wtorek, 18 kwietnia 2023

STARO MI

Święta, w których pokładałam nadzieję na odzyskanie radości życia i wniesienie w nie nowej energii, niestety, nie sprostały moim oczekiwaniom. Spędziliśmy je z mężem we dwoje, bez Zuzi i Kacpra, który zaraził się w tym czasie grypą. Na szczęście już mu lepiej. A mnie dalej nie.

“Wiosna cieplejszy wieje wiatr
Wiosna znów nam ubyło lat” - śpiewają ostatnio Skaldowie na zakończenie każdej lekcji w katolickiej szkole. A ja wbrew tym słowom czuję się coraz bardziej przygnieciona wiekiem ku ziemi. Staro mi. I ciężko nieść życie do przodu.

Może wpływ na to ma ostatni szpitalny weekend, którego powodem był fakt, że w środku nocy znalazłam męża na podłodze bez przytomności i kontaktu? Przeraził mnie nie na żarty i jakoś się pozbierać do tej pory nie mogę, mimo że badania w szpitalu wykluczyły i kolejny zator, i udar, i zawał. Na wypisie szpitalnym znalazła się diagnoza z zapaścią w roli głównej, choć przez cały czas pracownicy medyczni posługiwali się terminem TIA (przemijający atak niedokrwienny). No ale może nazwa przypadłości nie ma tu większego znaczenia, bo w końcu, jak na moje rozeznanie w medycynie i tak chodzi w tym wszystkim o niedokrwienie mózgu. I martwię się tym bardzo.

Ale to nie jedyny powód do zmartwień, bo sprawy zawodowe też nie układają mi się w taki sposób, w jaki bym chciała. Przyszłość w mojej szkole macierzystej jest wciąż wielką niewiadomą. Plan był taki, że się z nią pożegnam już pierwszego dnia wakacji (bo moja nowa umowa o pracę kończy się ostatniego dnia roku szkolnego). Ale, jak zwykle w takich sytuacjach u mnie, wystąpiła komplikacja. Otóż przy zamykaniu pod względem formalnym spraw zawodowych pani sekretarka starej szkoły wyciągnęła z mojej teczki osobowej, niczym magik z kapelusza, dokument, dotyczący dofinansowania do studiów. I okazało się, że jest tam zapis, iż mam je odpracować, nie jak myślałam, w ciągu dwóch, lecz trzech lat po uzyskaniu dyplomu. I rzecz w tym, że oczywiście to oznacza, iż powinnam jeszcze rok pracować, jeśli nie chcę zwracać dofinansowania (a nie chcę).

Cóż więc było robić, poszłam prosić moją nową (to znaczy już czteroletnią) dyrekcję o umożliwienie mi pracy na emeryturze, choć dobrze wiedziałam, jakie jest stanowisko władz gminnych w tym względzie. Otóż emeryt wedłuch nich powinien żyć z emerytury i porzucić wszelką myśl o dodatkowym zatrudnieniu i zarobku. Oczywiście, natychmiast okazało się, że stanowisko pani dyrektor jest tożsame ze stanowiskiem władz gminnych. I empatii od niej nie uzyskałam ani krztyny, choć po raz pierwszy zdecydowałam się na szczere przedstawienie w miejscu pracy informacji o naprawdę trudnej ostatnio sytuacji finansowej naszej rodziny. Ale i tak nie znalazła się dla mnie nawet jedna godzina zatrudnienia w tygodniu na rok przyszły.

Mój etat został już podzielony: psycholog szkolny dostanie jego połowę, a reszta trafi do pedagogów jako nadgodziny. Samopoczucie osoby, po której rozdzielono spadek zanim odeszła, jest naprawdę nieszczególne. Zwłaszcza jak się go akurat wciąż potrzebuje choćby w minimalnym zakresie, a nie ma na to szans. Więc ogarnęło mnie poczucie jakbym w swojej szkole dla dobra ogółu już została pochowana za życia do grobu. Czy można się dziwić, że po uświadomieniu sobie tego faktu czuje się taką starość, że aż myśli się o umieraniu?

Uznałam przy tym, że znalazłam się w takiej sytuacji na skutek okoliczności, które nie do końca były fair ze strony władz gminnych. No bo jednak gdyby mi pozwolono studiować podczas rocznego urlopu zdrowotnego (a właśnie przepisy gminne stały temu na przeszkodzie), to skończyłabym psychologię pewnie rok wcześniej i tej całej komplikacji by nie było. I w związku z tym postanowiłam zawalczyć o siebie, czyli o możliwość zatrudnienia na emeryturze w kolejnym roku szkolnym, a tym samym uczciwego odpracowania dofinansowania. Moja umowa w tej sprawie nie precyzuje na jakim stanowisku i w jakim zakresie godzin ma się to odbywać, a mnie właściwie wszystko jedno, jak to będzie wyglądało (zgodziłam się nawet na szkolną świetlicę).

No i jestem już po spotkaniach zarówno z dyrektorem placówki, która rozlicza naszą szkołę, jak również i z burmistrzem. Tu w przeciwieństwie do rozmowy z panią dyrektor było bardzo empatycznie i też, co trzeba uczciwie przyznać, uprzejmie i miło. Obaj panowie, jakby się ze sobą umówili, zgodnie zapewniając mnie, że się pochylą nad moją sprawa. A co wyniknie z tego pochylenia, to zobaczymy.

Na razie ta niepewność spędza mi sen z oczu i odbiera resztki (ach, jakie marne resztki) poczucia bezpieczeństwa. No ale i tak nie ma innego wyjścia jak czekanie. Tyle że cierpliwości mi brakuje coraz bardziej. No bo ile można tak trwać w stanie zawieszenia, które życie mi funduje na omal wszystkich płaszczyznach?

Chciałabym już ruszyć naprzód z zielenią z każdym dniem coraz intensywniejszą, z białym i różowym kwieciem pojawiającym się coraz śmielej na gałęziach drzew, z promykami słońca, próbującymi coraz częściej oświetlać ziemię. Może po prostu jestem pąkiem, który właśnie w skuleniu stara się zebrać swoje siły? Który w końcu poczuje, że to jest ten moment? No przecież kiedyś muszę wreszcie rozkwitnąć...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz