niedziela, 16 listopada 2025

JESIENNE SŁOŃCE, MGŁY I WILGOTNE CHŁODY

 

Listopad rozpoczął się dniami pełnymi słońca. I niestety to ono, tak ukochane i upragnione w depresyjnym okresie roku, spowodowało kolejną komplikację w moim życiu. Oślepiło mnie z absolutną bezwzględnością, gdy wracałam w zeszłym tygodniu do domu.

Jechałam wąskim objazdem przy jednym z naszych miejskich cmentarzy. Nie znałam tej drogi. Nie wiedziałam, że jest na niej zakręt w miejscu, gdzie wspina się pod górkę. I wyjechałam nagle z głębokiego cienia w dolinie prosto w oślepiający blask zachodzącego, wspartego już na ziemi słońca. Nie odbiłam kierownicą w zgodzie z zakrętem. Pojechałam prosto. Wystarczyły sekundy. I nagle znalazłam się na betonowym słupie oświetleniowym.

Szczerze mówiąc, bardziej to usłyszałam niż poczułam. Huk był niemiłosierny. Aż ludzie z okolicznych domów wyskoczyli sprawdzić, co się dzieje. Dobrze, bo pokierowali mnie w miejsce, gdzie moje rozbite autko mogło bezpiecznie czekać na pomoc. I tu muszę pochwalić moje leki antydepresyjne, które od końca sanatoryjnego turnusu zażywam w pełnej dawce. Nie załamałam się nerwowo. Nie rozsypałam się z kupy. Wiedziałam, że mam ubezpieczenie autocasco, zresztą od dziesięcioleci i to nawet na dwa samochody. Jeszcze nigdy nie wykorzystałam z tego tytułu nawet złotówki. Przyszła pora, by wypróbować, jak to działa.

Ogarnęłam sytuację metodycznie i z opanowaniem. A właściwie ogarnęła to pani z PZU (tu też dla niej pochwały), dyżurująca na infolinii. Po mój samochód przyjechała laweta, która odstawiła mnie do domu po drodze na wyznaczony parking. Pani też znalazła w okolicy partnerski warsztat, dokonujący napraw w ramach ubezpieczenia. Jeszcze tego samego wieczoru pod mój dom podstawiono auto zastępcze. Toyotę Auris, z której jestem bardzo zadowolona. Uspokoiłam się. Stwierdziłam, że jeśli nie skrzywdziłam w tej sytuacji nikogo, to nie jest najgorzej.

Ale plusy skończyły się tak szybko, jak się zaczęły. Rzeczoznawca pojawił się, by dokonać oględzin, dopiero w jedenastym dniu od stłuczki (gdybym nie dostała nazajutrz telefonu z warsztatu, to wciąż nie wiedziałabym o tym). Orzekł szkodę całkowitą. To znaczy, że ubezpieczyciel nie będzie finansował naprawy auta, lecz wypłaci mi odszkodowanie. Nie znam jego wysokości. Do dziś nie mam wyceny szkody, choć zgłaszałam to w PZU i telefonicznie, i mailowo. Rzeczoznawca w ogóle nie kontaktował się ze mną i olał mnie jako właściciela pojazdu, choć nie udzielałam żadnych pełnomocnictw nikomu w warsztacie. Nie wiem, czy ta procedura zawsze tak wygląda, ale jednak takie ignorowanie zadziwia.

PZU wprawdzie kontaktowało się ze mną, ale tylko w sprawie zwrotu auta zastępczego, którego wynajem, jak stwierdzono, upływa jutro. To że wcześniej informowano o piętnastu dniach nazwano wprowadzeniem mnie w błąd. Ale nie dałam się tak spławić. Udało mi się wydrzeć od ubezpieczyciela jeszcze trzy dni z Toyotą Auris. Potem, cóż, Zuzia będzie musiała odwieźć mi z Krakowa nasz drugi samochód, który jej pożyczyliśmy. No ale w końcu przecież tam działa również komunikacja miejska. Ja muszę mieć czym dojeżdżać do pracy i sprawnie poruszać się między obiema moimi szkołami.

PZU zaproponowało, że może pośredniczyć w zlicytowaniu mojego rozbitego autka. Ale właściciel warsztatu doradza, by je remontować, bo jest w świetnym stanie. I tak bym to zrobiła, bo to przecież moje autko i jestem do niego przywiązana.

Wczoraj pojechałam do warsztatu z zapytaniem, ile będzie kosztował remont. Zamiast nawet pobieżnej wyceny usłyszałam:

- Do wysokości szkody.

- Ale ja nie rozumiem, co pan do mnie mówi. Czy to znaczy, że jak PZU przykładowo wyceni szkodę na dziesięć tysięcy, to pan wyremontuje wszystko w tej cenie? A jeśli wycena będzie na przykład trzykrotnie wyższa, to pan za te pieniądze zrobi to samo?

- My mniej więcej wiemy, jaka będzie wysokość odszkodowania. Znamy się na tym.

No cóż, wygląda na to, że muszę zaufać, choć tak bardzo jestem nieufna. Ale jakie mam wyjście?

Po wizycie w warsztacie podjechałam na pobliski Balaton, żeby złapać oddech po tych wszystkich nowinach. To miejsce, które potrafi mnie wyciszyć. Co prawda, pogoda nie zachęcała do spacerów, ale w takich sytuacjach zawsze można posiedzieć w tamtejszej restauracji, Mam do niej słabość. Może to z powodu pięknego widoku z wielkich okien na wody zalewu, prześwitujące między zielonymi sosnami. Co zaś do drzew liściastych, to cóż, niestety prezentują one już głównie nagie konary. Po pięknym początku, listopad wchodzi w fazę mglistości i wilgotnego chłodu.

Ale ja polubiłam mgły podczas pobytu w Wysowej. Tworzyły dla mnie absolutnie magiczne spektakle, które mogłam oglądać z mojej loży honorowej na balkonie piątego piętra sanatorium. Ach, cóż to było za widowisko. Nie jakieś tam zwykłe wznoszenie się, czy też opadanie. Mgły sunęły po dolinach, tańczyły między nimi, czasem dostojnym krokiem, a czasem z podskokami w górę i w dół. Byłam tym urzeczona.

Jeśli zaś chodzi o wilgotny chłód, to wygląda na to, że właśnie sobie i z nim poradziłam. Wczoraj udało mi się uruchomić piec. I okazało się, że od ogrzewania dzieliła mnie tylko jedna wajcha na rurach, której do tej pory nie podniosłam. Nie, to nie zaskutkuje takim ciepłem, jakim cieszą się na przykład użytkownicy miejskiej sieci ciepłowniczej. Ale przynajmniej to straszne zimno, które mam w tej chwili w domu, zostanie przełamane, sprawiając, że temperatura w mieszkaniu stanie się znośna. Koniec zamarzania, skostniałych dłoni, stóp trudnych do rozgrzania nawet pod trzema kołdrami. Czuję się tak szczęśliwa, jakbym wygrała los na loterii życia.

Tak naprawdę człowiekowi niewiele potrzeba do szczęścia. Gdyby mu zabrać wszelkie wygody, to pewnie z czasem zacząłby doceniać wszystko, co teraz przyjmuje jako mu należne. I cieszyłby się jak szalony z rzeczy prostych – dostępu do wody, jedzenia, ogrzewania. Trochę się chyba jako ludzkość pogubiliśmy w zapewnianiu sobie komfortu. I zapomnieliśmy o codziennej wdzięczności za to, że żyjemy w warunkach, o jakich naszym przodkom nawet się nie śniło. Przypominamy sobie o niej dopiero po odzyskaniu tego, co wcześniej traktowaliśmy jako bezwarunkowo nasze. I może tego właśnie uczy nas utrata. Jestem wdzięczna...

poniedziałek, 10 listopada 2025

Sprawy poukładane i niepoukładane

 

Zapowiadany wzlot formy i samopoczucia znów nie nadszedł po dwóch tygodniach od zakończenia kuracji sanatoryjnej. Choć może tym razem niespecjalnie czekałam na spełnienie zapowiedzi, których wizje roztaczała fizjoterapeutka. Jak dla mnie wystarczy, by nic się nie pogorszyło, bo tak naprawdę już od czasu rozpoczęcia zabiegów byłam zadowolona z ich efektów.

Jest jeszcze jedno następstwo pobytu w sanatorium, którym się cieszę przeogromnie. Znów mogę jeść wszystko i to w zasadzie bezkarnie. A było już tak przed wyjazdem na kurację, że szkodził mi omal każdy rodzaj jedzenia. Nawet zwykły chleb zdawał się dla mnie jakiś zbyt kwaśny i po zakończeniu antybiotykoterapii właściwie cały czas odżywiałam się tostami. Dopiero na sanatoryjnym wikcie mój przewód pokarmowy doszedł do siebie. Mam wrażenie, że nigdy nie jadłam tak dużo i różnorodnie, jak tym razem w Biawenie, a na dodatek wszystko mi smakowało.

Po powrocie do domu jakoś sobie też nie żałuję i delektuję się smakami, których wcześniej ze względów zdrowotnych unikałam. Gdy w długi weekend, rozpoczynający listopad, przyjechała Ania, to trochę zaszalałyśmy w porównaniu z moją poprzednią domową dietą. Zwłaszcza z napitkami. O alkohole, w sensie pamiątek z ostatnich podróży, zadbała dla nas Madzia. Wreszcie była okazja, by delektować się winami Caravaggio z Malty i pysznym likierem pistacjowym z Sycylii. Był oczywiście też grzaniec (tym razem z malinową nutą), ale to akurat wydawało się koniecznością przy kłopotach z piecem, którego w tym roku w ogóle nie potrafię uruchomić. Na szczęście pogoda sprzyjała nam na tyle, że gorące napoje wraz z kocobluzami i dokupionym grzejnikiem olejowym jakoś dały radę.

Odwiedziny Ani pomogły w przetrwaniu jednego z najtrudniejszych dla nas okresów w roku. Wprawdzie z przygotowaniem do obchodów Wszystkich Świętych daliśmy sobie z Kacprem radę po moim powrocie z sanatorium, ale miałam wrażenie, że to było trochę rzutem na taśmę. Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, co mamy dalej z sobą zrobić w te bolesne święta, więc propozycja przyjazdu Ani spadła nam jak z nieba. Dzięki niej pojawiła się mobilizacja, by nie rozłożyć się psychicznie w takim czasie i zebrać siły do pełnienia roli gospodarzy, choćby w szczątkowej formie.

Na szczęście Ania jest niekłopotliwa i niewymagająca. Na ten moment to też jedyna niedepresyjna osoba w najbliższym rodzinnym gronie, a to wnosi w dom i w nasze życie zupełnie inną energię. I to ona nas wprawiała w ruch podczas poprzedniego weekendu. Więc naprawdę ruszaliśmy się sporo, jak na moją nieruchawą zazwyczaj codzienność. Oprócz wypraw na cmentarze i do kościoła oraz spacerów nad rzeką z Wafelkiem, przeszłyśmy też dwie trasy dookoła pobliskich zbiorników wodnych – nad Balatonem i nad Stawami. Wniosło to uspokojenie w czas rozmyślań o zmarłych i okrasiło go zachwytem z kolorów niedogasłej jeszcze, mimo że już znacząco opadłej z liści, jesieni.

Poza tym, z Anią czas upływał jak zwykle podczas naszych spotkań – testowanie jedzenia w okolicznych lokalach, trochę oglądania filmów, dużo rozmów i wspomnień. Uwielbiam to. A zakrapiane wieczory też miały swoje uzasadnienie. W ten sposób poświętowałyśmy na okoliczność spełnionego marzenia. Ania kupiła mieszkanie. Wybór padł na lokal położony na osiedlu, gdzie mieszka jej przyjaciółka ze studiów. Jakoś udało nam się zebrać kasę na wkład własny, formalności zostały załatwione bez większych problemów, kredyt jest przyznany. W zeszłym tygodniu Ania podpisała już akt notarialny. Pojutrze odbierze swoje własne klucze. Jestem taka szczęśliwa, że jej się udało. Czy to nie wspaniały powód do świętowania?

To tyle, jeśli chodzi o Anię. Co zaś do Kacpra, to w tym przypadku wciąż jeszcze się nie poukładało. Nie ma już z nami Zuzi i Sznapsa. Mieszkają teraz w naszym mieszkaniu w Krakowie, ale nie przewiduję, by do nas powrócili. Temat sprawia ból, więc nie będę się nad nim rozwodzić. To nie był nasz wybór, więc trudno z nim dyskutować. Pozostaje mi tylko wierzyć, że wszystko dzieje się tak, jak dziać się powinno i odpuścić. Cóż więc, odpuszczam...

piątek, 7 listopada 2025

SANATORYJNE PODSUMOWANIA

 

Mimo że tym razem nie poszukiwałam specjalnie atrakcji w sanatorium, to jednak podczas pobytu w Wysowej wzięłam udział w wielu interesujących imprezach. Zdaje się więc, że atrakcje znalazły mnie same. I naprawdę nie sposób było się nudzić, jeśli w trakcie turnusu wydarzyły się:

1. Redyk Bacy Józefa Klimowskiego. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś podobnego. Zgodnie z Wikipedią (https://pl.wikipedia.org/wiki/Redyk) redyk to „uroczyste wyjście pasterzy ze stadami owiec na wypas na górskich halach (redyk wiosenny), a także ich powrót z wypasu (redyk jesienny)”. Według zaś krążących między kuracjuszami informacji (plotek?) Baca Klimowski jest już człowiekiem wiekowym i ostatni raz ruszył w taką trasę. Jego stado, liczące około 1200 zwierząt, pierwszego dnia pokonało drogę z Czarnego przez Wysową do Ropek. „To najdłuższy redyk w Polsce, w 6 dni ma do pokonania dystans 180 km” – tę wiadomość oraz krótki film przybliżający wydarzenie można znaleźć we wpisie https://www.facebook.com/reel/786921270768007. Owce przechodzą przez Beskid Niski, Sądecki oraz Pieniny. Zakończenie redyku ma miejsce w Nowym Targu.

2. XXXIII Łemkowska Jesień Twórcza, która była częścią weekendowego spotkania z Heleną. Przyjaciółka ze studiów zawitała w Beskid Niski z krótką wizytą i w pierwszy dzień weekendu zaprosiła mnie do swojego domu, żebym pomogła jej przygotować warzywne zapasy z ogrodu na zimę. W następnym pojechałyśmy do Wapiennego („najmniejsze uzdrowisko w Polsce”), gdzie sto lat wcześniej urodził się łemkowski poeta i prozaik Iwan Żelem. Impreza miała miejsce w Domu Zdrojowym, w którym znajduje się również Pierogarnia pod Ferdlem – lokal z przecudownym jedzeniem, serwowanym dla uczestników spotkania. Oprócz prezentacji nowych utworów przez łemkowskich twórców wydarzenie uświetniły występy artystyczne zespołu „Teroczka”, duetu Dominiki Novotnej i pianisty Petera Adamkoviča oraz Pawła Szutowa. Goście mieli też okazję zapoznać się z pracami fotograficznymi Piotra Basałygi w ramach pięknej wystawy „Jesień na Łemkowszczyźnie” (fotorelację autorstwa Gminnego Ośrodka Kultury w Sękowej umieściłam na swoim koncie na fb). Pierwszy raz miałam okazję uczestniczyć w tego typu imprezie, mimo że Helena zapraszała mnie na nią w poprzednich latach. Ale widać wszystko przychodzi w odpowiednim czasie i miało się wydarzyć właśnie w ten weekend. Jednocześnie było to moje pożegnanie z Heleną, która kolejny dzień zamierzała spędzić ze swoją bratową. I wprawdzie zapraszała, by dotrzymać im towarzystwa, ale ja też miałam swoje plany na ten czas. Niedzielne popołudnie zamierzałam spędzić na spotkaniu z przybyłą do naszego sanatorium grupą teatralną.

3 Spektakl „Burza nad Popradem” teatru Tej Ziemi. Reklamowany hasłem: „Przyjdź i daj się porwać historii, która łączy tradycję z nowoczesną formą teatru”. Aktorzy wzięli sobie za cel ambitne zadanie powiązania inspiracji „Burzą” Szekspira z mitologią Karpat. Według ich ulotki „przedstawienie łączy teatr cieni, rytuał, choreografię oraz metodę ”spect-actor” Augusto Boala, wciągając publiczność w interaktywny proces współtworzenia spektaklu. W świat opowieści wplecione są motywy flisackiej tradycji i ludowych praktyk, takich jak stawianie gromnicy, co nadaje całości organiczny i rytualny charakter. To artystyczne spotkanie sztuki, mitu i teatru forum staje się jednocześnie opowieścią o pamięci, pojednaniu i sile wspólnoty”. I przyznać trzeba, że aktorzy dzielnie stawili czoła tak trudnemu wyzwaniu. Migawki z przedstawienia można zobaczyć na YouTube https://www.youtube.com/watch?v=rzxLwYO0MWM. Cieszę się, że mogłam obejrz ten spektakl w całości. To był dobrze spędzony czas.

4. Koncert „Śpiew z ikoną w tle”. W kolejną niedzielę w Cerkwi Prawosławnej pw. Św. Michała Archanioła wystąpił Męski Kameralny Chór Cerkiewny Kliros. To była dla mnie prawdziwa uczta dla ducha. Impreza odbyła się w ramach cyklu koncertów śpiewu cerkiewnego w cerkwiach prawosławnych Małopolski. Fragmenty wydarzenia „pełnego duchowej muzyki i harmonii głosów” można obejrzeć pod adresem https://www.facebook.com/share/v/1BjcDtzCaX/. Polecam każdemu.

5. Wędrówki po okolicy z emerytowaną przewodniczką beskidzką. Właściwie to była tylko jedna wędrówka, bo przez drugą się zaledwie przewinęłam (zaliczyłam tę samą trasę poprzednim razem w Wysowej), a z trzeciej w ogóle zrezygnowałam, gdyż miałam wrażenie, że to znów będzie dreptanie po własnych śladach. Ale i tak czas spędzony z Panią Marią wspominam bardzo mile. Tym razem przeszliśmy z nią Doliną Łopacińskiego aż do nowej rzeźby Andre (Andrzej Zawadzki) i skończyliśmy w gościnie w Ośrodku Wypoczynkowym „Zacisze”. O rzeźbiarzu oraz Pani Marii pisałam już w trakcie poprzedniego pobytu w Biawenie https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/05/cdn.html.

Oczywiście podczas sanatoryjnego turnusu zrobiłam sobie też wędrówki bez przewodnika i w ogóle bez żadnego towarzystwa. Byłam na Górze Jawor po polskiej i słowackiej stronie, w zamkniętym na głucho, pozbawionym aktualnie turystów „Swystowym Sadzie” oraz w Blechnarce pod cerkwią, którą można podziwiać zazwyczaj jedynie z zewnątrz. Z każdą wycieczką, a nawet krótkim spacerem (a było takich sporo) czułam, jak poprawia mi się kondycja. Jak mi przybywa sił. I jak rośnie moje zadowolenie z tego powodu.

Ale tak naprawdę najlepszą atrakcją sanatoryjnego turnusu była dla mnie obserwacja gór jesienią. Dostrzeganie zmian w okrywającej ją szacie roślinnej dzień po dniu. Wgapianie się w przebarwianie liściastego drzewostanu z żółci i złota, poprzez pomarańcze i czerwienie, aż po rudości i rdzę, z zakończeniem na brązach. Mogłabym na to patrzeć bez końca.

To była jedna z najpiękniejszych jesieni, jakich doświadczyłam. Idealne wstrzelenie się w czas przejścia pomiędzy wyblakłą zielenią późnego lata, a pustymi konarami pozostałymi po przymrozkach i zimnych deszczach, zapowiadających jesienną szarugę. Gdy wyjeżdżałam z Wysowej, to już zaczynał się czas opadania liści. Listopad zbliżał się wielkimi krokami.

A to mi przypomniało o słowach, które zamieściłam ostatnio na koncie Akademii Rodzica. Zacytowałam tam Nowotnego: „Jesień istnieje, aby przypomnieć nam, że pewne rzeczy muszą się skończyć, abyśmy mogli zacząć od nowa”. Lubię patrzeć na tę porę roku w taki sposób. Jak drzewa liście, tak ja tracę to, co już dłużej nie może być częścią mojego życia. Muszę teraz wierzyć, że właśnie w ten sposób tworzy się przestrzeń dla tego, co będzie nowe. Że czas utraty jest jednocześnie zarzewiem kolejnego życiowego etapu, którego scenariusz gdzieś się już dla mnie pisze...