piątek, 30 kwietnia 2021

"PIELGRZYMKOWA MAKABRA" - CZYLI O TYM, JAK NIE PRZESZŁAM SZLAKU ŚWIĘTEGO JAKUBA

Wiedziałam, że kiedyś przyjdzie taki moment, że będę się musiała zmierzyć z kolejną z moich traum. Przyszedł.

I choć to wciąż trudne, mam nadzieję, że może przynajmniej trochę oczyszczę swoje wnętrze, gdy wspomnienie, które mnie rozwala od środka zostanie włożone między słowa i zamknięte w tym tekście. Może uda mi się zapędzić ten koszmar w daleką przeszłość, skąd nigdy więcej nie przedrze się do teraźniejszości?

Najchętniej bym już nigdy nie powracała do tego, co się zdarzyło prawie sześć lat temu. Ale skutki wypadku mamy, który miał wtedy miejsce, odczuwam do dzisiaj, emocje z nim związane również. To właśnie on sprawił, że w tamte wakacje przeżyłam coś, co w mojej grupie religijnej nazwano “pielgrzymkową makabrą”. Choć nie wiem, czy nawet to określenie do końca oddaje wszystko, co przeszłam.

Pielgrzymka, na którą się udałam blisko sześć lat temu była ukoronowaniem moich wieloletnich marzeń. Wędrówkę hiszpańskim szlakiem Świętego Jakuba do Santiago de Compostela planowałam od wielu lat. W tamte wakacje uznałam, że najwyższy czas zacząć plan realizować, choćby w niewielkim zakresie, odcinek po odcinku, etapami.

W wyjeździe do Hiszpanii towarzyszyła mi cała moja rodzina. Pomysł był taki, że wraz z mężem rozpoczniemy dwutygodniowe pielgrzymowanie szlakiem jakubowym z Walencji. Nasi synowie mieli zaś tam pozostać i uczestniczyć w tym czasie w kursie języka hiszpańskiego w szkole Escuela Albufera. Wykupiliśmy go dla nich wraz z dwutygodniowym pobytem w nadmorskim, szkolnym kampusie. Wszystko zapowiadało się jako cudowna przygoda.

I tak się też zaczęło. Przygotowaliśmy się do wyjazdu omal doskonale. Planowanie dojazdu do Walencji, noclegów po drodze, zakupów (odpowiedni dla pielgrzymów sprzęt, ubiór, żywność), przygotowanie fizyczne i duchowe zajęło kilka miesięcy. Wyruszyliśmy wkrótce po powrocie z południowej Chorwacji, wyposażeni we wszystko co mogło być nam potrzebne - Credencial del Pelegrino w kieszeni, w bagażniku rower, który miał mężowi ułatwić transport naszych maneli podczas wędrówki, tablety, żeby się chłopakom nie dłużyła podróż zamontowane na oparciach przednich foteli w samochodzie. Naszego ukochanego psiaka oddaliśmy pod opiekę Mamy. Kto mógł wtedy przypuszczać, że widzimy się z nią ostatni raz w życiu? Wkrótce po naszym wyjeździe miała obchodzić swoje 70 urodziny. Była tryskającą zdrowiem, aktywną starszą panią.

Urodziny Mamy zastały nas w Barcelonie. To miał być ostatni dłuższy postój przed Walencją. Wcześniej spędziliśmy cudowny tydzień (6 noclegów) w południowej Francji - z dwudniowymi pobytami w Grande Mote, Agde i Narbonne oraz 5 dni (4 noclegi) w Blanes na Costa Brava. Zwiedzaliśmy, odpoczywaliśmy, chłonęliśmy piękno świata i możliwe, że byłoby to dla mnie wspomnienie najfantastyczniejszych wakacji w życiu, gdybym nie znała dalszego ciągu tej historii. Po pierwszym noclegu w Barcelonie dostałam telefon o śmierci Mamy, pięć miesięcy później wiadomość o śmierci Syna. To były ostatnie wakacje ich obojga. Śmierć już czaiła się tuż za rogiem.

Po Mamę sięgnęła w przepiękny, ostatni dzień lipca - dzień jej urodzin. Właśnie miałam do niej dzwonić z życzeniami. W zamian zadzwonił wujek - brat Mamy, który niestety już dawno przestał być dla niej bliską osobą. Jeśli już musiałam się wówczas dowiedzieć tego, czego się dowiedziałam, to wolałabym pewnie od kogoś innego. To, co mówił, zdawało się być kompletnie abstrakcyjne, niemożliwe do zdarzenia się w rzeczywistości, jakieś wyrwane z realnego życia. Nie docierało do mnie, nie wierzyłam. Żeby się upewnić w nieprawdzie tej wieści, zadzwoniłam natychmiast do siostry. W słuchawce usłyszałam tylko spazmatyczny płacz. Monika była na miejscu wypadku. Uwierzyłam. Dotarło do mnie. 

I to był szok. Jeszcze teraz, po latach, nie umiem o tym pisać.

Wklejam więc tutaj tekst Moniki, która również ostatnio wróciła do tego wszystkiego na facebookowym blogu, prowadzonym przez nią już ponad pół roku. Oddaję zatem na chwilę głos siostrze:

Mama zginęła tragicznie. Najechała na Nią koparka miażdżąc doszczętnie każdą część Jej kruchego ciała. Nie życzę nikomu takich przeżyć ani tego co zobaczyłam.

Nagle ziemia osuwa Ci się spod nóg i wpadasz w otchłań niewyobrażalnego smutku, bólu, rozpaczy i bezsilności.

Biegłam na miejsce wypadku z NADZIEJĄ, że ja Ją tam jakoś 'do kupy' poskładam, że jak nikt nie będzie już Ją ratował to ja Ją będę ratować i nie odpuszczę! Ale na miejscu nie było już jak ratować ani jak składać.

Pamiętam jeszcze jak bardzo denerwowało mnie słońce, które beztrosko świeciło radośnie w każdy sierpniowy dzień po śmierci mamy. A ono mi pewnie chciało oddać swój mały promyczek radości...

Mama wyjechała tylko na moment do sklepu, zostawiając wiszące pranie i otwarty garaż, z którego wyciągnęła rower. Miała zaraz wrócić i dokończyć obiad dla spędzających wakacje w domu moich dzieci. Ale do domu już nie wróciła...

https://www.facebook.com/Kawkowerozmyslanki

Czy takie historie się zdarzają w normalnym, realnym życiu? Kto napisał ten abstrakcyjny, okrutny scenariusz?

Nie wiemy co nas czeka 'za rogiem'” - konkluduje Monika. Albo - co nas nie czeka, mimo, że wszystko jest już od dawna zaplanowane, wykupione i obmyślone w tak najdrobniejszych szczegółach, że zdaje się niemożliwym, aby mogło się nie udać. "Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość" - mogłabym tu tylko powtórzyć słowa Woody Allena. Czy Bóg się z nas śmiał do rozpuku w tamte wakacje w Barcelonie, gdy byliśmy już omal na progu szlaku Świętego Jakuba? Czy nasz wakacyjny plan ubawił Go po pachy?

Tego pewnie dowiem się dopiero, gdy stanę kiedyś przed Jego obliczem. Może uzyskam wtedy odpowiedź na pytanie, dlaczego zamiast pielgrzymki zgotował mi “pielgrzymkową makabrę” i czemu zamiast do Walencji musieliśmy na sygnale pędzić w nieopisanym stresie przez omal całą Europę do Polski, by w tym strasznym czasie być jak najszybciej wsparciem dla mojego Rodzeństwa, które na miejscu zderzyło się pewnie z traumą jeszcze mocniej niż ja w Hiszpanii.

Wydawałoby się, że powrót do Polski i organizacja z Moniką i Robertem pogrzebu zamknie ten straszny rozdział w moim życiu i zostawi go w głębokiej przeszłości. Niestety, nieobliczalne życie dopisało kolejne karty do tej historii. Sprawa ustalenia odpowiedzialności za śmierć Mamy ciągnęła się siłami różnych instytucji odpowiedzialnych za kwestie prawne w tym kraju aż do tej pory. I pewnie trwałaby dalej, gdybyśmy z Rodzeństwem nie wymiękli w końcu i emocjonalnie, i finansowo. Ale o tym napiszę już następnym razem. Na dziś to naprawdę wystarczy...


Ciąg dalszy znajduje się we wpisie: SPRAWIEDLIWOŚĆ W POLSKIM WYMIARZE PRAWA

 pod linkiem: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2022/08/blog-post.html

 

 

niedziela, 25 kwietnia 2021

JAK CHIŃSKI LAMPION

To były smutne Święta. Nawet smutniejsze od innych smutnych Świąt, których od jakiegoś czasu mamy sporo na koncie. Święta w zmniejszonym składzie, czyli z kolejną utratą, a ja już chyba na utraty utraciłam wszelką tolerancję.

Nie, nikt nie umarł, więc na szczęście nie jest to taka utrata ostateczna - to raczej pustka, która powstała w naszym życiu po rozstaniu z kimś, komu nadaliśmy sercem status szczególnej ważności i bliskości.

Wiki wybrała drogę, którą pójdzie już bez nas. Jeśli mnie to boli, to nie wyobrażam sobie nawet, jaki to ból dla Kacpra. I szkoda mi go bardzo.

Jedyny z tego pożytek był taki, że udało się go ściągnąć do domu na Święta. Dawno już nie mieliśmy okazji spędzić razem takiej ilości czasu pod jednym dachem. I nawet, jeśli były to w większości inne pomieszczenia, to i tak serce rozgrzewała myśl, że nasze dziecko jest tak blisko.

Staraliśmy się ratować te Święta, jak tylko się dało. Mąż przygotował różnorodne świąteczne menu, ja działałam na froncie porządkowo - dekoracyjnym. No ale cóż, atmosfery, mimo wszelkich naszych starań, nie dało się uzdrowić...

- Jaką miałaś piękną dekorację stołu - powie mi potem szkolna psycholożka, która miała okazję widzieć na zdjęciach efekty moich wysiłków. - Podziwiam, że ci się tak chce.

- Nie wiem, czy mi się tak chce - odpowiadam Marcie szczerze. - Po prostu, gdy ogarnia mnie smutek, to dobrze mi robi skierowanie wzroku ku czemuś ładnemu.

Tak, to poprawia nastrój. Czuję wówczas, że zadbałam tak, jak tylko potrafiłam, o siebie i swoją rodzinę. Nic więcej nie dało się zrobić. W takiej sytuacji trzeba się pogodzić z własną bezsilnością.

Początkowo miałam jeszcze nadzieję, że to wszystko da się odkręcić, że to tylko chwilowe zawirowanie, które można wspólnymi siłami przezwyciężyć. Tyle, że do tego trzeba by dobrej woli z obydwu stron. Nawet nie wiedziałam, której z nich bardziej żałuję - decyzję Wiki postrzegałam jako wynik braku dojrzałości, martwiłam się, że dziewczyna, gdy już stanie się dojrzałą kobietą, może żałować swojego wyboru.

Prawda jest taka, że zawsze dawałam tej parze prawo do niedojrzałości. Początek znajomości tych dwojga sięga bardzo młodego wieku, kiedy Kacper jeszcze nawet nie osiągnął pełnoletności. To na dobrą sprawę był związek dwójki dzieciaków. Ale mimo wszelkich przeciwności losu przetrwał kilka lat. I miło było patrzeć, jak w czasie jego trwania dzieciaki razem wędrują przez życie, dojrzewając w drodze. Mieli szansę jeszcze tak wiele osiągnąć w tym względzie. Niestety, wygląda na to, że ich wspólna wędrówka nieodwołalnie stała się przeszłością...

Święta się skończyły, Kacper wrócił już do Krakowa, jest w tym wieku, że woli korzystać ze wsparcia rówieśników, nie matki. W pełni to rozumiem, choć matczyne serce wciąż pozostaje w zmartwieniu. Czuję je, cokolwiek bym nie robiła i czymkolwiek bym się nie zajmowała w każdym z przemijających dni... Nawet gdy zdarzają się miłe niespodzianki...

Po wirtualnych urodzinach Ali z Brzeska, przyjaciółka dzwoni do mnie, by podzielić się wzruszeniem, jakie wywołał w niej mój tekst przesłany na tę okoliczność. 

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/04/o-przyjacioach-wasciwie-to-w-ten.html

Ale ja przedłużam tę rozmowę, jak tylko mogę - potrzebuję teraz tego poczucia “przyjacielskości” do rozproszenia smutków towarzyszących mi niełatwą spuścizną po Świętach, mimo że one już od dawna pogrążają się w niepamięci. Ta obecność Ali, nawet jeśli tylko po drugiej stronie słuchawki, to trochę jak chiński lampion wypełniony światłem, który zawisł u powały, rozświetlając moje mroczne kąty i zmieniając pole widzenia. I to wystarczy. Wcale nie muszą się nawet pojawiać w tym zwierzenia - z nimi zawsze miałam jakąś trudność. Wystarczy sama obecność...

Ala poleca mi teksty swojej córki do przeczytania na facebooku. Robię to od razu po skończeniu rozmowy, choć pewnie powinnam dopisywać wtedy kolejne rozdziały do mojej pracy magisterskiej. Ale miło jest obcować z mądrym słowem mądrej córki, która odziedziczyła życiową mądrość po swojej matce. I już wkrótce mam swojego tekstowego faworyta. To wpis Oli taki trochę podsumowujący zeszły rok. Jej inspiracją były słowa Olgi Tokarczuk na temat postaci, które chcą być opowiedziane, chcą istnieć na kartach książki. Tu cytat (we fragmencie:) z “Czułego narratora”:

Istnienie jest procesem nieciągłym, wyspowym.

Zdarza się, gdy czułe oko (...) wyciąga i stwarza postać (...), umieszczając ją we własnym, niepowtarzalnym i jedynym kontekście swojego życia".

 Do tego komentarz Oli:

mam przeszywające poczucie, że to o każdym i każdej z nas.

Że naprawdę istniejemy tylko pod spojrzeniem czułego oka, tylko w niepowtarzalnym kontekście czyjegoś życia.

Że tak istnieją nasi bliscy - nasze dzieciaki, nasi ukochani, nasi przyjaciele. O tyle, o ile ich opowiadamy, i dokładnie tacy, jakimi ich opisujemy. To, co przemilczymy - osłabnie; to co powiemy - zaistnieje.

Że to za tym ta paląca tęsknota w nas - być stworzonym to być opowiedzianym.

mam dużo wdzięczności za wszystkie konteksty, które mnie stworzyły w tym roku.

pamiętajcie: opowiadajcie sobie siebie nawzajem. miejcie oko na siebie, czułe.

życzę Wam istnienia.

https://www.facebook.com/okozminska

Czy pisałam już, że Ola jest mądrą córką mądrej matki?

Choć to bardzo smutne, to nie będę już dalej opowiadać Wiki. Ktoś, kogo stworzyłam córką na ostatnie lata, właśnie znika z mojego życia bez słowa pożegnania. Gacusia, Zosi i Kajtusia też już pewnie więcej nie zobaczę. I nie zostaje nic innego, jak tylko się z tym zmierzyć. Cóż powiedzieć na koniec?

Niech ktoś inny Wiki ma na Ciebie oko, czułe. Znajdź swoje szczęście tam, gdzie go szukasz.

Niech ktoś inny rozświetli Twoje życie jak chiński lampion Kacprze. Znajdź swoje szczęście tam, gdzie go jeszcze nie szukasz...

piątek, 23 kwietnia 2021

BEZ RETUSZU I PRZYCINANIA

Kilka słów wyjaśnienia na temat dzisiejszego postu. Tekst powstał przy okazji ważnego dla mnie wydarzenia, jakim były pięćdziesiąte urodziny mojej przyjaciółki Ali. 

Minęło dziesięć lat. Znów jest kwiecień i kwitną krokusy. I znowu dostaję wiadomość od Oli - córki Ali. Tym razem świętowanie urodzin mojej przyjaciółki musi się odbyć wirtualnie - jakie czasy, takie i obchody uroczystości. Ola prosi, by na tę okazję przysłać do tworzonej przez nią "skrzynki dobrych słów" jakiś list, wspomnienie, zdjęcie dla mamy. Wysyłam to, co mam - bez retuszu i przycinania...

O PRZYJACIOŁACH

Właściwie to w ten weekend nastawiałam się na wyjazd w Tatry. Jest kwiecień, czyli pełnia sezonu krokusowego. Monika właśnie wróciła z Zakopanego i w rozmowach wciąż przywołuje wspomnieniami obrazy, którym trudno się oprzeć. Rok temu brałam udział w kwietniowej szkolnej wycieczce do Doliny Chochołowskiej i choć miło to wspominam, to krokusów wtedy nie widziałam więcej niż w swoim ogródku. Były pochowane pod grubą warstwą śniegu i lodowego gradu, które wówczas naprzemiennie padały. Zdecydowałam, że teraz nadeszła pora na kolejną próbę cieszenia się widokami fioletowych hal. I właśnie wtedy zadzwoniła Ola.

Ola to świetna dziewczyna, tylko rok starsza od mojego Bartka, córka wspaniałej matki - mojej najlepszej przyjaciółki ze studiów.  Dzwoniła właśnie w jej sprawie, a dokładnie chodziło o  jubileusz  pięćdziesiątych urodzin Ali. Na tę okoliczność Ola w ramach niespodzianki postanowiła zorganizować spotkanie wszystkich przyjaciół mamy. Cudowny pomysł wynikły z cudownego powodu. Wizja fioletowych hal momentalnie wyblakła.

Na ogół imprezy urodzinowo – imieninowo - jubileuszowe zarezerwowane są dla rodzin, z przyjaciółmi ze studiów nie spotykamy się przy takich okazjach, zwłaszcza że nie mieszkamy w pobliżu - po ukończeniu uczelni porozjeżdżaliśmy się w swoje rodzinne strony. Ale mimo dzielących nas kilometrów i upływających lat potrafimy się wciąż trzymać razem, jak wtedy, gdy graliśmy w jednej drużynie. Nigdy nie rozerwaliśmy więzów, którymi się połączyliśmy, kiedy byliśmy w wieku naszych starszych dzieci.

- Zazdroszczę ci bardzo, – powiedziała ostatnio Dorotka – że znalazłaś na studiach takich ludzi.

- Nie szukałam ich wcale Dorotko. Ja się po prostu na studiach wśród nich znalazłam. To był wielki dar, który był mi dany.

- Ale to cudownie, że wciąż się spotykacie.

- A czy mogłabym zmarnować ten dar?

Tak naprawdę, to nie spotykamy się aż tak często. Każdy z nas ma rodzinę, w którą jest zaangażowany, na ogół mnóstwo pracy i niewiele czasu. Ale w kwestii przyjaźni mam prostą filozofię, wyznaczającą mi kierunek działania i myślę, że jest ona wspólna wszystkim moim przyjaciołom, choć nikt jej do tej pory jeszcze nie wypowiedział. W końcu tyle lat spędzonych razem musi procentować podobną perspektywą patrzenia na wiele spraw. Moja prosta filozofia dotyczy tego, by być z tymi, z którymi się przyjaźnię w ważnych dla nich chwilach, bez względu na to, jaką wagę mają one dla mnie. Mogę bowiem nie entuzjazmować się dziecięcymi przedstawieniami baletowymi, ale na pewno pojadę do Groteski, gdzie na swoim pierwszym występie będzie można zobaczyć córę Żwirka i Muchomorka. Samodzielny wyjazd do Huty może mnie przerażać, ale podejmę to wyzwanie, gdy w Nowohuckim Centrum Kultury będzie odbywać się jubileusz pracy twórczej naszego zaprzyjaźnionego fotografika Grejena. Wreszcie mogę już wystarczająco dużo wiedzieć o problemach Łemków w Polsce, ale gdy w publicznej debacie na ten temat w Krakowie będzie występować Helena, to postaram się tam dotrzeć mimo pilnych zajęć na kursie psychoterapii.

To są przykłady z ostatniego roku, z takim jednakże wyjaśnieniem, że z wyjazdem do Nowej Huty starałam się poradzić sobie z pomocą mojego męża, który w przeciwieństwie do mnie jest dobrym kierowcą, nie przerażającym się nowymi trasami i sytuacjami na drodze. Ta nasza wspólna podróż zakończyła się w podkrakowskich Balicach, gdzie na stacji benzynowej musiałam wzywać pogotowie do mężowych kamieni nerkowych, o istnieniu których wcześniej nie mieliśmy zielonego pojęcia. Cóż, nie wszystko w życiu się udaje i dotyczy to każdej jego sfery. Przyjaciele to na pewno rozumieją...

Podsumowując jednakże ostatni rok, nie ujęłam na powyższej liście tego, co wspomniani przyjaciele zrobili dla nas. Przede wszystkim chodzi mi tu o ich obecność na naszej parapetówce końcem zeszłej wiosny. A było to dla nas ogromnie ważne wydarzenie, którym chcieliśmy oddać niezwykłą radość z faktu, że wreszcie po blisko półwieczu życia przestaliśmy mieszkać w miejscach typu: pokoik przy babci, poddasze w domku teściowej, nieremontowanym od jej śmierci, czy wreszcie, jak przez ostatnie dwa lata, pomieszczenie w budynku gospodarczym nad garażami. Poprzedniej zimy, a dokładniej w wigilijne popołudnie, przeprowadziliśmy się do swojego pierwszego prawdziwego domu (choć może na razie to bardziej jeszcze dom banku niż nasz), gdzie po błyskawicznym wyniesieniu wielkiej masy wszelkiej maści narzędzi murarskich i wymieceniu ogromnej ilości gruzu, zasiedliśmy do wprawdzie bardzo skromnej Wigilii, lecz nareszcie we własnych czterech ścianach. Naszych przyjaciół gościliśmy również przed ostatnimi Andrzejkami, choć na ogół, jak napisałam wcześniej, nie spotykamy się przy okazji imienin. Ale tyle lat nie mieliśmy ich gdzie przyjmować, że potem chcieliśmy nadrobić ten stracony czas.

Nowa okazja do spotkania napełniła nas znów radością i entuzjazmem. Niestety, kolejny atak kamieni nerkowych wzniecił u mojego męża całe mnóstwo obaw, które powstrzymały go przed wyjazdem, tym bardziej, że choć Ala jest z Brzeska, to obchody jej jubileuszu miały się odbyć w kościele i bacówce w Jamnej, a to już około dwie i pół godziny jazdy z naszego miasteczka.

Na wyjazd umówiłam się więc z Heleną, mieliśmy z Kacprem podjechać do jej krakowskiego mieszkania i kontynuować podróż jej samochodem. Kontynuowaliśmy ją... jakieś kilkanaście minut, po czym na krakowskich Alejach wjechaliśmy na policyjną blokadę, której nie dało się nijak objechać. Przy kolejnej próbie objazdu zaczepiłyśmy ziewającego przy barierce koło Plant policjanta.

- Jest maraton. Nie ma innej możliwości, jak godzinę poczekać – poinformował nas znudzonym głosem.

- Kocham maratony! – po raz pierwszy od rozpoczęcia podróży entuzjazm przemówił przez syna Heleny. Tymek jest już w wieku, kiedy wyjazdy z mamami na wycieczki, rozpoczynające się mszą świętą nie są szczytem marzeń.

Skoro więc nie było innej możliwości, to po poważnej naradzie zdecydowałyśmy się… godzinę poczekać:). Chłopcy na ten czas z przyjemnością się od nas uwolnili, żeby pójść własnymi drogami. My miałyśmy ochotę na kawę, ale że z powodu wczesnej pory kawiarnie były jeszcze zamknięte, Helena zaprosiła mnie do swojego miejsca pracy. I to był przemiły bonus do tego i tak przecież wyjątkowego dnia.

Helena pracuje na dwóch krakowskich uczelniach wyższych, z racji swojego pochodzenia i wykształcenia zajmuje się problematyką łemkowską na Uniwersytecie Jagiellońskim i Akademii Pedagogicznej. Przy Plantach w pięknej starej kamienicy znajduje się jej uniwersytecki gabinet, gdzie nauka jest niekwestionowaną królową. I taką właśnie naukową atmosferę omal namacalnie czuje się w tym miejscu od razu po przekroczeniu progu. I to wszelkimi zmysłami. Biurka uginające się pod stosami książek, pachnące starymi i nowymi woluminami, albumy zmuszające do brania ich w ręce, przeglądania z szelestem kartek, wypełnionych lśniącymi złotem cerkiewnymi kopułami i wizerunkami Chrystusa Pantokratora na starych ikonach. A wszystko zatopione w pełnej skupienia ciszy, która ma wagę lekkiego powiewu zza okna, a nie przytłaczającego dzwonu w uszach. Ach, jak wybornie smakuje w takich warunkach nawet najmniej wyborna kawa! Wyglądam przez okno na rozzłocone słońcem podwórze i przez chwilę myśli zajmuje mi pytanie, jak teraz wyglądałoby moje życie, jeślibym, jak Helena, podążyła ścieżką nauki, czyli gdybym ćwierćwiecze temu poszła za radą swego promotora i zamiast drugiego kierunku, który i tak na pewnym etapie zarzuciłam, zajęła się pisaniem doktoratu?

Nauczyłam się w życiu nie żałować odrzuconych wyborów, czerpać spokój z pewności, że jest tak, jak miało być, ale wtedy w tym pokoju przy Plantach nie byłam już niczego taka pewna. Zarazem jednakże cieszyłam się, że choć przez godzinę i w takiej formie mam okazję wejść w coś, od czego się tak dawno temu bezpowrotnie odcięłam. To jakby dzięki szczęśliwemu skrzyżowaniu życiowych orbit znaleźć się przez chwilę i popróbować smaku miejsca, którego dla siebie nie wybrałam. Magiczny godzinny przystanek na camino.

A po nim dalsza magia i podróż drogą jakby na tę okoliczność specjalnie dla nas przyozdobioną: biało  kwitnące  drzewa owocowe i różowe magnolie w ogrodach, plamy żółtych forsycji na obrzeżach szosy, a nad przydrożnymi rowami kaskady kaczeńców tego samego koloru. Wszystko w młodziutkiej świeżo zielonej trawce, delikatnej jeszcze i nie wybujałej zbyt wysoko. Sama droga jest tak wielką przyjemnością, że tylko na jej rozstajach przypominamy sobie o miejscu docelowym. Więc gdzie jest ta Jamna?

I odpowiedź wyczytana poprzedniego wieczoru w zaprzyjaźnionym ze mną (odkąd mam odziedziczonego po wszystkich facetach w mojej rodzinie laptopa, czyli od wakacji:) internecie: Jamna to maleńka wioska, położona w głębokich lasach Ciężkowicko - Rożnowskiego Parku Krajobrazowego (województwo małopolskie), wśród jarów i parowów. Liczy sobie około 90 mieszkańców, których domostwa porozrzucane są na terenie ponad 25 km²…..Jamna (530 m n.p.m.) to także góra, której rozległy masyw, w ¾ zalesiony, jest ozdobą Parku Krajobrazowego” (https://klubpodroznikow.com/relacje/polska/polska-inne-miejsca/1042-jamna)

Ile razy Ala proponowała nam wszystkim spotkanie w tym miejscu? Ale jeśli nikt z nas tam jednak nie trafił przez te wszystkie lata, to widocznie było ono zarezerwowane na tę specjalną  uroczystość.

Jesteśmy na miejscu, rzeczywiście przed oczyma mamy wyścielone zawilcami, pierwiosnkami i fiołkami jary, parowy, lasy i górki. Trudno sobie tu wyobrazić, że można by było stworzyć świat bardziej doskonały niż ten.

- Jakże ważne są w takich chwilach okoliczności przyrody – podsumuje później Żwirek.

Dziękujemy za nie Stwórcy w tę parę chwil, które zostały jeszcze do zakończenia mszy świętej. I za Alę, która ze swoją rodziną siedzi w ławce na przedzie kościoła.

- Patrzyłam na znajome twarze, które po kolei się wyłaniały spośród tłumu na mszy i raz po raz myślałam o tym, że tyle razy proponowałam tym osobom spotkanie na Jamnej, a teraz, w tę palmową niedzielę, wszyscy ci ludzie zjechali tutaj sami z siebie bez mojego zapraszania – powie potem Ala.

I dopiero po wyjściu z kościoła, biorąc pod uwagę fakt, że wszyscy przybyli z kwiatami,  zaskoczy:

- To spisek!

A po życzeniach już pod bacówką wzruszona powie mi na ucho:

- To najpiękniejszy dzień w moim życiu. Wszyscy moi przyjaciele w jednym miejscu. Ze mną…

Jaka osoba, taka ilość przyjaciół. U Ali jest nieprzebrany tłum gości, którzy chcą wyrazić swoje serdeczności dla niej w tym dniu. Dobrze, że wiata pod bacówką ma tyle przestrzeni..

Ja jestem chyba tak samo uradowana jak Ala, bo i moi wszyscy przyjaciele ze studiów są w jednym miejscu - ze mną. Jak zwykle w takich chwilach przechodzę całą sesję grupowej terapii śmiechem. Cieszę się jak małe dziecko każdym słowem i gestem.

„Moi przyjaciele  bądźcie zawsze ze mną (…)

Kiedy was nie ma - to jakby nagle zabrakło w moim życiu muzyki…” – śpiewają przy akompaniamencie gitar przyjaciółka Ali z Brzeska ze swoim znajomym. Owiewa ich mgiełka dymu z paleniska pod wiatą i zapach grillowanych mięs, doglądanych przez męża Ali.

Pośród drewnianych ław krząta się Ola z rzeszą pomocników, roznosząc żurek w chlebie, krojąc torty, podając szarlotkę i napoje. Patrzymy na nią wszyscy i z podziwem, i z dumą, że mamy tak  wspaniałą przedstawicielkę naszego następnego pokolenia. Takie trochę wspólne wydają mi się te nasze dzieci po tylu latach zespołowego przeżywania ich wzlotów i upadków. Starsze, w wieku Oli, wypuszczamy już w świat, młodsze bawią się całą wielką gromadą, próbując chodzić po rozpiętej między sosnami linie. Jakie to szczęście, że nigdy nawet cień rywalizacji nie stworzył się między nami w sprawach dotyczących dzieciaków - ich talentów, charakteru czy też wykształcenia.

Wspominamy czasy, gdy byliśmy w wieku Oli, to właśnie lata, gdy nasza przyjaźń rozkwitała. Jak zwykle wracamy w rozmowach do różnych wesołych historyjek z okresu studenckiego.

- Nie dochodzi do mnie – mówi na zakończenie Ala -  że upłynęło już tyle lat od tamtego czasu. Kiedy przyjeżdżają do Oli jej przyjaciele ze studiów, to zapominam czasem, że to goście nie do mnie. Jakbym się cofnęła w czasie, który zaledwie był dla mnie wczoraj.

- To prawda – potwierdza ze śmiechem Ola. – Po drugim piwie już trudno nam się pozbyć towarzystwa mamy.

Przyznajemy się w duchu i całkiem głośno do tego, że to nie tylko trudność Ali. Chyba wszystkie nasze dzieci mają z nami ten sam problem. Nie zauważyliśmy, że się zestarzeliśmy. Czas nas zaskoczył - strasznie przyspieszył, gdy towarzyszyliśmy swoim pociechom w ich drodze od pieluszek i gumowych gryzaczków, przez pierwsze rozstania w przedszkolu i uwagi w szkolnym dzienniczku, po kolejne miłosne rozczarowania i kontestacyjne kolorowe fryzury. I nagle, kiedy łapiemy oddech, bo nasze latorośle idą na studia i spuszczamy je z oczu, które możemy już skierować na siebie, to dostrzegamy, że nasza młodość bezpowrotnie minęła. A odchowane dzieciaki, nagle wyższe od nas o głowę lub o kilka, mówią nam wtedy:

- Stop! Dalej już nie wkraczajcie, to nasz teren, mamy tu swoje własne życie bez was.

Jak za tym wszystkim można nadążyć?

„Śpieszmy się kochać ludzi” czytam słowa księdza Twardowskiego nad wejściem na werandę w bacówce w Jamnej. Mogę mieć tylko nadzieję, że w przypadku dzieciaków zdążyłam. Bo teraz już chyba trudno byłoby cokolwiek nadrobić w tym względzie. Ich dzieciństwo zdaje się być domykającym się tematem.

Pod słońcem, powoli chylącym się ku zachodowi, chwytamy się za ręce wokół miejsca na ognisko, nad którym jeszcze unosi się zapach pieczonych kiełbasek.

„Kto raz przyjaźni poznał moc, nie będzie trwonił słów. Przy innym ogniu, w inną noc do zobaczenia znów” - śpiewamy wspólnymi siłami, a Grejen robi nam ostatnie pamiątkowe fotki.

Odkąd zaczęłam zdradzać wszystkim zainteresowanym, że wybieram się na pielgrzymkę do Santiago, co rusz słyszę deklarację, że ktoś będzie mi towarzyszył. Ludzie tacy jak Beata z pracy, Dorotka, czy nawet mój mąż, chcąc mnie wesprzeć w moim zamierzeniu, starają się przynajmniej słownie w nie włączyć. I choć nie jestem pewna jak będzie wyglądał finał tego przedsięwzięcia, to jedno już dziś wiem na pewno. Wszyscy moi przyjaciele będą tam razem ze mną. Zabieram ich ze sobą w drogę w moim sercu.

P.s. Sprawę mojej pielgrzymki do Santiago de Compostela opisuję w poście: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/04/wiedziaam-ze-kiedys-przyjdzie-taki.html

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

KIERUNEK DROGA POWROTNA - z przystankiem w Sunčanej Rece

 Poprzednia częsć relacji znajduje się pod linkiem: MOSTAR - UWIELBIAM!

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/04/mostar-uwielbiam.html

💟


Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek dwudziesty szósty  - SERBIA


Dzień podróży: 34 (23 - 24.08)

To, co bez dwóch zdań zawdzięczam mojemu mężowi ( i może rocznica ślubu jest najlepszą okazją, by za to podziękować), to fascynacja muzyką świata. Dziś będzie o sevdalince, określanej, zgodnie ze słowami Wikipedii, “czasem w skrócie jako sevdah" (https://pl.wikipedia.org/wiki/Sevdalinka). Według podanego tu źródła, to “tradycyjny gatunek muzyki ludowej pochodzący z Bośni i Hercegowiny".

Dlaczego o tym teraz piszę? Ano dlatego, że po powrocie z tego kraju mąż zaraził mnie sentymentem dla twórczości zespołu “MOSTAR SEVDAH REUNION”.

Jak czytam na jego oficjalnej stronie (automatyczne tłumaczenie): “Początki (...) są związane z latem wojny 1993 r.” To “było dla nich rodzajem walki o zachowanie ducha w tym trudnym okresie. (...) Jednak po zakończeniu wojny wszyscy rozstali się, rozwiązując problemy egzystencjalne. Tak było do 1998r.” (http://www.mostarsevdahreunion.org.ba/o_sastavu.html)

Od tego czasu zespół cały czas nagrywa, koncertuje i inspiruje.

Ja mam okazję się zetknąć się z jego muzyką dzięki nagraniu ”Čudna jada od Mostara grada” (“Dziwna niedola od Mostaru” - według tłumacza google) - utwór umieszczono w internecie jako wspomnienie festiwalu sevdah z Sarajewa z 2013 r. Kto raz posłucha, ten już nie zapomni. (https://www.youtube.com/watch?v=75mAL2a-xvc&ab_channel=SarajevoSevdahFest)

Muzyka Bałkanów to absolutnie jedna z zasadniczych potrzeb w naszej podróży. Bez doświadczenia jej charakteru, bogactwa i różnorodności poznanie tej części świata wydaje nam się zupełnie niemożliwe.

Nazwa sevdah pochodzi z jęz. tureckiego i wywodzi się od perskiego słowa soda (w znaczeniu ekstazamelancholia lub miłosny smutek)” można czytać dalej na podanej stronie Wikipedii. “Bardzo możliwe, że portugalskie słowo Fado saudade ma to samo pochodzenie.

Čudna jada od Mostara grada” jest kawałkiem (jak zresztą większość sevdalinek) o miłości bardzo konkretnej (i nieszczęśliwej) - między Bibą i Ahmo, ale we mnie ten rodzaj muzyki w jakiś sposób przekształcił się w symbol. To alegoria moich uczuć do the most beatiful city in the world”, jak napisał na stronie Booking.com Adem z apartamentu, w którym mieszkaliśmy w ostatnie wakacje przed śmiercią syna.

Bo wyjeżdżając z Mostaru czułam coś, co można by określić właśnie jako “miłosny smutek”. To za każdym razem jest połączenie empatii - poruszenia niedolą zamkniętą w duszy tego miejsca z tęsknotą do niego i miłością wielką, ale nie do końca spełnioną, bo z daleka, z rozdzielenia. Ot, taka własna opowieść z sevdalinkowymi emocjami.

Ale tym razem powiewy smutku miały też inną przyczynę. Oto kończyła się nasza podróż i opuszczałam Mostar ze świadomością, że obraliśmy kurs pod tytułem droga powrotna. I to nie tak, że nie chciałam w końcu powrócić do domu. Ale gdzieś z tyłu głowy miałam przeświadczenie, że takie wojażowanie jak to, szybko się nie powtórzy. I było mi żal...

Trochę też żałowałam skrócenia tego odcinka rocznicowej podróży. Bo przecież dzień naszego wyjazdu z Mostaru (gdybyśmy w porę zrobili rezerwację) miał być dniem przyjazdu i to na dwa noclegi! Pewnie, że można by jeszcze zarezerwować je w innym miejscu w Bośni. Ale jeśli się już było w najatrakcyjniejszym, moim zdaniem, mieście w tym kraju, to wszystkie inne potem wydawałyby się niestety mniej atrakcyjne. Uznałam więc, że nie ma sensu robić niczego na siłę.

Od domu dzieliło nas całe mnóstwo kilometrów, więc i tak mieliśmy w planie jakieś noclegi po drodze - zdecydowaliśmy się zarezerwować je w Serbii.

Łatwo nie było. A to dlatego, że w żadnym razie nie chciałam zaniżać lotów. Wymarzyłam sobie, że ta podróż zakończy się pięknym finałem. I za nic nie mogłam znaleźć czegoś, co pasuje do tego określenia.

W końcu sięgnęłam do notatek, które zrobiłam podczas przejazdu przez Serbię zaledwie miesiąc wcześniej. Trzeba się było na coś zdecydować. Padło na “Etno selo Sunčana Reka” - widziany po drodze na początku podróży ośrodek ładnie się prezentował i był położony w dogodnej lokalizacji.

Rezerwacja przebiega bezproblemowo - wymieniam kilka wiadomości z kierownictwem przez messengera i już czekają na nas noclegi w małym murowanym domku na terenie tej etno - wioski. Wprawdzie celowałam w pokój w budynku głównym, ale wszystko było niestety pozajmowane i na dodatek przeznaczone dla większych rodzin. Można się tylko pocieszyć tym, że domki tańsze.

Obieramy więc kurs na Sunčaną Rekę i w błogiej nieświadomości... jedziemy w innym kierunku. Miast do granicy z Serbią przybliżamy się coraz bardziej do Chorwacji. Gdy próbujemy naprawić błąd, to mamy już do przejechania dodatkowo naprawdę spory kawał drogi. Ale kto by tam zwyczajnie zawracał? Atrakcyjniejszą opcją wydaje się przebicie do serbskiego przejścia granicznego pajęczyną jakichś lokalnych dróg w poprzek głównych arterii krajowych.

Nastawiamy nawigację Volvo... no i gubimy się na dobre. Nie chcę tu nawet zaczynać tematu o tym, co sądzę o jej twórcach. Myślę, że każde ze słów, których bym wtedy użyła, byłoby nieprzyzwoite. Wcześniej już nie raz, nie dwa, wpuszczała nas ona w maliny i wyprowadzała na manowce. Ale to, co zrobiła z nami w Bośni, to już w ogóle nie mieści się w głowie. Zielony mosteczek, za którym już tylko ścieżka w lesie po raz pierwszy, za pół godziny po raz drugi, za godzinę po raz trzeci... Objazdy bezdrożami bezasfaltowych dróg, gdzie dziesiątki kilometrów nie sposób zobaczyć żadnego innego pojazdu. Jeśli do tego dołączyć ciemności, które zdążyły już zapaść, to momentami sytuacja miała zabarwienie thrillera. Na szczęście z komediowym zakończeniem. W którymś z przysiółków nawigacja wskazała nam drogę wzdłuż zabudowań gospodarczych prosto w... ogrodzenie. Okazało się, że skierowała nas w jakąś otwartą bramę, po to, byśmy przemierzyli całą długość czyjegoś gospodarstwa i to pod nosem właściciela, który w osłupieniu przyglądał się temu, biesiadując na werandzie przy winku. A nawigacja w tym wszystkim wciąż swoje: dalej!, prosto!, jedź!...

Na szczęście dostaliśmy wtedy od przypatrujących się nam i rozbawionych sytuacją imprezujących mężczyzn wskazówki, umożliwiające wjazd na wreszcie normalną (i asfaltową!) drogę. I w końcu dojechaliśmy nią najpierw do granicy, a potem do Sunčanej Reki, już nie oglądając się na nawigację Volvo. Mieliśmy na ten czas dość i emocji, i przygód - trochę to było dla nas za dużo jak na jeden dzień. Toteż z ulgą podziękowaliśmy w ośrodku za możliwość dopełnienia formalności rankiem (chyba nikt z obsługi nie miał ochoty robić tego już po północy) i czym prędzej zapakowaliśmy się do łóżka w naszym murowanym domku.

No ale jak tu spać, gdy przed sąsiednim, przy lejącym się rzeką winie, ktoś urządził sobie noc wspominek na pełny regulator? Dobrze wstawioną już panią słyszy chyba cały ośrodek, a ja to w ogóle mam wrażenie, jakby zdania wciąż zaczynające się od słów “moja majka” były mi wykrzyczane wprost do ucha, żeby nie napisać że do mózgu. I tak mijają kolejne godziny... W czasie ich trwania zdążyłam sobie w całej rozciągłości przypomnieć, dlaczego nie lubię spania w domkach, które, nie dość że zazwyczaj ciasne, to chyba nigdy nie są w wystarczającym stopniu wyciszone, a wspólna przestrzeń jest naprawdę... wspólna, czyli używana intensywnie przez wszystkich dzień z nocą i niezmiennie hałaśliwa.

No ale wreszcie przychodzi taki moment, że mimo całego psychoterapeutycznego zrozumienia potrzeby zwierzeń, mam szczerze dosyć “mojej majki”. Interweniuję (to znaczy proszę o uciszenie:), a serbscy turyści układnie przenoszą swoje historie w bardziej intymną przestrzeń wnętrza domku. No, wreszcie można próbować zasnąć, choć to niestety już będzie bardzo krótka noc.

Mimo tego, o dziwo, budzę się rano całkiem wypoczęta i zadowolona. Witam się grzecznie z naszymi skacowanymi sąsiadami - nie mam do nich żalu, jakby nie było, w nocy udało nam się dogadać:). Poza tym, czy warto by było sobie psuć humor jakimiś zaszłymi pretensjami w takim miejscu jak Sunčana Reka? Przecież tu jest bosko!

Przez całe przedpołudnie odkrywamy niezliczone skarby tego ośrodka i wciąż zaskakują nas nowe atrakcje. Nawet nie staram się ukryć tego, że obudziła się we mnie moja mała dziewczynka. Nabyta z latami stateczność całkiem wyparowała, dzięki czemu mogę podążać za dawno już zapomnianą dziecięcą radością.

Ach, jak tej małej Bożence się tutaj podoba! Kucyk, kotki, stado osiołków - można by spędzić z tymi zwierzakami cały dzień. Jest też co zwiedzać - wioska w starym stylu, przed chatkami na palach jakieś zabytkowe maszyny rolnicze, nawet cerkiew z wyrabiającym pamiątki opiekunem. A do tego plaża na brzegu Driny - cudowne miejsce dla ochłody słonecznych, sierpniowych dni. I jeszcze wiele innych rozrywek, na które jednak niestety okazałam się już za duża:(

Ale rodziny z dziećmi zdecydowanie nie powinny pomijać tego miejsca. “Najpiękniejsza wioska etniczna” - napisała w opiniach na Booking.com Miljana z Serbii zaledwie miesiąc później - pewnie więc ma jakieś porównanie w kategorii tego typu obiektów. Dla mnie to było zupełnie nowe doświadczenie, ale cieszę się, że miałam okazję je zdobyć. Żal mi bardzo tych godzin, które mogliśmy tu spędzić poprzedniego dnia, w miejsce czasu straconego na gubieniu dróg gdzieś na bośniackiej północy. Kolejna miejscówka z potencjałem, z którego tak mało skorzystaliśmy. Ale, jeśli nie chcemy, by w następnej przytrafiło nam się to samo, musimy się w końcu stąd zbierać.

Po drodze przecież mamy jeszcze w planach obiad w “naszej” restauracji w Lożnicy i na to też potrzebujemy trochę czasu. Oczywiście mogliśmy również zjeść coś w Sunčanej Rece - jedzenie w ośrodku wyglądało i pachniało wybornie, ale co znaczy sentyment... I możliwość raczenia się zupą rybną jedyną w swoim rodzaju:)

Odwiedzenie cerkwii, które polecił nam wyrabiający pamiątki opiekun świątyni w Sunčanej Rece, musimy tym razem odpuścić. Mamy w planach przecież jeszcze obchody naszej rocznicy ślubu w Petrovaradinie pod Nowym Sadem. Przed nami znów pełna arbuzów droga. Sierpień wkroczył w swój ostatni tydzień - ludzie zebrali z pól owoce ciężkiej, całorocznej pracy. Kończą się wakacje i nasz pobyt na Bałkanach też. Jeszcze tylko ostatni nocleg, rocznicowa kolacja i pożegnalna porcja bałkańskiej muzyki...

Na koniec zaś zostaje coś najważniejszego - życzyć wszystkiego, co najlepsze komuś, ż kim wzięłam ślub trzydzieści cztery lata wcześniej:)



*Do wysłuchania sevdalinka ”Čudna jada od Mostara grada”


Następny wpis: FINAŁ Z PRZYTUPEM - NOC W TWIERDZY PETROVARADIN

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/05/to-czego-ty-wasciwie-chcesz-pyta.html

sobota, 17 kwietnia 2021

MOSTAR - UWIELBIAM!

Poprzednia część relacji: MEDJUGORJE BARDZO OSOBISTE 

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/04/medjugorje-bardzo-osobiste-do-wklejenia.html

💟

Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek dwudziesty piąty - Bośnia

Dzień podróży: 32- 33 - 29  - 22 - 23.08

22-23.08.19 

jedziemy do Mostaru - uwielbiam! - jeszcze przed opuszczeniem Medjugorje zaznajamiam przez messengera Helenę z dalszym planem podróży. Naszym mostarskim celem jest tym razem Ottoman Loft in the Heart of Old Town. Gdy tylko zobaczyłam go w internecie, to wydał mi się urzeczywistnieniem wszystkich moich romantycznych marzeń, idealnym miejscem, w którym powinniśmy się znaleźć dokładnie w dniu rocznicy ślubu. Nie chciałam już nawet słyszeć o tym, że moglibyśmy wybrać na tę okazję inny obiekt noclegowy, choć pewnie to obniżyłoby koszty bośniackiego odcinka podróży. 

Nie tylko ja się zachwyciłam Ottoman Loftem.

To miejsce jest jak plan do filmu, którego nigdy nie widziałeś. Energia i gościnność gospodarzy była niezrównana, a światło padające na kamień wśród pachnących granatów i fig w otoczeniu, którego nigdy nie zapomnisz. Przygotuj się na podróż przez wieki” (tłumacz google) napisała Svjetlana na portalu AirBnB podczas miesiąca, gdy wyruszyliśmy w naszą podróż.

Planowaliśmy zarezerwować dwa noclegi - przed i po dniu rocznicy ślubu, by w tym wyjątkowym miejscu niespiesznie smakować czas naszego święta. I już byliśmy w ogródku, już witaliśmy się z gąską, kiedy... ktoś nas ubiegł.

Czy to byli Stipo & Isabella, którzy napisali po swoim pobycie:

Fantastyczny, spektakularny pokój z autentyczną atmosferą otomańską w samym sercu średniowiecznego starego miasta, zaledwie kilka metrów od słynnego mostu” (AirBnB, tłumacz google), czy też może Lejla, wspominająca pobyt słowami:

Najlepsza lokalizacja w Mostarze! Czułam się, jakbym została w muzeum” (AirBnB, tłumacz google), tego się już nie dowiemy. W sierpniu 2019 Ottoman Loft odwiedziło sporo gości.

Gdy zobaczyłam, że nie ma już szansy na nocleg w wymarzonym miejscu podczas rocznicy ślubu, to wpadłam w czarną rozpacz. Musiałam naleźć winnego, żeby wylać na niego swoje wszystkie żale: “bo gdybyś zarezerwował od razu, gdybyś nie zwlekał, gdybyś...” A gdy to jeszcze nie wystarczyło, wyszłam zalać się łzami w samotności. To był smutny dzień w historii organizacji naszej podróży. Za to następny okazał się już całkiem inny. A to dlatego, że poruszony nimi mąż, postanowił za wszelką cenę uratować sytuację. I gdy już poszłam spać, to zarezerwował jeden jedyny dostępny jeszcze w całym sierpniu nocleg w Ottoman Lofcie.

I już nie miało znaczenia, że to nie dokładnie w rocznicę ślubu i że to tylko na jedną noc. Na wszystko mogłam machnąć ręką, gdy miałam w perspektywie pobyt w miejscu, do którego pasują takie określenia, jak: muzeum, plan do filmu, autentyczna otomańska atmosfera czy też podróż przez wieki. I jeszcze wiele, wiele innych pięknych słów, które i tak do końca nie uchwycą tego, co stanowi o magii Ottoman Loftu.

Gdy po przyjeździe na miejsce, opowiadam jego właścicielce o perturbacjach związanych z rezerwacją, to w odpowiedzi słyszę pytanie:

- Czemu nie napisałaś, że chodzi o rocznicę ślubu? Przygotowałabym to miejsce.

Ale czy można było to miejsce przygotować jeszcze lepiej? Choć tyle razy widziałam je wcześniej na zdjęciach, to i tak czuję się oszołomiona jego urodą. I oczywiście widokiem - możemy stąd omal zaglądać do okienek w wieży - tak, właśnie tej, która kiedyś miała na celu obronę mostu. Wokół nas mnóstwo kamiennych zabudowań w stylu sprzed wieków, rzeczywiście można poczuć coś w rodzaju przeniesienia w czasie. Kamienne, jasne mury ozdobione kolorowymi kwiatami - mało miejskich obrazów jest równie miłych dla oka.

Ottoman Loft mieści się przy głównym deptaku miasta, na poddaszu nad biurem podróży, które prowadzą nasi mili, młodzi gospodarze. Nie decydujemy się jednak pojechać z Ediną i Emirem na żadną wycieczkę po okolicy. Bez nich też nie. Tym razem chcemy oszczędzić sobie nostalgicznego smutku związanego z powrotem do wspomnień, gdy zwiedzaliśmy te miejsca, będąc jeszcze pełną rodziną w ostatnie wakacje w życiu Bartka. Toteż Kravice, Blagaj i Sarajevo odpuściliśmy w przedbiegach. Tylko Mostaru odpuścić za nic nie byłam w stanie.

Już po powrocie do domu znalazłam nieoczekiwanie notatkę z tamtej podróży sprzed czterech lat. Na pożółkłej kartce w starym zeszycie próbowałam sobie wówczas odpowiedzieć na pytanie, co takiego jest w tej Bośni, że ciągnie nas do niej, niezależnie od tego, gdzie zaplanujemy nasze wakacje. Co takiego jest w tym Mostarze?

*

Czerwiec 2015

“Tak wcale nie miało być. Całe dwutygodniowe wczasy w południowej Chorwacji zostały szczegółowo zaplanowane i dopracowane pod względem organizacyjnym. Potwierdzenia rezerwacji noclegów, jak zwykle, spoczywały już w segregatorze, przygotowane kolejno według dat. Przewodniki po Chorwacji były wypożyczone (w liczbie pięciu!) i leżały w gotowości ułożone w karny stosik przy podróżnych torbach. Oprócz tego oczywiście w pośpiechu doczytywałam jeszcze na rozmaitych podróżniczych stronach i blogach wszelkie ciekawostki, które mogłyby nam się przydać na chorwackim południu. Jednym słowem, wyjazd do Chorwacji znakomicie przygotowany w każdym calu.

Więc skąd nagle ta Bośnia? Jakim cudem naraz wkradła się do naszej podróży i zmieniła całkiem jej charakter? Bo od razu było dla mnie pewne, że to koniec z przeżywaniem jej jedynie jako okresu błogiego relaksu i lenistwa, jeśli w programie znów mamy Sarajevo, Mostar i Medjugorje.

Ale skoro tylko zaczęliśmy rozważać zmianę wakacyjnego planu [a była to inicjatywa Bartka - przyp. aut.], to dla mnie z mety stało się jasne, że go z pewnością zmienimy. Więc korzystając z prawa bezkosztowej anulacji, bardzo szybko zastępujemy rezerwację w komfortowym apartamencie na Starym Mieście w Splicie wykupieniem noclegów w pierwszym lepszym lokum w Mostarze (Booking.com). I to tak dosyć dosłownie pierwszym lepszym. Bo po wpisaniu w kryteria wyszukiwania interesującej nas liczby osób (jest nas tym razem pięcioro), możliwości pobytu z psem (Luna znów jedzie z nami) oraz odległości od słynnego mostu (bo oczywiście chcemy być jak najbliżej), numerem jeden wśród  dostępnych miejsc w wybranym terminie (ułożonych według rankingu cenowego) jest Apartament Mostar.

To właśnie dzięki temu mam okazję część tej historii napisać na jego, a może raczej na naszym mostarskim balkonie.”

Niestety ta historia się tu urywa, czyli tak naprawdę, kończy się, zanim na dobre się zacznie. Następna kartka jest wyrwana, z bezradnością wpatruję się w to miejsce, jakby to mogło sprawić, że w moim mózgu ożyją połączenia, przywracające mi pamięć tego, co mogłam z tym kawałkiem papieru zrobić. Albo co mogłam na nim wówczas napisać?

Nigdy nie dokończyłam tej historii. Zarzuciłam to, bo przestała być ona ważna wobec tego, co jeszcze w czasie tych wakacji zgotowało mi życie. Traumatyczna śmierć mojej mamy, a pięć miesięcy później Bartka wyłączyła mnie z “normalności” na lata.

Dopiero teraz czuję, jak bardzo ta ostatnia nasza podróż do Mostaru jeszcze z dwójką synów, dziewczyną Bartka, która jest dla nas do dzisiaj jak córka i Luną była ważna i chciałabym tu oddać jej znaczenie. Ale to, co zostało w pamięci, to tylko krótkie migawki, urywki wspomnień, pamiątki, pozostałe przy nas czasem jakby w przypadkowy sposób. Już bym pewnie z tego całej, rozpoczętej w Mostarze, historii nie odtworzyła. Czy to było moje szczęśliwe życie? Czy może to raczej znikające ślady na piasku rozwiewane przez wiatr?

*

Sierpień 2019

W Mostarze spędzamy urocze popołudnie, uroczy wieczór i uroczy ranek. Wszystko czego nam trzeba mamy dosłownie za progiem, bo schody z Ottoman Loftu wychodzą prosto na uliczkę, która jednocześnie jest najsłynniejszym mostarskim bazarem. Sklepy z pamiątkami, lodziarnie i restauracje dzieli od naszego miejsca noclegowego zaledwie parę kroków. Skutkuje to tym, że cały czas praktycznie albo się objadam słodyczami, albo pasjami robię zakupy. I ciągle mi mało, nasycić się tym wszystkim nie mogę. Gonię po Starym Moście tam i z powrotem, przestaję dopiero wtedy, gdy niespodziewanie dostęp do niego zostaje zablokowany przez ochroniarzy. Ma to związek z reklamowanym wszędzie pokazem skoków do Neretvy. Na moście wzniesiono w tym celu prowizoryczną wieżę z trampoliną. Mąż chce zobaczyć te popisy, nie udało mu się to podczas poprzednich wizyt w Mostarze. Zajmujemy więc strategiczne miejsce i czekamy, czekamy, czekamy w palącym południowym słońcu, a przygotowania trwają, trwają i trwają...

I nagle tuż obok nas zjawia się niemiecka telewizja. Na barierce, przy której się ustawiliśmy, wyrasta platforma obserwacyjna z wielką kamerą, a panowie z obsługi bezceremonialnie, ogromną, grubą dechą odsuwają wszystkich widzów od stanowiska, które zajęli. Podobno są z ekipy Redbula, który opłacił prawa do filmowania (przynajmniej tak się chyba mówiło gdzieś między wierszami, bo oficjalnie nikt nikomu niczego nie powiedział). I nie wywołałoby to naszego sprzeciwu, gdyby od razu jasno zostało sprecyzowane, gdzie należy się ustawić, bądź nie ustawiać. Ale takie rozganianie turystów (z tą dechą to tak dosłownie!) po kilku godzinach oczekiwania podczas upału sprzeciw wzbudziło. I opór. Skuteczny. W taki oto sposób dopięliśmy swego - mąż zrobił skoczkom sesję zdjęciową z tych samych pozycji, co niemiecka telewizja, a pokaz mimo presji opuściliśmy wtedy, gdy się nim nasyciliśmy. I przyznać się tu trzeba, iż trochę to chwilami było może na zasadzie, że “nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. Ale gdzie niby mieliśmy się przemieścić, w chwili, gdy już rozpoczynały się skoki? Przecież gdyby przyszło mężowi obejść na swoich kulach cała okolicę, by na przykład oglądać widowisko z brzegu Neretvy, to droga by trwała kilka razy dłużej niż cały pokaz (pod warunkiem, że w ogóle by doszedł). Mam nadzieję, że ktoś wyciągnie z tego wnioski i w przyszłości nieco bardziej się przyłoży do organizacji takiej imprezy.

A my już raczej też będziemy omijać tego typu atrakcje dużym łukiem. To nie one stanowią przecież o tym, że uwielbiamy pobyt w Mostarze (żeby nie powiedzieć, że podczas tej wizyty były raczej jego cieniem).

Mostar jest turystyczny, ale tak warty czasu, aby odwiedzić i uczyć się i cieszyć (tłumacz google) - użytkownik innego obiektu w otomańskim stylu dodał na portalu Tripadvisor swoją opinię w tym samym czasie, co cytowana wcześniej Svjetlana (sidedoor, Bosnian National Monument Muslibegovic House Hotel)

Myślę, że te słowa trafiły w sedno. Bo gdy się odwiedza Mostar, to nie warto koncentrować się jedynie na jego turystycznej stronie - oprócz wakacyjnej radości ważne jest też, by zwrócić uwagę na naukę, którą to miejsce nam daje. Jest bezcenna. Ta refleksja towarzyszy mi już od pierwszego zetknięcia z tym miastem.

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2017/09/mostar.html

*

Powracam myślą do przerwanej historii i balkonu, gdzie spisywałam ją cztery lata wcześniej. Trzeba przeczytać dziesięć stron opinii na Booking.com, żeby natknąć się na informację, że wychodzi on bezpośrednio na cmentarz (György z Węgier). Raczej nikt nie chciał o tym napomknąć, uważając pewnie, że to będzie szokowało potencjalnych chętnych. Rzeczywiście początkowo, zwłaszcza ludźmi, którzy nie znają miasta, takie sąsiedztwo może nieco wstrząsnąć. Gdy nasza gospodyni prowadzi nas z parkingu do apartamentu dróżką między grobami, stara się odpowiedzieć jakoś na pierwsze wrażenie, które ten widok uaktywnia.

- Tu przed wojną był park - mówi nam Armela, nie próbując nawet powściągać targających nią emocji.

- I'm sorry - dodaje cicho po chwili.

Nie wiem, co mam odpowiedzieć. Poza prośbą, by nie przepraszała, żadne sensowne słowa w takiej chwili nie przychodzą mi z pomocą.

*

Za każdym razem, gdy tamtego lata wychodziłam na Stary Most i bazar, to musiałam przejść przez ten cmentarz. Po wielekroć zatrzymywałam się przy grobach, jakby coś za każdym razem kazało mi zadumać się nad losem poległych i, tak, zasmucić myślą o tragedii mieszkańców Mostaru. Na nagrobkach wyryte są daty - podobny rok urodzenia i właściwie ten sam rok śmierci, Sami młodzi chłopcy - grób przy grobie, pewnie liczone w setki. Czyiś synowie w wieku mojego Bartka. Już wtedy ściskało mi się z żalu serce. Choć dopiero teraz wiem naprawdę, jak się odczuwa taką stratę.

Balkon zawieszony właściwie tuż nad grobami służył mi oprócz pisania raczej do rozmyślań, jakoś niezręcznie byłoby nam tam imprezować i zakłócać zmarłym spokój. Ale to wcale nie znaczyło, że czuliśmy się skrępowani w apartamencie Armeli i Adema. Klimat Mostaru składa się z mieszanki przeszłości i teraźniejszości, z melancholijnych zaułków pełnych wojennych okaleczeń i tętniącego życiem, energetyzującego, gwarnego centrum, z zastygłych ruin i dowodów błyskawicznego rozwoju - tu tak się po prostu żyje.

I tak właśnie żyliśmy w tym mieście podczas ostatnich wakacji Bartka - z przemieszaniem radości i nostalgii - doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. To był taki szczęśliwy czas. Jeszcze nas wciąż widzę we wspomnieniach na podwórku naszego apartamentu, kiedy (chyba przy stole sąsiada) jemy pierwszy makaron z sosem ze słoika, podczas gier towarzyskich w salonie, wyprawiających się na wycieczki po okolicy - pogodne życie przed katastrofą, pewnie takie też miały przed wojną rodziny pochowanych na cmentarzu chłopców. Cóż mogę powiedzieć? Chyba tylko powtórzyć za Jaromirem Nohavicą: “Może i dobrze, że człowiek nie wie, co go czeka” (“Cieszyńska”, tłumaczenie Artur Andrus)

Pierwszy lepszy apartament w Mostarze okazał się jednym z najlepszych - ocena gości 9.8 na 160 opinii mówi sama za siebie. A György z Węgier być może nie miał złych intencji, gdy chciał przekazać w swej wypowiedzi informację o sąsiedztwie cmentarza. Niestety zamieścił te uwagę w negatywach. Nie można się więc dziwić, że uraził tym naszych miłych gospodarzy.

“Cmentarz” jest pamiątką po ostatniej wojnie. (...) Bardzo mi przykro, bo nie zrozumieliście naszej historii. Jesteśmy bardzo dumni z ludzi, którzy stracili życie za wolność” (tłumacz google) brzmiała opublikowana na stronie Booking.com odpowiedź. W Mostarze nie należy być bezrefleksyjnym turystą - pobyt w tym mieście powinien uczyć...

I tego mi chyba trochę zabrakło podczas naszego ostatniego pobytu we dwoje. Może dlatego, że był on bardzo krótki i bardzo komfortowy - nie poświęciliśmy tym razem wystarczającej ilości czasu i wysiłku, potrzebnych do pobrania z Mostaru kolejnej, nowej nauki. Dobrze, że choć wspomnienia przyniosły trochę refleksji, wykraczających poza stricte turystyczne odczucia. Żegnam Mostar jak zwykle obietnicą, że następnym razem przyjadę na dłużej. I wspomnieniem sprzed czterech lat, gdy w dzień wyjazdu byłam z tym magicznym miastem sam na sam o świcie i patrzyłam, jak się budzi bazar Kujundžiluk, jak otwierają się odrzwia kawiarni, gdzie parzy się pierwszą kawę, jak Stary Most zaczyna lśnić w porannych promieniach słońca. Nie ma takiego drugiego miejsca na świecie.

Mostar - uwielbiam!


*O naszym pierwszym zetkięciu z miastem można przeczytać we wpisie: MOSTAR

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2017/09/mostar.html



Następna część relacji: KIERUNEK DROGA POWROTNA - z przystankiem w Sunčanej Rece

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/04/23-24.html