Zaczął się ostatni z moich wakacyjnych weekendów. Choć nie wiem, czy właściwie mogę tak napisać. Bo przecież chodzić do pracy już zaczęłam. Mój urlop zdrowotny oficjalnie kończy się z ostatnim dniem sierpnia, ale jednak roku szkolnego nie da się zacząć tak z marszu - trzeba było się do tego jakoś przygotować. No i mam właśnie za sobą kilka dni takiego rozbiegu. Już czuję napięcie.
A przecież tydzień temu jeszcze były takie piękne, słoneczne wakacje i spędzaliśmy przedpołudnie w Sandomierzu...
Dzisiaj zaś upłynęło mi ono na kolejnym badaniu potrzebnym lekarzowi medycyny pracy do wydania orzeczenia, że mogę do niej wrócić. Eh... Formalnościom nie ma końca, przepisy są nad wyraz restrykcyjne, państwo oraz moja szkoła muszą przecież mieć bezdyskusyjne przekonanie, że podejmę swoje obowiązki w pełni zdrowia. Nie mogę absolutnie w niczym zagrażać powracającym z wakacji dzieciom, a jeżeli wkrótce będzie odwrotna sytuacja, to... no cóż, mój problem. Ale już nawet nie mam siły się tym martwić.
Zresztą widzę, że moje koleżanki ze szkoły mają podobnie. Po pierwszej konferencji zaprosiła nas Paulina. Spontanicznie zrobił się wytworny wieczór - gospodyni uszykowała babkę z galaretki i usmażyła bakłażany, Beata przygotowała sałatkę z brokułów i upiekła chleb, a Magda przyniosła półmisek sushi. Spędziłyśmy cudowny wieczór, dawno się tak nie uśmiałam. Takiej ilości wina też nie wypiłam dawno - chyba nadrobiłam zaległości narosłe od samego początku pandemii. Jednym słowem zabawa była przednia.
Tyle że wkrótce potem przypomniałam sobie film o czasach rewolucji francuskiej, w którym arystokracja też się bawi świetnie w obliczu śmierci, nawet czekając w przepełnionych więzieniach na zgilotynowanie. Zagrożenie czasem wyzwala taką reakcję. Żyjmy póki czas. Póki jeszcze żyjemy.
Ach, i gwoli wyjaśnienia - nie był to film o Markizie de Sade. Choć gdy próbuję odnaleźć właściwy tytuł w internecie, to google podsuwa właśnie ten. Przyznać jednak muszę, że w opisie fabuły rzeczywiście pobrzmiewa wątek (pobyt w Picpusie), do którego nawiązywałam powyżej. (https://kultura.onet.pl/film/wiadomosci/streszczenie/nkxdprc)
Jednak to nie ten film wcześniej oglądałam.
Nie wiem, skąd mi się wzięło to odniesienie do rewolucji we Francji. Może na zasadzie bardzo luźnego skojarzenia z walką, w której jest się skazanym z góry na uśmiercenie - ktoś w internecie nazwał nauczycieli wręcz “mięsem armatnim” w komentarzach pod artykułem na temat powrotu do szkół. Uznałam, że trochę przesadza, chociaż...
Jak można przeczytać w internecie zwrot ten znaczy ni mniej ni więcej: “żołnierze wysyłani na pewną śmierć, żołnierze mający zginąć na wojnie”. (https://pl.wiktionary.org/wiki/mi%C4%99so_armatnie)
Cóż, tak się właśnie czujemy. Z przeczuciem, że to już wkrótce. Ale póki co, to jeszcze próbujemy do końca spełniać swoje nauczycielskie zadania przed wypełnieniem śmierciorodnej misji. Spisujemy się na medal. Praca wre. Każdy wie, co ma robić.
My z Beatą obecnie znów organizujemy kolejny nowy gabinet pedagogów.
Ostatnim razem nam się nie udało. Załatwiłyśmy sobie remont w kantorku u historyczki, ale szybko okazało się, że po zakończeniu prac jest on jej koniecznie potrzebny. Mogłyśmy oczywiście z niego korzystać, ale nie na zasadzie własności, lecz wyłącznie grzecznościowego odstępowania, a nie o to przecież nam chodziło. Wyszło na to, że zadbałyśmy o piękny, świeży wygląd miejsca, gdzie przechowuje się stare mapy i rząd szaf podobno zapełnionych pomocami dydaktycznymi.
Teraz nowa dyrekcja oddała nam w posiadanie nowy gabinet, wreszcie na tyle duży, że chyba już nie będzie problemu z obijaniem się o siebie podczas pracy i pomieszczeniem przychodzących do nas uczniów. Początkiem tygodnia przeniosłyśmy tam ostatnie rzeczy z naszego byłego pokoju. Nie będę za nim tęsknić. Wreszcie mam do czynienia z pożegnaniem, które nie rodzi nawet jednej smutnej myśli.
Cała reszta pożegnań - z urlopem zdrowotnym, wakacjami, no i bezpieczeństwem rodzi jednak smutki i smuteczki. Przecież jeszcze tak niedawno był ten piękny Sandomierz, letni wypoczynek, najbardziej upalny weekend ostatnich miesięcy...
A teraz pozostały tylko niepokój i praca przemieszana znów z przebijaniem się przez system zdrowotny w naszym kraju.
Tyle że szkołę dzięki latom praktykowania przynajmniej mam jakoś ogarniętą i póki nie ma uczniów, to wciąż czuję tam grunt pod nogami (mimo że już chwiejny), natomiast te mutujące zmiany na płaszczyźnie ochrony zdrowia są dla mnie coraz bardziej trudne do zrozumienia i zaakceptowania.
Póki mogę (bo plan pracy na razie nie jest sztywny), towarzyszę jeszcze mężowi w wyjazdach do śląskich specjalistów. W Ochojcu przyjmuje nas naczyniowiec numer trzy. Takie są teraz przepisy - nie ma lekarza prowadzącego pacjenta, wizyta jest przypisana do specjalisty, który akurat ma dyżur.
Zanim się do niego dostaniemy, to trzeba odczekać w długiej kolejce, tym razem... na zewnątrz poradni. Łatwo sobie wyobrazić, jak to wygląda w praktyce - rzeczywiście w środku budynku znajduje się tylko paru szczęśliwców, którzy mają do dyspozycji całą wielką poczekalnię. Tyle, że wcześniej musieli oni odstać swoje w niemałym tłumie innych pacjentów, gdzie o dystansie społecznym można było tylko pomarzyć. Rozumiem, że trzeba chronić służbę zdrowia, ale czy to też dla niej będzie bezpieczne, jeśli ludzie pozarażają się przed progiem poradni?
Zresztą chyba trzeba by coś zrobić nie tylko po to, by zapewnić pacjentom minimum bezpieczeństwa, ale także w celu ich poszanowania. Przed wejściem są tylko 3 ławeczki, na nich po troje ludzi siedzi ciasno ramię w ramię, cała reszta stoi, bo nie można liczyć nawet na krzesełka dla osób typu mój niepełnosprawny w stopniu znacznym mąż, podpierający się w kolejce ponad godzinę kulami. Dobrze, że wrzesień za pasem, nie ma już upału, przedpołudnie jeszcze z chłodnym powiewem - jakaś starsza pani narzeka wręcz, że jej zimno. Zastanawiam się, jak to będzie wyglądało, gdy zrobi się naprawdę deszczowa jesień, czy mroźna zima.
I wtedy dzwoni pan kardiochirurg z budynku obok. Pyta męża o postępy w przygotowaniach do operacji, której termin najchętniej dalej by utrzymał na już. Mąż mówi mu (bo wcześniej nie było okazji) o tym, że naczyniowiec wróży po niej pewną śmierć.
- To proszę go zapytać, ile operacji kardiochirurgicznych zrobił w swoim życiu? - pada odpowiedź. No i tak by to wyglądało w kwestii współpracy lekarzy specjalistów. Pokłócili się nawet za pośrednictwem pacjenta.
Odpowiedzi kardiochirurga i tak nie byłoby komu przekazać. Pewnie już jej adresata nie zobaczymy więcej na oczy.
Naczyniowiec numer trzy podejmuje wreszcie ostateczną decyzję, dotyczącą wszczepienia przed operacją filtra przeciwzakrzepowego w żyłę brzuszną męża. Jego zdaniem nie jest to potrzebne. No to nic więcej nie mamy tu do roboty - rany na nogach męża szczęśliwie się wygoiły. A że wciąż go bolą - kogo to obchodzi? Współczesna medycyna raczej nie przywiązuje wagi do bólu pacjentów.
Czeka nas jeszcze jedna poradnia - tym razem już spokojnie przyjmuję mężową wizytę na hematologii. Bo tam jednak okazało się, że zaświadczenie o niepełnosprawności, wciśnięte na siłę sekretarce, zadziałało. Dzięki temu, że pokonałam jej opór, by przedłożyć ten dokument konsylium lekarskiemu, mąż doczekał się konsultacji w ciągu regulaminowych siedmiu dni. I już jest w trakcie badań. Bogu dzięki, że wreszcie nauczyłam się upominać o prawa osób niepełnosprawnych.
Jeśli chodzi o moje badania (medycyna pracy), to również spotykają mnie różnego rodzaju “niespodzianki”. Wydanie skierowań na konsultacje do specjalistów wymaga długiego oczekiwania, oczywiście za drzwiami wejściowymi do poradni, tym razem nawet zamkniętymi na klucz. Tu już nawet nikt nie stara się sprawiać wrażenia, że chciałby uszanować pacjentów - nie tylko nie ma żadnej ławeczki czy krzesełka, ale nawet zadaszenia nad głową, chroniącego oczekujących przed lejącym się tego przedpołudnia żarem z nieba. Kawałek szkła powieszony nad wejściem na pewno nie pełni takiej roli.
- Proszę czekać - powtarza mi uchylająca innym pacjentom drzwi rejestratorka, zatrzaskując je raz po raz przed moim nosem. Wchodzę dopiero wtedy, gdy od palącego słońca zaczyna boleć mnie głowa. A w środku... cisza, spokojne tempo pań rejestratorek, klimatyzowane wnętrza. Myślę o tym, że niektórzy umieją zadbać o swój komfort pracy. W przeciwieństwie do nas nauczycieli.
- Gdybyśmy chociaż pracowały w służbie zdrowia - wzdycha na konferencji Beata. - Dostałybyśmy wtedy jakieś środki do ochrony osobistej.
No i to by było na tyle o przygotowaniach polskiej szkoły do rozpoczęcia roku szkolnego. Półprzyłbice zamawiamy sobie we własnym zakresie. Paula zbiera zamówienia, żeby zbiorowo było taniej (chociaż na kosztach przesyłki). Jedna sztuka kosztuje mniej więcej tyle, co godzina mojej pracy. O przydzielonych podobno do szkół maseczkach, zamówionych przez ministra, na razie głucho. Jest za to płyn do dezynfekcji i mydło - na dzieciach nie oszczędzamy.
Ach, lepiej o tym nie myśleć, dopóki się da. Uciekać myślami do Sandomierza, gdzie oferują na każdym kroku cydr z jabłek owocujących właśnie w sadach porastających okolicę, gdzie w mojej ulubionej Galerii Twórczości Osób Niepełnosprawnych przy Stowarzyszeniu “Tratwa” mogłabym bez końca wybierać pamiątki z wakacji dla wszystkich mi bliskich osób, gdzie turyści spacerują jeszcze w wakacyjnym nastroju, racząc się po kolei: sandomierskimi lodami, sandomierskimi krówkami, sandomierskimi zapiekankami, itd... Czy to możliwe, że miałam ten świat w zasięgu ręki zaledwie przed tygodniem? Ucieczka (choćby we wspomnienia) - zagrożenie czasem wyzwala taką reakcję...
Żyjmy póki czas. Póki jeszcze żyjemy. Hasło na bieżący rok szkolny? Przeżyć. Może najmniej ambitne z dotychczasowych haseł, ale za to raczej najważniejsze...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz