sobota, 29 sierpnia 2020

U PROGU NOWEGO ROKU SZKOLNEGO

Zaczął się ostatni z moich wakacyjnych weekendów. Choć nie wiem, czy właściwie mogę tak napisać. Bo przecież chodzić do pracy już zaczęłam. Mój urlop zdrowotny oficjalnie kończy się z ostatnim dniem sierpnia, ale jednak roku szkolnego nie da się zacząć tak z marszu - trzeba było się do tego jakoś przygotować. No i mam właśnie za sobą kilka dni takiego rozbiegu. Już czuję napięcie.

A przecież tydzień temu jeszcze były takie piękne, słoneczne wakacje i spędzaliśmy przedpołudnie w Sandomierzu...

Dzisiaj zaś upłynęło mi ono na kolejnym badaniu potrzebnym lekarzowi medycyny pracy do wydania orzeczenia, że mogę do niej wrócić. Eh... Formalnościom nie ma końca, przepisy są nad wyraz restrykcyjne, państwo oraz moja szkoła muszą przecież mieć bezdyskusyjne przekonanie, że podejmę swoje obowiązki w pełni zdrowia. Nie mogę absolutnie w niczym zagrażać powracającym z wakacji dzieciom, a jeżeli wkrótce będzie odwrotna sytuacja, to... no cóż, mój problem. Ale już nawet nie mam siły się tym martwić.

Zresztą widzę, że moje koleżanki ze szkoły mają podobnie. Po pierwszej konferencji zaprosiła nas Paulina. Spontanicznie zrobił się wytworny wieczór - gospodyni uszykowała babkę z galaretki i usmażyła bakłażany, Beata przygotowała sałatkę z brokułów i upiekła chleb, a Magda przyniosła półmisek sushi. Spędziłyśmy cudowny wieczór, dawno się tak nie uśmiałam. Takiej ilości wina też nie wypiłam dawno - chyba nadrobiłam zaległości narosłe od samego początku pandemii. Jednym słowem zabawa była przednia.

Tyle że wkrótce potem przypomniałam sobie film o czasach rewolucji francuskiej, w którym arystokracja też się bawi świetnie w obliczu śmierci, nawet czekając w przepełnionych więzieniach na zgilotynowanie. Zagrożenie czasem wyzwala taką reakcję. Żyjmy póki czas. Póki jeszcze żyjemy.

Ach, i gwoli wyjaśnienia - nie był to film o Markizie de Sade. Choć gdy próbuję odnaleźć właściwy tytuł w internecie, to google podsuwa właśnie ten. Przyznać jednak muszę, że w opisie fabuły rzeczywiście pobrzmiewa wątek (pobyt w Picpusie), do którego nawiązywałam powyżej. (https://kultura.onet.pl/film/wiadomosci/streszczenie/nkxdprc)

Jednak to nie ten film wcześniej oglądałam.

Nie wiem, skąd mi się wzięło to odniesienie do rewolucji we Francji. Może na zasadzie bardzo luźnego skojarzenia z walką, w której jest się skazanym z góry na uśmiercenie - ktoś w internecie nazwał nauczycieli wręcz “mięsem armatnim” w komentarzach pod artykułem na temat powrotu do szkół. Uznałam, że trochę przesadza, chociaż... 

Jak można przeczytać w internecie zwrot ten znaczy ni mniej ni więcej: “żołnierze wysyłani na pewną śmierćżołnierze mający zginąć na wojnie”. (https://pl.wiktionary.org/wiki/mi%C4%99so_armatnie)

Cóż, tak się właśnie czujemy. Z przeczuciem, że to już wkrótce. Ale póki co, to jeszcze próbujemy do końca spełniać swoje nauczycielskie zadania przed wypełnieniem śmierciorodnej misji. Spisujemy się na medal. Praca wre. Każdy wie, co ma robić.

My z Beatą obecnie znów organizujemy kolejny nowy gabinet pedagogów.

Ostatnim razem nam się nie udało. Załatwiłyśmy sobie remont w kantorku u historyczki, ale szybko okazało się, że po zakończeniu prac jest on jej koniecznie potrzebny. Mogłyśmy oczywiście z niego korzystać, ale nie na zasadzie własności, lecz wyłącznie grzecznościowego odstępowania, a nie o to przecież nam chodziło. Wyszło na to, że zadbałyśmy o piękny, świeży wygląd miejsca, gdzie przechowuje się stare mapy i rząd szaf podobno zapełnionych pomocami dydaktycznymi.

Teraz nowa dyrekcja oddała nam w posiadanie nowy gabinet, wreszcie na tyle duży, że chyba już nie będzie problemu z obijaniem się o siebie podczas pracy i pomieszczeniem przychodzących do nas uczniów. Początkiem tygodnia przeniosłyśmy tam ostatnie rzeczy z naszego byłego pokoju. Nie będę za nim tęsknić. Wreszcie mam do czynienia z pożegnaniem, które nie rodzi nawet jednej smutnej myśliTo dla mnie sytuacja z jaką dawno nie miałam do czynienia.

Cała reszta pożegnań - z urlopem zdrowotnym, wakacjami, no i bezpieczeństwem rodzi jednak smutki i smuteczki. Przecież jeszcze tak niedawno był ten piękny Sandomierz,  letni wypoczynek, najbardziej upalny weekend ostatnich miesięcy...

A teraz pozostały tylko niepokój i praca przemieszana znów z przebijaniem się przez system zdrowotny w naszym kraju. 

Tyle że szkołę dzięki latom praktykowania przynajmniej mam jakoś ogarniętą i póki nie ma uczniów, to wciąż czuję tam grunt pod nogami (mimo że już chwiejny), natomiast te mutujące zmiany na płaszczyźnie ochrony zdrowia są dla mnie coraz bardziej trudne do zrozumienia i zaakceptowania.

Póki mogę (bo plan pracy na razie nie jest sztywny), towarzyszę jeszcze mężowi w wyjazdach do śląskich specjalistów. W Ochojcu przyjmuje nas naczyniowiec numer trzy. Takie są teraz przepisy - nie ma lekarza prowadzącego pacjenta, wizyta jest przypisana do specjalisty, który akurat ma dyżur.

Zanim się do niego dostaniemy, to trzeba odczekać w długiej kolejce, tym razem... na zewnątrz poradni. Łatwo sobie wyobrazić, jak to wygląda w praktyce - rzeczywiście w środku budynku znajduje się tylko paru szczęśliwców, którzy mają do dyspozycji całą wielką poczekalnię. Tyle, że wcześniej musieli oni odstać swoje w niemałym tłumie innych pacjentów, gdzie o dystansie społecznym można było tylko pomarzyć. Rozumiem, że trzeba chronić służbę zdrowia, ale czy to też dla niej będzie bezpieczne, jeśli ludzie pozarażają się przed progiem poradni?

Zresztą chyba trzeba by coś zrobić nie tylko po to, by zapewnić pacjentom minimum bezpieczeństwa, ale także w celu ich poszanowania. Przed wejściem są tylko 3 ławeczki, na nich po troje ludzi siedzi ciasno ramię w ramię, cała reszta stoi, bo nie można liczyć nawet na krzesełka dla osób typu mój niepełnosprawny w stopniu znacznym mąż, podpierający się w kolejce ponad godzinę kulami. Dobrze, że wrzesień za pasem, nie ma już upału, przedpołudnie jeszcze z chłodnym powiewem - jakaś starsza pani narzeka wręcz, że jej zimno. Zastanawiam się, jak to będzie wyglądało, gdy zrobi się naprawdę deszczowa jesień, czy mroźna zima.

I wtedy dzwoni pan kardiochirurg z budynku obok. Pyta męża o postępy w przygotowaniach do operacji, której termin najchętniej dalej by utrzymał na już. Mąż mówi mu (bo wcześniej nie było okazji) o tym, że naczyniowiec wróży po niej pewną śmierć.

- To proszę go zapytać, ile operacji kardiochirurgicznych zrobił w swoim życiu? - pada odpowiedź. No i tak by to wyglądało w kwestii współpracy lekarzy specjalistów. Pokłócili się nawet za pośrednictwem pacjenta.

Odpowiedzi kardiochirurga i tak nie byłoby komu przekazać. Pewnie już jej adresata nie zobaczymy więcej na oczy.

Naczyniowiec numer trzy podejmuje wreszcie ostateczną decyzję, dotyczącą wszczepienia przed operacją filtra przeciwzakrzepowego w żyłę brzuszną męża. Jego zdaniem nie jest to potrzebne. No to nic więcej nie mamy tu do roboty - rany na nogach męża szczęśliwie się wygoiły. A że wciąż go bolą - kogo to obchodzi? Współczesna medycyna raczej nie przywiązuje wagi do bólu pacjentów.

Czeka nas jeszcze jedna poradnia - tym razem już spokojnie przyjmuję mężową wizytę na hematologii. Bo tam jednak okazało się, że zaświadczenie o niepełnosprawności, wciśnięte na siłę sekretarce, zadziałało. Dzięki temu, że pokonałam jej opór, by przedłożyć ten dokument konsylium lekarskiemu, mąż doczekał się konsultacji w ciągu regulaminowych siedmiu dni. I już jest w trakcie badań. Bogu dzięki, że wreszcie nauczyłam się upominać o prawa osób niepełnosprawnych.

Jeśli chodzi o moje badania (medycyna pracy), to również spotykają mnie różnego rodzaju “niespodzianki”. Wydanie skierowań na konsultacje do specjalistów wymaga długiego oczekiwania, oczywiście za drzwiami wejściowymi do poradni, tym razem nawet zamkniętymi na klucz. Tu już nawet nikt nie stara się sprawiać wrażenia, że chciałby uszanować pacjentów - nie tylko nie ma żadnej ławeczki czy krzesełka, ale nawet zadaszenia nad głową, chroniącego oczekujących przed lejącym się tego przedpołudnia żarem z nieba. Kawałek szkła powieszony nad wejściem na pewno nie pełni takiej roli.

- Proszę czekać - powtarza mi uchylająca innym pacjentom drzwi rejestratorka, zatrzaskując je raz po raz przed moim nosem. Wchodzę dopiero wtedy, gdy od palącego słońca zaczyna boleć mnie głowa. A w środku... cisza, spokojne tempo pań rejestratorek, klimatyzowane wnętrza. Myślę o tym, że niektórzy umieją zadbać o swój komfort pracy. W przeciwieństwie do nas nauczycieli.

- Gdybyśmy chociaż pracowały w służbie zdrowia - wzdycha na konferencji Beata. - Dostałybyśmy wtedy jakieś środki do ochrony osobistej.

No i to by było na tyle o przygotowaniach polskiej szkoły do rozpoczęcia roku szkolnego. Półprzyłbice zamawiamy sobie we własnym zakresie. Paula zbiera zamówienia, żeby zbiorowo było taniej (chociaż na kosztach przesyłki). Jedna sztuka kosztuje mniej więcej tyle, co godzina mojej pracy. O przydzielonych podobno do szkół maseczkach, zamówionych przez ministra, na razie głucho. Jest za to płyn do dezynfekcji i mydło - na dzieciach nie oszczędzamy.

Ach, lepiej o tym nie myśleć, dopóki się da. Uciekać myślami do Sandomierza, gdzie oferują na każdym kroku cydr z jabłek owocujących właśnie w sadach porastających okolicę, gdzie w mojej ulubionej Galerii Twórczości Osób Niepełnosprawnych przy Stowarzyszeniu “Tratwa” mogłabym bez końca wybierać pamiątki z wakacji dla wszystkich mi bliskich osób, gdzie turyści spacerują jeszcze w wakacyjnym nastroju, racząc się po kolei: sandomierskimi lodami, sandomierskimi krówkami, sandomierskimi zapiekankami, itd... Czy to możliwe, że miałam ten świat w zasięgu ręki zaledwie przed tygodniem? Ucieczka (choćby we wspomnienia) - zagrożenie czasem wyzwala taką reakcję...

Żyjmy póki czas. Póki jeszcze żyjemy. Hasło na bieżący rok szkolny? Przeżyć. Może najmniej ambitne z dotychczasowych haseł, ale za to raczej najważniejsze...

 

piątek, 21 sierpnia 2020

WRACAJĄC Z WAKACJI

Gdy życie w dalszym ciągu uparcie odmawiało spełniania moich życzeń, to mąż postanowił podjąć się tego zadania - przynajmniej w takim zakresie, jaki był w jego mocy. Na zakończenie urlopu zdrowotnego zaplanował tak bardzo mi potrzebny wakacyjny wyjazd. W czasach zarazy wybraliśmy kierunek Podlasie - bo nieturystycznie, bezpiecznie, spokojnie i praktycznie bez zakażeń koronawirusem (ich ilość w całym regionie, to tylko, jak podawały statystyki, 6 osób dziennie). Zdecydowaliśmy się pojechać tam na parę dni, gdy tylko mąż poczuł się lepiej. 

I naprawdę nie mogliśmy znaleźć lepszego miejsca na odpoczynek i zebranie sił na dalsze życiowe wyzwania i konieczności. Ale o Podlasiu napiszę więcej po zakończeniu naszej podróży.

Bo teraz jeszcze wciąż przebywamy poza domem. Wczoraj zjechaliśmy z Podlasia do niewielkiej wsi niedaleko Sandomierza. Korzystamy z kuponu Grouponu - właśnie zaczął się nasz luksusowy weekend w Dworze Dwikozy. Ma być relaksująco i bez pośpiechu na koniec wakacji. Złapanie ostatniego oddechu, zanim związane ze szkołą szaleństwo rozpęta się na dobre.

W poniedziałek muszę stawić się już na pierwszą konferencję, dotyczącą organizacji nowego roku szkolnego. A ta świadomość jednak sprawia, że nie jestem w stanie się tak do końca teraz wyluzować. Zamiast wylegiwać się na leżaczku przed dworem, siedzę więc przed komputerem i szukam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania i wątpliwości, które nie dają mi spokoju.

Internet ma to do siebie, że przechowuje wszelkie umieszczone w nim informacje. Sięgam do tych z początków zarazy. I cóż czytam w wiadomościach podanych 11 marca, czyli niewiele ponad 5 miesięcy temu?

“Podjęliśmy decyzję o zamknięciu wszystkich placówek oświatowych i szkół wyższych na dwa tygodnie - poinformował w środę premier Mateusz Morawiecki. W czwartek i piątek szkoły zapewnią opiekę, ale nie będzie w nich lekcji. (...) Zaapelował jednak, by już od czwartku ci, którzy mogą, powstrzymali się od posyłania dzieci do szkoły.”

https://tvn24.pl/polska/koronawirus-w-polsce-szkoly-przedszkola-i-zlobki-zamkniete-w-calym-kraju-na-dwa-tygodnie-4344016

Artykuł ten zaraz po wstępie jest przerwany inną wiadomością, która brzmi:

“Ministerstwo Zdrowia potwierdziło w środę trzy kolejne przypadki koronawirusa w Polsce. Tym samym łączna liczba zakażonych koronawirusem wzrosła do 25 osób.”

Te informacje pojawiły się pod linkiem, głoszącym drukowanymi literami: “KORONAWIRUS SIĘ ROZPRZESTRZENIA. RAPORT TVN24.PL>>>”

Oczywiście zamknięcie placówek przedłużyło się do końca roku szkolnego. Ale znamienny jest tu fakt, że proces ten rozpoczął się przy stanie 25 osób zarażonych w całym kraju, co w dzisiejszej fazie rozwoju koronawirusa wydaje się wizją omal wymarzonego bezpieczeństwa.

Tymczasem dzisiejszego ranka, gdy oglądałam w naszym hotelu TVN Info, to na czerwonym pasku u dołu ekranu wyczytałam następujące hasła (również drukowanymi literami): 

pierwsze -“MZ: 903 NOWE ZARAŻENIA KORONAWIRUSEM”, 

a zaraz po nim kolejne: “BEZPIECZNY POWRÓT DZIECI DO SZKOŁY 1 WRZEŚNIA”. 

I chwilami myślę, że to nie dzieje się naprawdę, że to jakiś matrix. To, że w takiej sytuacji czeka nas wszystkich powrót do szkół - i co trzeba wyraźnie podkreślić: bez żadnej ochrony, z jakimiś zaledwie mydleniem społeczeństwu oczu, jest trudne do uwierzenia, a nawet do wyobrażenia. Pojutrze rozpocznie się dla mnie horror oczekiwania. Myślę tak jak wielu nauczycieli, że pytanie w tej kwestii nie brzmi “czy?” tylko “kiedy?” 

Ania radzi, by w ogóle nie wracać do szkoły. Ale raczej nie mogę sobie na to pozwolić. Urlopu przedłużyć się nie da, a trudno zwolnić się z pracy, gdy jest się w wieku przedemerytalnym. No i wiadomo, że żyć z czegoś trzeba. 

Jeszcze nie wiem, jak to zorganizować, by w razie czego nie zarazić również męża. Chyba przyjdzie nam się w ogóle nie stykać ze sobą. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego władza funduje nam taki koszmar. Na facebooku koleżanki z pracy ktoś, równie jak ja przygnębiony sytuacją, pyta, czy Minister Edukacji Narodowej zapłaci za jego pogrzeb. Czy to się dzieje naprawdę?

Kończę, by jeszcze podjąć próbę zapomnienia o tym wszystkim podczas wycieczki do cudnego Sandomierza. To moja ostatnia szansa na beztroski luz, bo jutro już stąd wyjeżdżam i wracam do zawodowej rzeczywistości, która mnie po prostu przeraża. Nie ma z mojej strony zgody na rozwiązywanie problemów ogółu społeczności kosztem mojego życia. Ono jest mi potrzebne, by jeszcze zadbać o męża i syna, dość już było bólu w historii naszej rodziny. 

I jeśli by nawet minister zapłacił za mój pogrzeb, to mnie to jakoś nie satysfakcjonuje. Są przecież jeszcze inne, dużo lepsze rozwiązania, które w czasie pandemii pozwolą zachować życie takim osobom jak ja.

Swoją długoletnią pracą w zawodzie panie ministrze nie zasłużyłam teraz na karę śmierci.

piątek, 7 sierpnia 2020

GŁOS SKAZANYCH

Przygnębienie, którego nabawiłam się w trakcie ostatnich tygodni jakoś nie mija. Raczej nawet się wzmaga. Mam wrażenie takiego dokopywania mi przez życie ze wszystkich stron. I choć staram się być dzielna i udawać przed całym światem, że nic mi to nie robi, bo naprawdę nie chcę wzbudzać litości i pożałowania, to jednak czuję się coraz gorzej.
A może to jest tak, że jak się jest przygnębionym, to już wszystko zdaje się mieć czarny wygląd, niezależnie od tego, w jakim jest kolorze? Choćby nawet nie były to obiektywnie jakieś negatywne wydarzenia.
To taka refleksja na przykład na płynące wieści z Łodzi. Kilka dni temu Ania była z kolegą ze studiów na spacerze w parku pod akademikiem, gdzie swego czasu mieszkał i zakończył swoje życie Bartek.
Przesłała mi stamtąd zdjęcia.




















I napisała:
Tak, akademik będą burzyć
Tak, tam gdzie mieszkaliśmy
Zdarli z niego już blachę i wyburzyli ściany działowe
Mieli go przekształcić na lokale do wynacia, ale okazuje się, że nie spełnia obecnych standardów
Więc plan jest taki, że mają go rozebrać

Skądinąd to takie info, które można by przyjąć obojętnie. Albo nawet cieszyć się z tego - zobaczyć jakieś możliwości rozwoju dla miasta, pozbycia się niepotrzebnego, starego wieżowca z centrum, odzyskania wolnego miejsca na kolejną inwestycję. A jak ja to przyjęłam?
Sama nie wiem, jak się do tego odnieść - dla mnie to trochę taki symboliczny Bartkowy grób - miejsce, skąd jego dusza odeszła do innego świata. Tam lokują się wszystkie myśli, dotyczące jego ostatnich chwil w Łodzi. Może dla Ciebie, skoro na stałe mieszkasz w tym mieście, lepiej, że już tego budynku nie będzie - nie zobaczysz go więcej, nie przywoła żadnych przykrych wspomnień. Ale nie wiem, gdzie w takim razie ja mam lokować swoje? Pewnie tak ma być, skoro to się wydarza, ale we mnie ta sytuacja budzi jakiś żal - że znikają choćby mury, które pamiętają Bartka. Tak trochę to odczuwam, jakby życie zacierało po nim ślady... 

No i nie dość, że tak właśnie, bez zbytniego przemyślenia zareagowałam, to jeszcze chyba zdołowałam Anię. Odpisała mi w podobnym tonie:
Właśnie dziwnie to przyjęłam, jak dowiedziałam się, że go chcą rozebrać. Myślałam, że dostanie nowe życie. To budynek wielu nieprzyjemnych wspomnień, ale też i pięknych. Szkoda mi bardzo, że chcą go zniszczyć. Wolałbym żeby stał. Nawet jak wracaliśmy z Piotrkiem, to każde z nas miało dziwny humor. Trochę to przygnębiające.

No i okazało się przy tym, że przygnębienie jest zaraźliwe.
"Nowe życie" - tak, to byłby najpiękniejszy scenariusz. Szkoda, że życie pisze właśnie inny:( - kończę temat.

A Ania mnie pociesza:
Me jeszcze zmienią zdanie i będzie się dało jakoś go przerobić

No a ja nawet nie mogę jej odpisać, że mam taką nadzieję. Bo nie mam. Życie od dawna już nie spełnia moich życzeń.
Inny przykład - też z messengera - to ostatnie wieści od Beaty. W zeszłym tygodniu przyjaciółka ze szkoły przysłała mi link do artykułu pt. “Na jakich zasadach lekcje od września? Znamy wytyczne GIShttps://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/polska/news-na-jakich-zasadach-lekcje-od-wrzesnia-znamy-wytyczne-gis,nId,4636390

Już na wstępie czytam w nim: “Nie będzie masowego mierzenia temperatury przed wejściem. Nie będzie maseczek i rękawiczek dla wszystkich uczniów w czasie lekcji. Nie będzie też pojedynczych ławek”.
I być może ktoś zobaczy w tym wielki pozytyw. Będzie mu się zdawało, że to powrót do normalności. Tym bardziej, że wszyscy już w zeszłym roku szkolnym zgłaszali zmęczenie nauczaniem zdalnym - nauczyciele, rodzice, a nawet podobno uczniowie.
Ale ja wiem swoje - gdy nie będzie mierzenia temperatury, maseczek, rękawiczek czy pojedynczych ławek dla uczniów, to nie będzie też żadnej ochrony - ani dla nich, ani dla nas. Wirus rozprzestrzeni się błyskawicznie. Tym bardziej, że obecnie dzienna liczba zarażonych jest wielokrotnie wyższa, niż w okresie, kiedy rozpoczęto narodową kwarantannę, zamknięto szkoły i podjęto decyzje o nauczaniu zdalnym. O co więc w tym wszystkim chodzi?
A oczywiście znów o pieniądze - skończyły się fundusze na zasiłki dla rodziców, którzy korzystali ze statusu opieki nad dziećmi.
I czuję się przez to, jakbym już została skazana przez władzę i społeczeństwo wraz z innymi starszymi nauczycielami na wymarcie. Bo o ile w przypadku szkolnej epidemii dzieci oraz młodsze koleżanki i koledzy pewnie jakoś ją przeżyją, to takie osoby jak ja, już być może nie. Bo co zaproponowano starszym nauczycielom?
Np. nie będą musieli prowadzić zajęć  świetlicowych ani dyżurować na korytarzu w czasie przerw” - czytam w artykule. Żadne to odciążenie. Opieka nad dziećmi w szkole jest pracą zespołową. Jeśli ktoś mnie zastąpi na przykład na dyżurze czy w świetlicy, to nie będzie mógł w tym czasie wykonywać innego rodzaju obowiązków, które przejmę ja. Zresztą nieuczciwe to byłoby, gdyby obciążać li tylko z racji wieku młodsze osoby większą ilością pracy. Musimy się nią jakoś uczciwie i po koleżeńsku dzielić.
A teraz gwóźdź rządowego programu: jak wynika z artykułu, starsi nauczyciele będą musieli - w przeciwieństwie do wszystkich innych osób w szkole, nosić maseczki i rękawiczki! Dziękujemy Panie Ministrze. To oczywiście to nie po to, by nam pomóc - cały czas słyszymy, że maseczki są konieczne, by chronić tych, którzy są w naszym otoczeniu. Pan Minister nie o nas więc pomyślał.
Ale jeśli chciał nas wszystkich wiekowych podusić (bo większość pracowników w tym wieku to już mocno schorowane osoby z problemami z sercem i oddychaniem), mógł od razu zaproponować komorę gazową - byłoby szybciej i krócej by bolało. Do tej pory chyba nie stosowano maseczek w pracy głosem, którą uprawiamy kilka godzin dziennie - zapowiada się znów na jeden wielki eksperyment.
I nawet nie mogę napisać, że mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Bo życie już od dawna nie spełnia moich życzeń.
Nie chcę już więcej smęcić. Nie chcę zarażać przygnębieniem. Niech chociaż innym życie spełnia wszystkie życzenia. Głosu skazanych na wymarcie nikt słuchać nie musi...

sobota, 1 sierpnia 2020

DZIEŃ SPOTKAŃ ZE SŁUŻBĄ ZDROWIA

Kto raz przeżył dzień z wizytą w czterech różnych poradniach i konsultacjami z trzema lekarzami, ten wie, jaki to rodzaj ciężkiego kalibru. Zwłaszcza przy tym, co się dzieje obecnie w służbie zdrowia. Spotkaliśmy wczoraj lekarzy, którzy wyglądali, jakby pracowali na granicy swoich możliwości fizycznych i psychicznych, personel medyczny ostro walczący, już chyba z całym światem, o utrzymanie reżimu sanitarnego i zagubionych w tym wszystkim, częstokroć zrezygnowanych pacjentów.

Nikomu takiego dnia nie życzę. Po powrocie do domu miałam wrażenie jakby mnie ktoś przemielił, byłam też wstrząśnięta i zmieszana. A na dodatek pełna strachu. I to właśnie jest w tej sytuacji najgorsze.

Spirala napędzania strachu rozkręciła się na dobre dzień wcześniej. Do męża zadzwonił kardiochirurg z Ochojca: “po przeanalizowaniu pana sprawy uznaliśmy, że ryzyko operacji jest znaczne, muszę z panem porozmawiać’.

Oczywiście zrobiło mi się miękko w nogach. Co takiego w trakcie analizy zauważył zespół lekarski, czego nie dostrzegł wcześniej sam kardiochirurg?

Samopoczucie od razu zbliżyło się do dna, dobrze, że przyjechali Wiki z Kacprem - zrobiliśmy sobie pyszne lody, zgrilowaliśmy kiełbaski, powspominaliśmy stare, dobre czasy i dzień został jakoś uratowany.

Ale już w nocy spać nie można było, więc przestraszeni i niewyspani wczesnym rankiem ruszyliśmy do Ochojca. Na szczęście kardiochirurg nie miał dla nas aż tak druzgocących wieści, jak się spodziewaliśmy. Wprawdzie już wyżej oszacował ryzyko śmierci niż podczas poprzedniej rozmowy z mężem (tym razem na 10%), ale jakoś jeszcze wciąż wierzymy w to, że to nie mąż będzie tą jedną osobą z dziesięciu, która umrze na stole operacyjnym. Niemniej była to rozmowa z gatunku trudnych i wyszliśmy z niej przygnębieni.

Ale następny lekarz, z którym mieliśmy tego dnia spotkanie (naczyniowiec), po prostu nas dobił.

- Pan nie przeżyje tej operacji - oznajmił bez żadnych ceregieli. No i tu już zaczęło się straszenie nie na żarty . Bo żyły, naczynia, ogólny stan zdrowia, wszystko nie takie, jak trzeba.

- Nie sztuka przeżyć operację, tylko nie umrzeć w wyniku komplikacji - zakończył.

Wszystko to takim tonem, jakby to on był Panem Bogiem i wydawał wyroki.

- Moim zdaniem pan umrze - powtórzył jeszcze, na wypadek gdyby to, co wcześniej powiedział do nas nie dotarło.

- To trudno! - tym razem mąż nie mógł ukryć, co o tym wszystkim myśli - w jego głosie słychać było zawiedzione nadzieje, sypiące się w gruz marzenia i bunt przeciwko takiemu ferowaniu boskich wyroków.

Naczyniowca to chyba trochę wytrąciło z kolein wypowiadania się w imieniu Pana Boga. Zaczął wreszcie łagodzić swoje stanowisko. W końcu doszedł do tego, z czym przyjechaliśmy: zróbmy wszystko, by zminimalizować ryzyko powikłań. No i zajął się zakrzepicą oraz leczeniem ran na nogach, które podobno są jej skutkiem. 

Przy czym zbył krótkim: “tego się nie robi w takim stanie” zapytanie kardiochirurga o możliwość wszczepienia filtra przeciwzakrzepowego do żyły. Jeszcze próbowaliśmy podeprzeć ten pomysł argumentem, że taki zabieg wykonuje się w pierwszej kolejności u wszystkich pacjentów w San Diego, gdzie operacje tego typu, jaka czeka męża, są podobno udane w 100 %. Tak powiedział przecież dopiero co kardiochirurg.

Taaak? - chyba cały pokój przyjęć wypełnił się złością. - To niech to zrobi sam - brzmiała odpowiedź dedykowana poprzedniemu specjaliście. I było po dyskusji.

 

O ile od kardiochirurga wyszliśmy przygnębieni, to po naczyniowcu byliśmy w takim stanie, jakby ktoś właśnie zdzielił nas z całej siły obuchem w łeb. A tu w kolejce czekała nas jeszcze wizyta w Poradni Hematologicznej. Tej samej, w której dwa lata temu znalazłam się wraz z Zieloną Kartą Pacjenta Onkologicznego. Tym razem po to, by zdiagnozować, czy mąż nie ma dziedzicznej choroby krwi, będącej przyczyną zakrzepicy. Oczywiście tutaj okazało się, że trzeba przejść taką samą ścieżkę kwalifikacji do leczenia, jaką ja kiedyś przeszłam - oczekiwanie na decyzję konsylium lekarskiego. O tygodniowym terminie, który pacjentom ze znacznym stopniem niepełnosprawności gwarantuje prawo, można zapomnieć.

- My tu mamy najwcześniejsze przyjęcia na koniec roku - oznajmiła pani sekretarka. - Żeby w czyimś przypadku przyspieszyć, to w innym trzeba by wykreślić - znowu poczułam, że w powietrzu unosi się skierowana na mnie?/nie na mnie? złość.

I cóż to kogokolwiek obchodzi, że kardiochirurg chciał męża operować już końcem tego miesiąca? Oraz że do tego potrzebny jest wynik badań hematologicznych?

I właściwie po co osobom niepełnosprawnym takie prawa, z których nie mogą skorzystać? Jeszcze nigdy mężowi nie udało się dostać do specjalisty w czasie owych chyba mitycznych siedmiu dni, no może z wyjątkiem kardiologa w Ochojcu, ale to raczej też tylko dlatego, że przez pomyłkę lekarki czekaliśmy w tym szpitalu ponad 400 dni na wizytę w innej poradni. Normalnym trybem trzeba się wpisać w kolejkę i pogodzić z długim okresem oczekiwania tak, jak wszyscy inni. A że osoba ze znacznym stopniem niepełnosprawności może tego po prostu nie dożyc, to nikogo nie obchodzi.

Po wizycie w Poradni Hematologicznej rozłożyłam się już całkowicie - na obie łopatki. Ożyły uczucia towarzyszące mi kiedyś w diagnostyce wszelkich rodzajów raka, związanego z krwią, szpikiem kostnym, węzłami chłonnymi i sama nie wiem, z czym tam jeszcze. No i oczywiście musiałam się skonfrontować z tym, że właściwie to tego procesu w sposób formalny nie dokończyłam.

Nie byłam już w stanie towarzyszyć mężowi podczas wizyty u lekarza rodzinnego. Mimo to jego stanowisko najbardziej mnie przekonuje. Brzmi ono w skrócie tak: przygotować się do operacji  na spokojnie, najlepiej, jak tylko się da. 

I tego nie można zrobić do końca miesiąca - nogi trzeba wyleczyć, zakrzepicę doprowadzić do stanu, który będzie najmniej ryzykowny, diagnostykę krwi przeprowadzić w takim zakresie, jaki jest potrzebny, no i jeszcze zrzucić (ale z głową, bez szaleństwa) tyle kilogramów, ile się tylko uda. Wszystko potrwa na pewno kilka miesięcy, ale to chyba jedyne rozsądne podejście do tematu.

I tak właśnie zrobimy. Rozsądek przede wszystkim i to głównie nasz, bo w sytuacji, gdy każdy lekarz mówi coś innego, trzeba zacząć liczyć na siebie. Taką decyzją zakończyliśmy ten dzień najcięższego kalibru. I nawet już nie pamiętam, co się później działo. Odcięłam się od rzeczywistości tak szybko, jak to możliwe - sen odłączył moją świadomość, która już nie była w stanie dłużej mierzyć się z tym, co znów przyniosło życie.

A dziś obudziłam się z myślą, że takie dni jak wczoraj powinny być wykreślone z kalendarza. Tylko że wtedy być może niewiele by w nim pozostało - po bliższym przyjrzeniu się wstępnej idei dochodzi do mnie taka prawda. Ostatnimi laty nagromadzenie tych złych dni u nas było ogromne, wykreślając je z kalendarza, chyba bym musiała zrezygnować w znacznej mierze z życia w ogóle.

Nie mam więc wyjścia, muszę je brać takim, jakie jest. I wierzyć, że trud tych dni ma jakiś ukryty przede mną, tajemniczy sens. A także pogodzić się z faktem, że tej tajemnicy nigdy nie rozwiążę i nigdy tego nie pojmę. 

Ale mówiąc życiu "tak", przyjmuję też ten ciężar, który w sobie niesie. Mogę się przeciwko temu buntować, ale mój bunt nie spowoduje, że dostanę w zamian jakieś lepsze dni - kolorowe, radosne, szczęśliwe. Choć bardzo bym chciała.

Nie wykreślę wczorajszego dnia z kalendarza, niech po prostu odejdzie w przeszłość...