poniedziałek, 19 maja 2025

W CZEPKU URODZONA

 

Niektórzy są urodzeni w czepku. Gdy patrzę na szkolne dzieje mojej siostry, to myślę, że to odnosi się właśnie do niej. Jest prawdziwą farciarą.

Zatrudniła się w szkole w momencie, gdy było już po najtrudniejszym chyba okresie w całej historii edukacji – przede wszystkim po strajkach nauczycielskich, po okrutnej fali zupełnie zniechęcającego do pracy hejtu, który na nas wówczas wylano, po długich latach biedy, zaciskania pasa i głodowych pensji.

Monika wkroczyła na nauczycielską ścieżkę, gdy na skutek wspomnianych powyżej okoliczności właściwie wszyscy z niej schodzili. Gdy stan oświaty stał się krytyczny. Gdy trzeba było w ramach reanimacji podjąć radykalne kroki, by zatrzymać w zawodzie chociaż te niedobitki, które jeszcze w nim pozostały.

No więc w ramach zachęty do pozostania doczekaliśmy takiego czasu, kiedy w szkole pojawił się bon na nauczycielskiego laptopa (albo na kawałek lepszego laptopa), nagroda (jednorazowa, żeby nie było tak kolorowo) dla każdego nauczyciela z okazji Dnia Komisji Edukacji Narodowej oraz najwyższe w historii szkolnictwa podwyżki płac. Nowości oczywiście dotyczyły wszystkich – nie tylko tych z ponad trzydziestoletnim stażem pracy, ale także takie świeżynki jak Monika. Nie żeby to wzbudziło we mnie jakieś wątpliwości. Uważam, że każdy nauczyciel zasługuje na poprawę warunków płacowych.

Starałam się natomiast w tej sytuacji zastopować siostrzane zachwyty dla optimistycznego trendu w naszych wynagrodzeniach, tłumacząc, że to wygląda tylko na chwilową poprawę, a w zasadzie na rekompensatę za długie lata harówki z pensją minimalną. Zaś zaopatrzenie nas w bon na sprzęt to raczej zabezpieczenie na wypadek nowego etapu pracy zdalnej. W końcu podczas poprzedniego eksploatowaliśmy własne laptopy i niejednokrotnie byliśmy zmuszeni do płacenia wyższych stawek za lepiej działający internet.

Chyba jednak nie byłam przekonywująca. Monika przyrównała pracę w oświacie do tej, którą wykonywała poprzednio w administracji i wyszło jej, że teraz ma lepiej. No bo tam takich profitów nie dostała. Ot, jakie można mieć mylne wyobrażenia o profesji, którą się wykonuje, będąc na początku zawodowej kariery.

Ale też cieszyło mnie dobre samopoczucie i zadowolenie Moniki z nowo wykonywanej pracy. Absolutnie nie zazdrościłam, że jej się lepiej ułożyło w oświacie niż mnie. To moja siostra i zawsze życzyłam jej jak najlepiej.

Zazdrościć zaczęłam dopiero teraz. Dokładnie od czasu, gdy Monika pochwaliła się, że wyjeżdża na praktyki zawodowe z młodzieżą do… Malagi!

Jadę na 4 tygodnie z 18 uczniami i jeszcze jedną nauczycielką. W drugiej szkole wzięłam bezpłatny, ale co tam... Malaga to Malaga :) Moja szkoła tak jeździ w ramach Erasmusa. 

Pomyślałam wówczas, że wiele bym dała, żeby tak pracować. Ale oczywiście i tak gorąco siostrze kibicowałam. A ta szczęściara przepracowała w szkole raptem trzy dni po zakończeniu ferii świątecznych i już podczas poświątecznego weekendu wylądowała w Hiszpanii.

Oczywiście, wiem, że wyjazdy z uczniami to ogromna odpowiedzialność, że trudno przewidzieć, co się może zdarzyć w pozaszkolnych, niecodziennych okolicznościach, że młodzież teraz nie jest łatwa. Ale zdaje mi się, że z podobnymi wyzwaniami muszę się mierzyć w swojej codziennej pracy w szkołach małego miasteczka. A też wolałabym w Maladze…

Teraz omal co dzień oglądam fotki pokrytej wspaniałą opalenizną siostry w internecie – radosnej, na przepięknym tle i w słonecznych promieniach. I to właśnie sprawia, że różnica między nami staje się coraz bardziej wyrazista. Czuję, że nawet aura jest przeciwko mnie.

Monika wysyła z Malagi zdjęcia pełne słońca i wakacji, a ja z każdą taką fotką czuję się coraz bardziej zmarzniętanapisałam dziś do Ani. I jest w tym całkowita dosłowność.

W odpowiedzi na siostrzane plany wieczornego spaceru na promenadzie, bo „Żal nie korzystać i to jeszcze przy takiej pięknej pogodzie”, piszę o tym, jak ona wygląda u nas. Kontrast jest dobijający.

Promenada, plaża, morze i piękna pogoda - to jakiś nierzeczywisty, bajkowy świat. U nas dziś jak wstałam temperatura 6 stopni, odczuwalna 3, pochmurnie tak bardzo, że aż ciemno, nie wiadomo, czy noc się już skończyła, czy jeszcze nie. I nawet jak na chwilę przestaje padać, to wilgoć się wciska/przenika do ciała aż do kości. Taki maj:(

Rzeczywiście od czasu powrotu z Łodzi, mimo że zachwyciłam się wówczas ścianą zieleni wyrosłą po obfitych wiosennych deszczach, nie było jeszcze takiego dnia, który by mógł mnie zachęcić do spędzania czasu na dworze. Ostatnio codziennie rezygnuję z próby wyjścia z domu choćby na krótki spacer. Ale może byłoby inaczej, gdybym miała możliwość skorzystania z nadmorskiej promenady w tym celu:). I niewiele pomaga, że sobie powtarzam, iż roślinki potrzebują deszczu. Bo przecież widzę, że przy temperaturze jaką mamy, to nawet im trudno rozkwitnąć. Zdaje się, że prędzej zgniją, niż pokażą swe kwiaty.

Zostaje nam słońce wewnętrzne – napisała Madzia, która wczoraj wyjechała nad Bałtyk. Dobrze jej mówić, ona jednak ma promenadę w Jastrzębiej Górze do dyspozycji. I widok na morze.

Czuję, jak w trzecim tygodniu majowego zmarznięcia pomału załamuje mi się plan szukania pozytywów w każdych okolicznościach. Chyba zaczęłam porównywać się do innych i cały w tym szkopuł. Na ich tle moja sytuacja nie mieni się tęczą kolorów. 

Ale w związku z tym, że i tak muszę jeszcze dzisiaj pojechać do szkoły, to zaraz wyjdę w ten niezachęcająco zimny świat i, choćby nie wiem co, to znajdę w nim coś dobrego. Bo to jedyna droga do ciepła i radości. I do odnalezienia wewnętrznego słońca...

sobota, 10 maja 2025

PO MAJOWEJ SIELANCE


fotka od czekającej Ani
Jadę!













Pewnie moja relacja z Łodzią będzie już zawsze skomplikowana. Ale przyznać trzeba, że ostatnie dni pozytywnie wpłynęły na moje odczucia względem tego miasta. Na zaproszenie Ani spędziłam tam długi, rozpoczynający maj weekend. A moja ukochana dziewczyna dołożyła wszelkich starań by to był miły, pełen radosnego nastroju czas. Jestem jej ogromnie wdzięczna. Wciąż wspominam.



Dwa dni po powrocie do domu piszę jej o następstwach naszego spotkania:

Po przyjeździe od Ciebie zmobilizowałam się i od wczoraj jestem na diecie owocowo-warzywnej. Poczułam potrzebę oczyszczenia ciała i mam nadzieję, że dzięki temu będzie mu łatwiej działać. Dawno temu, zanim mi się życie posypało, starałam się taką dietę zapodać sobie każdej wiosny, ale potem nawet o tym nie myślałam, tylko weszłam w tryb przetrwania. Teraz zaś przypomniałam sobie, jak dobrze się czułam po takim detoksie i postanowiłam do tego wrócić. Trzymaj za mnie - trzy tygodnie na samych warzywach i owocach to wyzwanie, które może mnie przeróść.

Ale na razie jest spoko

U Ani też nastąpiły zmiany:

wczoraj byłam na siłowni xd więc wielki krok xd boli mnie dzisiaj całe ciało, ale czuję że żyję

Zobacz, ile ten długi weekend dał nam sił na podjęcie nowych wyzwań – podsumowuję.


Jednym z nich było zaplanowanie nowej podróży na początek wakacji. Miało to związek z otrzymaną podczas pobytu w Łodzi informacją od Madzi o odbywającej się od 6 marca do 6 lipca wystawie w Rzymie pod hasłem „Caravaggio 2025”. Powiedzieć, że się na nią z Anią napaliłyśmy, to jakby nic nie powiedzieć. Poświęciłyśmy całe ostatnie wspólne popołudnie, by rozeznać sprawę. A potem jeszcze kilka następnych dni po powrocie, by na bazie wystawy zorganizować piękną podróż.

Jej plan przedstawiał się mega atrakcyjnie. Miałyśmy z Anią wylądować we Fiumincino ostatniego czerwcowego wieczoru. I właśnie tam się zatrzymać, żeby po nocy nie przebijać się do miejsca noclegowego przez cały Rzym. Znalazłam śliczny apartament nie dość, że tylko 6 kilometrów od lotniska, to jeszcze przy samej plaży. Mogłyśmy spędzić nad morzem cały następny dzień przed przeniesieniem się do nowego lokum. A ono z kolei znajdowało się jedynie 800 metrów od Colosseum. Taka sama odległość miała dzielić nasz rzymski apartament od najbliższej stacji metra. Czy można sobie wyobrazić lepszą lokalizację? No na pewno nie na tej półce cenowej… To się nazywa wymarzona baza wypadowa do zwiedzania Rzymu i Watykanu:).



Razem nasza podróż miała trwać 5 dni (4 noce). Byłam bardzo z siebie zadowolona, przekazując Ani owoc moich poszukiwań w formie szczegółowo dopracowanej oferty.

No i wtedy właśnie okazało się, że nie ma już biletów na wystawę. 

Trudno było się z tym pogodzić. Trudno było odpuścić. Pozostało pocieszać się, że czeka na nas w tym okresie coś jeszcze lepszego.



Dobrze, że nie dokonałyśmy ostatecznej rezerwacji, bo jednak Rzym w wakacje bez wystawy mnie nie kusipiszę o tym do Madzi.

Cóż, wielkie miasta wolę zwiedzać w innym okresie niż gorące, letnie miesiące.




Bożenko, jestem przekonana, że znajdziesz z Anią kolejną, równie ciekawą wakacyjną destynację – przychodzi pocieszenie w odpowiedzi. Mogę mieć tylko taką nadzieję. Ale Madzi wysyłam kolejną porcję (no może porcyjkę;) narzekania:

Ciężko znów się wdrożyć w pracę po wyjeździe do Ani, który był już taki trochę wakacyjny z pobytem na termach w Uniejowie, masażami (tym razem testowałyśmy filipińskie), warsztatami malowania na ceramice.


Ale też, jak widać, patrzę z rozrzewnieniem na ten łódzki pobyt. To były naprawdę dobre dni.

Przeszłyśmy Łódź wzdłuż i wszerz, zaliczyłyśmy filmowy szlak oskarowy, szlaki [choć bardziej spacer] w Lesie Łagiewnickim, a nawet [wizytę w] Muzeum Kanału! Nie wszystko było otwarte w długi weekend, ale z tych pozostałych możliwości chyba wycisnęłyśmy na maksa (...), co się dało.



Gdy do tego dodać długie rozmowy przy winie włoskim i gruzińskim, kilka wspólnie obejrzanych filmów, towarzystwo przyjaznego, słodkiego króliczka, dobre jedzonko – zarówno to przygotowane przez moją kochaną gospodynię, jak również serwowane w odwiedzonych knajpkach, to czy można chcieć od życia czegoś więcej?


Nawet pogoda nam sprzyjała, słonko świeciło nieprzerwanie, a świat się zielenił i rozkwitał na każdym kroku. I w takich właśnie pięknych okolicznościach miałam szczęście nabierać sił i przygotowywać się do finiszu obecnego roku szkolnego. A ten czas w szkole nie rozpieszcza.


Bilet na miejsce stojące - możliwość stania tylko w I klasie:)


Tak sobie myślę, że gdybym u Ciebie nie podładowała akumulatorów, to bym nie przeżyła chyba tego ostatniego tygodnia. Nawet go nie chcę wspominać - napisałam dziś na podsumowanie aktualnych przeżyć w mojej pracy.

No ja też się doładowałam i mam więcej energii – przyszła odpowiedź od Ani.



I tylko to się liczy. Nawet jeśli nie będzie kontynuacji naszej majowej sielanki w postaci włoskiej podróży. Nawet jeśli Rzym i Caravaggio będą musieli poczekać na inny, mam nadzieję, jeszcze lepszy moment...



P.s. A wpis o Caravaggio też się kiedyś pojawi, na pewno się nie powstrzymam:).

ŁÓDZKIE ATRAKCJE:

Muzeum Kanału - 14 minut zwiedzania włącznie z sesją zdjęciową w trakcie:). 

Malowanie na glinie - z widokiem na pierwszomajowy pochód lewicy na Piotrkowskiej;)


"Łódź Oscarowa" - jeden z filmowych szlaków, prowadzący po miejscach, gdzie kręcono filmy nagrodzone przez Amerykańską Akademię Filmową

























Termy w Uniejowie - na resztę miasta (poza browarem Wiatr:) ponownie zabrakło czasu






Masaż Filipiński w Samui SPA




Spacer w Lesie Łagiewniki - pozostałość po dawnej Puszczy Łódzkiej













Wilczak czechosłowacki - właściciel pochwalił się się pupilem z genami wilka w 80%
















Pałac Ludwika Heinzla w Łagiewnikach, przystosowywany obecnie do pełnienia funkcji pięciogwiazdkowego hotelu (historia tego obiektu i rodu znajduje się w aneksie)








Ośrodek Rehabilitacji Dzikich Zwierząt w Łagiewnikach






Ulica Piotrkowska jako trakt przemierzany na okrągło podczas przemieszczania się po Łodzi od jednej atrakcji do drugiej:)
















Ps. Zdjęcie z Tuwimem zrobiła mi Ania

ANEKS (w przygotowaniu)