Warto dodać, że rzeki tego rejonu mają swoje zlewisko już w Morzu Kaspijskim.


Piknikując nad Araksem po raz ostatni zadaliśmy sobie pytanie, czy podążamy dalej w kierunku Erzurum, czy też zawracamy pod Ararat. Wygrała opcja numer dwa i to bez specjalnego bólu serca. Co prawda z Köprüköy do Erzurum według ViaMichelin to już tylko 46 minut (58 kilometrów), ale przecież później trzeba by znaleźć jeszcze siły na zwiedzanie, a tych mężowi wciąż brakowało.


Oddalanie się od wyznaczonego na ten dzień celu podróży wiązałoby się z dodatkowym zmęczeniem, którego woleliśmy uniknąć. Być może kiedyś uda się do Erzurum przylecieć i zwiedzić miasto, gdy będziemy zdrowi i silni. Marzy mi się pobyt tam w sezonie zimowym - podobno na zboczach Palandoken są świetne warunki dla narciarzy.


Ale to plany pewnie na daleką przyszłość. A tymczasem jedziemy do najdalej na wschód położonego miasta w naszej podróży. Za drogowskazem na Iran. Niezapomnianą trasą przez dalszą część Małej Kapadocji, wzdłuż majestatycznych gór, na których grzbietach widzimy białe plamy. Czy to śnieg?


Trudno nam w to uwierzyć, w końcu mamy koniec lipca i typowo lipcowy upał. Ale gdy potem czytam opinię na temat najwyższej góry w tej okolicy, czyli Kösedağ (3433m.n.p.m.), to zaczynam mieć przekonanie, że jednak się nie myliliśmy. Bo co napisał o niej użytkownik Serhan Bora?

Ma trójkątny kształt, podobnie jak góry rysowane przez małe dzieci, a na jego szczycie przez większą część roku leży śnieg”. Ha!



I takie właśnie cuda świata oglądamy gdzieś aż do Agri. Potem okolica staje się bardziej płaska, a nasza droga jakby przekształca się całkowicie w tranzytówkę na Iran. Pokrywa ją coraz więcej kurzu, rozwiewanego przez powiewy wiatru. Ale nic to, skoro wreszcie przez to mało przejrzyste powietrze można dostrzec JEJ zarysy. GÓRA ARARAT! Coraz wyraźniej rysująca się wprost przed nami.


Jak można wyczytać w Wikipedii: “Masyw górski zajmuje powierzchnię ok. 1000 km² i składa się z dwóch szczytów: Wielkiego – 5137 m n.p.m. i Małego Araratu 3896 m n.p.m. Na obydwu wierzchołkach zalegają lodowce. Wyższy wierzchołek wznosi się ponad 3000–4400 metrów względem otaczających górę równin – to wysokość względna większa niż w przypadku Mount Everestu” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Ararat).


No całkowicie odleciałam. Tego dnia już nic więcej się nie liczyło. Jeszcze tylko przed wieczorem przesyłam informację przyjaciołom i odlatuję dalej.


Dotarliśmy do Doğubayazit - to już pod samą irańską granicą. Hotel Grand Ağa, pokój z widokiem na Ararat

A także na inne góry

Ale Ararat najwyższy (...) i z ośnieżonym szczytem - robi wrażenie




Bożenko, niesamowite widoki!!! - odpisuje Beata

Ararat potężna!!!

Jak sam Bóg!

Bożenko Kochana, ja nic o Tobie nie wiem...

No ale jak to? Przecież zdaję tak dokładną relację, że dokładniejszej się chyba już nie da? Raczej z niej jasno wynika, że jestem nieustająco głodną świata wariatką.


Ale już tego nikomu pisać nie będę. Mam inne sprawy na głowie i muszę się nimi pilnie zająć. Otóż tego wieczoru moim najważniejszym zajęciem będzie... gapienie się na Ararat. Do bólu. Dopóki całkiem nie zniknie w czeluściach czarnej przygranicznej nocy.