niedziela, 28 kwietnia 2019

NAUCZYCIELSKIE DYWAGACJE








Zawód nauczyciela jest bardzo specyficzny.  I choć jestem z nim związana, to mój stosunek do nauczycielstwa nie jest stały i ściśle określony. Zmienia się w czasie w zależności od bieżących doświadczeń i stażu pracy w szkole.









Na początku mojej pracy zawodowej w ogóle się z nauczycielami nie identyfikowałam. Postrzegałam ich wciąż jakby z perspektywy ucznia, którym w swoim odczuciu dopiero co być przestałam. W pierwszej szkole, do której trafiłam, rzeczywiście sporo przedstawicieli grona pedagogicznego było w takim wieku, że śmiało mogliby mnie uczyć w przeszłości.  Ale tu nie tylko chodzi o stan metrykalny. Oni po prostu wpisywali się w mój stereotyp zawodu nauczyciela. A ja z głową pełną młodzieńczych ideałów wcale nie chciałam podążać w takim kierunku. Jak większość nowych pracowników w oświacie wierzyłam, że szkołę można zmienić.

Tyle, że w przeciwieństwie do nich, ja miałam ten komfort, że mogłam sobie powiedzieć: nie jestem nauczycielem. Czuję się wyłącznie pedagogiem szkolnym. Moja rola stawia mnie po stronie ucznia i to właściwe dla mnie miejsce.
I starałam się pracować sumiennie zgodnie z taką filozofią. Mimo że w tak zastanym i ukształtowanym gronie pedagogicznym moja siła przebicia była przeważnie niewiele większa od tej uczniowskiej. Ale czas działał na moją korzyść.

Pierwsza szkoła, w której pracowałam miała status: „do wygaszenia”. Na tym samym osiedlu kończono właśnie budowę nowej, a my mogliśmy do niej aplikować. Po kilkunastu miesiącach zaczęłam tam pracować. Nie doczekałam w starej szkole momentu jej wygaszenia, choć to nie była moja decyzja. Trzeba tam było jednak zwolnić miejsce dla tych, którzy nie mogli, czy też już nie chcieli zaczynać nowego rozdziału zawodowego w następnej placówce. Pozostawiłam więc większość starego grona w umierającej szkole i  przywitałam zmianę z odradzającą się nadzieją.
I nadeszły lata tłuste. Nowa szkoła z przeważającą ilością młodych nauczycieli miała zupełnie inną atmosferę niż placówka, do której trafiłam poprzednio. Nawet zatrudnienie z czasem pozostałych po jej wygaszeniu nauczycieli nie zmieniło sytuacji w jakiś zasadniczy sposób. Pokochałam moją pracę i nową szkołę z całego serca.
Pod kierownictwem bardzo otwartego dyrektora realizowałam swoje pasje, nabywałam nowe doświadczenia, rozwijałam się zawodowo.
Co prawda wciąż czułam się bardziej pedagogiem szkolnym niż przedstawicielem nauczycieli, ale już nie tylko że przestałam się od nich odżegnywać, ale także nawiązałam z nimi ciepłe, przyjazne relacje. Zaczęłam ich rozumieć. Zobaczyłam przeogromny trud nauczycielskiej pracy. Doszło do mnie, że to nie jest tak, że nauczyciele i uczniowie stanowią dwie strony barykady, a ja muszę się opowiedzieć po którejś z nich. To jedna szkolna społeczność, a moim zadaniem jest działać na rzecz porozumienia i jak najlepszej współpracy wewnątrz tej grupy.




To nie była łatwa praca. Ale dzięki niej dość dobrze zapoznałam się z drugą stroną medalu.  Zobaczyłam niedocenione starania nauczycieli. Poczułam na sobie, z czym mierzy się człowiek, który w relacjach z dziećmi, czy jego rodzicami daje z siebie wszystko, a mimo to traktuje się go jak wroga, wtrącającego się w życie tych, którzy próbują utrzymać jakieś często szkodzące wszystkim status quo. Doświadczyłam braku sprawczości i dotarło do mnie, że tak naprawdę nic, co mogłoby odmienić szkołę i wyrwać ją ze schematu, który już od dawna się nie sprawdza, nie zależy od nauczycieli. Zrozumiałam, jaką frustrację niesie praca, traktowana przez naszych klientów jako zło konieczne. I to chyba wtedy zaczęłam się utożsamiać z nauczycielami.


Czas płynął, lecz zamiast lepszych zmian było coraz gorzej. Każdego roku musieliśmy startować z czymś od nowa, bo przepisy oświatowe zmieniały się prawie z prędkością światła. Biurokracja rozrosła się do granic wytrzymałości. Wychowaliśmy pokolenie bardzo roszczeniowych rodziców, wymagających, by spełniać wszystkie ich, nawet najbardziej absurdalne, życzenia. Byliśmy coraz bardziej zmęczeni i zniechęceni tym wszystkim. Zarówno my, jak i nasza kolejna dyrekcja czuliśmy się tylko małymi, nic nie znaczącymi trybikami w ogromnej machinie, odpornej na wszelkie próby oddolnego reformowania.

W mojej głowie zapalił się wówczas dzwonek ostrzegawczy. Przestraszyłam się, że jeśli nadal będę tak bardzo nauczycielem jak dotychczas, to wyczerpią mi się wewnętrzne pokłady chęci do pracy w ogóle. Musiałam się trochę zdystansować do nauczycielstwa i przesunąć punkt ciężkości znów na zaangażowanie w rolę li tylko pedagoga szkolnego. To było lżejsze emocjonalnie do udźwignięcia i myślę, że dzięki temu przetrwałam, zwłaszcza w zawierusze trudnych dla mnie osobistych przeżyć. Podziwiam tych, którzy nie mając takiego komfortu jak ja, pozostali w oświacie.







Polska szkoła jest zła i coraz gorsza. Przeżyłam wszelkie reformy i zmiany, wprowadzane przez rządzące ekipy w ostatnich dziesięcioleciach i z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że każda z nich przyczyniła się tylko do degradacji istniejącej sytuacji. Nawet nie wiem, czy obecnie jest jakaś szansa, żeby to wszystko ponaprawiać.




Nie wymyśliłam tego jako podbudowę teoretyczną dla protestu pracowników szkoły. Kto mnie zna, ten wie, jak głośno mówiłam o kondycji polskiej oświaty, zanim jeszcze zaczęto go organizować. Na ten moment szkoła stała się miejscem, gdzie pracę można skwitować słowem: beznadzieja. Ostatnie tygodnie to był dla mnie czas, gdy musiałam wybrać, czy jeszcze chcę zawalczyć o lepsze jutro w oświacie, czy też może lepiej już uciec na wcześniejszą emeryturę.


Nie żałuję swojego wyboru. Mimo tego, że trzytygodniowy strajk był emocjonalnie bardzo trudny do zniesienia i pozbawił mnie lwiej części poborów w następnym miesiącu. Ale przynajmniej próbowałam zmienić świat na lepsze. Na ten moment mam świadomość, że polegliśmy w walce o siebie i nasze miejsce pracy. Ale podobno lepiej przegrać w dobrym towarzystwie niż wygrać w złym. Dziękuję więc moim koleżankom i kolegom, że mogłam to zrobić ramię w ramię z nimi. Nigdy wcześniej nie czułam się tak bardzo nauczycielem jak wtedy, gdy nas wspólnie opluwano i oczerniano za to, że przeciwstawiliśmy się temu, co złe.


Nie wiem, jak to będzie wyglądało dalej. Możliwe, że sprawdzą się słowa Magdaleny Raduchy, na które natknęłam się w internecie 15.04 (początek drugiego tygodniu strajku): 
"Szkoła po strajku już nigdy nie będzie taka sama - mówią nauczyciele. Obdarci z resztek godności zapowiadają, że są już innymi ludźmi. W ciągu ostatniego tygodnia zmieniło się wiele. Także ich podejście do pracy, jaką wykonują.
- W nagonce publicznej obdarto nas z miłości do zawodu. Pokazano nam, że nie warto się starać, bo ludzie widzą tylko wakacje, 18 godzin pracy przy tablicy. Nie widzą tego, co w sercu. To bardzo bolesna lekcja - mówi Wirtualnej Polsce pani Mirka, nauczycielka pracująca w przedszkolu. - W obecnej chwili czuję się przez rząd i społeczeństwo upodlona... A przecież dają mi pod opiekę to, co mają najcenniejszego w życiu - swoje dzieci - podkreśla.
Nauczyciele przejrzeli na oczy. Mają pracować dla pasji i misji? Zrodził się wewnętrzny bunt i może się to po strajku zmienić."
https://wiadomosci.wp.pl/strajk-nauczycieli-2019-szkoly-nie-beda-juz-takie-same-nauczyciele-bedziemy-wykonywac-minimum-pracy-6370593406769281a

Dziś usłyszeliśmy o rekomendacji dla strajku włoskiego. Czy potrafimy to wykonać w praktyce tego naprawdę jeszcze nie wiem, choć w pełni popieram pomysł kontynuacji protestu w jakiejkolwiek formie. Póki co przecież nic się nie zmieniło, oprócz tego, że do szkoły właśnie wróciły dzieci. Wbrew temu o co nas oskarża połowa Polaków (według sondaży), przyjęliśmy je z radością., bo zwyczajnie się za nimi stęskniliśmy. I tylko szkoda, że łatwiej by nam było, gdybyśmy tych naszych uczniów po prostu przestali lubić.












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz