Po długim, deszczowym okresie wrzesień powitał nas wreszcie słonecznym weekendem. I od tego czasu mamy wymarzoną pogodę. Ale w powietrzu czuć już nadchodzącą jesień - z chłodnymi wieczorami i rankami, słońcem zawieszonym coraz niżej i kolorami, które nabierają żółtawego odcienia. To piękna pora roku, niestety niosąca w sobie zapowiedź końca tego wszystkiego, co lubię w otaczającej przyrodzie. No ale ja chyba teraz ogólnie widzę wszystkie szklanki do połowy puste.
Oczywiście staram się temu przeciwdziałać - kiedy do wszelkich moich objawów dołączyła jeszcze bezsenność, to stwierdziłam, że już nie ma na co czekać i sięgnęłam po leki, które pozostały w szufladzie po ostatnim leczeniu. Na razie zażywam antydepresanty w połowie dawki sprzed lat, wkrótce zaś postaram się skonsultować to z lekarzem. Ale dostęp do służby zdrowia w dalszym ciągu jest maksymalnie utrudniony - kto nie jest chory na Covid -19, to w zasadzie pozostaje zdany tylko na leczenie prywatne.
Trochę więc odkładam siebie na bok, bo w taki sposób (tzn. prywatnie) znów zacząl się leczyć Kacper i niestety obawiam się kolejnego obciążenia finansowego. Zdrowie dziecka zdaje się teraz najważniejsze - niedługo zaczyna się rok akademicki, a chłopak jest na razie w dalszym ciągu w rozsypce. Byłby to dla niego na pewno bardzo bolesny cios, gdyby choroba uniemożliwiła mu podjęcie studiów, które sobie wymarzył i na które został przyjęty. Drżę wciąż z obawy o stan jego zdrowia.
Leczenie męża też się skomplikowało. I choć z początku miałam wrażenie, że sami się do tego przyczyniliśmy, to jednak przyczyna wydaje się być bardziej złożona.
Według mnie mąż boi się niezmiernie czekającej go operacji, co mnie w ogóle nie dziwi. Ale oczywiście za nic by się do tego nie przyznał, nawet przed sobą - tak już ma, że facet musi być dzielny i koniec kropka. Mąż jest człowiekiem racjonalnym, więc nie dyskutuje z zaproponowaną przez lekarzy linią leczenia. Ale na pewno w skrytości ducha najchętniej by wywinął się od operacji, która niesie ze sobą tak jasno zarysowane ryzyko śmierci.
- No cóż, już się przyzwyczaiłem do takiego stanu, jaki jest - zwykł mawiać.
I rzeczywiście, jakoś ogarnęliśmy życie z jego niepełnosprawnością. Tyle, że żyjemy inaczej niż większość ludzi, więc gdzieś się mijamy z szeroko rozumianą normą w tym zakresie. I czasami naprawdę żal, że się nie mieścimy w jej ramach.
Doceniam, że mąż chciał to zmienić, decydując się na ryzyko operacji. Na pewno duży wpływ na jego decyzję miał fakt, że pierwszy raz od dłuższego czasu zaufał lekarzom. Klinika w Ochojcu stała się dla niego (a oczywiście dla mnie też) niekwestionowanym autorytetem w dziedzinie szeroko rozumianego zdrowia. Mąż starał się wykonywać wszystkie kliniczne zalecenia i jak najbardziej poprawić swój stan, żeby być należycie przygotowanym do operacji. W ciągu ostatnich miesięcy systematycznie zażywał leki, zmienił styl życia na bardziej zdrowy, nie ustawał w wysiłkach, by stracić zbędne kilogramy. Wyglądało na to, że wszystko idzie ku dobremu.
Trochę to uległo zaburzeniu, kiedy dostał termin wykonania badań przedoperacyjnych na połowę sierpnia, mimo że podczas ostatniej wizyty w Ochojcu prosił, by to było po wakacjach. Bo są one jedynym czasem, gdy możemy się wybrać razem na dłuższe wczasy, praca w szkole pod tym względem niesie niestety duże ograniczenia.
No ale tak, czy owak, wykazaliśmy się pełnym zrozumieniem dla jakichś nie znanych nam zasad układania terminarzy przez służbę zdrowia i postanowiliśmy się dostosować. Snuliśmy zatem plany podróży do Macedonii, Albanii, ewentualnie Czarnogóry między obroną mojej pracy magisterskiej a planowanym pobytem męża w szpitalu. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę tak banalnej przeszkody jak... zmęczenie. Naprawdę nie byłam w stanie zebrać się do tej podróży, mimo że bardzo chciałam, po zakończeniu studiów i egzaminie dyplomowym. Odkładałam przygotowania z dnia na dzień. Każdy powód był dobry - a to, że weekend i pewnie dużo podróżujących na drogach, a to, że zła pogoda, a to że na przykład urodziny Kacpra, które chcieliśmy spędzić wspólnie z naszym dzieckiem.
- Wybieramy się jak sójki za morze - nawet zaczęła nas bawić ta sytuacja i śmialiśmy się z siebie samych.
W końcu stało się jasne, że nie zdążymy objechać Bałkanów przed planowymi badaniami. Tym bardziej że rząd wprowadził omal z rozpoczęciem wakacji przymusową kwarantannę, której w żaden sposób nie dało się uniknąć po powrocie z krajów nie należących do strefy Schengen.
Jak byśmy nie liczyli, czasu na podróżowanie z kwarantannowym zakończeniem było więc za mało. Pozostały dwa wyjścia - albo nigdzie nie pojedziemy, co dla mnie z powodu braku możliwości naładowania akumulatorów przed nowym rokiem szkolnym oznaczałoby katastrofę, albo mąż postara się zmienić wyznaczone daty badania. Decyzję w zasadzie podjął on. Ale i tak nie był w stanie zrealizować swojego zamiaru - dodzwonienie się do osoby odpowiedzialnej w Ochojcu za przyjęcie do szpitala graniczy chyba z cudem.
I tak czas upływał na kolejnych bezowocnych próbach. Aż w końcu zadzwonił kardiochirurg. Do dziś mamy wrażenie, że akurat właśnie po to, by poinformować o zmianie w datach badania. Ale nim zaczął mówić, już mąż przedstawił mu swoją prośbę, tłumacząc to, zgodnie z prawdą, zmienionymi przepisami kwarantannowymi dla podróżujących. No i się zaczęło. Bo oczywiście kardiochirurg miał teorię, że gdyby mąż poddał się szczepieniom, to kwarantanny po powrocie z Albanii by uniknął, co nie jest prawdą - przepis ten dotyczy wszystkich podróżnych, tych zaszczepionych również.
No i jeszcze na dodatek, ile razy można słuchać, że nie szczepiąc się zagrażamy innym - a konkretnie rozmówcy (nie wiem jak, bo moim zdaniem mąż przez swój sposób życia styka się w mniejszym stopniu z zagrożeniem chorobą niż lekarz pracujący w szpitalu), że to brak odpowiedzialności, a nawet, że to występek przeciw demokracji?! Naprawdę można było sobie darować te oskarżenia, których i tak słuchamy niezliczoną ilość razy na każdym kroku i pozostać w dobrej relacji z pacjentem. Tymczasem zrobiło się bardzo niemiło, bo mąż zdecydowanie nie miał ochoty na rozmowę w tym tonie.
- Już myślałem, że w końcu dowiem się, że w takim razie żadnych badań nie będzie - powie mi potem.
Ale będą. Nowy termin to połowa października. Więc niby obiektywnie niewiele się zmieniło. A jednak zmiana jest ogromna.
od czasu ostatniej rozmowy z kardiochirurgiem nt. szczepień, mam wrażenie, że ten lekarz stracił w oczach A....... autorytet i zaufanie, jakim cieszył się do tej pory. Jednocześnie to przełożyło się na stosunek do idei operacji i odchudzania. Niestety wydaje mi się, że [mąż - przyp.aut.] stracił serce do obydwu. - napisałam wczoraj do Ani. Wygląda na to, że znów pewne sprawy musimy zacząć przepracowywać od początku, jakbyśmy byli ponownie na starcie.
I tak, w końcu podczas naszych wakacji, zamiast do Albanii, trafiliśmy do innnego kraju, choć również spoza strefy Schengen. Tego lata Rumunia okazała się dal nas najbardziej atrakcyjnym kierunkiem wakacyjnym, na dodatek ze znacznie bliższym dojazdem. Ale złego wrażenia nie da się pozbyć nawet w czasie najpiękniejszych wakacji. Zapomnieć o utracie zaufania również.
Może też nie przyjęlibyśmy słów lekarza tak źle, gdybyśmy nie czuli tej nagonki na niezaszczepionych dosłownie na każdym kroku. Już nazywanie nas antyszczepionkowcami nie ma nic wspólnego z prawdą. Nie jesteśmy przeciwko wszystkim szczepionkom i za dowód może posłużyć książeczka zdrowia naszych dzieci z pełnym ich kompletem. Po prostu wykazujemy ostrożność przy tym konkretnym szczepieniu, które postrzegamy na razie jako pewną fazę eksperymentu medycznego.
Ale miano antyszczepionkowców to tylko najłagodniejsza nazwa, jaką się nas teraz określa. Jesteśmy nazywani foliarzami (i niby dlaczego, skoro tak jak wszyscy inni odrzuciliśmy przyłbice, gdy dowiedziono ich nieskuteczności), czy też na przykład płaskoziemcami (no tu już kompletne zaskoczenie, więc nawet nie komentuję). Ale bywa jeszcze gorzej, bo okazuje się, że nawet publiczne obrażanie takich osób jak my jest teraz cool. Na internetowej stronie https://styl.fm/newsy/353995.turbo-debile-tak-lekarz-nazywa-antykowidowcow-i-koronasceptykow można przeczytać:
“Antyszczepionkowcy zjednali się z antycovidowcami i jest to bardzo silna grupa. (...) Do sieci trafił filmik, na którym widać aktywistów, wchodzących do popularnego marketu bez maseczek."
Pod tym tekstem słowa lekarza (Dawid Ciemięga), zamieszczone wcześniej na jego koncie w mediach społecznościowych:
“Takie osoby to turbo debile i to jest niestety znak obecnych czasów, więc grupy zrzeszające takich pajaców rozrastają się szybko. A co gorsze, jeszcze im się wydaje, że potrafią myśleć”.
No i skoro popularny w sieci lekarz stosuje takie metody wpływania na opinię publiczną, to czy można się potem dziwić, że w internecie można z łatwością natknąć się na inicjatywy tego typu, jak na przykład grupa o nazwie “Antyszczepionkowcy to pierdoleni debile”?
https://www.facebook.com/Antyszczepionkowcy-to-pierdoleni-debile-2066229683445788/
Tak, właśnie taką nazwę ta akcja przyjęła i funkcjonuje sobie jak gdyby nigdy nic, nota bene na facebooku, który ponoć tak bardzo dba o to, by nie rozpowszechniać mowy nienawiści.
A życie dopisało właśnie odpowiedź na komentarze takich lekarzy jak ten aktywista mediów społecznościowych. Można o tym przeczytać na stronie: https://www.facebook.com/partia.korwin.jkm
“Dziś mamy protest medyków — ratowników, lekarzy, pielęgniarek. Bez maseczki, bez dystansu, bez dezynfekcji.(...) W końcu to są lekarze - czyli znają się.”
I choć z całego serca popieram tę medyczną inicjatywę, to ciekawa jestem, co na taki rodzaj odstępstw od reżimu sanitarnego powiedziałby niejaki doktor Ciemięga?
Cóż panowie lekarze, może przydałby się większy dystans do tego, co komentujecie, bo o temat kultury nawet nie zamierzam tu zahaczać . Myślę, że taka wyważona, racjonalna postawa byłaby bardziej przekonywująca niż ta pełna oskarżeń oraz maseczkowo - szczepionkowego fanatyzmu. Może niektórych by nawet przekonała do Waszych racji. A na pewno przyniosłaby pacjentom znacznie więcej korzyści niż agresywny atak.
Przypominam panowie - po pierwsze - nie szkodzić... I oszczędzić w tym moją rodzinę... Zwłaszcza czekającego na zagrażającą życiu operację męża...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz