piątek, 19 lipca 2019

PLANETA LUDZI
























Siedzimy z Luną na kolejnej kroplówce (która to już od kwietnia?), a do jej łapki przez wenflon spływa sobie powoli płyn Ringera z mleczanami. Potem oprócz leków czeka ją jeszcze obiad w zastrzyku – witaminy i aminokwasy. Dopiero jutro zje pierwszy posiłek, na dodatek płynny. A widać, że jest już okropnie głodna. To właśnie wrodzone łakomstwo doprowadziło ją do stanu, który mamy obecnie.  Luna połknęła folię spod mięsa – takiego na tacce z marketu. To doprowadziło do zatkania jelita i spowodowało zator, zatrzymujący potem wszelkie trudniejsze do strawienia kawałki jedzenia. I stało się to już niestety drugi raz w jej życiu.

Choć bardzo staramy się uważać na to, co Luna je, to ogromnie nam  trudno upilnować naszego łakomczucha. To wysokiej klasy specjalistka od przegrzebywania wszelkich śmietnisk. Podczas spacerów ciężko uniknąć sytuacji, gdy uda się jej w błyskawicznym tempie przeszukać  leżące w okolicy każdej trasy spacerowej śmieci (ach, ludzie i ich sposoby pozbywania się niepotrzebnych odpadów).
Luna oczywiście wie, że jej tego robić nie wolno. Tak się wiec przy tym czai i rozwija taką prędkość, że nikt potem nie ma pewności, czy zdążyła coś połknąć, czy też nie. To dlatego na przykład tak długo trwało diagnozowanie przyczyny obecnego stanu rzeczy.

Myślę, ze pachnąca mięsem folia i w przypadku innych zwierząt może być zabójczym wynalazkiem. Kto coś takiego rozprowadza po świecie, dokładając to ludziom do codziennych zakupów? Luna miała szczęście, ale co na przykład w przypadku dzikich zwierząt? Folia, na której utrzymuje się zapach mięsa może dla nich oznaczać śmierć w męczarniach.


Rozmawiam o takich sytuacjach z młodziutką panią weterynarz, która po zabiegu zajmuje się Luną. Otwiera mi oczy na kolejne kuriozalne praktyki.
 - Ostatnio uczestniczyłam w operacji psa, który połknął szczepionkę na wściekliznę dla lisów. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego. Ta szczepionka jest wielka, w takim blistrze, którego pies nie miał szans strawić. Trzeba było mu to wyjąć z jelita. No to jeśli pies sobie z tym  nie poradził, to co ma zrobić taki lis? I o co w tym wszystkim chodzi? Czy te lisy mają po prostu pozdychać po rozrzuceniu tej „szczepionki”?
Przerażająca historia. W domu uzupełniam z pomocą internetu wiedzę na ten temat. Czytam o plastikowych blistrach i zapachu zepsutej ryby, który zwabia lisy już z odległości 800 metrów. Oczywiście nie jestem przeciwko szczepieniu tych zwierząt, ale czy nikt nie pomyślał, że mogą one  połknąć szczepionkę zamiast ją pogryźć? Każda taka historia może się skończyć jak w przypadku psa operowanego przez naszą młodziutką panią weterynarz. Nie wierzę, że nie można wymyślić lepszego sposobu.





















Jak bardzo można skrzywdzić  zwierzęta na skutek niewiedzy lub bezmyślności. Ne potrafimy jako ludzie użytkować otaczającego nas świata z poszanowaniem dla innych gatunków. Daleko mi do wojującej ekologii czy też agresywnej walki  w obronie zwierząt, ale zadawanie im bólu i skazywanie na śmierć w cierpieniach nawet w przypadku wyższych celów (jak ze szczepieniem lisów) do mnie nie przemawia. A cóż dopiero, gdy robi się to dla zysku (sprawa folii spod mięsa).
W tym życiu myślimy hasłem, które pojawiło się jako tytuł książki  Antoine’a de Saint-Exupery’ego  - „Ziemia, planeta ludzi”. Ale czyż można by było ją sobie wyobrazić bez zwierząt? Nawet niebo bez nich nie mogłoby być rajem.





















Kiedyś, gdy tam dotrę, to chciałabym gdzieś w zaświatach spotkać oprócz swojej rodziny i przyjaciół także Bartkowego psa Kumpla, szczeniaczka Luny, wszystkie moje kociaki, a nawet maleńkiego ptaszka, którego Kacper i Wiki próbowali na wiosnę utrzymać przy życiu. Mam nadzieję, że wówczas usłyszę od tych zwierzaków, że dobrze się spisałam wtedy, gdy mieliśmy okazję wspólnie przejść jakiś kawałek naszej ziemskiej drogi. Bo zostałam wysłana na Ziemię po to, by się nimi opiekować i otoczyć je troską, a nie po to, by decydować o ich istnieniu.
























"Być człowiekiem znaczy właśnie być odpowiedzialnym. [...] To świadomość, że dokładając swój kamień, uczestniczy się w budowaniu świata.” (Être homme, c’est précisément être responsable. [...] C’est sentir, en posant sa pierre, que l’on contribue à bâtir le monde.)
Terre des homme

Antoine de Sain-Exupery






















*Część zdjęć pochodzi od Wiki

środa, 17 lipca 2019

PORA SPRAWCZOŚCI
























W końcu stanęło na tym, że jeśli nie mogę zebrać się do jakiegokolwiek lekarza (nie tylko do psychiatry czy też hematologa, ale nawet do rodzinnego), to w obecnej sytuacji pozostaje mi tylko prosić o interwencję Siły Wyższej. Mąż, dosyć sprytnie, zaproponował, żebyśmy pojechali w tej intencji do Medjugorie.  No cóż, już sam pomysł podziałał trochę jak prawy sierpowy i wybił mnie z torów letargu, którymi podążałam w szybkim tempie prosto do przepaści. Oszołomił mnie. I trwając w takim oszołomieniu nie tylko, że nie zaprotestowałam, ale nawet w żaden stanowczy sposób nie zareagowałam, gdy mężowy pomysł wyjazdu obejmował swym zasięgiem coraz to rozleglejszy obszar - najpierw całą Bośnię (bo naprawdę lubię ten kraj i dobrze się tam czuję), a potem jeszcze inne rejony Bałkanów. Wkrótce dołączyła więc do niego Serbia, Macedonia i Albania. Trafił się jeszcze tydzień w Czarnogórze (choć właściwie to nigdy nie chcieliśmy tam wracać). Ale tak jakoś wyszło. I nawet nie wiem kiedy, ta podróż rozrosła się do projektu pod tytułem „34 dni na 34-tą rocznicę ślubu”.



Czy to na pewno coś, co ma być moim udziałem? Dziwię się chyba jeszcze bardziej od tych, którzy słyszą o tym pomyśle. Ale w końcu z zadziwienia wyrywa mnie wszczepiana w siebie przez całe życie zadaniowość. Trzeba jakoś ogarnąć tę podróż, bo przecież jej początek został wyznaczony już na następny tydzień, a nic nie zostało do tej pory przygotowane. Zaczynam więc robić to, co potrafię najlepiej – włączam się w organizację i stawiam pierwsze kroki w kierunku poszukiwania najkorzystniejszych (w stosunku jakości do ceny) noclegów – najpierw raczej automatycznie, potem z coraz większym zaangażowaniem.





















Ustalenie szczegółowego planu rodzi się podczas wielkich zawirowań i zamieszania, w niektórych miejscach trasy nawet z bólem. Z wyjątkiem Bośni stanowi ona dla nas nowość i wielką niewiadomą, więc wyzwanie jest duże. Ale w końcu z chaosu zaczyna się wyłaniać kształt konkretu możliwego do realizacji. Jak to będzie wyglądało w praktyce – zobaczymy.
Nie umiem się jeszcze cieszyć zbliżającą się podróżą, ale wiem na pewno, że włączenie się w jej organizację dobrze mi zrobiło. Poczułam sprawczość.




















Innym rodzajem czynności, kiedy mam z nią do czynienia i która na mnie dobrze działa w obecnym stanie, jest opieka. Nie żebym celowo robiła coś ekstra opiekuńczego jedynie po to, żeby pozbyć się depresji. To tylko drobiazgi, których nie można zaniechać bez względu na samopoczucie.  Końcem roku szkolnego założyłam na przykład z Wiktorią i Kacprem maleńki ogródek za ich domkiem i teraz, gdy dzieciaki odpoczywają na wakacjach po dobrze zdanej maturze, muszę systematycznie podlewać roślinki, które razem posadziliśmy. Nie mogę ich przecież skazać na śmierć przez wysuszenie tylko dlatego, że trudno mi poradzić sobie z własnym nastrojem i uczuciami.






















Również nasze zwierzaki mnie potrzebują. Zwłaszcza Luna, która po przechorowaniu ostatnich miesięcy trafiła wczoraj na stół operacyjny. Wprawdzie zabieg okazał się wreszcie upragnionym zwrotem na drodze do pełnego zdrowia, ale na tym etapie moja ukochana psina wymaga zwiększonej dawki troski.


 



















Myślę, że opieka dobrze też zrobi mojemu mężowi. Chyba za długo już był w roli osoby, która tego wymaga. Pora i dla niego na sprawczość. Mam nadzieję, że zaopiekuje się mną w nadchodzącej podróży. Bo na razie czuję, że ona mnie przerasta. To trochę jak wrzucenie kogoś, kto ledwo się utrzymuje na wodzie w sam środek głębiny. Cóż z pewnością albo wypłynę, albo się utopię, choć to drugie jest bardziej prawdopodobne. Ale przecież wierzę w Siły Nadprzyrodzone, magiczną moc Bośni i dobroczynne działanie miłości do podróży. Może z czasem napełni mnie też wiara, że nam się powiedzie... To jeszcze nie nadzieja, raczej zalążek nieśmiałego marzenia... 
34 dni na 34-tą rocznicę ślubu, czy to ma szansę się udać?


środa, 10 lipca 2019

ACH, WITAJ SMUTKU


Depresja przyszła frontowymi drzwiami. Sama ją wpuściłam do środka. Nie miałam już siły słuchać jej zawodzenia pod progiem. Uznałam, że trudno – będę się musiała z nią pogodzić. 
- Ach, witaj smutku...
Miesiącami starałam się od Ciebie odgrodzić. Rozpalałam wokół serca ogniska, by Cię odstraszyć. Ale i tak wiedziałam, że krążysz i czaisz się na mnie gdzieś ledwie poza granicami cienia.
Wieczne czuwanie i zmagania z tobą prowadzą mnie tylko do wyczerpywania i tak mocno nadwątlonych zasobów. Jeśli nie da się przed czymś uciec, to lepiej chyba stanąć z tym twarzą w twarz. Inaczej można się narazić na trudny atak od tyłu. Teraz przynajmniej mogę się dobrze przyjrzeć, z czym mam do czynienia.

No i oto tak sobie razem jesteśmy. Ja pozwalam depresji trwać i z nią nie walczę, a ona, o dziwo, szanuje ten dziwaczny rozejm i na razie mnie nie uśmierca. Mam wrażenie, że też mi się przygląda. Jakby była ciekawa, co z tym wszystkim zrobię.


Ale tego na razie nie wiem i ja. Gdy wracaliśmy z wakacyjnego pobytu w Bretanii, to wydawało mi się, że mam plan. Kończę drugi rok psychologii, no przecież wiem, co należy robić z depresją. Poza tym mam już doświadczenie. Po śmierci Bartka byłam w leczeniu psychiatrycznym i długo zażywałam antydepresanty.
Mój plan był więc jasny – powrót do psychiatry i leków. Ale jednak powstrzymuje mnie przed nimi obawa, że mogę się wpędzić w jeszcze większy kłopot. Do dziś nie mam bowiem jasności, czy ich efektem ubocznym nie było drastyczne zmniejszenie poziomu białych ciałek we krwi, które przerażało jeszcze bardziej niż sama depresja. I wlecze się za mną do dzisiaj.
Może więc trzeba zacząć od przeproszenia się z hematologiem? Zaopiekowanie się mężowymi chorobami, trwające do końca ubiegłego roku, przesłoniło mi własne leczenie. Potem już nie miałam ochoty do tego wracać. Chciałam zapomnieć o wszelkich chorobach. Miałam nadzieję, że one też o mnie już nie pamiętają.




















Ale depresja o mnie nie zapomniała.  Dosięgnęła mnie właśnie silniejszą falą niż te dotychczasowe. Czy to, że nauczyłam się już na nich dryfować ma teraz jakieś znaczenie?
Czy to jedynie tylko głębszy dół niż te, do których dotychczas wpadałam? Czy nauka wygrzebywania się z nich poszła już w las, czy też przyjdzie mi z pomocą w stosownej chwili? I czy jeszcze tym razem dam radę?

Na razie nie wypraszam depresji ze swojego życia. Może nawet brakuje mi do tego chęci. Oswoiłam się z jej obecnością. Teraz częstuję depresję popołudniową herbatą i pijemy ją razem, nie skupiając się zbytnio na smaku. Przeżywamy wspólnie sny pełne strachu. Stronimy od ludzi.
Nie wiem, co będzie dalej. Ani ile czasu to zajmie. Nawet nie czekam. Trwam. Może kiedyś nasycimy się sobą. Dojrzejemy do separacji. I będę mogła jej wreszcie powiedzieć: ach, żegnaj smutku?


*Relację z (nieudanej) podróży do Bretani napiszę w wolnej chwili