piątek, 10 maja 2019

STRESUJĄCA WIOSNA






















Tegoroczna wiosna jest dla mnie bardzo stresująca. Mam wrażenie, że emocje i napięcia, wzniecone  w murach naszej szkoły w okresie strajku, ciągną się wciąż za nami jak ogon, którego nie sposób się pozbyć. Ciężko się pracuje w takiej atmosferze. Tym bardziej, że każdy z nas próbuje się w międzyczasie zastanowić nad swoją relacją z zawodem, który okazał się budzić tak negatywny odbiór w społeczeństwie. Podobno sondaże pokazują, że ponad połowa badanych, mających sprecyzowaną opinię w tej sprawie, jest przeciwko nauczycielom (47% na tak, 48% na nie).
https://oko.press/strajk-nauczycieli-elektorat-pis-na-nie-wyborcy-opozycji-na-tak-wiekszosc-mlodych-popiera-strajk-sondaz/
Patrząc na twarze rodziców, którzy przyszli na zebranie w ostatnim tygodniu, mówię do siebie – nie, to niemożliwe, żeby co drugi z nich... Lubię tych ludzi, a także klimat naszych spotkań i dlatego tak trudno mi uwierzyć statystykom.

Staram się na tym zebraniu jakoś odnieść do niedawnych wydarzeń. Trochę mi to idzie nieskładnie, bo jestem już dwunastą godzinę w pracy i zmęczenie daje mi się mocno we znaki.
 - Szkoda, że nasz strajk zakończył się fiaskiem – mówię do rodziców mojej klasy. – Nie wiadomo, co będzie w nowym roku szkolnym (akcję strajkową zawieszono oficjalnie do września). Ale polską szkołę i tak trzeba zmienić. Nam się to nie udało. Może dokonają tego w przyszłości Państwa dzieci. Kiedyś przecież nasi obecni uczniowie przekroczą szkolne progi ze swoimi pociechami. I jak w przypadku każdego rodzica będzie temu towarzyszyć oczekiwanie, żeby w szkole czuły się one jak w swoim żywiole. Żeby lubiły do niej chodzić. Żeby wydawała im się przyjazna. I o to trzeba będzie walczyć w dalszym ciągu, bo póki co, nasze starania nie przyniosły rezultatu.




















Gdy o tym mówię także do swoich uczniów na godzinie wychowawczej, to w odpowiedzi na wizję przyjaznej szkoły Emil z mojej  klasy odpowiada:
 - Przecież to niemożliwe!
Mam nadzieję, że się mylisz Emilu. Przyzwyczailiśmy się do tego, co nie jest dobre, bo trwało latami. Ale to dalej nie znaczy, że musi tak być zawsze. Mam nadzieję, że kiedyś weźmiesz przykład ze swoich nauczycieli i nie będziesz się zgadzał na to, co należy zmienić. Nauczycielski protest to też pewna nauka, którą możesz, jak pozostali uczniowie, zabrać ze sobą w dalsze życie.


Tak naprawdę nas nauczycieli nie dotknęło tak bardzo stanowisko rządu i propagandowa nagonka na naszą grupę zawodową. Nader szybko doszło do nas, że w jego szeregach nie mamy sojuszników, czy choćby ludzi, którym edukacja kolejnych pokoleń w jakikolwiek sposób leży na sercu. Nas najmocniej zabolała pozbawiona zrozumienia reakcja społeczeństwa i ten straszliwy, kłamliwy hejt, jaki ku nam wirtualnie skierowano ze strony (chyba) zwykłych ludzi. Czy to możliwe, żeby większość Polaków tak myślała? Usłyszeliśmy wygadywanie tego, że nie płacimy za wycieczki (jesteśmy tam w pracy – czasem dzień i noc), że rodzice przynoszą do szkoły ciasta (nie dla nas, lecz na kawiarenki, z których cały dochód idzie na rzecz dzieci), że trzeba nam kupować PREZENTY na koniec roku (choć nikt z nas tego nie oczekuje – matematyczka powiedziała wprost, że zamiast kolejnego długopisu z grawerem, wolałaby żeby zebraną na ten cel kwotę uczniowie złożyli na potrzeby hospicjum). Oburza mnie takie traktowanie nauczycieli, jak dziadów, którzy się napalają na darmowe ciastko na komersie (choć większość z nich wolałaby spędzić wieczór w domu przy własnej kawie i rodzinie), czy na tulipana w Dzień Kobiet (choć z tej okazji są one przeważnie w promocji, więc, nie czekając na zafundowanie jednego z nich, kupuję je do wazonów całymi bukietami). Wprawdzie dużo nie zarabiamy, ale swój honor mamy.


Gdyby chodziło tylko o pieniądze, to rozsądnie byłoby się od strajku uchylić. Wiedziałam, jakie jest ryzyko i usłyszałam od rządu na wstępie akcji strajkowej, że za powstrzymywanie się od pracy zapłaty nie otrzymam. Odebrałam teraz wypłatę w wysokości 500 + (parę procent), czyli w przybliżeniu to, co rodzice naszych uczniów otrzymują nie jako pobory, lecz zasiłek, fundowany z naszych podatków (w tym z mojego) i przysługujący bez żadnych wymagań na każde ich dziecko. Ale po co właściwie to tłumaczyć, skoro jedni o tym i tak wiedzą, a drudzy są odporni na wszelkie argumenty. Ja chcę pozostać w przekonaniu, że rodzice moich uczniów należą do tej pierwszej grupy. Z takim nastawieniem kończę więc zebranie i ten długi, męczący dzień w pracy, żeby móc wreszcie wrócić do domu, gdzie czekają na mnie od rana: chory mąż, chory pies i zestresowani maturą Wiktoria i Kacper. Pora zająć się nimi.







 Dwanaście godzin wcześniej rozpoczęłam tego dnia pracę egzaminem maturalnym. My nauczyciele jesteśmy wypożyczani często do udziału w komisjach egzaminacyjnych w innych szkołach. Tym razem trafiłam do technikum, zajmującego lokal po podstawówce, która była miejscem mojej pierwszej pracy. Niewiele się tam zmieniło. Ale sentymenty mnie nie nachodzą. Czuję, że wobec tego, co dzieje się w oświacie, pora kończyć moją przygodę ze szkołą. I ten koniec nastąpi zapewne bez specjalnego żalu.

Wkrótce zjawia się niebieskowłosa dziewczyna, dwa lata starsza od Bartka, która będzie w naszej obecności zmagała się z egzaminem maturalnym. Przychodzi na zupełnym luzie – koszula w czerwono – czarną kratę, trampki i leginsy ze skórzanymi wstawkami. Nie żeby mi to przeszkadzało w czymkolwiek, ale nachodzi mnie refleksja, jak bardzo my nauczyciele jesteśmy akuratni w każdej z możliwych sytuacji. Wychodzimy przed szereg, by tylko nikt nam nie zarzucił braku szacunku (którego sami nie doświadczamy), wyrażonego słowem, czynem, czy nawet strojem wobec uczniów, rodziców i wszelkich szkolnych uroczystości. No i jak teraz wyglądamy naprzeciwko tej luzackiej dziewczyny, matki już trojga naszych potencjalnych uczniów, odstawione wraz z drugą panią z komisji jak przysłowiowe „stróże w Boże Ciało”? Ja mam na sobie białą bluzkę z grubej koronki, czarną ołówkową spódnice, a stopy właśnie obcierają mi nowe, niemiłosiernie niewygodne ale jakże piękne czółenka Zary. Druga nauczycielka wyszykowała się w granatową wizytową sukienkę, dodając do tego wysokie, zgrabne szpilki pod kolor. Dress code? Miałam z tego obowiązkowe szkolenie (w swoim wolnym czasie), na którym prowadząca (i nieźle za to opłacona) edukatorka, wyraziła swoje oburzenie wobec nauczyciela, który w szkole na spotkanie z nią założył jeansy!


Zasiadam na parę godzin za pokrytym zielonym suknem stołem i patrzę na kołyszące się liliowe bzy za oknem. Pogrążam się w rozmyślaniach o moich domowych maturzystach. Tego dnia, jak nasza dziewczyna z niebieską fryzurą, zdają angielski. Trzymam za nich wszystkich mocno kciuki. Wydaje mi się to bardzo cenne, że zdecydowali się zamknąć jeden rozdział w swoim życiu, by móc przejść do następnego. Życzę im, by od jesieni zasilili poczet studentów. Jestem pewna, że się uda. Ale stresuję się tak samo, jak każda matka maturzysty.

Skarżę się messengerowo Helenie na moją obecną sytuację - atmosferę w pracy, zmęczenie, brak wolnego czasu, nerwówkę, związaną z egzaminami maturalnymi, choroby...

Niby wiem, że to wszystko przejściowe, ale czasem zastanawiam się, kiedy mi się zasoby i siły całkiem wyczerpią, bo ostatnio moje życie to nieustający ciąg stresów i to nie małych
ogólnie trochę to wszystko dołujące i gdybym miała określić, jak się czuję, to właśnie słowa "zdołowana" bym użyła
Nie należy wierzyć nikomu, kto nam podsunie znane powiedzonko: "Co cię nie zabije, to cię wzmocni". To tak nie działa. Cios omal śmiertelny nie jest żadnym wzmocnieniem dla życia, przy którym się jakimś cudem zostaje. Ileż czasu i wysiłku zabiera rozpalenie go na nowo... A potem trzeba ten płomyk wciąż doglądać i chronić przed zgaszeniem. To trudne, gdy wiatr wieje w oczy z każdej strony.

Ale poczuwając się do odpowiedzialności za życie, które mi po ciosie pozostało, przyjęłam rolę Strażniczki Ognia. I jestem zdetermiowana, by wypełnić związane z tym zadania. Teraz więc mówię do siebie nieustannie: dasz radę! Przecież już nie takie trudności przetrwałaś.
Wiosenny - ciężki i stresujący okres też się musi kiedyś skończyć, a ja po raz kolejny zacznę odbudowywać to, co tracę w związku z wyczerpaniem. Dorzucę drew do ognia i  w końcu uda mi się rozpalić wielki płomień.  Z każdego dołka będę potrafiła się wygrzebać, a zanim pójdę dalej, strząsnę nad nim pył ze swoich sandałów. Niech się boją życia ci, których jeszcze nie doświadczyło. Ja zrobię się tak twarda, że wkrótce, każda z przeciwności losu będzie się ode mnie odbijała jak od tarczy. I tylko, żeby jeszcze móc strząsnąć ten pył ze swojego serca...

czwartek, 9 maja 2019