Nowy początek, nowe doświadczenie – napisałam na swoim facebookowym koncie początkiem poprzedniego tygodnia.
Nie szukałam dodatkowej pracy. Ona mnie sama znalazła. Wciąż czuję się jeszcze tym zaskoczona. To wszystko stało się tak szybko…
O Centrum Wsparcia i Rozwoju Kraina Możliwości dowiedziałam się przed feriami świątecznymi od jednej z jego właścicielek. Beata pełni funkcję pedagoga specjalnego w naszej katolickiej szkole i nie tylko tam. By zarobić jakieś przyzwoite pieniądze, najeździ się niestety między szkołami chyba w jeszcze większym zakresie niż ja. Och, jak bardzo rozumiem, że można mieć tego chwilami szczerze dosyć. Wcale się więc jej nie dziwię, że zapragnęła to zmienić. Godziwie zarabiać, pracując w jednej, w dodatku swojej, placówce. I tak właśnie doszło do powstania Krainy Możliwości...
Już wtedy Beata zapytała mnie, czy byłabym skłonna konsultować tam psychologicznie jakieś trudniejsze przypadki. Miło mi się zrobiło, że ktoś docenił moje doświadczenie, a poza tym prywatny gabinet przecież zawsze był moim planem na życie. Odpowiedziałam więc, że przemyślę.
Ale nie przemyślałam, bo oczywiście Święta nie były najlepszym ku temu czasem i wszystko, co związane z pracą, wyleciało mi ostatecznie z głowy. No i w końcu, kiedy powróciłam do szkoły w styczniu, musiałam podjąć decyzję bez przemyślenia.
Zdecydowałam na tak. Uznałam, że jeśli mogę pomóc Beacie, którą przecież lubię, to czemu nie? Poza tym, pomyślałam wówczas, że tych naprawdę trudnych przypadków będzie z pewnością znikoma ilość, bo z całą resztą powinien sobie poradzić psycholog, którego Beata u siebie już zatrudniła.
Myliłam się. Okazało się, że młody psycholog miał zbyt mało doświadczenia, żeby sprostać wyzwaniu. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy Beata zadzwoniła w weekend i oznajmiła mi, że wszystkich rodziców na następny tydzień zapisała do mnie?
I tak to się właśnie zaczęło. Na razie sobie radzę, choć przypadków jest dużo, a rozrzut problemów jeszcze większy. Ale staram się ograniczyć ilość tej nowej, dodatkowej i nieoczekiwanej pracy. Muszę mierzyć siły na zamiary. Bo to nie jest takie proste, by po pracy w dwóch szkołach jechać do sąsiedniego miasta i z pełnym zaangażowaniem wcielać się w rolę psychoterapeuty. A przy tym wracać do domu wtedy, kiedy dzień się właściwie zakończył.
Póki co, w pionie trzyma mnie wizja ferii zimowych, gdy odpocznę wreszcie od wszelkich zawodowych obowiązków. Po wszystkich ostatnich zmianach, nowościach i nawale pracy potrzebuję odpoczynku prawie tak bardzo jak oddechu.
I dziś właśnie udało mi się zaopiekować tę potrzebę. I to w stylu, który nawet mnie zaskoczył.
O tym, że potrzebuję wyruszyć w nową podróż, by zebrać siły, nie dyskutowałam nawet ze sobą samą. Przyjęłam to za pewnik i dosyć wcześnie zaczęłam się rozglądać za ofertami jakiegoś niedrogiego wyjazdu. Gdy trafiła się taka możliwość na Sycylii, złożyłam Ani propozycję wspólnego wypadu. Niestety okazało się, że dziewczyna nie może wziąć urlopu w pierwszej połowie lutego, bo musi wówczas zastąpić swoją szefową, która wybiera się na Sri Lankę.
Również, jak ustaliłam, druga osoba, z którą spędzałam ubiegłoroczne ferie, będzie zajęta podczas tegorocznych. Edi przystała na propozycję udziału w projekcie znajomej przewodniczki, realizowanym we Włoszech. Tak oto zostałam sama na placu boju z marzeniami o podróży...
Ale za to z pomysłem, że w tej sytuacji wkrótce odbędzie się pierwszy w moim życiu wyjazd na wczasy w pojedynkę. I znów zaczęłam przeglądać oferty.
Czego szukałam? Wyjazdu zorganizowanego – nie miałam jeszcze odwagi, by dla siebie samej skakać od razu na głęboką wodę z samodzielną organizacją. Brałam pod uwagę stacjonarne wczasy w Antalyi, które widziałam w internecie w całkiem dobrej cenie. Tyle, że one rozeszły się lotem błyskawicy, zanim ja podjęłam jakąkolwiek decyzję. W sumie dobrze, bo i tak miałam duże wątpliwości, czy podczas takiego leniwego odpoczynku nie będzie zbyt wiele czasu na rozmyślanie o samotności, tęsknotę i użalanie się nad sobą.
Potrzebna mi była wycieczka z dosyć intensywnym programem zwiedzania, czyli po prostu objazdówka. Termin ferii trzymał mnie w sztywnych ramach. Eksploracja internetu postępowała, począwszy od miejsc, które już były mi dobrze znane ze stopniowym rozszerzaniem obszaru poszukiwań. A w tym czasie feriowe oferty rozchodziły się jak ciepłe bułeczki i ich ilość z każdym dniem kurczyła się coraz bardziej.
Mimo to wierzyłam, że na pewno trafi mi się coś, co będzie dla mnie najlepsze.
No i się trafiło. W piątek wyjeżdżam na wycieczkę do Afryki. Właśnie wykupiłam ofertę, więc już nie ma odwołania. Zresztą, wcale nie chciałabym tego wyjazdu odwoływać…
Zważywszy na to, że przyszły tydzień po szkolnych godzinach psychologa harmonogram wygląda u mnie w taki sposób:
poniedziałek – dodatkowa praca w Krainie Możliwości;
wtorek – konferencja w szkole katolickiej plus zebrania z rodzicami;
środa - dodatkowa praca w Krainie Możliwości;
czwartek – konferencja w drugiej szkole,
to właściwie nie zostaje mi nic innego, jak zacząć przygotowania do podróży już natychmiast.
Zaczynam więc i postaram się to wszystko jakoś na czas ogarnąć. Kończę pisanie z ekscytacją i poczuciem, że spełniam marzenia. To niesie. Więc frunę, ciesząc się odrastającymi skrzydłami...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz