piątek, 7 sierpnia 2020

GŁOS SKAZANYCH

Przygnębienie, którego nabawiłam się w trakcie ostatnich tygodni jakoś nie mija. Raczej nawet się wzmaga. Mam wrażenie takiego dokopywania mi przez życie ze wszystkich stron. I choć staram się być dzielna i udawać przed całym światem, że nic mi to nie robi, bo naprawdę nie chcę wzbudzać litości i pożałowania, to jednak czuję się coraz gorzej.
A może to jest tak, że jak się jest przygnębionym, to już wszystko zdaje się mieć czarny wygląd, niezależnie od tego, w jakim jest kolorze? Choćby nawet nie były to obiektywnie jakieś negatywne wydarzenia.
To taka refleksja na przykład na płynące wieści z Łodzi. Kilka dni temu Ania była z kolegą ze studiów na spacerze w parku pod akademikiem, gdzie swego czasu mieszkał i zakończył swoje życie Bartek.
Przesłała mi stamtąd zdjęcia.




















I napisała:
Tak, akademik będą burzyć
Tak, tam gdzie mieszkaliśmy
Zdarli z niego już blachę i wyburzyli ściany działowe
Mieli go przekształcić na lokale do wynacia, ale okazuje się, że nie spełnia obecnych standardów
Więc plan jest taki, że mają go rozebrać

Skądinąd to takie info, które można by przyjąć obojętnie. Albo nawet cieszyć się z tego - zobaczyć jakieś możliwości rozwoju dla miasta, pozbycia się niepotrzebnego, starego wieżowca z centrum, odzyskania wolnego miejsca na kolejną inwestycję. A jak ja to przyjęłam?
Sama nie wiem, jak się do tego odnieść - dla mnie to trochę taki symboliczny Bartkowy grób - miejsce, skąd jego dusza odeszła do innego świata. Tam lokują się wszystkie myśli, dotyczące jego ostatnich chwil w Łodzi. Może dla Ciebie, skoro na stałe mieszkasz w tym mieście, lepiej, że już tego budynku nie będzie - nie zobaczysz go więcej, nie przywoła żadnych przykrych wspomnień. Ale nie wiem, gdzie w takim razie ja mam lokować swoje? Pewnie tak ma być, skoro to się wydarza, ale we mnie ta sytuacja budzi jakiś żal - że znikają choćby mury, które pamiętają Bartka. Tak trochę to odczuwam, jakby życie zacierało po nim ślady... 

No i nie dość, że tak właśnie, bez zbytniego przemyślenia zareagowałam, to jeszcze chyba zdołowałam Anię. Odpisała mi w podobnym tonie:
Właśnie dziwnie to przyjęłam, jak dowiedziałam się, że go chcą rozebrać. Myślałam, że dostanie nowe życie. To budynek wielu nieprzyjemnych wspomnień, ale też i pięknych. Szkoda mi bardzo, że chcą go zniszczyć. Wolałbym żeby stał. Nawet jak wracaliśmy z Piotrkiem, to każde z nas miało dziwny humor. Trochę to przygnębiające.

No i okazało się przy tym, że przygnębienie jest zaraźliwe.
"Nowe życie" - tak, to byłby najpiękniejszy scenariusz. Szkoda, że życie pisze właśnie inny:( - kończę temat.

A Ania mnie pociesza:
Me jeszcze zmienią zdanie i będzie się dało jakoś go przerobić

No a ja nawet nie mogę jej odpisać, że mam taką nadzieję. Bo nie mam. Życie od dawna już nie spełnia moich życzeń.
Inny przykład - też z messengera - to ostatnie wieści od Beaty. W zeszłym tygodniu przyjaciółka ze szkoły przysłała mi link do artykułu pt. “Na jakich zasadach lekcje od września? Znamy wytyczne GIShttps://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/polska/news-na-jakich-zasadach-lekcje-od-wrzesnia-znamy-wytyczne-gis,nId,4636390

Już na wstępie czytam w nim: “Nie będzie masowego mierzenia temperatury przed wejściem. Nie będzie maseczek i rękawiczek dla wszystkich uczniów w czasie lekcji. Nie będzie też pojedynczych ławek”.
I być może ktoś zobaczy w tym wielki pozytyw. Będzie mu się zdawało, że to powrót do normalności. Tym bardziej, że wszyscy już w zeszłym roku szkolnym zgłaszali zmęczenie nauczaniem zdalnym - nauczyciele, rodzice, a nawet podobno uczniowie.
Ale ja wiem swoje - gdy nie będzie mierzenia temperatury, maseczek, rękawiczek czy pojedynczych ławek dla uczniów, to nie będzie też żadnej ochrony - ani dla nich, ani dla nas. Wirus rozprzestrzeni się błyskawicznie. Tym bardziej, że obecnie dzienna liczba zarażonych jest wielokrotnie wyższa, niż w okresie, kiedy rozpoczęto narodową kwarantannę, zamknięto szkoły i podjęto decyzje o nauczaniu zdalnym. O co więc w tym wszystkim chodzi?
A oczywiście znów o pieniądze - skończyły się fundusze na zasiłki dla rodziców, którzy korzystali ze statusu opieki nad dziećmi.
I czuję się przez to, jakbym już została skazana przez władzę i społeczeństwo wraz z innymi starszymi nauczycielami na wymarcie. Bo o ile w przypadku szkolnej epidemii dzieci oraz młodsze koleżanki i koledzy pewnie jakoś ją przeżyją, to takie osoby jak ja, już być może nie. Bo co zaproponowano starszym nauczycielom?
Np. nie będą musieli prowadzić zajęć  świetlicowych ani dyżurować na korytarzu w czasie przerw” - czytam w artykule. Żadne to odciążenie. Opieka nad dziećmi w szkole jest pracą zespołową. Jeśli ktoś mnie zastąpi na przykład na dyżurze czy w świetlicy, to nie będzie mógł w tym czasie wykonywać innego rodzaju obowiązków, które przejmę ja. Zresztą nieuczciwe to byłoby, gdyby obciążać li tylko z racji wieku młodsze osoby większą ilością pracy. Musimy się nią jakoś uczciwie i po koleżeńsku dzielić.
A teraz gwóźdź rządowego programu: jak wynika z artykułu, starsi nauczyciele będą musieli - w przeciwieństwie do wszystkich innych osób w szkole, nosić maseczki i rękawiczki! Dziękujemy Panie Ministrze. To oczywiście to nie po to, by nam pomóc - cały czas słyszymy, że maseczki są konieczne, by chronić tych, którzy są w naszym otoczeniu. Pan Minister nie o nas więc pomyślał.
Ale jeśli chciał nas wszystkich wiekowych podusić (bo większość pracowników w tym wieku to już mocno schorowane osoby z problemami z sercem i oddychaniem), mógł od razu zaproponować komorę gazową - byłoby szybciej i krócej by bolało. Do tej pory chyba nie stosowano maseczek w pracy głosem, którą uprawiamy kilka godzin dziennie - zapowiada się znów na jeden wielki eksperyment.
I nawet nie mogę napisać, że mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Bo życie już od dawna nie spełnia moich życzeń.
Nie chcę już więcej smęcić. Nie chcę zarażać przygnębieniem. Niech chociaż innym życie spełnia wszystkie życzenia. Głosu skazanych na wymarcie nikt słuchać nie musi...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz