niedziela, 25 stycznia 2026

ZAOPIEKOWANA POTRZEBA

 

Nowy początek, nowe doświadczenie – napisałam na swoim facebookowym koncie początkiem poprzedniego tygodnia.

Nie szukałam dodatkowej pracy. Ona mnie sama znalazła. Wciąż czuję się jeszcze tym zaskoczona. To wszystko stało się tak szybko…

O Centrum Wsparcia i Rozwoju Kraina Możliwości dowiedziałam się przed feriami świątecznymi od jednej z jego właścicielek. Beata pełni funkcję pedagoga specjalnego w naszej katolickiej szkole i nie tylko tam. By zarobić jakieś przyzwoite pieniądze, najeździ się niestety między szkołami chyba w jeszcze większym zakresie niż ja. Och, jak bardzo rozumiem, że można mieć tego chwilami szczerze dosyć. Wcale się więc jej nie dziwię, że zapragnęła to zmienić. Godziwie zarabiać, pracując w jednej, w dodatku swojej, placówce. I tak właśnie doszło do powstania Krainy Możliwości...

Już wtedy Beata zapytała mnie, czy byłabym skłonna konsultować tam psychologicznie jakieś trudniejsze przypadki. Miło mi się zrobiło, że ktoś docenił moje doświadczenie, a poza tym prywatny gabinet przecież zawsze był moim planem na życie. Odpowiedziałam więc, że przemyślę.

Ale nie przemyślałam, bo oczywiście Święta nie były najlepszym ku temu czasem i wszystko, co związane z pracą, wyleciało mi ostatecznie z głowy. No i w końcu, kiedy powróciłam do szkoły w styczniu, musiałam podjąć decyzję bez przemyślenia.

Zdecydowałam na tak. Uznałam, że jeśli mogę pomóc Beacie, którą przecież lubię, to czemu nie? Poza tym, pomyślałam wówczas, że tych naprawdę trudnych przypadków będzie z pewnością znikoma ilość, bo z całą resztą powinien sobie poradzić psycholog, którego Beata u siebie już zatrudniła.

Myliłam się. Okazało się, że młody psycholog miał zbyt mało doświadczenia, żeby sprostać wyzwaniu. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy Beata zadzwoniła w weekend i oznajmiła mi, że wszystkich rodziców na następny tydzień zapisała do mnie?

I tak to się właśnie zaczęło. Na razie sobie radzę, choć przypadków jest dużo, a rozrzut problemów jeszcze większy. Ale staram się ograniczyć ilość tej nowej, dodatkowej i nieoczekiwanej pracy. Muszę mierzyć siły na zamiary. Bo to nie jest takie proste, by po pracy w dwóch szkołach jechać do sąsiedniego miasta i z pełnym zaangażowaniem wcielać się w rolę psychoterapeuty. A przy tym wracać do domu wtedy, kiedy dzień się właściwie zakończył.

Póki co, w pionie trzyma mnie wizja ferii zimowych, gdy odpocznę wreszcie od wszelkich zawodowych obowiązków. Po wszystkich ostatnich zmianach, nowościach i nawale pracy potrzebuję odpoczynku prawie tak bardzo jak oddechu.

I dziś właśnie udało mi się zaopiekować tę potrzebę. I to w stylu, który nawet mnie zaskoczył.

O tym, że potrzebuję wyruszyć w nową podróż, by zebrać siły, nie dyskutowałam nawet ze sobą samą. Przyjęłam to za pewnik i dosyć wcześnie zaczęłam się rozglądać za ofertami jakiegoś niedrogiego wyjazdu. Gdy trafiła się taka możliwość na Sycylii, złożyłam Ani propozycję wspólnego wypadu. Niestety okazało się, że dziewczyna nie może wziąć urlopu w pierwszej połowie lutego, bo musi wówczas zastąpić swoją szefową, która wybiera się na Sri Lankę.

Również, jak ustaliłam, druga osoba, z którą spędzałam ubiegłoroczne ferie, będzie zajęta podczas tegorocznych. Edi przystała na propozycję udziału w projekcie znajomej przewodniczki, realizowanym we Włoszech. Tak oto zostałam sama na placu boju z marzeniami o podróży...

Ale za to z pomysłem, że w tej sytuacji wkrótce odbędzie się pierwszy w moim życiu wyjazd na wczasy w pojedynkę. I znów zaczęłam przeglądać oferty.

Czego szukałam? Wyjazdu zorganizowanego – nie miałam jeszcze odwagi, by dla siebie samej skakać od razu na głęboką wodę z samodzielną organizacją. Brałam pod uwagę stacjonarne wczasy w Antalyi, które widziałam w internecie w całkiem dobrej cenie. Tyle, że one rozeszły się lotem błyskawicy, zanim ja podjęłam jakąkolwiek decyzję. W sumie dobrze, bo i tak miałam duże wątpliwości, czy podczas takiego leniwego odpoczynku nie będzie zbyt wiele czasu na rozmyślanie o samotności, tęsknotę i użalanie się nad sobą.

Potrzebna mi była wycieczka z dosyć intensywnym programem zwiedzania, czyli po prostu objazdówka. Termin ferii trzymał mnie w sztywnych ramach. Eksploracja internetu postępowała, począwszy od miejsc, które już były mi dobrze znane ze stopniowym  rozszerzaniem obszaru poszukiwań. A w tym czasie feriowe oferty rozchodziły się jak ciepłe bułeczki i ich ilość z każdym dniem kurczyła się coraz bardziej.

Mimo to wierzyłam, że na pewno trafi mi się coś, co będzie dla mnie najlepsze.

No i się trafiło. W piątek wyjeżdżam na wycieczkę do Afryki. Właśnie wykupiłam ofertę, więc już nie ma odwołania. Zresztą, wcale nie chciałabym tego wyjazdu odwoływać…

Zważywszy na to, że przyszły tydzień po szkolnych godzinach psychologa harmonogram wygląda u mnie w taki sposób:

poniedziałek – dodatkowa praca w Krainie Możliwości;

wtorek – konferencja w szkole katolickiej plus zebrania z rodzicami;

środa - dodatkowa praca w Krainie Możliwości;

czwartek – konferencja w drugiej szkole,

to właściwie nie zostaje mi nic innego, jak zacząć przygotowania do podróży już natychmiast.

Zaczynam więc i postaram się to wszystko jakoś na czas ogarnąć. Kończę pisanie z ekscytacją i poczuciem, że spełniam marzenia. To niesie. Więc frunę, ciesząc się odrastającymi skrzydłami...


piątek, 2 stycznia 2026

CIEMNOŚCI I JASNOŚCI

 

Takiej ciemności w Święta to chyba jeszcze nie przeżywałam. Choć na szczęście chodzi tylko o okoliczności zewnętrzne. Bo akurat wewnątrz mnie panował wówczas względny spokój.

oprócz tego, że dzień taki krótki, to jeszcze u nas ostatnio strasznie ciemny – piszę do Ani, gdy po Świętach nie przybywa jasności. To nie jest pogoda, do której łatwo przywyknąć.

Właściwie cały dzień trzeba spędzać przy zapalonym świetle.

Czuję się, jakbym przebywała w miejscu, gdzie panuje noc polarna.

Zastanawiam się, jak ludzie sobie tam radzą. Ciekawość popycha mnie do obejrzenia kilku vlogów z podróży w takie rejony. I ku swemu ogromnemu zdziwieniu odkrywam, że noc polarna może być zupełnie jasna (a nawet chwilami przy dobrej pogodzie dużo jaśniejsza niż to, z czym mamy teraz u nas do czynienia). Przynajmniej tak to wygląda na filmach z okolic, gdzie podróżnicy jeszcze dość często vlogują (na przykład z Tromso w Norwegii), bo oczywiście świat jest bardzo urozmaicony i rzeczywiście są w nim miejsca, w których podobno nie ma nawet krzty dziennego światła przez długi czas. Naprawdę nie wiem, jak wytrzymują to stali mieszkańcy tych terenów, bo na takie relacje w internecie, (co prawda tylko przy pobieżnym przeszukaniu), nie natrafiłam wcale.

Mnie ciężko było przetrwać nawet te kilka dni przy tak mrocznej aurze. Zwłaszcza że do braku światła dołączył jeszcze silny, zimny wiatr, jakby rodem z samego bieguna. To sprawiło, że przy temperaturze -1 odczuwaliśmy -6, później zaś po Nowym Roku ta różnica jeszcze się powiększyła – z +1 do -7.

Nawet wyjście z Wafelkiem nad rzekę zrobiło się dla mnie w tych warunkach wyzwaniem. O dłuższych spacerach, które wymarzyłam sobie na świąteczne ferie, bardzo szybko zapomniałam. Opatulona w ciepłe kocyki zastąpiłam aktywność fizyczną czytaniem i oglądaniem vlogów/reportaży/filmów. No w każdym razie się nie nudziłam.

Gdy na świecie zrobiło się jaśniej, to niestety też ciężko się było cieszyć zimą. Ciemność zastąpiły zadymki i zawieje śnieżne. Niby niezbyt duże opady, ale i tak pogoda z gatunku tych, że psa by nie wygonił z domu. No ale przynajmniej zapowiadał się biały Sylwester.

W te trudne warunki Kacper wyjechał, by przywitać Nowy Rok z kolegami. Trochę się martwiłam, bo między naszym miastem, a Nysą jest prawie 200 kilometrów do przejechania, ale na szczęście chłopaki dotarli do celu cało i bezpiecznie. A potem całkiem dobrze się bawili, jak wynika z relacji mojego syna.

Ja zostałam w domu z całym naszym zwierzyńcem. No i nie narzekałam, a nawet się cieszyłam, gdyż czuję się coraz mocniej związana z Wafelkiem i kotkami Kacpra. No bo Maciuś, to wiadomo, od dawna zajmuje osobne królestwo w moim sercu.

I w takim doborowym towarzystwie przywitaliśmy Sylwestra. A był to dzień bardzo wyczekiwany. Dzięki nieocenionej Madzi szykowałam się na koncertową powtórkę Sylwestra z zeszłego roku. Tym razem sylwestrowy koncert miał tytuł „Oscarowa noc filmowa”. 

Do katowickiego NOSPR-u wybrałyśmy się w ubiegłorocznym składzie.

„Kiedy w Oscarową noc cały świat spogląda na Hollywood, wypatrując na czerwonym dywanie najjaśniejszych gwiazd kina, warto zwrócić uwagę również na to, skąd przybyli wszyscy ci elegancko ubrani ludzie i jakie tradycje przynieśli ze sobą. Podczas Oscarowej nocy sylwestrowej w NOSPR przyjrzymy się nieco bliżej panteonowi największych legend muzyki filmowej” – czytam na stronie organizatora koncertu.

Przyglądam się. I odkrywam, że myliłam się, myśląc, że nic nie dorówna koncertowi, który umilił nam Sylwestra ubiegłego roku.

„Podczas Oscarowej nocy sylwestrowej w NOSPR zabrzmią melodie przywołujące nie tylko fantastyczne filmowe sceny, ale również emocje, które towarzyszyły nam w kinie lub przed telewizorem” – czytam dalej. I to jest clou tego wieczoru. Okazuje się, że to koncert emocji, które we mnie wzbierają co rusz taką falą, że trudno je utrzymać we własnym wnętrzu.

Odpłynęłam…

Jestem szczęśliwa – napisałam do Ani i Kacpra.

A dziś facebook wyświetlił mi fragment podcastu Beaty Pawlikowskiej, która tłumaczy, dlaczego muzyka budzi tyle emocji. Dziennikarka robi to, powołując się na badania naukowe Roberta Zatorrego, wykładowcy w Instytucie Neurobiologii w Montrealu.

„Najbardziej niezwykłe jest to, że muzyka nie trafia tylko do części mózgu, która jest odpowiedzialna za wrażenia słuchowe, tak jak w przypadku innych dźwięków”, tylko muzyka porusza w mózgu także strefy motoryczne” tłumaczy autorka postu.

„I to jest właśnie powód, dlaczego dorośli przy fascynującej muzyce zrywają się do tańca. Ale to jeszcze nic”. Dalej następuje część wypowiedzi o wydzielaniu neuroprzekaźników, głównie dopaminy, choć nie tylko. Jest też o układzie limbicznym, mimo że nie wywołuje się go z nazwy.

„muzyka (…) budzi ośrodek nagrody i przyjemności i zalewa mózg endorfinami czyli szczęściem” – kończy pani Beata.

No to już wszystko jasne. Ale przecież jak mogłabym nie być szczęśliwa, spędzając czas w tak świetnym miejscu i towarzystwie? Znakomita orkiestra, wyśmienity repertuar, przesympatyczny dyrygent (Alexander Humala) i lampka szampana w przerwie koncertu to wszak najlepszy przepis na najbardziej udaną imprezę.

A po niej szybko wracam do rzeczywistości i śpieszę do mojego zwierzęcego stadka, by tulić Wafelka (już i tak na środkach uspokajających) i doglądać kotków przez resztę wieczoru, w czasie którego niestety strzały i wybuchy zabierają futrzakom spokój i poczucie bezpieczeństwa. Ach, ileż te zwierzaki muszą się natrząść ze strachu, żeby nabywcy petard mogli się dobrze bawić. Nie wiem, jak można tak traktować naszych braci mniejszych.

Przykro mi, że tak niewiele mogę dla nich zrobić tego wieczoru.

I w takim samopoczuciu wkraczam w Nowy Rok. „Bez żadnej rany jeszcze. Bez zadrapania. Nowy Rok - nowa karta na życie i nadzieja na wszystko” - zgodnie ze słowami Kaji Kowalewskiej, które zamieściłam na facebooku Akademii Rodzica. I jeszcze tekst tej samej, niedawno odkrytej przeze mnie autorki, udostępniony na moim koncie: „Zostawiam to, co bolało. Zabieram światło i brokat wspomnień”.

Idę dalej… I przyjmuję moje dni, takimi, jakie są. Czas stępił bunty, wzmocnił akceptację. Nauczył mnie koncentrować uwagę na tym, co dobre. Przewartościował moje życie. Nie oceniam tu, czy to lepiej, czy gorzej. Stwierdzam fakty. Zauważam zmiany. I jeśli to one są dla mnie warunkiem przetrwania, to niech ten stan trwa dalej…


P.s. Dziś na facebooku Kai Kowalewskiej pojawił się post ze zdjęciem kartki jej kalendarza. Na niej wpis: „Styczniu! Jesteś pierwszy, bądź najlepszy! Bądź piękną zapowiedzią szczęścia w tym roku”.

Wczoraj z Nysy wrócił do nas Kacper. Znowu jesteśmy w pełnym składzie. I już jest najlepiej...