Poprzednia część relacji: MEDJUGORJE BARDZO OSOBISTE
https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/04/medjugorje-bardzo-osobiste-do-wklejenia.html
💟
22-23.08.19
jedziemy do Mostaru - uwielbiam! - jeszcze przed opuszczeniem Medjugorje zaznajamiam przez messengera Helenę z dalszym planem podróży. Naszym mostarskim celem jest tym razem Ottoman Loft in the Heart of Old Town. Gdy tylko zobaczyłam go w internecie, to wydał mi się urzeczywistnieniem wszystkich moich romantycznych marzeń, idealnym miejscem, w którym powinniśmy się znaleźć dokładnie w dniu rocznicy ślubu. Nie chciałam już nawet słyszeć o tym, że moglibyśmy wybrać na tę okazję inny obiekt noclegowy, choć pewnie to obniżyłoby koszty bośniackiego odcinka podróży.
Nie tylko ja się zachwyciłam Ottoman Loftem.
“To miejsce jest jak plan do filmu, którego nigdy nie widziałeś. Energia i gościnność gospodarzy była niezrównana, a światło padające na kamień wśród pachnących granatów i fig w otoczeniu, którego nigdy nie zapomnisz. Przygotuj się na podróż przez wieki” (tłumacz google) napisała Svjetlana na portalu AirBnB podczas miesiąca, gdy wyruszyliśmy w naszą podróż.
Planowaliśmy zarezerwować dwa noclegi - przed i po dniu rocznicy ślubu, by w tym wyjątkowym miejscu niespiesznie smakować czas naszego święta. I już byliśmy w ogródku, już witaliśmy się z gąską, kiedy... ktoś nas ubiegł.
Czy to byli Stipo & Isabella, którzy napisali po swoim pobycie:
“Fantastyczny, spektakularny pokój z autentyczną atmosferą otomańską w samym sercu średniowiecznego starego miasta, zaledwie kilka metrów od słynnego mostu” (AirBnB, tłumacz google), czy też może Lejla, wspominająca pobyt słowami:
“Najlepsza lokalizacja w Mostarze! Czułam się, jakbym została w muzeum” (AirBnB, tłumacz google), tego się już nie dowiemy. W sierpniu 2019 Ottoman Loft odwiedziło sporo gości.
Gdy zobaczyłam, że nie ma już szansy na nocleg w wymarzonym miejscu podczas rocznicy ślubu, to wpadłam w czarną rozpacz. Musiałam naleźć winnego, żeby wylać na niego swoje wszystkie żale: “bo gdybyś zarezerwował od razu, gdybyś nie zwlekał, gdybyś...” A gdy to jeszcze nie wystarczyło, wyszłam zalać się łzami w samotności. To był smutny dzień w historii organizacji naszej podróży. Za to następny okazał się już całkiem inny. A to dlatego, że poruszony nimi mąż, postanowił za wszelką cenę uratować sytuację. I gdy już poszłam spać, to zarezerwował jeden jedyny dostępny jeszcze w całym sierpniu nocleg w Ottoman Lofcie.
I już nie miało znaczenia, że to nie dokładnie w rocznicę ślubu i że to tylko na jedną noc. Na wszystko mogłam machnąć ręką, gdy miałam w perspektywie pobyt w miejscu, do którego pasują takie określenia, jak: muzeum, plan do filmu, autentyczna otomańska atmosfera czy też podróż przez wieki. I jeszcze wiele, wiele innych pięknych słów, które i tak do końca nie uchwycą tego, co stanowi o magii Ottoman Loftu.
Gdy po przyjeździe na miejsce, opowiadam jego właścicielce o perturbacjach związanych z rezerwacją, to w odpowiedzi słyszę pytanie:
- Czemu nie napisałaś, że chodzi o rocznicę ślubu? Przygotowałabym to miejsce.
Ale czy można było to miejsce przygotować jeszcze lepiej? Choć tyle razy widziałam je wcześniej na zdjęciach, to i tak czuję się oszołomiona jego urodą. I oczywiście widokiem - możemy stąd omal zaglądać do okienek w wieży - tak, właśnie tej, która kiedyś miała na celu obronę mostu. Wokół nas mnóstwo kamiennych zabudowań w stylu sprzed wieków, rzeczywiście można poczuć coś w rodzaju przeniesienia w czasie. Kamienne, jasne mury ozdobione kolorowymi kwiatami - mało miejskich obrazów jest równie miłych dla oka.
Ottoman Loft mieści się przy głównym deptaku miasta, na poddaszu nad biurem podróży, które prowadzą nasi mili, młodzi gospodarze. Nie decydujemy się jednak pojechać z Ediną i Emirem na żadną wycieczkę po okolicy. Bez nich też nie. Tym razem chcemy oszczędzić sobie nostalgicznego smutku związanego z powrotem do wspomnień, gdy zwiedzaliśmy te miejsca, będąc jeszcze pełną rodziną w ostatnie wakacje w życiu Bartka. Toteż Kravice, Blagaj i Sarajevo odpuściliśmy w przedbiegach. Tylko Mostaru odpuścić za nic nie byłam w stanie.
Już po powrocie do domu znalazłam nieoczekiwanie notatkę z tamtej podróży sprzed czterech lat. Na pożółkłej kartce w starym zeszycie próbowałam sobie wówczas odpowiedzieć na pytanie, co takiego jest w tej Bośni, że ciągnie nas do niej, niezależnie od tego, gdzie zaplanujemy nasze wakacje. Co takiego jest w tym Mostarze?
*
Czerwiec 2015
“Tak wcale nie miało być. Całe dwutygodniowe wczasy w południowej Chorwacji zostały szczegółowo zaplanowane i dopracowane pod względem organizacyjnym. Potwierdzenia rezerwacji noclegów, jak zwykle, spoczywały już w segregatorze, przygotowane kolejno według dat. Przewodniki po Chorwacji były wypożyczone (w liczbie pięciu!) i leżały w gotowości ułożone w karny stosik przy podróżnych torbach. Oprócz tego oczywiście w pośpiechu doczytywałam jeszcze na rozmaitych podróżniczych stronach i blogach wszelkie ciekawostki, które mogłyby nam się przydać na chorwackim południu. Jednym słowem, wyjazd do Chorwacji znakomicie przygotowany w każdym calu.
Więc skąd nagle ta Bośnia? Jakim cudem naraz wkradła się do naszej podróży i zmieniła całkiem jej charakter? Bo od razu było dla mnie pewne, że to koniec z przeżywaniem jej jedynie jako okresu błogiego relaksu i lenistwa, jeśli w programie znów mamy Sarajevo, Mostar i Medjugorje.
Ale skoro tylko zaczęliśmy rozważać zmianę wakacyjnego planu [a była to inicjatywa Bartka - przyp. aut.], to dla mnie z mety stało się jasne, że go z pewnością zmienimy. Więc korzystając z prawa bezkosztowej anulacji, bardzo szybko zastępujemy rezerwację w komfortowym apartamencie na Starym Mieście w Splicie wykupieniem noclegów w pierwszym lepszym lokum w Mostarze (Booking.com). I to tak dosyć dosłownie pierwszym lepszym. Bo po wpisaniu w kryteria wyszukiwania interesującej nas liczby osób (jest nas tym razem pięcioro), możliwości pobytu z psem (Luna znów jedzie z nami) oraz odległości od słynnego mostu (bo oczywiście chcemy być jak najbliżej), numerem jeden wśród dostępnych miejsc w wybranym terminie (ułożonych według rankingu cenowego) jest Apartament Mostar.
To właśnie dzięki temu mam okazję część tej historii napisać na jego, a może raczej na naszym mostarskim balkonie.”
Niestety ta historia się tu urywa, czyli tak naprawdę, kończy się, zanim na dobre się zacznie. Następna kartka jest wyrwana, z bezradnością wpatruję się w to miejsce, jakby to mogło sprawić, że w moim mózgu ożyją połączenia, przywracające mi pamięć tego, co mogłam z tym kawałkiem papieru zrobić. Albo co mogłam na nim wówczas napisać?
Nigdy nie dokończyłam tej historii. Zarzuciłam to, bo przestała być ona ważna wobec tego, co jeszcze w czasie tych wakacji zgotowało mi życie. Traumatyczna śmierć mojej mamy, a pięć miesięcy później Bartka wyłączyła mnie z “normalności” na lata.
Dopiero teraz czuję, jak bardzo ta ostatnia nasza podróż do Mostaru jeszcze z dwójką synów, dziewczyną Bartka, która jest dla nas do dzisiaj jak córka i Luną była ważna i chciałabym tu oddać jej znaczenie. Ale to, co zostało w pamięci, to tylko krótkie migawki, urywki wspomnień, pamiątki, pozostałe przy nas czasem jakby w przypadkowy sposób. Już bym pewnie z tego całej, rozpoczętej w Mostarze, historii nie odtworzyła. Czy to było moje szczęśliwe życie? Czy może to raczej znikające ślady na piasku rozwiewane przez wiatr?
*
Sierpień 2019
W Mostarze spędzamy urocze popołudnie, uroczy wieczór i uroczy ranek. Wszystko czego nam trzeba mamy dosłownie za progiem, bo schody z Ottoman Loftu wychodzą prosto na uliczkę, która jednocześnie jest najsłynniejszym mostarskim bazarem. Sklepy z pamiątkami, lodziarnie i restauracje dzieli od naszego miejsca noclegowego zaledwie parę kroków. Skutkuje to tym, że cały czas praktycznie albo się objadam słodyczami, albo pasjami robię zakupy. I ciągle mi mało, nasycić się tym wszystkim nie mogę. Gonię po Starym Moście tam i z powrotem, przestaję dopiero wtedy, gdy niespodziewanie dostęp do niego zostaje zablokowany przez ochroniarzy. Ma to związek z reklamowanym wszędzie pokazem skoków do Neretvy. Na moście wzniesiono w tym celu prowizoryczną wieżę z trampoliną. Mąż chce zobaczyć te popisy, nie udało mu się to podczas poprzednich wizyt w Mostarze. Zajmujemy więc strategiczne miejsce i czekamy, czekamy, czekamy w palącym południowym słońcu, a przygotowania trwają, trwają i trwają...
I nagle tuż obok nas zjawia się niemiecka telewizja. Na barierce, przy której się ustawiliśmy, wyrasta platforma obserwacyjna z wielką kamerą, a panowie z obsługi bezceremonialnie, ogromną, grubą dechą odsuwają wszystkich widzów od stanowiska, które zajęli. Podobno są z ekipy Redbula, który opłacił prawa do filmowania (przynajmniej tak się chyba mówiło gdzieś między wierszami, bo oficjalnie nikt nikomu niczego nie powiedział). I nie wywołałoby to naszego sprzeciwu, gdyby od razu jasno zostało sprecyzowane, gdzie należy się ustawić, bądź nie ustawiać. Ale takie rozganianie turystów (z tą dechą to tak dosłownie!) po kilku godzinach oczekiwania podczas upału sprzeciw wzbudziło. I opór. Skuteczny. W taki oto sposób dopięliśmy swego - mąż zrobił skoczkom sesję zdjęciową z tych samych pozycji, co niemiecka telewizja, a pokaz mimo presji opuściliśmy wtedy, gdy się nim nasyciliśmy. I przyznać się tu trzeba, iż trochę to chwilami było może na zasadzie, że “nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. Ale gdzie niby mieliśmy się przemieścić, w chwili, gdy już rozpoczynały się skoki? Przecież gdyby przyszło mężowi obejść na swoich kulach cała okolicę, by na przykład oglądać widowisko z brzegu Neretvy, to droga by trwała kilka razy dłużej niż cały pokaz (pod warunkiem, że w ogóle by doszedł). Mam nadzieję, że ktoś wyciągnie z tego wnioski i w przyszłości nieco bardziej się przyłoży do organizacji takiej imprezy.
A my już raczej też będziemy omijać tego typu atrakcje dużym łukiem. To nie one stanowią przecież o tym, że uwielbiamy pobyt w Mostarze (żeby nie powiedzieć, że podczas tej wizyty były raczej jego cieniem).
“Mostar jest turystyczny, ale tak warty czasu, aby odwiedzić i uczyć się i cieszyć” (tłumacz google) - użytkownik innego obiektu w otomańskim stylu dodał na portalu Tripadvisor swoją opinię w tym samym czasie, co cytowana wcześniej Svjetlana (sidedoor, Bosnian National Monument Muslibegovic House Hotel)
Myślę, że te słowa trafiły w sedno. Bo gdy się odwiedza Mostar, to nie warto koncentrować się jedynie na jego turystycznej stronie - oprócz wakacyjnej radości ważne jest też, by zwrócić uwagę na naukę, którą to miejsce nam daje. Jest bezcenna. Ta refleksja towarzyszy mi już od pierwszego zetknięcia z tym miastem.
https://podobrejdrodze.blogspot.com/2017/09/mostar.html
*
Powracam myślą do przerwanej historii i balkonu, gdzie spisywałam ją cztery lata wcześniej. Trzeba przeczytać dziesięć stron opinii na Booking.com, żeby natknąć się na informację, że wychodzi on bezpośrednio na cmentarz (György z Węgier). Raczej nikt nie chciał o tym napomknąć, uważając pewnie, że to będzie szokowało potencjalnych chętnych. Rzeczywiście początkowo, zwłaszcza ludźmi, którzy nie znają miasta, takie sąsiedztwo może nieco wstrząsnąć. Gdy nasza gospodyni prowadzi nas z parkingu do apartamentu dróżką między grobami, stara się odpowiedzieć jakoś na pierwsze wrażenie, które ten widok uaktywnia.
- Tu przed wojną był park - mówi nam Armela, nie próbując nawet powściągać targających nią emocji.
- I'm sorry - dodaje cicho po chwili.
Nie wiem, co mam odpowiedzieć. Poza prośbą, by nie przepraszała, żadne sensowne słowa w takiej chwili nie przychodzą mi z pomocą.
*
Za każdym razem, gdy tamtego lata wychodziłam na Stary Most i bazar, to musiałam przejść przez ten cmentarz. Po wielekroć zatrzymywałam się przy grobach, jakby coś za każdym razem kazało mi zadumać się nad losem poległych i, tak, zasmucić myślą o tragedii mieszkańców Mostaru. Na nagrobkach wyryte są daty - podobny rok urodzenia i właściwie ten sam rok śmierci, Sami młodzi chłopcy - grób przy grobie, pewnie liczone w setki. Czyiś synowie w wieku mojego Bartka. Już wtedy ściskało mi się z żalu serce. Choć dopiero teraz wiem naprawdę, jak się odczuwa taką stratę.
Balkon zawieszony właściwie tuż nad grobami służył mi oprócz pisania raczej do rozmyślań, jakoś niezręcznie byłoby nam tam imprezować i zakłócać zmarłym spokój. Ale to wcale nie znaczyło, że czuliśmy się skrępowani w apartamencie Armeli i Adema. Klimat Mostaru składa się z mieszanki przeszłości i teraźniejszości, z melancholijnych zaułków pełnych wojennych okaleczeń i tętniącego życiem, energetyzującego, gwarnego centrum, z zastygłych ruin i dowodów błyskawicznego rozwoju - tu tak się po prostu żyje.
I tak właśnie żyliśmy w tym mieście podczas ostatnich wakacji Bartka - z przemieszaniem radości i nostalgii - doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. To był taki szczęśliwy czas. Jeszcze nas wciąż widzę we wspomnieniach na podwórku naszego apartamentu, kiedy (chyba przy stole sąsiada) jemy pierwszy makaron z sosem ze słoika, podczas gier towarzyskich w salonie, wyprawiających się na wycieczki po okolicy - pogodne życie przed katastrofą, pewnie takie też miały przed wojną rodziny pochowanych na cmentarzu chłopców. Cóż mogę powiedzieć? Chyba tylko powtórzyć za Jaromirem Nohavicą: “Może i dobrze, że człowiek nie wie, co go czeka” (“Cieszyńska”, tłumaczenie Artur Andrus)
Pierwszy lepszy apartament w Mostarze okazał się jednym z najlepszych - ocena gości 9.8 na 160 opinii mówi sama za siebie. A György z Węgier być może nie miał złych intencji, gdy chciał przekazać w swej wypowiedzi informację o sąsiedztwie cmentarza. Niestety zamieścił te uwagę w negatywach. Nie można się więc dziwić, że uraził tym naszych miłych gospodarzy.
“Cmentarz” jest pamiątką po ostatniej wojnie. (...) Bardzo mi przykro, bo nie zrozumieliście naszej historii. Jesteśmy bardzo dumni z ludzi, którzy stracili życie za wolność” (tłumacz google) brzmiała opublikowana na stronie Booking.com odpowiedź. W Mostarze nie należy być bezrefleksyjnym turystą - pobyt w tym mieście powinien uczyć...
I tego mi chyba trochę zabrakło podczas naszego ostatniego pobytu we dwoje. Może dlatego, że był on bardzo krótki i bardzo komfortowy - nie poświęciliśmy tym razem wystarczającej ilości czasu i wysiłku, potrzebnych do pobrania z Mostaru kolejnej, nowej nauki. Dobrze, że choć wspomnienia przyniosły trochę refleksji, wykraczających poza stricte turystyczne odczucia. Żegnam Mostar jak zwykle obietnicą, że następnym razem przyjadę na dłużej. I wspomnieniem sprzed czterech lat, gdy w dzień wyjazdu byłam z tym magicznym miastem sam na sam o świcie i patrzyłam, jak się budzi bazar Kujundžiluk, jak otwierają się odrzwia kawiarni, gdzie parzy się pierwszą kawę, jak Stary Most zaczyna lśnić w porannych promieniach słońca. Nie ma takiego drugiego miejsca na świecie.
Mostar - uwielbiam!
*O naszym pierwszym zetkięciu z miastem można przeczytać we wpisie: MOSTAR
https://podobrejdrodze.blogspot.com/2017/09/mostar.html
Następna część relacji: KIERUNEK DROGA POWROTNA - z przystankiem w Sunčanej Rece
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz