Listopad rozpoczął się dniami pełnymi słońca. I niestety to ono, tak ukochane i upragnione w depresyjnym okresie roku, spowodowało kolejną komplikację w moim życiu. Oślepiło mnie z absolutną bezwzględnością, gdy wracałam w zeszłym tygodniu do domu.
Jechałam wąskim objazdem przy jednym z naszych miejskich cmentarzy. Nie znałam tej drogi. Nie wiedziałam, że jest na niej zakręt w miejscu, gdzie wspina się pod górkę. I wyjechałam nagle z głębokiego cienia w dolinie prosto w oślepiający blask zachodzącego, wspartego już na ziemi słońca. Nie odbiłam kierownicą w zgodzie z zakrętem. Pojechałam prosto. Wystarczyły sekundy. I nagle znalazłam się na betonowym słupie oświetleniowym.
Szczerze mówiąc, bardziej to usłyszałam niż poczułam. Huk był niemiłosierny. Aż ludzie z okolicznych domów wyskoczyli sprawdzić, co się dzieje. Dobrze, bo pokierowali mnie w miejsce, gdzie moje rozbite autko mogło bezpiecznie czekać na pomoc. I tu muszę pochwalić moje leki antydepresyjne, które od końca sanatoryjnego turnusu zażywam w pełnej dawce. Nie załamałam się nerwowo. Nie rozsypałam się z kupy. Wiedziałam, że mam ubezpieczenie autocasco, zresztą od dziesięcioleci i to nawet na dwa samochody. Jeszcze nigdy nie wykorzystałam z tego tytułu nawet złotówki. Przyszła pora, by wypróbować, jak to działa.
Ogarnęłam sytuację metodycznie i z opanowaniem. A właściwie ogarnęła to pani z PZU (tu też dla niej pochwały), dyżurująca na infolinii. Po mój samochód przyjechała laweta, która odstawiła mnie do domu po drodze na wyznaczony parking. Pani też znalazła w okolicy partnerski warsztat, dokonujący napraw w ramach ubezpieczenia. Jeszcze tego samego wieczoru pod mój dom podstawiono auto zastępcze. Toyotę Auris, z której jestem bardzo zadowolona. Uspokoiłam się. Stwierdziłam, że jeśli nie skrzywdziłam w tej sytuacji nikogo, to nie jest najgorzej.
Ale plusy skończyły się tak szybko, jak się zaczęły. Rzeczoznawca pojawił się, by dokonać oględzin, dopiero w jedenastym dniu od stłuczki (gdybym nie dostała nazajutrz telefonu z warsztatu, to wciąż nie wiedziałabym o tym). Orzekł szkodę całkowitą. To znaczy, że ubezpieczyciel nie będzie finansował naprawy auta, lecz wypłaci mi odszkodowanie. Nie znam jego wysokości. Do dziś nie mam wyceny szkody, choć zgłaszałam to w PZU i telefonicznie, i mailowo. Rzeczoznawca w ogóle nie kontaktował się ze mną i olał mnie jako właściciela pojazdu, choć nie udzielałam żadnych pełnomocnictw nikomu w warsztacie. Nie wiem, czy ta procedura zawsze tak wygląda, ale jednak takie ignorowanie zadziwia.
PZU wprawdzie kontaktowało się ze mną, ale tylko w sprawie zwrotu auta zastępczego, którego wynajem, jak stwierdzono, upływa jutro. To że wcześniej informowano o piętnastu dniach nazwano wprowadzeniem mnie w błąd. Ale nie dałam się tak spławić. Udało mi się wydrzeć od ubezpieczyciela jeszcze trzy dni z Toyotą Auris. Potem, cóż, Zuzia będzie musiała odwieźć mi z Krakowa nasz drugi samochód, który jej pożyczyliśmy. No ale w końcu przecież tam działa również komunikacja miejska. Ja muszę mieć czym dojeżdżać do pracy i sprawnie poruszać się między obiema moimi szkołami.
PZU zaproponowało, że może pośredniczyć w zlicytowaniu mojego rozbitego autka. Ale właściciel warsztatu doradza, by je remontować, bo jest w świetnym stanie. I tak bym to zrobiła, bo to przecież moje autko i jestem do niego przywiązana.
Wczoraj pojechałam do warsztatu z zapytaniem, ile będzie kosztował remont. Zamiast nawet pobieżnej wyceny usłyszałam:
- Do wysokości szkody.
- Ale ja nie rozumiem, co pan do mnie mówi. Czy to znaczy, że jak PZU przykładowo wyceni szkodę na dziesięć tysięcy, to pan wyremontuje wszystko w tej cenie? A jeśli wycena będzie na przykład trzykrotnie wyższa, to pan za te pieniądze zrobi to samo?
- My mniej więcej wiemy, jaka będzie wysokość odszkodowania. Znamy się na tym.
No cóż, wygląda na to, że muszę zaufać, choć tak bardzo jestem nieufna. Ale jakie mam wyjście?
Po wizycie w warsztacie podjechałam na pobliski Balaton, żeby złapać oddech po tych wszystkich nowinach. To miejsce, które potrafi mnie wyciszyć. Co prawda, pogoda nie zachęcała do spacerów, ale w takich sytuacjach zawsze można posiedzieć w tamtejszej restauracji, Mam do niej słabość. Może to z powodu pięknego widoku z wielkich okien na wody zalewu, prześwitujące między zielonymi sosnami. Co zaś do drzew liściastych, to cóż, niestety prezentują one już głównie nagie konary. Po pięknym początku, listopad wchodzi w fazę mglistości i wilgotnego chłodu.
Ale ja polubiłam mgły podczas pobytu w Wysowej. Tworzyły dla mnie absolutnie magiczne spektakle, które mogłam oglądać z mojej loży honorowej na balkonie piątego piętra sanatorium. Ach, cóż to było za widowisko. Nie jakieś tam zwykłe wznoszenie się, czy też opadanie. Mgły sunęły po dolinach, tańczyły między nimi, czasem dostojnym krokiem, a czasem z podskokami w górę i w dół. Byłam tym urzeczona.
Jeśli zaś chodzi o wilgotny chłód, to wygląda na to, że właśnie sobie i z nim poradziłam. Wczoraj udało mi się uruchomić piec. I okazało się, że od ogrzewania dzieliła mnie tylko jedna wajcha na rurach, której do tej pory nie podniosłam. Nie, to nie zaskutkuje takim ciepłem, jakim cieszą się na przykład użytkownicy miejskiej sieci ciepłowniczej. Ale przynajmniej to straszne zimno, które mam w tej chwili w domu, zostanie przełamane, sprawiając, że temperatura w mieszkaniu stanie się znośna. Koniec zamarzania, skostniałych dłoni, stóp trudnych do rozgrzania nawet pod trzema kołdrami. Czuję się tak szczęśliwa, jakbym wygrała los na loterii życia.
Tak naprawdę człowiekowi niewiele potrzeba do szczęścia. Gdyby mu zabrać wszelkie wygody, to pewnie z czasem zacząłby doceniać wszystko, co teraz przyjmuje jako mu należne. I cieszyłby się jak szalony z rzeczy prostych – dostępu do wody, jedzenia, ogrzewania. Trochę się chyba jako ludzkość pogubiliśmy w zapewnianiu sobie komfortu. I zapomnieliśmy o codziennej wdzięczności za to, że żyjemy w warunkach, o jakich naszym przodkom nawet się nie śniło. Przypominamy sobie o niej dopiero po odzyskaniu tego, co wcześniej traktowaliśmy jako bezwarunkowo nasze. I może tego właśnie uczy nas utrata. Jestem wdzięczna...