sobota, 22 lutego 2025

NAŚLADOWANIE STOKROTKI


Powrót z ciepłych krajów do zimy nie jest przyjemny. Nie przekonują mnie piękne fotki znajomych, którzy w ośnieżonych górach cieszą się jazdą na nartach. Nie pomagają dzwonki w katolickiej szkole, gdzie Skaldowie radośnie wyśpiewują słowa swojego utworu „Z kopyta kulig rwie”:
Ciągną, ciągną sanie, góralskie koniki
Hej, jadą w saniach panny, przy nich Janosiki.”
Nie potrafię docenić zimowych uroków, gdy doświadczyłam już wiosny. Zwłaszcza, że u nas po raz kolejny zima związana jest z zawirowaniami z piecem, który działa jak chce, albo też wyłącza się i nie działa wcale. Wiem, że mieliśmy sporo czasu, by go wymienić. Ale szok po śmierci męża i żałoba, którą odłożyłam na później, zupełnie odebrały mi decyzyjność. Dopiero teraz czuję, że ona coraz większymi krokami powraca. Musiałam sobie przerobić w głowie myśl, że moje decyzje mogą być różne od tych, które by podjął mąż, bo po prostu nie wiem, jakie by podjął w zupełnie nowych sprawach. Będą moje.


Singielka Kasia z nowej szkoły przekonuje mnie, że dobrze jest czuć się osobą podejmującą decyzje – to jakby utwierdzanie się w przekonaniu, że jest się kimś władnym i to od nas wszystko zależy. Może kiedyś tak się poczuję, naprawdę bym chciała. Na razie idę kluczem redukcji stresu – zauważyłam, że jest go znacznie więcej, gdy trwam w zawieszeniu, nie będąc w stanie o czymś zadecydować, niż wówczas, gdy podejmę nawet błędną decyzję. Po prostu stresujący okres jest w tym drugim przypadku krótszy, co widocznie odbija się na moim samopoczuciu. Dojrzewam więc do tego, by wkrótce podjąć się realizacji wszystkich odłożonych spraw. I decydować (oczywiście bez pośpiechu, ze stosownym namysłem i rozeznaniem) o ich kształcie.

A na razie marznę. Nic nie pomagają godziny spędzone pod piecem i starania, by nastawić (oczywiście metodą prób i błędów) jego działanie. Zimę spędzam więc w dwóch kocobluzach i pod trzema kołderkami. I tak nie jest najgorzej, bo ostatnio przynajmniej mamy ciepłą wodę do mycia. A było już tak, że myliśmy się w letniej/chłodnej/lodowatej.

No i jak się mieliśmy nie poprzeziębiać – i to wszyscy we troje? I czy w tej sytuacji może kogoś dziwić, że nie jesteśmy w stanie tego przeziębienia definitywnie pożegnać?

Pogoda też nam nie pomaga. Jeśli wzdrygałam się przy temperaturze minus 7, to co miałam powiedzieć, gdy słupek rtęci dalej się obniżał? Minus 9, minus 11, minus 13 – przy takim mrozie rozpoczynaliśmy dni w ostatnim tygodniu. A i tak w naszym rejonie było nie najgorzej. W Tatrach bowiem początkiem tygodnia padł polski rekord zimna, wynoszący aż minus 41,13 stopni Celsjusza.

Żeby być sprawiedliwym, trzeba tu dopisać, że w ciągu dnia słońce znacznie podgrzewało nam atmosferę. Bywało, że wczesnym popołudniem trzeba było w pracy zrzucać z siebie sweterek. I nawet to słoneczko od wczoraj takie się już wydaje przedwiosenne. Mam nadzieję (i tak przedstawiają sytuację prognozy), że to wreszcie zwiastuje zmianę pogody. Powiewa (umiarkowanym:) optymizmem.


W tym wszystkim myślę o stokrotce pod moją nowszą szkołą– napisałam tydzień temu do Ani.

Tak wyglądała w czwartek po południu, zanim spadł śnieg. Niby taka delikatna, a patrz jak daje radę. I to mimo tego, że nocą mrozy sięgały do minus 9 stopni.



Jak taki maleńki, drobny kwiatuszek daje radę, to ja nie dam?

To moja ulubiona stokrotka, codziennie ją tam oglądam, gdy jestem w tej szkole.

Mam wrażenie, że to ta sama roślinka, której kwiaty widziałam już w grudniu. Można naprawdę brać z niej przykład w życiowej szkole przetrwania. Na szczęście śnieg, o którym pisałam Ani tylko poprószył, więc można na nowo cieszyć się widokiem stokrotki.


Pozostając w temacie kwiatowym, to napomknę jeszcze o roślinkach doniczkowych. W dniu, gdy wyruszałyśmy na Maltę, kwitły u mnie hiacynty (tak, te z Lidla, bo lubię kwiaty od nich). Niestety nie zdążyłyśmy się nimi nacieszyć - zakończyły swój żywot, zanim wróciłyśmy z ferii. 


Ale właśnie wówczas Agatka, do której pojechałyśmy, by odebrać część włoskiego bagażu, zameldowała mi, że doczekała na działce czterech własnych krokusików. Był początek zimnego lutego, więc naprawdę nie wiem, jak ona takie kwiatuszki wyhodowała, ale być może górska dolina, w której znajduje się jej domek, ma jakieś inne warunki klimatyczne niż mój ogródeczek, całkiem zresztą zimą zryty przez dziki. Nawet więc gdyby była pełnia wiosny, to i tak nie miałabym specjalnych widoków na wiosenne kwiaty na grządkach.


Ale za to wczoraj posadziłam sobie czterdzieści cebulek tulipanów w skrzynkach na jadalnianym oknie. Wykorzystałam ziemię spod choinki, zakupionej na Boże Narodzenie. Bo oczywiście okazało się, że została sprzedana z obciętymi korzeniami (coroczne oszustwo ze sprzedażą drzewek w donicach) i zdążyła uschnąć. Jestem teraz z siebie bardzo zadowolona – zero waste i możliwość własnej wiosny na parapecie. Pozostaje tylko czekać.


Tym samym przepędziłam zimę z naszego domu na dobre. Nawet jeśli pozostawiła w spadku chłód, to wiem, że to nie na zawsze. Muszę uzbroić się w cierpliwość. Jeśli w tym zimnym miesiącu przetrwałam już imieniny i urodziny męża, a także, podobne w klimacie Walentynki (po których pozostał mi zakupiony dla siebie w prezencie kubek z hasłem na czasie: "more self love":), to i resztę mroźnych dni przetrwam. Już widać, jak przemijają – ranki, kiedy wstaję do pracy są coraz jaśniejsze. To jeszcze nie tak, że robię to wtedy, gdy dzień już się budzi, ale przynajmniej widać, że zaraz to zrobi. I przestałam też wracać do domu po ciemku (no chyba, że mam dodatkowo zajęcia popołudniowe – niestety ostatnio sporo ich było).

Kończę więc ten wpis o niczym (bo też nic się u nas nowego nie dzieje). Pogrążam się w dalszym czekaniu. I próbuję naśladować stokrotkę...


P.s. Moje portrety i zdjęcia błękitnego kubeczka z Malty zrobiła Ania


środa, 12 lutego 2025

BONGIORNO PRINCESSA

Południowe Włochy to kierunek, który w rankingu mojego męża zajmował scisłe podium. Nic dziwnego, że po licznych zachwytach Kalabrią, zdecydował się na eksplorację Apulii podczas mojego urlopu zdrowotnego. W tym czasie Bari stanowiło częsty cel podróży, tanimi liniami można było łatwo tam dolecieć.

Samo miasto zwiedzaliśmy dość dokładnie, wracając z pobytu świąteczno – noworocznego na Malcie. W stolicy Apulii zatrzymaliśmy się wówczas na dwie noce i wspominam to jako czas wielkiego zachwytu.

Ale dokładnie miesiąc wcześniej mąż postanowił, że wypożyczymy auto i udamy się jeszcze dalej na Południe. Na koniuszek włoskiego obcasa. Ucieszyłam się bardzo możliwością eksploracji tego regionu, zwłaszcza, że wycieczka została mi podana od razu „na gotowo” – mąż, chcąc zrobić niespodziankę, zarezerwował jednej bezsennej nocy i lot, i hotel, i samochód. Rano otrzymałam więc zaproszenie do już w pełni zorganizowanej podróży. Oczywiście przyjęłam je z ogromną radością:).

Rzecz jasna, mąż zorganizował podróż do Apulii na swoich zasadach. Wybrał najtańsze opcje w każdej turystycznej kategorii, żeby starczyło zasobów finansowych na kolejne wyjazdy. Nie buntowałam się, bo to on zawiadywał kasą i martwił się jakby co, że jej braknie, a poza tym jednak nie schodził w podróżach poniżej pewnego akceptowalnego przeze mnie poziomu. A ja jak najbardziej akceptuję wyloty budżetowymi liniami w najtańszych porach roku i widełkach cenowych, co do wypożyczania samochodu, to zależy mi tylko na tym, by był sprawny, najwięcej wymagań oczywiście wiążąc z noclegami.

Toteż mąż nawet nie próbuje celować poniżej trzech gwiazdek przy rezerwacji miejsc noclegowych, przynajmniej w tych częściach świata, gdzie poziom czystości czy też wygody nie dorównuje znanym nam standardom. Niestety, budzą one moje wątpliwości w Południowych Włoszech, bo choć w końcu jest to część Europy, to jednak dużo już tam widzieliśmy.

I dlatego z podejrzliwością przyglądam się taniemu obiektowi La torre della Fanciulla w Torre Pali, gdzie mąż zarezerwował noclegi na nasz apulijski pobyt. No bo właściwie czemu trzygwiazdkowy obiekt, który reklamuje się sielankową fotką, przedstawiającą kieliszek wina na otwartej werandzie z przepięknym widokiem na morze ma historię złożoną z najprzeróżniejszych nazw? Czy to dlatego, by było trudniej znaleźć o nim opinie w internecie? Nigdy czegoś podobnego nie widziałam, to jakby ktoś każdemu z klientów proponował rezerwację w tym obiekcie pod inną nazwą.

Niemniej postanawiamy zaryzykować – w końcu mamy mieć noclegi w pokoju delux, z takimi udogodnieniami jak balkon/taras z widokiem, szlafrok czy też wanna z hydromasażem, więc obstawiamy, że tragedii być nie może.

Hmm…, no choć niby tyle jeździmy po świecie, to wciąż nie przestajemy być naiwni:).

Ten obiekt już nie oferuje swoich usług na Booking.com, ani też chyba nigdzie indziej w internecie. Pozostał po nim niechlubny ślad w postaci oceny pod zbiorczym hasłem „Terrible” na Tripadvisor. Jego użytkownik o nazwie „uill” chyba najlepiej oddał charakter tego miejsca słowami: „wszystko jest przeciwieństwem wszystkiego”.

No i taki właśnie stan zastaliśmy na miejscu, gdy wreszcie późnym wieczorem po zwiedzeniu przepięknego, świątecznie już przybranego Locorotondo zjechaliśmy do hotelu (nie znaleźliśmy go zresztą pod nazwą La torre della Fanciulla tylko pod szyldem l'Isola della Fanciulla). Ale właściciel nalewając nam aperitif, zapewnił, że następnego dnia przeniesie nas do swojego najlepszego pokoju.

Cóż, tego wieczoru byliśmy już tak bardzo zmęczeni, że pozostało nam tylko wziąć jego słowa za dobrą monetę i iść spokojnie spać. Dobrze, że wtedy nie było jeszcze żadnych wzbudzających niepokój opinii o tym miejscu na Tripadvisor. Teraz, czytając je, widzę, że to stała praktyka postępowania w przypadku klientów, którzy zgłaszają wątpliwości co do zakwaterowania ich w kategorii „delux”;). Potem chyba upycha się tych nieszczęśników w wolnych pokojach w całej okolicy, co zazwyczaj standardu nie podnosi. Pół roku po naszym pobycie użytkownik Tripadvisora „II B” napisze o tym w taki sposób: „Gdyby istniał podręcznik, jak NIE prowadzić hotelu, powinni go napisać”, co zresztą teraz mnie po prostu śmieszy. Ale chyba nie wszystkim było tam do śmiechu, skoro niejaki „ruty82” napisał, że grożono mu śmiercią po zamieszczeniu w internecie negatywnej opinii na temat obiektu.

Ale my w swej nieświadomości zachowaliśmy pozytywne nastawienie i następnego dnia istotnie przenieśliśmy się do chyba najlepszego pokoju w La torre della Fanciulla. W naszej nowej łazience zastaliśmy nawet kabinę prysznicową z hydromasażem (tyle że ze względów higienicznych nigdy go nie uruchomiliśmy:). Cóż, przy dłuższym pobycie pewnie bym miała więcej wątpliwości, ale raptem zostały nam jeszcze trzy noce do przespania, więc uznaliśmy, że zostajemy. Zresztą i tak było nam tam o niebo lepiej niż w poprzednim pokoju, który zgodnie z przypuszczeniem użytkownika Tripadvisor „soleluna88” być może służył jako „akademik dla pracowników restauracji, którą zarządzają”.

Na mnie w pierwszej chwili obiekt zrobił wrażenie hotelu robotniczego, ale być może dlatego, że stołowała się w nim rzeczywiście ekipa mężczyzn, którzy po śniadaniu wyjeżdżali gdzieś chyba do pracy, by wieczorem z dużym znużeniem wrócić na obfity posiłek. I to właściwie byli jedyni klienci spotkani tam przez nas w środku włoskiej zimy. Resztę stanowili miejscowi, którzy wpadali do restauracji, zajmującej cały parter budynku - na kawę, kieliszek czegoś mocniejszego lub kolację z dużą porcją karaoke. Próbowali znaleźć sobie jakąś rozrywkę i umilić długie, pełne wilgoci i chłodu wieczory, a dla nas podpatrywanie tego lokalnego życia w martwym turystycznie sezonie było bardzo interesujące.

Tak że my na pobyt w nowym pokoju hotelu La torre della Fanciulla nie narzekaliśmy wcale. Trochę się wmieszaliśmy w jego lokalny klimat, cieszyliśmy się wieczorami spędzanymi wspólnie z mieszkańcami, dostosowaliśmy się do zwolnionego trybu życia. Zjedliśmy dobrą pizzę, pozwoliliśmy didżejowi puścić nasze ulubione włoskie przeboje, zostaliśmy fanami jakiegoś karaokowego super śpiewaka z Torre Pali. Wyjechaliśmy do domu zadowoleni i często wracaliśmy do tamtych wspomnień. Z niezwykłym sentymentem zresztą…

*

Nasz nowy pokój w La torre della Fanciulla jest w moim odczuciu emanacją upodobań Południa. Za wezgłowiem „matrimonial bed” mamy malowidło na całą ścianę, przedstawiające najbardziej sielskie widoczki, jakie sobie można wyobrazić. Już się wcześniej z taką stylistyką spotkaliśmy w hotelu Residenza Camilla w Rzymie. Prowadził go Kalabryjczyk:).

Ale nie spędzamy dużo czasu w pokoju – okolica jest tak urokliwa, że grzechem byłoby nie korzystać z dobrodziejstw otaczającego nas świata. Tam to dopiero znajdujemy sielskie widoczki. Żadne malowidła nie są w stanie im dorównać.Zresztą przyznać trzeba, że to, co w La torre della Fanciulla nie zawiodło (jako jedyne:), to lokalizacja. By móc wpaść w zachwyt, wystarczyło tylko wyjść z hotelu. Całkiem dosłownie - już spod jego drzwi można zobaczyć morze, do którego prowadziła zaledwie króciutka uliczka. 

Ale akurat w grudniu nie poświęcamy mu aż tak dużo uwagi. Jeździmy za to po krętych dróżkach między sadami starych oliwek, ogrodzonych kamiennymi murkami. Oglądamy zagubione wśród nich kościółki, wzniesione w średniowieczu i chyba od średniowiecza nieodnawiane. Szukamy kolejnych „torre”, poczynając od tej, której ruiny znajdują się na naszej plaży - Marina di Salve. Z racji swego położenia, niezwykle to romantyczne budowle, powiewa od nich nostalgią, związaną pewnie z historią tych terenów i z opowieściami o niejednokrotnie mrocznym finale. Można o tym przeczytać na stronie: https://www.polacywbari.pl/tag/plaze-2/:

„Wieża po włosku to torre i takie obiekty powstawały w okolicach XVI w. na wybrzeżach Adriatyku. Służyły one do obserwacji nieprzyjacielskich statków, zwłaszcza tureckich. Trzeba pamiętać o tym, że wiek XVI to epoka piratów, wypraw morskich i grabienia wybrzeży przez inne narody, dlatego w trosce o bezpieczeństwo mieszkańców zaczęto budować takie wieże, miały ostrzegać przed nieprzyjacielskim statkiem na morzu.”

Cieszy nas takie zwiedzanie bez planów, map, przewodników. Ot, droga sama prowadzi, tam, gdzie oczy poniosą...Zjeżdżając do jednej z torre, widzę na umocnieniu pobocza jezdni napis „bongiorno princessa” i wiem, że to będzie tytuł tego odcinka podróży:).

No to jedziemy dalej i ach, jakie podekscytowanie przynosi moje pierwsze spotkanie z domkiem trulli! Obiegam go omal z każdej strony, robię milion fotek. Już mi nawet Arbelobello nie jest potrzebne.

To miasteczko zwiedzę dopiero pięć lat później – już bez Andrzeja. Na tegorocznym wyjeździe feriowym zorganizowanym przez Edi. Zrozumiem wówczas, jak bardzo się myliłam przed laty. Arbelobello jest potrzebnym punktem każdego programu zwiedzania Apulii. O ile pojedyncze domki trulli robią wielkie wrażenie, zwłaszcza, gdy wyrastają znienacka w samym środku apulijskich pól i sadów, to jednak ich zagęszczenie na niewielkiej powierzchni po prostu rzuca na kolana. Arbelobello jest wprost niewiarygodne w swym uroku i inności od innych włoskich miasteczek regionu. W domkach trulli znajdują się pokoje do wynajęcia dla turystów i zwyczajne mieszkania dla lokalsów. Do jednego z nich zostałyśmy nawet zaproszone – właściciel chętnie je pokazuje za drobną opłatą. Skromne kamienne wnętrza i szylkretowa kotka drzemiąca na łóżku pod łukiem powały pozostawiają nas z refleksjami o tradycyjnym i prostym życiu, które było odpowiedzią na zastane tu, zapewne nie zawsze łatwe warunki.

„Pierwsze domy tego typu powstały w XIII wieku, jednak zdecydowana większość ma około 300 lat. Te przedziwne konstrukcje, przykryte dachem w kształcie stożka ułożonego z łupków kamienia wapiennego, celowo były budowane bez zaprawy. A wszystko po to, by obejść podatki nakładane przez Królestwo Neapolu na każdy nowo wybudowany solidny dom. Podobno, jak głosi legenda, lokalni hrabiowie, chcąc uniknąć płacenia podatków, nakazywali chłopom budować nietrwałe i łatwe do zdemontowania domostwa”, jak można przeczytać na stronie: https://ourlittleadventures.pl/tajemnica-alberobello/. Można tylko dodać, że „Gdy zjawiał się poborca, zdejmowano czubek bądź też rozbierano częściowo dach, dzięki czemu dom wyglądał jak niedokończony i tym samym poborca nie mógł ściągnąć od mieszkańców podatku” (https://podroze.onet.pl/ciekawe/wloskie-domki-trulli-w-alberobello/f2gg6g9). Choć oczywiście nie ma co do tego pewności.

Trulli wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Unesco, co zapewne nie dziwi nikogo, kto je kiedykolwiek widział. Obecnie jest ich w Alberobello około półtora tysiąca. Znajdują się w nich restauracje, sklepy z pamiątkami, nawet kościół - Parrocchia Sant’Antonio Di Padova utrzymany jest w podobnym stylu.

*

Pięć lat różnicy, dwie wycieczki w zupełnie innych okolicznościach i składzie, mnóstwo miast obejrzanych za pierwszym i drugim razem. Niektóre pamiętam, jakby wczoraj, inne mają zamazane kontury lub przeciwnie, pozostały po nich zaledwie zarysy, które nawet trudno przypasować do konkretnych miejsc. Każda z wycieczek przyniosła zupełnie inne wrażenia, czasem też zupełnie odmienne spojrzenie na zwiedzane miejsca. Przykładowo, wspomniane w pierwszej części wpisu Lokorotondo (lista Borghi più belli d’Italia, czyli najpiękniejszych małych miasteczek Włoch) prezentowało się za drugim razem zdecydowanie skromniej bez świątecznego anturażu, natomiast dopiero wówczas miałam okazję zobaczyć koliste uformowanie starówki tej miejscowości (spojrzenie z Valle d’Itria).

Obydwa wyjazdy były piękne, choć tak bardzo różniące się charakterem. Jeśli miałabym podać jedną zasadniczą różnicę, to pierwsza, jaka przychodzi mi do głowy ma kryterium religijne. Zrobiłabym tu na przykład rozróżnienie: pielgrzymka versus objazdówka. Choć oczywiście charakter każdej z tych wycieczek się zmieniał i trudno byłoby powiedzieć, że utrzymywał się cały czas w jakiejś konkretnej formie. Niemniej w czasie naszego pierwszego pobytu na włoskim obcasie mąż rzeczywiście wybierał miejsca o szczególnym znaczeniu duchowym, tradycyjnie przyciągających pielgrzymów.

Podążając tym kluczem, trafiliśmy na przykład do Copertino. O miasteczku tym można przeczytać w Wikipedii dokładnie trzy zdania, przy czym to trzecie było dla nas najważniejsze: ‘W Copertino urodził się św. Józef Deza (1603-1663) z zakonu Franciszkanów Konwentualnych”. A to cudowny Święty, który jest „patronem lotników, astronautów, podróżujących drogą powietrzną, pilotów wojsk NATO i studentów zdających egzaminy lub testy, szczególnie tych, którzy mają problemy z nauką” (https://pl.wikipedia.org/wiki/J%C3%B3zef_z_Kupertynu). Ach, no i jeszcze osób z ADHD:).

I tu trzeba podkreślić, że na każdy z tych tytułów Józef z Kupertynu w pełni sobie zasłużył swym niezwykłym, dosłownie „odlecianym” życiem. Jak można wyczytać z tego samego źródła (choć potrzebne są dalsze przypisy) Święty „Według legendy, w 1630 w czasie procesji ku czci św. Franciszka miał pierwsze uniesienie ekstatyczne połączone z lewitacją, obserwowane przez tłumy. Lewitacje miały następować codziennie i odbywać się w momentach uniesienia duchowego (ekstazy)”.

I to wszystko przydarzyło się chłopcu, którego nie chciano nawet przyjąć do klasztoru z powodu, jak określa to Wikipedia, „domniemanej głupoty”:). Polecam gorąco zapoznać się z bardziej obszernym życiorysem Świętego Józefa z Kupertynu, bo warto, jest on naprawdę wyjątkowy.

Na jego postać zwróciła mi uwagę przed laty siostra. Ubawiła mnie szczerze, wyznając, że ona nie stoi w kolejkach po orędownictwo tych Świętych, którzy są tak bardzo popularni wśród wiernych, że trudno się w ogóle do nich dopchać. Z tego względu jako orędownika upatrzyła sobie mało znanego w Polsce Józefa z Kupertynu. Ujął ją jego polecany już tutaj życiorys.

W Copertino zapoznaliśmy się z Bazyliką, domem rodzinnym Świętego, zamkiem o korzeniach z XIII wieku. Wszystko to pięć lat temu podczas pobytu z mężem. Bo w tym roku tam nie dojechaliśmy, Mieszkaliśmy dużo dalej od koniuszka obcasa. W pięknym obiekcie Blu Sea Villas w Villanova pod Ostuni. Na zamkniętym osiedlu Villaggio Mare Blu 2. W zupełnie innym standardzie niż przed laty. Można nawet rzec, że w luksusie.

I choć to był pobyt dłuższy niż poprzednio, z dużo większym komfortem i zasobniejszym budżetem, to ja jednak nieustannie tęskniłam za tym, co przeżyłam wcześniej. Wspominałam nocny powrót w deszczu do La torre della Fanciulla, kiedy musieliśmy się przebijać przez drogę pełną ropuch, starając się nie zrobić im żadnej krzywdy. Poranki, gdy przy śniadaniu kompletny brak możliwości wyboru czegoś zjadliwego spośród konfekcjonowanych marketowych ciastek rekompensowało capuccino ze świeżutkim croissantem, przynoszonym nam przez kelnera z lokalnej cukierni. Nawet chwila, gdy zobaczyłam, że z balkonu naszego nowego pokoju widać skrawek morza pomiędzy antenami i kominami okolicznych dachów, wydawała mi się po latach magiczna. Tęskniłam za zadziwianiem się w nieturystycznych kościółkach wielkimi rzeźbami, które są obnoszone po okolicy w święta przez wiernych, za myszkowaniem po pchlich targach, a przede wszystkim za towarzystwem podróżującego ze mną męża. To dla niego byłam princessą w południowych Włoszech. Wyruszył tam ze względu na moje potrzeby, nie swoje (ach, jak wielkim był domatorem), starał się spełniać moje oczekiwania, chciał, żebym była szczęśliwa. I żadne luksusy, ani nawet najlepsze towarzystwo, które miałam na ostatnim wyjeździe, tego nie zrekompensują. Nic nie jest w stanie sprawić, że tęsknota przycichnie. Nic nie jest w stanie zastąpić czasu, gdy rankiem mogłam usłyszeć mężowe „bongiorno”... 

piątek, 7 lutego 2025

TRZY KRAJE W 24 GODZINY

 


Na spadek nastroju tuż po Nowym Roku nałożyło mi się jeszcze zaskakujące odkrycie. Dotyczyło planowanych podczas ferii podróży. Tak bardzo na nie czekałam. Snułam marzenia. Przywoływałam wspomnienia. I co rusz oglądałam rezerwacje na swoich kontach.

Za pośrednictwem Booking.com miałam zarezerwowany pobyt dla czterech osób w przepięknym obiekcie w południowych Włoszech w pierwszym feryjnym tygodniu. Założenie rezerwacji było całym moim wkładem w organizację włoskiej podróży;). To Edi wyszukała w internecie Blue Sea Villas by Wonderful Italy. Mało tego, przysłała mi nawet link, za pomocą którego mogłam od razu zrobić tam rezerwację;).

Drugi tydzień zaplanowałam z Anią w Zatoce Świętego Pawła na Malcie z pomocą eSky. Na tym koncie widniała rezerwacja w pakiecie lot plus hotel. Tak więc tylko przelot z Krakowa do Bari i z powrotem, zarezerwowany przez Edi, znajdował się na jej koncie Ryanaira, czyli z dala od mojego wzroku.

No i właśnie! Problem pojawił się dlatego, że do screena tej rezerwacji nie zajrzałam na czas.

Bo nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie przyszłoby mi do głowy, że pobyt we Włoszech ma trwać dłużej, niż by wynikało z daty zakończenia noclegów. Otóż Edi zaplanowała ostatnią z włoskich nocy nie w przepięknej willi, która widniała na moim koncie Booking.com, lecz na lotnisku w Bari! Dlaczego tak? Ano z oszczędności. Bo odlot z Bari do Krakowa miał odbyć się o świcie, co oznaczało, że kolejny nocleg w Blue Sea Villas byłby w dużej mierze okrojony czasowo (żeby nie napisać, że w znacznym stopniu całkiem niewykorzystany), a na lotnisko trzeba by wyruszyć niedługo po tym, gdy noc dopiero na dobre się rozpocznie.

Tyle że ja o tym nie wiedziałam. Nie rozmawiałam na ten temat z Edi, zanim przysłała mi link do rezerwacji noclegów na okres o jeden dzień krótszy niż pobyt w południowych Włoszech. Potem też nie.

Skutek był taki, że końcówka pobytu w tym kraju nałożyła mi się na rozpoczynające się wczasy z Anią. Z Bari miałam przylecieć do Krakowa o godzinie 8.00, gdy tymczasem wylot na Maltę był zaplanowany dwie godziny wcześniej. I to z Katowic!

No cóż, oszczędności grupowe okazały się dla mnie nie najlepszym rozwiązaniem. Ale oczywiście biorę na klatę fakt, że tego nie sprawdziłam wyjątkowo dokładnie, kierując się jedynie datami rezerwacji noclegów.

Tak więc po pierwszej chwili popłochu, przystąpiłam do naprawiania sytuacja i szukania dla siebie alternatywnego lotu. Trzeba się pogodzić z tym, że podróże czasem generują dodatkowe koszta, odbiegające od tych zaplanowanych;).

Przyznać też trzeba, że byłyby one względnie niskie, gdybym się zdecydowała lecieć na Maltę prosto z Bari. Początkowo kusił mnie taki wariant. Kiedyś lecieliśmy z mężem w odwrotnym kierunku i z sentymentem myślałam, że raz jeszcze znajdę się na trasie między tymi dwoma lotniskami.

Ale jednak nade wszystko chciałam od samego początku dzielić maltańską przygodę wespół w zespół z Anią, więc szybko podjęłam decyzję o powrocie z południowych Włoch dzień wcześniej niż reszta grupy.

Czy było mi żal odjeżdżać z Bari, podczas gdy cała ekipa tam jeszcze zostawała? Oczywiście, że tak. Zwłaszcza, że Edi zaplanowała ten ostatni włoski dzień niezwykle atrakcyjnie. Miało być i zwiedzanie miasta wylotu (ach, jak mi się chciało wrócić do Katedry Świętego Mikołaja), i San Giovanni Rotondo (to ze względu na Ojca Pio), a także trekking po Parku Narodowym Gargano.

Ale jednocześnie żal, że to się tym razem nie wydarzy, przysłaniała ogromna radość z powodu nowej podróży z Anią, dla której właśnie wracałam.

Tak więc czas powrotu był ostatecznie spędzony w dobrym humorze, przepełniony ekscytacją tym, co mnie wkrótce czeka i pewnością, że właśnie w ten sposób chcę spędzić swoje ferie. I z takim nastawieniem rozpoczęłam bladym świtem swój ostatni dzień na Południu Włoch. Oglądając przy okazji zabarwiające się na czerwono niebo.

- To będzie dzień z trzema krajami w dwadzieścia cztery godziny – śmieje się Ania.

Cóż, tak właśnie było. Ale dałam radę. Organizacyjnie pomogła nieoceniona Zuzia, która przyjechała po mnie na lotnisko. Dzielna dziewczyna, choć jej staż za kierownicą nie jest długi, to daje radę na każdej trasie.

Ania zjechała z Łodzi wkrótce po tym, jak Zuzia dowiozła nas do domu. Już nie myślałam ani chwili o tym, co się skończyło, czy też co mnie ominęło. Cieszyłam się kompletem moich najbliższych, którzy mi towarzyszyli. Niedługo. Na kolejne lotnisko trzeba było wyruszyć w środku nocy. Nie czułam zmęczenia. Byłam szczęśliwa, że spędzę najbliższe dni z Anią. Wprost nie mogłyśmy się nagadać.

W dobrym towarzystwie czas płynie tak szybko. Poszłyśmy jedynie na kawę do lotniskowego baru i ledwie zdążyłyśmy na last call! Zupełnie nie wiem, jak to się stało;).

No ale udało się. Już bez żadnych dalszych „przygód” doleciałyśmy na Maltę, by zacząć kolejny rozdział cudownego czasu odpoczynku i zrzucania z siebie balastu nazbieranego podczas długiego okresu brania się z życiem za bary.

Wszystko zatem dobre, co się dobrze kończy. W dwadzieścia cztery godziny byłam w trzech krajach na czterech lotniskach i wszystko poszło całkiem gładko i bez zbędnego stresu. Przypomniałam sobie, jak dobrze się czuję w podróżach i jak sprawnie radzę sobie z wyzwaniami, które z sobą niosą. Z pomocą przyjaznych ludzi zapewniłam sobie piękny czas, który był odpowiedzią na aktualne oczekiwania i pragnienia. Spędziłam ferie spełnionych marzeń  w najlepszym stylu na ten moment życia...