wtorek, 28 września 2021

W POCZEKALNI ŻYCIA

Nowa fala zakażenia koronawirusem dotarła do mojej szkoły szybciej niż się spodziewaliśmy. Od wczoraj mamy objętą kwarantanną jedną z klas. I nawet nie wiem, co mam o tym napisać w sytuacji, gdy oczywiście miałam z jej uczniami zajęcia przed weekendem.

ż, staram się nie panikować. Ale zaczynam powoli myśleć, że w końcu będę musiała to dziadostwo przechorować. Może przede wszystkim po to, żeby u siebie zakończyć ten czas pandemicznego strachu, którego już nie jestem w stanie tolerować. Żeby odzyskać wreszcie święty spokój.

Jak długo można żyć w poczuciu, że trzeba się wyzbyć wszelkiego życia społecznego, żeby przeżyć? Tyle się mówi teraz o lawinowym wzroście przypadków depresji, ale to właśnie ludzie podobni do mnie płacą tak wysoką cenę za brak kontaktów z innymi i konieczność utrzymywania relacyjności w sposób pośredni - przez różnego rodzaju komunikatory, które w wielu osobach, zwłaszcza z mojego pokolenia, budzą po prostu niechęć.

Dziś mamy w Polsce 975 osób zarażonych (w tym dwie ostatnie cyfry mówią o zachorowaniach w Małopolsce) - przynajmniej tak wynika z oficjalnie podanych danych. Niby te liczby mnie nie przerażają po tym, co już przeszliśmy w ubiegłym roku, szkoda tylko, że oznaczają one ludzi, którzy są gdzieś blisko mnie. Niestety za blisko mnie...

W odpowiedzi na wzrost zachorowań ministerstwo zdrowia zaleciło trzecią dawkę szczepień profilaktycznych (na razie dla seniorów, medyków i osób z obniżoną odpornością). Warunek kolejnego szczepienia jest jednak taki, że musi upłynąć co najmniej 6 miesięcy od daty ostatniego. Każda z moich koleżanek i każdy z kolegów ze szkoły jest już w takiej sytuacji. 

Dlaczego ta trzecia dawka?

Udokumentowano spadek odporności przeciw SARS-CoV-2 z czasem – wyjaśniał Tomasz Karauda, lekarz oddziału chorób płuc Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 1 w Łodzi. Po 2-3 miesiącach odporność jest na poziomie 75 proc., po 5-6 maleje do 16 proc. Wówczas znacznie łatwiej jest złapać COVID-19.” (info ze strony : https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2021-09-22/trzecia-dawka-szczepionki-przeciw-covid-19-decyzja-o-rozszerzeniu-grupy-ktora-ja-otrzyma/)

Jednym słowem wszyscy z moich zaszczepionych współpracowników mają teraz statystycznie niewiele wyższą odporność niż ja. Czyli tak naprawdę znów jedziemy na tym samym wózku. Tyle że inni odbywają tę podróż ze swoim paszportem covidowym w dłoni. Nie wiem, co on im pomoże w tej jeździe bez trzymanki. No ale miało być bez panikowania.

Trudno nie odnieść wrażenia, że zatoczyliśmy w naszej szkole jakieś koło i stoimy w tym samym miejscu, w którym już staliśmy w zeszłym roku o podobnej porze. Trudno nie zauważyć, że to się dzieje również w innych obszarach mojego życia. Trudno nie mieć poczucia utknięcia w takiej mało komfortowej sytuacji.

Trochę więc czuję, jakbym się teraz znalazła w jakiejś poczekalni życia. I to nie jest tak, że marzę o wielkich zmianach i nowych wyzwaniach na wszelkich życiowych frontach. Ale konieczność czekania na rozwój sytuacji i niemożność zrobienia nawet małego kroku w przód w jakimkolwiek kierunku jednak mnie frustruje.

I nie mogłabym tu powiedzieć, że życie nie daje mi jakichkolwiek okazji do zmiany swojej pozycji. Ale jest tak wiele niewiadomych, powiązanych z przyszłością, że niemożliwe wydaje się podjąć teraz decyzje, które będą miały na nią wiążący wpływ. Rozwój pandemii, ogarnianie choroby Kacpra, czekająca męża operacja - czy to jest dobry moment na łapanie nadarzających się okazji?

Napisała koleżanka z kursu psychoterapii o możliwości współpracy z nią w miejscu z dość długim dojazdem - odrzuciłam pomysł, bo być może pooperacyjna opieka nad mężem będzie mi zabierać mnóstwo czasu. Kolega z pracy zaproponował, żebym wzięła za niego pół etatu w szkole średniej - odrzuciłam z tego samego powodu. Nawet ofertę wyjazdu na wycieczkę dla nauczycieli odrzuciłam - wspólny wyjazd z zainfekowanej już szkoły, a później spotkania towarzyskie w hotelu mogłyby być ryzykowne ze względu na możliwość przywleczenia koronavirusa do domu. Zresztą nawet innego typu zarażenie wykreśliłoby męża z grona potencjalnie przyjętych do szpitala.

Nie żebym jakoś specjalnie tych odrzuconych propozycji żałowała. Tylko mam już po prostu dosyć nieruchomego stania w miejscu i stresu oczekiwania. Tego, co się ma w moim życiu wydarzyć i tak nie uniknę. Ale już mi brakuje cierpliwości, by na to czekać. Czekać i czekać... Z coraz większym strachem...

Chcę wreszcie przeżyć to, co mam do przeżycia i ruszyć dalej. Czy ktoś mnie w końcu z tej poczekalni wywoła? I najlepiej zanim dostanę kolejnego ataku paniki...

wtorek, 14 września 2021

PO PIERWSZE NIE SZKODZIĆ (Primum non nocere)

Po długim, deszczowym okresie wrzesień powitał nas wreszcie słonecznym weekendem. I od tego czasu mamy wymarzoną pogodę. Ale w powietrzu czuć już nadchodzącą jesień - z chłodnymi wieczorami i rankami, słońcem zawieszonym coraz niżej i kolorami, które nabierają żółtawego odcienia. To piękna pora roku, niestety niosąca w sobie zapowiedź końca tego wszystkiego, co lubię w otaczającej przyrodzie. No ale ja chyba teraz ogólnie widzę wszystkie szklanki do połowy puste.

Oczywiście staram się temu przeciwdziałać - kiedy do wszelkich moich objawów dołączyła jeszcze bezsenność, to stwierdziłam, że już nie ma na co czekać i sięgnęłam po leki, które pozostały w szufladzie po ostatnim leczeniu. Na razie zażywam antydepresanty w połowie dawki sprzed lat, wkrótce zaś postaram się skonsultować to z lekarzem. Ale dostęp do służby zdrowia w dalszym ciągu jest maksymalnie utrudniony - kto nie jest chory na Covid -19, to w zasadzie pozostaje zdany tylko na leczenie prywatne.

Trochę więc odkładam siebie na bok, bo w taki sposób (tzn. prywatnie) znów zacząl się leczyć Kacper i niestety obawiam się kolejnego obciążenia finansowego. Zdrowie dziecka zdaje się teraz najważniejsze - niedługo zaczyna się rok akademicki, a chłopak jest na razie w dalszym ciągu w rozsypce. Byłby to dla niego na pewno bardzo bolesny cios, gdyby choroba uniemożliwiła mu podjęcie studiów, które sobie wymarzył i na które został przyjęty. Drżę wciąż z obawy o stan jego zdrowia.

Leczenie męża też się skomplikowało. I choć z początku miałam wrażenie, że sami się do tego przyczyniliśmy, to jednak przyczyna wydaje się być bardziej złożona.

Według mnie mąż boi się niezmiernie czekającej go operacji, co mnie w ogóle nie dziwi. Ale oczywiście za nic by się do tego nie przyznał, nawet przed sobą - tak już ma, że facet musi być dzielny i koniec kropka. Mąż jest człowiekiem racjonalnym, więc nie dyskutuje z zaproponowaną przez lekarzy linią leczenia. Ale na pewno w skrytości ducha najchętniej by wywinął się od operacji, która niesie ze sobą tak jasno zarysowane ryzyko śmierci.

 - No cóż, już się przyzwyczaiłem do takiego stanu, jaki jest - zwykł mawiać.

I rzeczywiście, jakoś ogarnęliśmy życie z jego niepełnosprawnością. Tyle, że żyjemy inaczej niż większość ludzi, więc gdzieś się mijamy z szeroko rozumianą normą w tym zakresie. I czasami naprawdę żal, że się nie mieścimy w jej ramach.

Doceniam, że mąż chciał to zmienić, decydując się na ryzyko operacji. Na pewno duży wpływ na jego decyzję miał fakt, że pierwszy raz od dłuższego czasu zaufał lekarzom. Klinika w Ochojcu stała się dla niego (a oczywiście dla mnie też) niekwestionowanym autorytetem w dziedzinie szeroko rozumianego zdrowia. Mąż starał się wykonywać wszystkie kliniczne zalecenia i jak najbardziej poprawić swój stan, żeby być należycie przygotowanym do operacji. W ciągu ostatnich miesięcy systematycznie zażywał leki, zmienił styl życia na bardziej zdrowy, nie ustawał w wysiłkach, by stracić zbędne kilogramy. Wyglądało na to, że wszystko idzie ku dobremu.

Trochę to uległo zaburzeniu, kiedy dostał termin wykonania badań przedoperacyjnych na połowę sierpnia, mimo że podczas ostatniej wizyty w Ochojcu prosił, by to było po wakacjach. Bo są one jedynym czasem, gdy możemy się wybrać razem na dłuższe wczasy, praca w szkole pod tym względem niesie niestety duże ograniczenia.

No ale tak, czy owak, wykazaliśmy się pełnym zrozumieniem dla jakichś nie znanych nam zasad układania terminarzy przez służbę zdrowia i postanowiliśmy się dostosować. Snuliśmy zatem plany podróży do Macedonii, Albanii, ewentualnie Czarnogóry między obroną mojej pracy magisterskiej a planowanym pobytem męża w szpitalu. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę tak banalnej przeszkody jak... zmęczenie. Naprawdę nie byłam w stanie zebrać się do tej podróży, mimo że bardzo chciałam, po zakończeniu studiów i egzaminie dyplomowym. Odkładałam przygotowania z dnia na dzień. Każdy powód był dobry - a to, że weekend i pewnie dużo podróżujących na drogach, a to, że zła pogoda, a to że na przykład urodziny Kacpra, które chcieliśmy spędzić wspólnie z naszym dzieckiem.

- Wybieramy się jak sójki za morze - nawet zaczęła nas bawić ta sytuacja i śmialiśmy się z siebie samych.

W końcu stało się jasne, że nie zdążymy objechać Bałkanów przed planowymi badaniami. Tym bardziej że rząd wprowadził omal z rozpoczęciem wakacji przymusową kwarantannę, której w żaden sposób nie dało się uniknąć po powrocie z krajów nie należących do strefy Schengen.

Jak byśmy nie liczyli, czasu na podróżowanie z kwarantannowym zakończeniem było więc za mało. Pozostały dwa wyjścia - albo nigdzie nie pojedziemy, co dla mnie z powodu braku możliwości naładowania akumulatorów przed nowym rokiem szkolnym oznaczałoby katastrofę, albo mąż postara się zmienić wyznaczone daty badania. Decyzję w zasadzie podjął on. Ale i tak nie był w stanie zrealizować swojego zamiaru - dodzwonienie się do osoby odpowiedzialnej w Ochojcu za przyjęcie do szpitala graniczy chyba z cudem.

I tak czas upływał na kolejnych bezowocnych próbach. Aż w końcu zadzwonił kardiochirurg. Do dziś mamy wrażenie, że akurat właśnie po to, by poinformować o zmianie w datach badania. Ale nim zaczął mówić, już mąż przedstawił mu swoją prośbę, tłumacząc to, zgodnie z prawdą, zmienionymi przepisami kwarantannowymi dla podróżujących. No i się zaczęło. Bo oczywiście kardiochirurg miał teorię, że gdyby mąż poddał się szczepieniom, to kwarantanny po powrocie z Albanii by uniknął, co nie jest prawdą - przepis ten dotyczy wszystkich podróżnych, tych zaszczepionych również. 

No i jeszcze na dodatek, ile razy można słuchać, że nie szczepiąc się zagrażamy innym - a konkretnie rozmówcy (nie wiem jak, bo moim zdaniem mąż przez swój sposób życia styka się w mniejszym stopniu z zagrożeniem chorobą niż lekarz pracujący w szpitalu), że to brak odpowiedzialności, a nawet, że to występek przeciw demokracji?! Naprawdę można było sobie darować te oskarżenia, których i tak słuchamy niezliczoną ilość razy na każdym kroku i pozostać w dobrej relacji z pacjentem. Tymczasem zrobiło się bardzo niemiło, bo mąż zdecydowanie nie miał ochoty na rozmowę w tym tonie.

- Już myślałem, że w końcu dowiem się, że w takim razie żadnych badań nie będzie - powie mi potem.

Ale będą. Nowy termin to połowa października. Więc niby obiektywnie niewiele się zmieniło. A jednak zmiana jest ogromna.

od czasu ostatniej rozmowy z kardiochirurgiem nt. szczepień, mam wrażenie, że ten lekarz stracił w oczach A.......  autorytet i zaufanie, jakim cieszył się do tej pory. Jednocześnie to przełożyło się na stosunek do idei operacji i odchudzania. Niestety wydaje mi się, że [mąż - przyp.aut.] stracił serce do obydwu. - napisałam wczoraj do Ani. Wygląda na to, że znów pewne sprawy musimy zacząć przepracowywać od początku, jakbyśmy byli ponownie na starcie.

I tak, w końcu podczas naszych wakacji, zamiast do Albanii, trafiliśmy do innnego kraju, choć również spoza strefy Schengen. Tego lata Rumunia okazała się dal nas najbardziej atrakcyjnym kierunkiem wakacyjnym, na dodatek ze znacznie bliższym dojazdem. Ale złego wrażenia nie da się pozbyć nawet w czasie najpiękniejszych wakacji. Zapomnieć o utracie zaufania również.

Może też nie przyjęlibyśmy słów lekarza tak źle, gdybyśmy nie czuli tej nagonki na niezaszczepionych dosłownie na każdym kroku. Już nazywanie nas antyszczepionkowcami nie ma nic wspólnego z prawdą. Nie jesteśmy przeciwko wszystkim szczepionkom i za dowód może posłużyć książeczka zdrowia naszych dzieci z pełnym ich kompletem. Po prostu wykazujemy ostrożność przy tym konkretnym szczepieniu, które postrzegamy na razie jako pewną fazę eksperymentu medycznego.

Ale miano antyszczepionkowców to tylko najłagodniejsza nazwa, jaką się nas teraz określa. Jesteśmy nazywani foliarzami (i niby dlaczego, skoro tak jak wszyscy inni odrzuciliśmy przyłbice, gdy dowiedziono ich nieskuteczności), czy też na przykład płaskoziemcami (no tu już kompletne zaskoczenie, więc nawet nie komentuję). Ale bywa jeszcze gorzej, bo okazuje się, że nawet publiczne obrażanie takich osób jak my jest teraz cool. Na internetowej stronie https://styl.fm/newsy/353995.turbo-debile-tak-lekarz-nazywa-antykowidowcow-i-koronasceptykow można przeczytać:

Antyszczepionkowcy zjednali się z antycovidowcami i jest to bardzo silna grupa. (...) Do sieci trafił filmik, na którym widać aktywistów, wchodzących do popularnego marketu bez maseczek."

Pod tym tekstem słowa lekarza (Dawid Ciemięga), zamieszczone wcześniej na jego koncie w mediach społecznościowych:

Takie osoby to turbo debile i to jest niestety znak obecnych czasów, więc grupy zrzeszające takich pajaców rozrastają się szybko. A co gorsze, jeszcze im się wydaje, że potrafią myśleć”.

No i skoro popularny w sieci lekarz stosuje takie metody wpływania na opinię publiczną, to czy można się potem dziwić, że w internecie można z łatwością natknąć się na inicjatywy tego typu, jak na przykład grupa o nazwie “Antyszczepionkowcy to pierdoleni debile”?

https://www.facebook.com/Antyszczepionkowcy-to-pierdoleni-debile-2066229683445788/

Tak, właśnie taką nazwę ta akcja przyjęła i funkcjonuje sobie jak gdyby nigdy nic, nota bene na facebooku, który ponoć tak bardzo dba o to, by nie rozpowszechniać mowy nienawiści.

A życie dopisało właśnie odpowiedź na komentarze takich lekarzy jak ten aktywista mediów społecznościowych. Można o tym przeczytać na stronie: https://www.facebook.com/partia.korwin.jkm

Dziś mamy protest medyków — ratowników, lekarzy, pielęgniarek. Bez maseczki, bez dystansu, bez dezynfekcji.(...) W końcu to są lekarze - czyli znają się.”

I choć z całego serca popieram tę medyczną inicjatywę, to ciekawa jestem, co na taki rodzaj odstępstw od reżimu sanitarnego powiedziałby niejaki doktor Ciemięga?

Cóż panowie lekarze, może przydałby się większy dystans do tego, co komentujecie, bo o temat kultury nawet nie zamierzam tu zahaczać . Myślę, że taka wyważona, racjonalna postawa byłaby bardziej przekonywująca niż ta pełna oskarżeń oraz maseczkowo - szczepionkowego fanatyzmu. Może niektórych by nawet przekonała do Waszych racji. A na pewno przyniosłaby pacjentom znacznie więcej korzyści niż agresywny atak.

Przypominam panowie - po pierwsze - nie szkodzić... I oszczędzić w tym moją rodzinę... Zwłaszcza czekającego na zagrażającą życiu operację męża...

sobota, 4 września 2021

POST PEŁEN SMUTKU

Wakacyjna ucieczka z domu niewiele zmieniła, przyniosła tylko chwilową ulgę od zmartwień, które od jakiegoś czasu zamącały mi spokój. Po powrocie z wakacji wszystkie zgryzoty i tak ponownie mnie dopadły. Nie wiem, czy mam siły, by się z nimi otwarcie mierzyć, liczę więc na to, że “samo się jakoś ułoży”. Czuję, że to trochę słabe, ale na razie nie bardzo nawet wiem, jak zareagować na to wszystko, co się teraz w moim życiu dzieje

Oczywiście coraz częściej pojawia się w głowie myśl, że może pomógłby powrót do leków antydepresyjnych. Ze względu na możliwe skutki uboczne jeszcze się przed tym bronię, ale to chyba tak już ostatkiem sił. Pewnie wcześniej czy później i tak trafię do psychiatry, bo jestem już strasznie zmęczona zmaganiem się z nawrotami stanów depresyjnych. Chyba nadchodzi czas na choćby krótki powrót do wspomagania farmakologicznego.

Trudno mi też radzić sobie z depresją najbliższych. Mąż zmaga się z nią tak samo jak ja od lat - czasem z lepszym, a czasem z gorszym skutkiem. Najbardziej martwi mnie teraz jednak stan Kacpra. Mam wrażenie, że po rozstaniu z dziewczyną, wszystko, co przeżywał po śmierci Bartka, wróciło do niego z całą swoją mocą. Oczywiście tym razem nie odpuściliśmy leczenia psychiatrycznego. Ale problem jest taki, że Kacprowi trudno w nim utrzymać systematyczność, a to nie sprzyja zdrowieniu. O lekach zapomina lub też wydaje mu się, że nie działają, lub że już ich nie potrzebuje. No i efekty leczenia są prawie żadne. Nie wiem, jak mu pomóc, bo to już dorosły człowiek i nie dziwi mnie wcale, że nie chce wrócić do domu, by rodzice je nadzorowali. A kontakt przez telefon czy też messenger także obecnie jest ciężki.

Zamartwiam się tym okrutnie. Znów czuję bezsilność i utratę kontroli nad tym, co życie wyczynia z moją rodziną. Nie wiem czemu nas tak bardzo doświadcza.

No ale oczywiście nie poprzestaję na załamywaniu rąk nad własnym losem. Staram się zrobić to, co się da. Perswaduję i negocjuję. Co do efektów, to znów stanęło na tym, że Kacper ma z początkiem przyszłego tygodnia zrobić kolejne podejście do lekarza. Czyli, że znów jest kolejna nadzieja. Uzgodniliśmy też z mężem, że będziemy podrzucać Kacprowi systematycznie jedzenie, bo on teraz nie dba o to, by się właściwie odżywiać. Ale poświęcone tylko temu spotkania z synem są po prostu smutne. Choć oczywiście dla mnie lepsze takie niż żadne.

Mieliśmy nadzieję na to, że nowy związek odmieni życie Kacpra. Ale on postanowił nie angażować się w dalszą relację z D...... z Lublina. Bardzo mi żal, bo ona strasznie chciała. Lecz widocznie tak ma być, że nasz syn najpierw uporządkuje swoje życie.

Ja też powinnam zrobić to samo z własnym. Bo oczywiście sprawa Kacpra jest tu kluczowa, ale nie jedyna. Jak mi się nie układa, to od razu na wielu frontach.

Rok szkolny zaczął się w połowie tygodnia. A do mnie już zdążyły powrócić wszystkie negatywne zeszłoroczne odczucia. Po takim fatalnym starcie trudno mi się spodziewać po szkole czegokolwiek dobrego.

Tym bardziej, że już wczoraj media doniosły: “Koronawirus w szkołach w Warszawie i Radomiu. Wprowadzono zdalne nauczanie” (https://wawalove.wp.pl/koronawirus-w-szkolach-w-warszawie-i-radomiu-wprowadzono-zdalne-nauczanie-6679220105325376a). A więc wszystkie czarne scenariusze właśnie zaczynają się ziszczać.

A jakie są zalecenia polskiej Akademii Nauk(!) na nowy rok szkolny? Niezaszczepieni nauczyciele bez kontaktu z uczniami, niezaszczepieni uczniowie w szczycie zachorowań powinni zostać w domu” - grzmią nasi naukowi “eksperci” (https://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/8213156,zalecenia-pan-na-nowy-rok-szkolny-niezaszczepieni-nauczyciele-bez-kontaktu-z-uczniami-niezaszczepieni-uczniowie-w-szczycie-zachorowan-powinni-zostac-w-domu.html?fbclid=IwAR1XPJYX9b0fwbHB6E1XHZxZAoMvnZa32NKKei0Bs0ZagJWQvJAuyHR3vRI)

Być może więc mój los jest już przesądzony. Bo takiego jak ja nauczyciela nikt w obronę nie weźmie. Dla wszystkich wokół jest jasne (i takie są publiczne wypowiedzi), że każdy, kto pracuje w szkole, powinien być zaszczepiony.

Co innego jeśli chodzi o dzieci. Pod przywołanym tu artykułem komentarze nie pozostawiają złudzeń, co do stanowiska rodziców:

Łapy precz od naszych dzieci! Żadnego przymusu i żadnej segregacji!” - napisał/a Toja.

Wara od moich dzieci” - dodał/a Am.

A niejaka Aga zaprotestowała jeszcze bardziej ostro: “Odpier...lcie się od dzieci!!!

Jaki będzie tego finał to zobaczymy. Akcja szczepieniowa pewnie ruszy w szkole już w tym tygodniu.

*

Tak mi źle teraz w tej całej sytuacji i zawodowej, i rodzinnej, że nie mam ochoty, ani siły na nic, nawet na to, co jawiło mi się dotąd jako fajny plan/pomysł/zamierzenie.

Nie minęło pół szkolnego tygodnia a ja już zdążyłam zrezygnować z:

- podjęcia pracy jako szkolny psycholog w wymiarze zaledwie 4 godzin tygodniowo! w szkole na terenie tej samej gminy;

- wyjazdowego kobiecego weekendu w Swystowym Sadzie w Beskidzie Niskim z warsztatami koleżanki uczącej muzyki;

- nawet ze spotkania z Anią w ten weekend, przy czym na szczęście okazało się, że ona też już w międzyczasie zmieniła plany i zaproponowała na przyjazd inny termin końcem miesiąca.

Ale rezygnacja z tego wszystkiego wcale nie sprawiła, że poczułam się lepiej (mniej zajęta lub mniej obciążona). To okazało się nawet kolejnym krokiem do pogorszenia samopoczucia.

Jeszcze jednym był pogrzeb koleżanki ze szkoły. Bardzo go przeżyłam. Bożenka była pierwszą doświadczoną nauczycielką, która okazała mi zwyczajną ludzką życzliwość po podjęciu pracy pedagoga. W pamięci będę miała zawsze scenę, gdy do mnie podchodzi z uśmiechem w nowej szkole, proponuje przejście na ty, zapewnia o współpracy. To dla mnie było wówczas bardzo wiele. Przez lata wspólnej pracy też nazbierało nam się sporo ciepłych wspomnień. Zawsze była mi bardzo bliska. Trudno pogodzić się z tym, co się stało.

Bożenko, byłaś z nami przez lata tłuste i chude, przeżywaliśmy wspólnie wzloty i upadki, zjedliśmy razem beczkę soli... Czy jest jakaś lepsza miara przyjaźni?” - te słowa napisałam dla niej, gdy odchodziła tak niedawno przecież na wcześniejszą emeryturę. Jeszcze początkiem sierpnia, gdy pogorszył się jej stan napisała do drugiej pedagożki: “Ale mam siłę”. Końcem miesiąca już nie żyła. Ot, takie nieprzewidywalne, pełne smutku życie.

Ale wystarczy. Ten post już więcej smutku nie pomieści. Kończę go życzeniami, które zawarłam na okoliczność emerytury w tekście dla Bożenki:

„w dłoniach unieś swój czas”,

„nie oglądaj się wstecz”,

„zawsze jasną miej twarz” (Janusz Kondratowicz - “Nie wrócą te lata”)

Czy jest jakaś szansa, bym teraz mogła się kierować tymi słowami i w swoim własnym życiu?