Kilka słów wyjaśnienia na temat dzisiejszego postu. Tekst powstał przy okazji ważnego dla mnie wydarzenia, jakim były pięćdziesiąte urodziny mojej przyjaciółki Ali.
Minęło dziesięć lat. Znów jest kwiecień i kwitną krokusy. I znowu dostaję wiadomość od Oli - córki Ali. Tym razem świętowanie urodzin mojej przyjaciółki musi się odbyć wirtualnie - jakie czasy, takie i obchody uroczystości. Ola prosi, by na tę okazję przysłać do tworzonej przez nią "skrzynki dobrych słów" jakiś list, wspomnienie, zdjęcie dla mamy. Wysyłam to, co mam - bez retuszu i przycinania...
O PRZYJACIOŁACH
Właściwie to w ten weekend nastawiałam się na wyjazd w Tatry. Jest kwiecień, czyli pełnia sezonu krokusowego. Monika właśnie wróciła z Zakopanego i w rozmowach wciąż przywołuje wspomnieniami obrazy, którym trudno się oprzeć. Rok temu brałam udział w kwietniowej szkolnej wycieczce do Doliny Chochołowskiej i choć miło to wspominam, to krokusów wtedy nie widziałam więcej niż w swoim ogródku. Były pochowane pod grubą warstwą śniegu i lodowego gradu, które wówczas naprzemiennie padały. Zdecydowałam, że teraz nadeszła pora na kolejną próbę cieszenia się widokami fioletowych hal. I właśnie wtedy zadzwoniła Ola.
Ola to świetna dziewczyna, tylko rok starsza od mojego Bartka, córka wspaniałej matki - mojej najlepszej przyjaciółki ze studiów. Dzwoniła właśnie w jej sprawie, a dokładnie chodziło o jubileusz pięćdziesiątych urodzin Ali. Na tę okoliczność Ola w ramach niespodzianki postanowiła zorganizować spotkanie wszystkich przyjaciół mamy. Cudowny pomysł wynikły z cudownego powodu. Wizja fioletowych hal momentalnie wyblakła.
Na ogół imprezy urodzinowo – imieninowo - jubileuszowe zarezerwowane są dla rodzin, z przyjaciółmi ze studiów nie spotykamy się przy takich okazjach, zwłaszcza że nie mieszkamy w pobliżu - po ukończeniu uczelni porozjeżdżaliśmy się w swoje rodzinne strony. Ale mimo dzielących nas kilometrów i upływających lat potrafimy się wciąż trzymać razem, jak wtedy, gdy graliśmy w jednej drużynie. Nigdy nie rozerwaliśmy więzów, którymi się połączyliśmy, kiedy byliśmy w wieku naszych starszych dzieci.
- Zazdroszczę ci bardzo, – powiedziała ostatnio Dorotka – że znalazłaś na studiach takich ludzi.
- Nie szukałam ich wcale Dorotko. Ja się po prostu na studiach wśród nich znalazłam. To był wielki dar, który był mi dany.
- Ale to cudownie, że wciąż się spotykacie.
- A czy mogłabym zmarnować ten dar?
Tak naprawdę, to nie spotykamy się aż tak często. Każdy z nas ma rodzinę, w którą jest zaangażowany, na ogół mnóstwo pracy i niewiele czasu. Ale w kwestii przyjaźni mam prostą filozofię, wyznaczającą mi kierunek działania i myślę, że jest ona wspólna wszystkim moim przyjaciołom, choć nikt jej do tej pory jeszcze nie wypowiedział. W końcu tyle lat spędzonych razem musi procentować podobną perspektywą patrzenia na wiele spraw. Moja prosta filozofia dotyczy tego, by być z tymi, z którymi się przyjaźnię w ważnych dla nich chwilach, bez względu na to, jaką wagę mają one dla mnie. Mogę bowiem nie entuzjazmować się dziecięcymi przedstawieniami baletowymi, ale na pewno pojadę do Groteski, gdzie na swoim pierwszym występie będzie można zobaczyć córę Żwirka i Muchomorka. Samodzielny wyjazd do Huty może mnie przerażać, ale podejmę to wyzwanie, gdy w Nowohuckim Centrum Kultury będzie odbywać się jubileusz pracy twórczej naszego zaprzyjaźnionego fotografika Grejena. Wreszcie mogę już wystarczająco dużo wiedzieć o problemach Łemków w Polsce, ale gdy w publicznej debacie na ten temat w Krakowie będzie występować Helena, to postaram się tam dotrzeć mimo pilnych zajęć na kursie psychoterapii.
To są przykłady z ostatniego roku, z takim jednakże wyjaśnieniem, że z wyjazdem do Nowej Huty starałam się poradzić sobie z pomocą mojego męża, który w przeciwieństwie do mnie jest dobrym kierowcą, nie przerażającym się nowymi trasami i sytuacjami na drodze. Ta nasza wspólna podróż zakończyła się w podkrakowskich Balicach, gdzie na stacji benzynowej musiałam wzywać pogotowie do mężowych kamieni nerkowych, o istnieniu których wcześniej nie mieliśmy zielonego pojęcia. Cóż, nie wszystko w życiu się udaje i dotyczy to każdej jego sfery. Przyjaciele to na pewno rozumieją...
Podsumowując jednakże ostatni rok, nie ujęłam na powyższej liście tego, co wspomniani przyjaciele zrobili dla nas. Przede wszystkim chodzi mi tu o ich obecność na naszej parapetówce końcem zeszłej wiosny. A było to dla nas ogromnie ważne wydarzenie, którym chcieliśmy oddać niezwykłą radość z faktu, że wreszcie po blisko półwieczu życia przestaliśmy mieszkać w miejscach typu: pokoik przy babci, poddasze w domku teściowej, nieremontowanym od jej śmierci, czy wreszcie, jak przez ostatnie dwa lata, pomieszczenie w budynku gospodarczym nad garażami. Poprzedniej zimy, a dokładniej w wigilijne popołudnie, przeprowadziliśmy się do swojego pierwszego prawdziwego domu (choć może na razie to bardziej jeszcze dom banku niż nasz), gdzie po błyskawicznym wyniesieniu wielkiej masy wszelkiej maści narzędzi murarskich i wymieceniu ogromnej ilości gruzu, zasiedliśmy do wprawdzie bardzo skromnej Wigilii, lecz nareszcie we własnych czterech ścianach. Naszych przyjaciół gościliśmy również przed ostatnimi Andrzejkami, choć na ogół, jak napisałam wcześniej, nie spotykamy się przy okazji imienin. Ale tyle lat nie mieliśmy ich gdzie przyjmować, że potem chcieliśmy nadrobić ten stracony czas.
Nowa okazja do spotkania napełniła nas znów radością i entuzjazmem. Niestety, kolejny atak kamieni nerkowych wzniecił u mojego męża całe mnóstwo obaw, które powstrzymały go przed wyjazdem, tym bardziej, że choć Ala jest z Brzeska, to obchody jej jubileuszu miały się odbyć w kościele i bacówce w Jamnej, a to już około dwie i pół godziny jazdy z naszego miasteczka.
Na wyjazd umówiłam się więc z Heleną, mieliśmy z Kacprem podjechać do jej krakowskiego mieszkania i kontynuować podróż jej samochodem. Kontynuowaliśmy ją... jakieś kilkanaście minut, po czym na krakowskich Alejach wjechaliśmy na policyjną blokadę, której nie dało się nijak objechać. Przy kolejnej próbie objazdu zaczepiłyśmy ziewającego przy barierce koło Plant policjanta.
- Jest maraton. Nie ma innej możliwości, jak godzinę poczekać – poinformował nas znudzonym głosem.
- Kocham maratony! – po raz pierwszy od rozpoczęcia podróży entuzjazm przemówił przez syna Heleny. Tymek jest już w wieku, kiedy wyjazdy z mamami na wycieczki, rozpoczynające się mszą świętą nie są szczytem marzeń.
Skoro więc nie było innej możliwości, to po poważnej naradzie zdecydowałyśmy się… godzinę poczekać:). Chłopcy na ten czas z przyjemnością się od nas uwolnili, żeby pójść własnymi drogami. My miałyśmy ochotę na kawę, ale że z powodu wczesnej pory kawiarnie były jeszcze zamknięte, Helena zaprosiła mnie do swojego miejsca pracy. I to był przemiły bonus do tego i tak przecież wyjątkowego dnia.
Helena pracuje na dwóch krakowskich uczelniach wyższych, z racji swojego pochodzenia i wykształcenia zajmuje się problematyką łemkowską na Uniwersytecie Jagiellońskim i Akademii Pedagogicznej. Przy Plantach w pięknej starej kamienicy znajduje się jej uniwersytecki gabinet, gdzie nauka jest niekwestionowaną królową. I taką właśnie naukową atmosferę omal namacalnie czuje się w tym miejscu od razu po przekroczeniu progu. I to wszelkimi zmysłami. Biurka uginające się pod stosami książek, pachnące starymi i nowymi woluminami, albumy zmuszające do brania ich w ręce, przeglądania z szelestem kartek, wypełnionych lśniącymi złotem cerkiewnymi kopułami i wizerunkami Chrystusa Pantokratora na starych ikonach. A wszystko zatopione w pełnej skupienia ciszy, która ma wagę lekkiego powiewu zza okna, a nie przytłaczającego dzwonu w uszach. Ach, jak wybornie smakuje w takich warunkach nawet najmniej wyborna kawa! Wyglądam przez okno na rozzłocone słońcem podwórze i przez chwilę myśli zajmuje mi pytanie, jak teraz wyglądałoby moje życie, jeślibym, jak Helena, podążyła ścieżką nauki, czyli gdybym ćwierćwiecze temu poszła za radą swego promotora i zamiast drugiego kierunku, który i tak na pewnym etapie zarzuciłam, zajęła się pisaniem doktoratu?
Nauczyłam się w życiu nie żałować odrzuconych wyborów, czerpać spokój z pewności, że jest tak, jak miało być, ale wtedy w tym pokoju przy Plantach nie byłam już niczego taka pewna. Zarazem jednakże cieszyłam się, że choć przez godzinę i w takiej formie mam okazję wejść w coś, od czego się tak dawno temu bezpowrotnie odcięłam. To jakby dzięki szczęśliwemu skrzyżowaniu życiowych orbit znaleźć się przez chwilę i popróbować smaku miejsca, którego dla siebie nie wybrałam. Magiczny godzinny przystanek na camino.
A po nim dalsza magia i podróż drogą jakby na tę okoliczność specjalnie dla nas przyozdobioną: biało kwitnące drzewa owocowe i różowe magnolie w ogrodach, plamy żółtych forsycji na obrzeżach szosy, a nad przydrożnymi rowami kaskady kaczeńców tego samego koloru. Wszystko w młodziutkiej świeżo zielonej trawce, delikatnej jeszcze i nie wybujałej zbyt wysoko. Sama droga jest tak wielką przyjemnością, że tylko na jej rozstajach przypominamy sobie o miejscu docelowym. Więc gdzie jest ta Jamna?
I odpowiedź wyczytana poprzedniego wieczoru w zaprzyjaźnionym ze mną (odkąd mam odziedziczonego po wszystkich facetach w mojej rodzinie laptopa, czyli od wakacji:) internecie: „Jamna to maleńka wioska, położona w głębokich lasach Ciężkowicko - Rożnowskiego Parku Krajobrazowego (województwo małopolskie), wśród jarów i parowów. Liczy sobie około 90 mieszkańców, których domostwa porozrzucane są na terenie ponad 25 km²…..Jamna (530 m n.p.m.) to także góra, której rozległy masyw, w ¾ zalesiony, jest ozdobą Parku Krajobrazowego” (https://klubpodroznikow.com/relacje/polska/polska-inne-miejsca/1042-jamna)
Ile razy Ala proponowała nam wszystkim spotkanie w tym miejscu? Ale jeśli nikt z nas tam jednak nie trafił przez te wszystkie lata, to widocznie było ono zarezerwowane na tę specjalną uroczystość.
Jesteśmy na miejscu, rzeczywiście przed oczyma mamy wyścielone zawilcami, pierwiosnkami i fiołkami jary, parowy, lasy i górki. Trudno sobie tu wyobrazić, że można by było stworzyć świat bardziej doskonały niż ten.
- Jakże ważne są w takich chwilach okoliczności przyrody – podsumuje później Żwirek.
Dziękujemy za nie Stwórcy w tę parę chwil, które zostały jeszcze do zakończenia mszy świętej. I za Alę, która ze swoją rodziną siedzi w ławce na przedzie kościoła.
- Patrzyłam na znajome twarze, które po kolei się wyłaniały spośród tłumu na mszy i raz po raz myślałam o tym, że tyle razy proponowałam tym osobom spotkanie na Jamnej, a teraz, w tę palmową niedzielę, wszyscy ci ludzie zjechali tutaj sami z siebie bez mojego zapraszania – powie potem Ala.
I dopiero po wyjściu z kościoła, biorąc pod uwagę fakt, że wszyscy przybyli z kwiatami, zaskoczy:
- To spisek!
A po życzeniach już pod bacówką wzruszona powie mi na ucho:
- To najpiękniejszy dzień w moim życiu. Wszyscy moi przyjaciele w jednym miejscu. Ze mną…
Jaka osoba, taka ilość przyjaciół. U Ali jest nieprzebrany tłum gości, którzy chcą wyrazić swoje serdeczności dla niej w tym dniu. Dobrze, że wiata pod bacówką ma tyle przestrzeni..
Ja jestem chyba tak samo uradowana jak Ala, bo i moi wszyscy przyjaciele ze studiów są w jednym miejscu - ze mną. Jak zwykle w takich chwilach przechodzę całą sesję grupowej terapii śmiechem. Cieszę się jak małe dziecko każdym słowem i gestem.
„Moi przyjaciele bądźcie zawsze ze mną (…)
Kiedy was nie ma - to jakby nagle zabrakło w moim życiu muzyki…” – śpiewają przy akompaniamencie gitar przyjaciółka Ali z Brzeska ze swoim znajomym. Owiewa ich mgiełka dymu z paleniska pod wiatą i zapach grillowanych mięs, doglądanych przez męża Ali.
Pośród drewnianych ław krząta się Ola z rzeszą pomocników, roznosząc żurek w chlebie, krojąc torty, podając szarlotkę i napoje. Patrzymy na nią wszyscy i z podziwem, i z dumą, że mamy tak wspaniałą przedstawicielkę naszego następnego pokolenia. Takie trochę wspólne wydają mi się te nasze dzieci po tylu latach zespołowego przeżywania ich wzlotów i upadków. Starsze, w wieku Oli, wypuszczamy już w świat, młodsze bawią się całą wielką gromadą, próbując chodzić po rozpiętej między sosnami linie. Jakie to szczęście, że nigdy nawet cień rywalizacji nie stworzył się między nami w sprawach dotyczących dzieciaków - ich talentów, charakteru czy też wykształcenia.
Wspominamy czasy, gdy byliśmy w wieku Oli, to właśnie lata, gdy nasza przyjaźń rozkwitała. Jak zwykle wracamy w rozmowach do różnych wesołych historyjek z okresu studenckiego.
- Nie dochodzi do mnie – mówi na zakończenie Ala - że upłynęło już tyle lat od tamtego czasu. Kiedy przyjeżdżają do Oli jej przyjaciele ze studiów, to zapominam czasem, że to goście nie do mnie. Jakbym się cofnęła w czasie, który zaledwie był dla mnie wczoraj.
- To prawda – potwierdza ze śmiechem Ola. – Po drugim piwie już trudno nam się pozbyć towarzystwa mamy.
Przyznajemy się w duchu i całkiem głośno do tego, że to nie tylko trudność Ali. Chyba wszystkie nasze dzieci mają z nami ten sam problem. Nie zauważyliśmy, że się zestarzeliśmy. Czas nas zaskoczył - strasznie przyspieszył, gdy towarzyszyliśmy swoim pociechom w ich drodze od pieluszek i gumowych gryzaczków, przez pierwsze rozstania w przedszkolu i uwagi w szkolnym dzienniczku, po kolejne miłosne rozczarowania i kontestacyjne kolorowe fryzury. I nagle, kiedy łapiemy oddech, bo nasze latorośle idą na studia i spuszczamy je z oczu, które możemy już skierować na siebie, to dostrzegamy, że nasza młodość bezpowrotnie minęła. A odchowane dzieciaki, nagle wyższe od nas o głowę lub o kilka, mówią nam wtedy:
- Stop! Dalej już nie wkraczajcie, to nasz teren, mamy tu swoje własne życie bez was.
Jak za tym wszystkim można nadążyć?
„Śpieszmy się kochać ludzi” czytam słowa księdza Twardowskiego nad wejściem na werandę w bacówce w Jamnej. Mogę mieć tylko nadzieję, że w przypadku dzieciaków zdążyłam. Bo teraz już chyba trudno byłoby cokolwiek nadrobić w tym względzie. Ich dzieciństwo zdaje się być domykającym się tematem.
Pod słońcem, powoli chylącym się ku zachodowi, chwytamy się za ręce wokół miejsca na ognisko, nad którym jeszcze unosi się zapach pieczonych kiełbasek.
„Kto raz przyjaźni poznał moc, nie będzie trwonił słów. Przy innym ogniu, w inną noc do zobaczenia znów” - śpiewamy wspólnymi siłami, a Grejen robi nam ostatnie pamiątkowe fotki.
Odkąd zaczęłam zdradzać wszystkim zainteresowanym, że wybieram się na pielgrzymkę do Santiago, co rusz słyszę deklarację, że ktoś będzie mi towarzyszył. Ludzie tacy jak Beata z pracy, Dorotka, czy nawet mój mąż, chcąc mnie wesprzeć w moim zamierzeniu, starają się przynajmniej słownie w nie włączyć. I choć nie jestem pewna jak będzie wyglądał finał tego przedsięwzięcia, to jedno już dziś wiem na pewno. Wszyscy moi przyjaciele będą tam razem ze mną. Zabieram ich ze sobą w drogę w moim sercu.
P.s. Sprawę mojej pielgrzymki do Santiago de Compostela opisuję w poście: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/04/wiedziaam-ze-kiedys-przyjdzie-taki.html
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz