piątek, 3 maja 2019

TRUDNOŚCI Z WŁOSKĄ KUCHNIĄ ;) I CIEMNYMI STRONAMI POŁUDNIA - relacja z Wielkanocy w Kalabrii


Mąż dotrzymał danego rok wcześniej słowa. Na Wielkanoc wybraliśmy się ponownie do Kalabrii. Tym jednak razem jechałam, wiedząc, czego mogę się po takiej podróży spodziewać - na pewniaka, bez żadnego niepokoju:). Tyle, że tegoroczna Kalabria okazała się miejscem zupełnie innym niż ta ubiegłowielkanocna.

Zaskoczyło mnie to. Oczywiście nie spodziewałam się kopii Świąt sprzed roku. Ale myślałam, że ogólny obraz obu wyjazdów będzie podobny, skoro cała Kalabria to jedna wielka „kraina słońca i morza”, jak pisze autorka blogu „Moje Włochy”. No i właściwie to prawda. Ale i tak po tej podróży miałam wrażenie, ze byłam w jakiejś innej Kalabrii niż rok temu.

Tym razem nie wypożyczyłam żadnego przewodnika z biblioteki (ktoś mnie ubiegł). Ale właściwie uznałam, że nie szkodzi, bo przecież znam już region (hahaha!). No i jak zwykle, zawsze pozostaje do dyspozycji  niezawodny internet.  W przejrzanym przeze mnie blogu, Kalabria jest opisana następująco:
„Region jest wielkości Małopolski (15 tys m²) tylko, że nieco rozciągniętej: półwysep mierzy 240 km długości, choć w najwęższym miejscu ma zaledwie 32 km szerokości. Do wybrzeża, w najgorszym razie, jest 50 km.😊 Poza linią wybrzeża wnętrze półwyspu jest górzyste przez co jest malowniczo i widokowo.[...] Tereny górskie oddzielają dwa morza: Tyrreńskie i Jońskie o, suma sumarum, 800-kilometrowej linii wybrzeża (!).
http://obserwatore.eu/w-podrozy/warto-pojechac-kalabria


W tym roku mężowi  udaje się kupić bilety lotnicze do Lamezii Terme. Naturalnym wyborem staje się więc wybrzeże Morza Tyrreńskiego. Tam właśnie szukam noclegów i mam to szczęście, że akurat niecałe 80 km od lotniska udaje się ustrzelić najtańszą ofertę ośrodka wczasowego w całej Kalabrii. Do dziś nie wiem, czy nie trafiłam na błąd cenowy. Jak bowiem rozumieć to, że w hotelu można było wybrać pobyt ze śniadaniem (naprawdę słabym) lub w (wypasionej) opcji full board za tą samą cenę?

Ośrodek La Porta del Sol w San Ferdinando w swym opisie bardzo przypominał Salice Club Resort, w którym mieszkaliśmy rok temu. Kierując się sentymentem, miałam ochotę zarezerwować tam cały pobyt. Ale powstrzymały mnie w większości negatywne opinie na TripAdvisor. Ludzie pisali przeważnie o brzydkim morzu i fatalnym jedzeniu. No cóż, w tym przypadku zdecydowałam się podzielić nasze zakwaterowanie na dwa ośrodki  - to taki mój sposób na minimalizację ryzyka. Przy krótkim pobycie przetrzymam wszystko, a sił mi doda nadzieja na lepsze warunki w następnym hotelu, lub jego wspomnienie.


Tym razem wyjeżdżamy bez żadnych przygotowań. Z naszego doświadczenia wynikało, że nawet jeśli jedzenie w hotelu okaże się rzeczywiście niezjadliwe, to we wszystko, co potrzebne na Święta, zaopatrzymy się na miejscu. Po bezproblemowym i krótkim locie wsiadamy do zamówionej szarej Pandy i autostradą Salerno – Reggio di Calabria mkniemy na południe. Pogoda wprawia nas w dobre humory, widoki jeszcze bardziej. Jestem zachwycona tą kolejną udaną ucieczką przed spędzeniem Świąt w domu. Na moim nosie momentalnie pojawiają się różowe okulary.

Tylko po to, by spaść  z wielkim hukiem i rozbić się w drobny mak, natychmiast po wjeździe na teren ośrodka La Porta del Sol, który wygląda jakby od lat był opuszczony i wymarły. Skrajne zaniedbanie to chyba dobre określenie.
 - Co ty zarezerwowałaś? – pyta oszołomiony mąż, którego oczy stają się coraz bardziej okrągłe ze zdumienia w miarę jak zagłębiamy się we wnętrze ośrodka. Chyba nie tylko ja spodziewałam się znaleźć tu coś podobnego do Salice Club Resort. No cóż, trzeba spróbować poszukać jakiegoś żywego ducha na tym pustkowiu.
Przemierzam cały, spory ośrodek, by na  jego przeciwległym krańcu znaleźć budynek z restauracją i hotelem. Sprawa staje się jasna, należało przyjechać od strony bramy, która jest bezpośrednio pod nim. Cała reszta resortu jest po prostu nieczynna.


Za to hotel znajdujemy jako nowy, czysty, wygodny i w moim odczuciu w pełni zasługujący na cztery gwiazdki. Z okna za rzędami eukaliptusów mogę oglądać morze. Wieczorem urzeka cisza kompletnego odludzia. Pomimo pierwszego wrażenia decyduję się jednak posklejać na nowo różowe okulary. Tym bardziej, że zostajemy przyjęci w ośrodku z niezwykłą życzliwością.




Wkrótce okaże się też (gdy stajemy się jedynymi gośćmi), że hotel i restauracja zostały otwarte specjalnie dla nas. Mimo że z ekonomicznego punktu widzenia bardziej chyba opłacałoby się właścicielom odwołać dokonaną przeze mnie rezerwację. Naszą czwórkę obsługuje cały sztab dojeżdżających z okolicy pracowników – tylko na recepcji dopatrzyłam się czwórki zmieniających się młodych ludzi. Do tego pani sprzątająca pokoje, kucharz, kucharka i nasz ulubiony kelner, zjawiający się w ośrodku dwa razy dziennie w swym nieskazitelnym biało – czarnym stroju jedynie po to, by nam podać obiad i kolację. Szaleństwo. Za które jesteśmy oczywiście bardzo wdzięczni wszystkim Kalabryjczykom z La Porta del Sol.



Trudno było sobie wymarzyć lepsze i bardziej obfite Święta. Gdyby nie wyżywienie w ośrodku, to wobec braku porządnych marketów w okolicy, tym razem jednak zostalibyśmy z ręką w nocniku podczas sporządzania świątecznego menu. Zaczęłam szczerze żałować, że nie zostaniemy w La Porta del Sol do końca pobytu we Włoszech. Ogarnęło mnie pełne sytości lenistwo i nie chciało mi się nigdzie przenosić.























Naprawdę mi szkoda niewykorzystanych możliwości tego ośrodka. Potencjał całego resortu jest przeogromny. W cieniu tamaryszków rozlokowane są tam bungalowy, które wymagają gruntownego odnowienia przed sezonem. Na olbrzymiej przestrzeni widziałam scenę do animacji, urządzenia sportowe i place zabaw dla dzieci – na razie w wielkim nieładzie.  


Basen miał oczywiście jeszcze zeszłoroczną wodę, ale na reklamowych zdjęciach ośrodka wygląda to na bardzo miłe miejsce do relaksu. Przechodząc na plażę dróżką, zakończoną, podpartą za pomocą deski, bramą w zardzewiałym ogrodzeniu, mija się oczko wodne z kolorowymi rybkami, boiska piłkarskie, budkę z lodami, krzywo odstawioną w zarośla. Wszystko wśród wybujałej trawy i ścieżek pełnych niezgrabionych liści z zeszłego roku. Przywrócenie tego do życia będzie na pewno wymagało rzeszy ludzi oraz mnóstwa czasu, pieniędzy i wysiłku.


A jeśli chodzi o dwa główne zarzuty turystów z TripAdvisora, to trudno mi się do nich jakoś obiektywnie odnieść. Ja zawsze tak bardzo cieszę się obecnością morza, że tej radości chyba nic nie jest mi w stanie zepsuć. Trudno byłoby mi się na nie gniewać za to, że wyrzuciło na brzeg wszystko, co do niego wpłynęło i czym „obdarzyli” je ludzie. Za brak sprzątania plaży też oni przecież odpowiadają. Ale próbuję tłumaczyć sobie, że być może zbyt wysokie koszty powodują, iż w naszym San Ferdinando nie robi się tego poza sezonem (choć to chyba nie wytłumaczenie). W każdym razie morze tu niczemu nie jest winne. W okresie, gdy byliśmy w ośrodku, nie miało nawet zmienionego koloru, o którym często wspominali nasi poprzednicy (podobno wpływ na to ma ujście rzeki, którego nie widziałam, niosącej czasem, w opinii użytkowników TripAdvisora, zamulone, pełne śmieci i gruzu wody).
 


Jakby nie patrzeć, morze było dla mnie w czasie tego wyjazdu źródłem wielu wrażeń. Czarowało kolorami wodnej toni i nieba nad nią w porze zachodów słońca. Pozwalało się zapatrzeć w bezkres wód, by na horyzoncie zobaczyć wciąż czynny wulkan Stromboli (tak, tak, czasem nawet dymiący) i Sycylię, która przy dominującym u nas ostatnio ukierunkowaniu coraz bardziej na południe pewnie będzie którymś z następnych celów naszych podróży.  





Na plaży przy ośrodku mogliśmy oglądać też skraj przylądka Capo Vaticano z dość dobrze widocznym historycznym miasteczkiem Nicotera na północy. W przeciwnym kierunku znajdował się port, należący już do sąsiedniej miejscowości Gioia Tauro. Można było dojść  do jego skraju plażą i wrócić nadmorskim deptakiem. Oczywiście właśnie taki spacer sobie zrobiłam (fotorelacja 1).






















Mogło być pięknie, ale jednak porażające zwały śmieci na obu tych szlakach sprawiły, że w końcu poczułam się poirytowana. Mimo najszczerszych starań, nie byłam w stanie zrobić nawet jednej fotki bez tego typu „upiększaczy”. Rany, niechby ktoś wreszcie posprzątał choć jedno miejsce w całej okolicy! Chwilami można tam odnieść wrażenie, że spaceruje się po śmietniku. Ale to przecież, jak już ustaliliśmy, nie wina morza.


Jeśli chodzi zaś o zarzuty w sprawie jedzenia to zostały one chyba sformułowane w okresie, gdy był szczyt sezonu. Być może kuchnia wtedy rzeczywiście nie radziła sobie z naporem tłumu turystów z całej wakacyjnej wioski – ani w sensie obsługi, ani pod względem ilości dostępnych produktów czy też przygotowywanych posiłków.


Natomiast o naszych doświadczeniach kulinarnych mogę napisać w samych superlatywach. Rozpieszczano nas iście po królewsku. W życiu (a żyję już dosyć długo) nie zjadłam tyle w czasie świątecznym.  Po dwa dania z przystawką, deserem, wodą (z gazem i bez) oraz karafką wina (do wyboru białe lub czerwone) na obiad i kolację sprawiały, że nie tylko mieliśmy okazję popróbować wielu lokalnych specjałów (zawsze był wybór spośród dwóch propozycji), ale też, iż byliśmy niestety notorycznie przekarmieni. W końcu kuchnia włoska nas po prostu pokonała. Gdy zeszliśmy na pożegnalną kolację, na samą myśl o jedzeniu zrobiło nam się niedobrze. Na widok zastawionego stołu, mąż aż jęknął ze zgrozą:
- Uciekajmy stąd jak najszybciej!
Ubawiłam się do łez. Czułam to samo co on. Następnego dnia grzecznie podziękowaliśmy za przysługujący nam jeszcze podobno lunch i po śniadaniu wyjechaliśmy do następnego ośrodka. Na pożegnanie zostaliśmy uściskani przez ulubioną recepcjonistkę. Zapytałam ją, czy na nasze miejsce przyjadą jacyś inni goście. Odpowiedziała:
 - Nie. Mniej więcej za godzinę zamykamy hotel.
Wyjechaliśmy więc w nostalgicznym nastroju, kierując się do następnego ośrodka na północy. Wkrótce okaże się, że dopiero tam spędzimy prawdziwe (choć bardzo krótkie) "kalabryjskie wakacje" (ale o tym już następnym razem).

*
Różowe okulary niewiele pomogły w regionie, gdzie usytuowany jest resort La Porta del Sol.  Zdaje się, ze trafiliśmy do najmniej atrakcyjnego pod względem turystycznym miejsca Kalabrii. Nie dziwię się wcale, ze turyści go omijają dużym łukiem. We wpisie na TripAdvisorze (Francesco P. – opinia z września 2018) pojawia się określenie: „miejsce zapomniane przez Boga’, czy nawet: „martwy kraj” (il paese morto). Chciałabym widzieć to w sposób bardziej optymistyczny. Próbuję przekonać siebie (i swoich najbliższych też), iż region się z czasem rozwinie i widać już pierwsze kroki w tym kierunku w postaci szkieletów okolicznych budowli. Ale moja rodzina zwraca mi uwagę, że nie widać żadnych śladów, żeby ktoś się nimi interesował. Wyglądają na porzucone już dawno temu i raczej są to objawy zwijania się z okolicy, a nie jej rozwoju.



Może posklejanie okularów nie działa?  Przecież nigdy dotąd w podróży po Włoszech nie przeszkadzały mi takie zjawiska jak starość, brak remontu, nieład, bieda czy też zużycie w ciągu lat użytkowania. Całkiem dobrze się czułam w takich klimatach. A teraz w tym zaniedbaniu znajduję głównie coś, co mi jednak przeszkadza: niechlujstwo, brud i zaśmiecenie. Tak niestety bez różowych okularów (a nawet częstokroć w nich) wyglądało nasze San Ferdinando. Wyjątkiem może był tylko placyk z kościołem, gdzie uroczyście świętowaliśmy tegoroczną Wielkanoc (miejsce nie tylko uczestniczenia we mszy, skupiającej tłumy lokalesów, ale też tradycyjnie własnoręcznego poświęcenia koszyczków z pokarmem:).

Okoliczne miasteczka - Rossano  czy Gioia Tauro nie prezentują się lepiej niż San Ferdinando. Będąc tam zastanawiałam się nawet naiwnie, czy nie przybyliśmy w okresie jakiegoś strajku służb porządkujących i wywożących śmieci. Ale nie, na śmieciarki natknęłam się później niejednokrotnie, a mimo wszystko jakby niczego to nie zmieniało. Niestety, trójkąt wymienionych powyżej miast zaprezentował nam się w zanieczyszczonej i po prostu brzydkiej odsłonie. Nie wiem, czy będziemy chcieli tam jeszcze kiedyś powrócić.



Zupełnie inaczej zaleźliśmy miasteczka na południe od naszego "trójkąta", do których wybraliśmy się na jedną z polunchowych wycieczek (fotorelacja 2). Do Scilii (miejsca pojawiania się Homerowskiego potwora) oraz Reggio di Calabria (stolica regionu), gdzie trafiliśmy na przygotowania do świątecznych uroczystości, z przyjemnością wrócę w każdym wolnym od pracy momencie. Wystarczy na mnie tylko zagwizdać na palcach.

*
Już po powrocie do domu w czasie długiego weekendu majowego wpadam na pomysł, aby w celu odświeżenia włoskich wspomnień obejrzeć jakiś film, o regionie, gdzie spędziliśmy święta. Po ominięciu wszelkich vlogów, youtouberów i innych pragnących wypromowania średniej jakości produkcji, natrafiamy na zajawkę, dotyczącą ... 'ndranghety, czyli kalabryjskiej mafii. Jedna z głównych ról w tym filmiku przypadła... portowi Gioia Tauro.

Patrzę na to  niedowierzaniem - no cóż, trzeba chyba bardziej starannie przyłożyć się do znalezienia i wybrania przewodników przed podróżą. 
Informacje z filmu znajduję również w artykule "‘Ndrangheta – najpotężniejsza włoska mafia", poświęconemu książce Alexa Perry pt. "Dobre matki"
https://online-mafia.pl/2017/05/18/ndrangheta/
Nie powiem, żebym nie miała wcześniej wiedzy na temat tego zjawiska w Kalabrii. Zaskoczyło mnie tylko to, że byliśmy bez żadnej świadomości tak blisko jednej z głównych aren mafijnych wydarzeń. 
"Według włoskich danych, około 80% kokainy trafiającej do Europy przechodzi przez poddany kontroli ’ndranghety kalabryjski port Gioia Tauro" - czytam w zawsze podręcznej Wikipedii
(https://pl.wikipedia.org/wiki/%E2%80%99Ndrangheta).
I choć w następnym zdaniu podano, że "Danym włoskim zaprzeczają jednak dane Europolu i Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii, według których to Półwysep Iberyjski jest głównym punktem przerzutowym kokainy na rynek europejski", to jednak zasadniczo nie zmienia to sytuacji. "Mimo sprzecznych danych, nie wykluczających zresztą, iż kokaina przechodząca przez Hiszpanię należy do ’ndranghety, niezaprzeczalny pozostaje fakt, iż narkotyki są głównym źródłem dochodu kalabryjskiej organizacji" - czytam w dalszej części internetowej noty. Rola portu Gioia Tauro, który mieliśmy praktycznie pod samym nosem, jest w całym tym interesie i tak bezsprzeczna. Do tego dochodzi tam handel bronią.
"W  ciągu ostatnich dwudziestu lat z  powodu utrzymywania tajnych układów z  mafią rozwiązanych zostało większość rad miasta w  rejonie Kalabrii, między innymi w  Reggio di Calabria, Lamezia Terme, Rosarno, Gioia Tauro..." pisze  Arcangelo Badolati w swojej książce "KULISY ‘NDRANGHETY. Profil najgroźniejszej mafii na świecie"
https://niezlomni.com/od-historycznych-bossow-do-wspolczesnych-biznesmenow-kulisy-ndranghety-i-polskie-watki-w-najgrozniejszej-mafii-na-swiecie/ 
I wcale to nie dzieje się w jakiejś zamierzchłej przeszłości. Jak można przeczytać na stronie https://it.wikipedia.org/wiki/%27Ndrina_Piromalli, w lutym zeszłego roku skończyły się na przykład operacje  Martingala e Vello d'oro, wymierzone przeciwko klanom mafijnym z Gioia Tauro.





Zaledwie miesiąc później przylecieliśmy do Kalabrii pierwszy raz na Wielkanoc.

Czy w związku z tym czuliśmy się tam bezpiecznie? Tak, bo działania 'ndranghety nie są skierowane przeciwko turystom. Wprost przeciwnie, zyski z działalności przestępczej są obecnie często inwestowane w turystykę lub inne legalne interesy (np. budowa autostrady Salerno - Reggio di Calabria, którą się przemieszczaliśmy podczas wszystkich naszych wycieczek po okolicy). W celu turystycznym wciąż można przyjeżdżać do Kalabrii bez żadnych obaw.








*
Cytowany na początku wpisu blog porusza tematy 'ndranghety oraz innych ciemnych stron Włoch w dziale pt. "Pod prąd". Jest tam też zasygnalizowana sprawa stereotypów Włochów na temat Polaków. Bardzo to ciekawe, bo widziane oczyma naszej rodaczki, która kilka lat temu, jak sama pisze, "zadomowiła" się w pięknej Italii.
"Choć większość pracujących tu przez lata Polaków z południa Włoch już wyjechała (podniósł się poziom życia w Polsce a jednocześnie południe zostało bardzo mocno dotknięte kryzysem), do tej pory pozostał stereotyp Polaka wykonującego najprostsze, słabo płatne prace. Brudno w domu? Muszę wziąć jakąś Polkę (w domyślę panią sprzątającą). Stereotypy zmieniają się powoli."
http://obserwatore.eu/pod-prad/10-bledow-popelnianych-po-zamieszkaniu-we-wloszech/


Czytając takie wypowiedzi, przypominam sobie nasz lot powrotny z Lamezii Terme do Polski. A właściwie to, co opowiadał o nim mąż, który został w samolocie usadzony przy sporej grupie Włochów. Ich reakcja, gdy zobaczyli z góry, będący celem naszej podróży Kraków, mogła sprawić wielką satysfakcję. Według relacji męża, Włosi byli absolutnie zaskoczeni widokiem miasta i okolicy. Przyglądając mu się z góry, cmokali z uznaniem, przekrzykiwali się pełnymi podziwu uwagami, a nawet wzdychali z zachwytu! Bo też ten Kraków w pogodny, wiosenny dzień prezentował się przepięknie... Widziane z góry zabudowania stały sobie, wykończone lśniącą w słońcu dachówką, w pozbawionym chaosu szyku pośród zieleni i kwitnących krzewów. Osiedla wyglądały czysto i schludnie. Między nimi połyskiwała swymi wodami Wisła, a tereny wokół miasta były pokryte szachownicą zielonych pól młodego zboża i kwitnącego na żółto rzepaku. Jeśli jakiś przylatujący z południa obywatel Włoch, spodziewał się w Polsce szarości i biedy, to na pewno się nieźle zdziwił. Choć nie wiem, czy tym samym udało mu się zmienić, choć jeden opisywany na blogu "Moje Włochy" stereotyp. 


"Włosi zawsze będą przekonani, że Polacy przyjeżdżają do Włoch, by znaleźć tu raj na ziemi, uciekając z szarej, biednej Polski. Nie trafiają do nich słowa, że poziom i jakość życia w dużych polskich miastach jest wyższy niż na południu. Nie tylko pod względem finansowym. Chyba po prostu lepiej się uśmiechnąć i odpuścić. "




Wyjeżdżamy z krakowskiego lotniska. Patrzę, jaki piękny świat jest dokoła. Trawniki z milionami otwartych na słońce żółtych kwiatów mleczy cieszą oczy nawet bez różowych okularów. Wypieszczone ogródki wokół mijanych - zadbanych i głównie nowych domków w podkrakowskich wioskach, pełne są kolorowych tulipanów i kobierców rozkwitłych skalniaków. Wspominam pobyt w "krainie słońca i morza". Uśmiecham się i ... odpuszczam wszystkim Włochom z Południa. A jako posumowanie tego wpisu zamieszczam słowa Jagody z przywoływanego tutaj cały czas blogu: "Nieważne gdzie akurat jestem:  jestem dumna z bycia Polką! :) – tak mi przyszło do głowy na koniec;)"



P.s. Część druga wspomnień z Wielkanocy w Kalabrii znajduje się we wpisie pt. (Bardzo) krótkie kalabryjskie wakacje

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz