Niektórzy są urodzeni w czepku. Gdy patrzę na szkolne dzieje mojej siostry, to myślę, że to odnosi się właśnie do niej. Jest prawdziwą farciarą.
Zatrudniła się w szkole w momencie, gdy było już po najtrudniejszym chyba okresie w całej historii edukacji – przede wszystkim po strajkach nauczycielskich, po okrutnej fali zupełnie zniechęcającego do pracy hejtu, który na nas wówczas wylano, po długich latach biedy, zaciskania pasa i głodowych pensji.
Monika wkroczyła na nauczycielską ścieżkę, gdy na skutek wspomnianych powyżej okoliczności właściwie wszyscy z niej schodzili. Gdy stan oświaty stał się krytyczny. Gdy trzeba było w ramach reanimacji podjąć radykalne kroki, by zatrzymać w zawodzie chociaż te niedobitki, które jeszcze w nim pozostały.
No więc w ramach zachęty do pozostania doczekaliśmy takiego czasu, kiedy w szkole pojawił się bon na nauczycielskiego laptopa (albo na kawałek lepszego laptopa), nagroda (jednorazowa, żeby nie było tak kolorowo) dla każdego nauczyciela z okazji Dnia Komisji Edukacji Narodowej oraz najwyższe w historii szkolnictwa podwyżki płac. Nowości oczywiście dotyczyły wszystkich – nie tylko tych z ponad trzydziestoletnim stażem pracy, ale także takie świeżynki jak Monika. Nie żeby to wzbudziło we mnie jakieś wątpliwości. Uważam, że każdy nauczyciel zasługuje na poprawę warunków płacowych.
Starałam się natomiast w tej sytuacji zastopować siostrzane zachwyty dla optimistycznego trendu w naszych wynagrodzeniach, tłumacząc, że to wygląda tylko na chwilową poprawę, a w zasadzie na rekompensatę za długie lata harówki z pensją minimalną. Zaś zaopatrzenie nas w bon na sprzęt to raczej zabezpieczenie na wypadek nowego etapu pracy zdalnej. W końcu podczas poprzedniego eksploatowaliśmy własne laptopy i niejednokrotnie byliśmy zmuszeni do płacenia wyższych stawek za lepiej działający internet.
Chyba jednak nie byłam przekonywująca. Monika przyrównała pracę w oświacie do tej, którą wykonywała poprzednio w administracji i wyszło jej, że teraz ma lepiej. No bo tam takich profitów nie dostała. Ot, jakie można mieć mylne wyobrażenia o profesji, którą się wykonuje, będąc na początku zawodowej kariery.
Ale też cieszyło mnie dobre samopoczucie i zadowolenie Moniki z nowo wykonywanej pracy. Absolutnie nie zazdrościłam, że jej się lepiej ułożyło w oświacie niż mnie. To moja siostra i zawsze życzyłam jej jak najlepiej.
Zazdrościć zaczęłam dopiero teraz. Dokładnie od czasu, gdy Monika pochwaliła się, że wyjeżdża na praktyki zawodowe z młodzieżą do… Malagi!
Jadę na 4 tygodnie z 18 uczniami i jeszcze jedną nauczycielką. W drugiej szkole wzięłam bezpłatny, ale co tam... Malaga to Malaga :) Moja szkoła tak jeździ w ramach Erasmusa.
Pomyślałam wówczas, że wiele bym dała, żeby tak pracować. Ale oczywiście i tak gorąco siostrze kibicowałam. A ta szczęściara przepracowała w szkole raptem trzy dni po zakończeniu ferii świątecznych i już podczas poświątecznego weekendu wylądowała w Hiszpanii.
Oczywiście, wiem, że wyjazdy z uczniami to ogromna odpowiedzialność, że trudno przewidzieć, co się może zdarzyć w pozaszkolnych, niecodziennych okolicznościach, że młodzież teraz nie jest łatwa. Ale zdaje mi się, że z podobnymi wyzwaniami muszę się mierzyć w swojej codziennej pracy w szkołach małego miasteczka. A też wolałabym w Maladze…
Teraz omal co dzień oglądam fotki pokrytej wspaniałą opalenizną siostry w internecie – radosnej, na przepięknym tle i w słonecznych promieniach. I to właśnie sprawia, że różnica między nami staje się coraz bardziej wyrazista. Czuję, że nawet aura jest przeciwko mnie.
Monika wysyła z Malagi zdjęcia pełne słońca i wakacji, a ja z każdą taką fotką czuję się coraz bardziej zmarznięta – napisałam dziś do Ani. I jest w tym całkowita dosłowność.
W odpowiedzi na siostrzane plany wieczornego spaceru na promenadzie, bo „Żal nie korzystać i to jeszcze przy takiej pięknej pogodzie”, piszę o tym, jak ona wygląda u nas. Kontrast jest dobijający.
Promenada, plaża, morze i piękna pogoda - to jakiś nierzeczywisty, bajkowy świat. U nas dziś jak wstałam temperatura 6 stopni, odczuwalna 3, pochmurnie tak bardzo, że aż ciemno, nie wiadomo, czy noc się już skończyła, czy jeszcze nie. I nawet jak na chwilę przestaje padać, to wilgoć się wciska/przenika do ciała aż do kości. Taki maj:(
Rzeczywiście od czasu powrotu z Łodzi, mimo że zachwyciłam się wówczas ścianą zieleni wyrosłą po obfitych wiosennych deszczach, nie było jeszcze takiego dnia, który by mógł mnie zachęcić do spędzania czasu na dworze. Ostatnio codziennie rezygnuję z próby wyjścia z domu choćby na krótki spacer. Ale może byłoby inaczej, gdybym miała możliwość skorzystania z nadmorskiej promenady w tym celu:). I niewiele pomaga, że sobie powtarzam, iż roślinki potrzebują deszczu. Bo przecież widzę, że przy temperaturze jaką mamy, to nawet im trudno rozkwitnąć. Zdaje się, że prędzej zgniją, niż pokażą swe kwiaty.
Zostaje nam słońce wewnętrzne – napisała Madzia, która wczoraj wyjechała nad Bałtyk. Dobrze jej mówić, ona jednak ma promenadę w Jastrzębiej Górze do dyspozycji. I widok na morze.
Czuję, jak w trzecim tygodniu majowego zmarznięcia pomału załamuje mi się plan szukania pozytywów w każdych okolicznościach. Chyba zaczęłam porównywać się do innych i cały w tym szkopuł. Na ich tle moja sytuacja nie mieni się tęczą kolorów.
Ale w związku z tym, że i tak muszę jeszcze dzisiaj pojechać do szkoły, to zaraz wyjdę w ten niezachęcająco zimny świat i, choćby nie wiem co, to znajdę w nim coś dobrego. Bo to jedyna droga do ciepła i radości. I do odnalezienia wewnętrznego słońca...











































































































































