Południowe Włochy to kierunek,
który w rankingu mojego męża zajmował scisłe podium. Nic
dziwnego, że po licznych zachwytach Kalabrią, zdecydował się na eksplorację Apulii podczas mojego urlopu zdrowotnego. W tym
czasie Bari stanowiło częsty
cel podróży, tanimi liniami można było łatwo
tam dolecieć.
Samo
miasto zwiedzaliśmy dość dokładnie, wracając z pobytu świąteczno
– noworocznego na Malcie. W stolicy Apulii zatrzymaliśmy się
wówczas na dwie noce i wspominam to jako czas wielkiego zachwytu.
Ale
dokładnie miesiąc
wcześniej mąż
postanowił, że wypożyczymy auto i udamy się jeszcze dalej na
Południe. Na
koniuszek
włoskiego obcasa. Ucieszyłam
się bardzo możliwością
eksploracji tego
regionu, zwłaszcza,
że wycieczka została mi podana od razu „na gotowo” – mąż,
chcąc zrobić niespodziankę, zarezerwował jednej bezsennej
nocy i lot, i hotel,
i samochód. Rano otrzymałam więc zaproszenie do już
w pełni
zorganizowanej podróży. Oczywiście przyjęłam je z ogromną
radością:).
Rzecz
jasna, mąż zorganizował podróż do Apulii na swoich zasadach.
Wybrał najtańsze opcje w każdej turystycznej kategorii, żeby
starczyło zasobów
finansowych na
kolejne wyjazdy. Nie buntowałam
się, bo to on zawiadywał
kasą
i martwił
się jakby co,
że jej braknie,
a poza tym jednak nie schodził
w podróżach poniżej pewnego akceptowalnego przeze mnie poziomu. A
ja jak najbardziej
akceptuję wyloty budżetowymi
liniami w
najtańszych porach roku i widełkach cenowych, co do wypożyczania samochodu, to
zależy mi tylko na tym, by był sprawny, najwięcej wymagań
oczywiście wiążąc
z noclegami.
Toteż
mąż nawet nie próbuje celować
poniżej trzech gwiazdek przy rezerwacji miejsc noclegowych, przynajmniej w tych
częściach świata, gdzie poziom czystości czy też wygody nie
dorównuje znanym nam standardom. Niestety, budzą one moje
wątpliwości w Południowych Włoszech, bo choć w końcu jest to
część
Europy, to jednak dużo już tam widzieliśmy.
I
dlatego z podejrzliwością przyglądam się taniemu obiektowi La torre della Fanciulla w Torre Pali, gdzie mąż zarezerwował noclegi na nasz
apulijski pobyt. No bo właściwie czemu trzygwiazdkowy obiekt, który
reklamuje się sielankową fotką, przedstawiającą kieliszek wina
na otwartej werandzie z przepięknym
widokiem na morze ma historię złożoną z najprzeróżniejszych
nazw? Czy to dlatego, by było trudniej znaleźć o nim opinie w
internecie? Nigdy czegoś podobnego nie widziałam, to jakby ktoś
każdemu z klientów proponował rezerwację w tym obiekcie pod inną
nazwą.
Niemniej
postanawiamy zaryzykować – w końcu mamy mieć noclegi w pokoju delux, z takimi udogodnieniami jak balkon/taras z widokiem, szlafrok
czy
też
wanna
z hydromasażem, więc obstawiamy, że tragedii być nie może.
Hmm…,
no choć niby tyle jeździmy po świecie, to wciąż nie przestajemy
być naiwni:).
Ten
obiekt już nie oferuje swoich usług na Booking.com, ani też chyba
nigdzie indziej
w internecie. Pozostał po nim niechlubny ślad w postaci oceny
pod zbiorczym
hasłem
„Terrible” na Tripadvisor. Jego
użytkownik o nazwie „uill” chyba najlepiej oddał charakter tego
miejsca słowami: „wszystko jest przeciwieństwem wszystkiego”.
No
i taki właśnie stan zastaliśmy na miejscu, gdy wreszcie późnym
wieczorem po zwiedzeniu przepięknego,
świątecznie już
przybranego
Locorotondo zjechaliśmy do hotelu (nie
znaleźliśmy go zresztą pod nazwą La
torre della Fanciulla
tylko pod szyldem
l'Isola della Fanciulla).
Ale właściciel nalewając nam aperitif, zapewnił, że następnego
dnia
przeniesie nas do swojego najlepszego pokoju.
Cóż,
tego wieczoru
byliśmy już tak
bardzo zmęczeni,
że pozostało nam tylko wziąć jego słowa za dobrą monetę i iść spokojnie spać. Dobrze,
że wtedy nie było jeszcze żadnych wzbudzających niepokój opinii o tym miejscu na
Tripadvisor. Teraz, czytając je, widzę, że to stała praktyka
postępowania w przypadku klientów, którzy zgłaszają wątpliwości
co do zakwaterowania ich w kategorii „delux”;). Potem chyba
upycha się tych nieszczęśników w wolnych pokojach w całej okolicy, co
zazwyczaj
standardu nie podnosi. Pół
roku po
naszym pobycie
użytkownik Tripadvisora „II B” napisze
o tym w taki sposób: „Gdyby istniał podręcznik, jak NIE
prowadzić hotelu, powinni go napisać”, co zresztą teraz mnie po
prostu śmieszy. Ale
chyba nie wszystkim było tam do śmiechu, skoro niejaki „ruty82”
napisał,
że grożono mu śmiercią po zamieszczeniu w
internecie negatywnej
opinii na temat obiektu.
Ale
my w swej nieświadomości zachowaliśmy pozytywne nastawienie i
następnego dnia istotnie przenieśliśmy się do chyba najlepszego
pokoju w La
torre della Fanciulla. W
naszej nowej łazience zastaliśmy nawet kabinę prysznicową z
hydromasażem (tyle że ze względów higienicznych nigdy go nie
uruchomiliśmy:). Cóż,
przy dłuższym pobycie pewnie bym miała więcej
wątpliwości,
ale raptem zostały nam jeszcze trzy noce do przespania, więc
uznaliśmy, że zostajemy.
Zresztą
i tak było nam
tam
o niebo lepiej niż w poprzednim pokoju, który zgodnie z
przypuszczeniem użytkownika Tripadvisor „soleluna88” być może
służył jako „akademik dla pracowników restauracji, którą
zarządzają”.
Na
mnie w pierwszej chwili obiekt zrobił wrażenie hotelu robotniczego,
ale być może dlatego, że stołowała się w nim rzeczywiście
ekipa mężczyzn, którzy po śniadaniu wyjeżdżali gdzieś chyba do
pracy, by wieczorem z dużym znużeniem wrócić na obfity
posiłek.
I
to właściwie byli jedyni klienci spotkani tam przez nas w środku
włoskiej zimy. Resztę stanowili miejscowi, którzy wpadali do
restauracji, zajmującej cały parter budynku - na kawę, kieliszek
czegoś mocniejszego lub kolację z dużą porcją karaoke. Próbowali
znaleźć sobie jakąś rozrywkę i umilić długie, pełne wilgoci i
chłodu wieczory, a dla nas podpatrywanie tego lokalnego życia w
martwym turystycznie sezonie było bardzo interesujące.
Tak
że my na pobyt w nowym pokoju hotelu La
torre della Fanciulla nie
narzekaliśmy
wcale. Trochę się wmieszaliśmy w jego lokalny klimat, cieszyliśmy
się wieczorami spędzanymi wspólnie z mieszkańcami, dostosowaliśmy
się do zwolnionego trybu życia. Zjedliśmy dobrą pizzę,
pozwoliliśmy didżejowi puścić nasze ulubione włoskie przeboje,
zostaliśmy fanami jakiegoś karaokowego
super
śpiewaka
z Torre Pali. Wyjechaliśmy
do domu
zadowoleni i często wracaliśmy do tamtych wspomnień. Z
niezwykłym
sentymentem zresztą…
*
Nasz
nowy pokój w La
torre della Fanciulla jest
w moim odczuciu emanacją upodobań Południa. Za wezgłowiem
„matrimonial bed” mamy malowidło na całą
ścianę, przedstawiające najbardziej sielskie widoczki,
jakie sobie można wyobrazić. Już się wcześniej z taką
stylistyką spotkaliśmy w hotelu Residenza Camilla w Rzymie.
Prowadził go Kalabryjczyk:).
Ale
nie spędzamy dużo czasu w pokoju – okolica jest tak urokliwa, że
grzechem byłoby nie korzystać z dobrodziejstw otaczającego nas
świata. Tam to dopiero znajdujemy sielskie widoczki. Żadne malowidła nie są
w stanie im dorównać.Zresztą przyznać trzeba, że to, co w La torre della Fanciulla nie zawiodło (jako jedyne:), to lokalizacja. By móc wpaść w zachwyt, wystarczyło tylko wyjść z hotelu. Całkiem dosłownie - już spod jego drzwi można zobaczyć morze, do którego prowadziła zaledwie króciutka uliczka.
Ale
akurat w grudniu
nie poświęcamy mu aż tak dużo uwagi.
Jeździmy za
to
po krętych dróżkach między sadami starych oliwek, ogrodzonych kamiennymi murkami. Oglądamy zagubione wśród nich kościółki,
wzniesione w średniowieczu i chyba od średniowiecza nieodnawiane.
Szukamy kolejnych „torre”, poczynając od tej, której ruiny
znajdują się na naszej plaży - Marina di Salve. Z racji swego położenia, niezwykle
to romantyczne budowle, powiewa od nich nostalgią, związaną pewnie
z historią tych terenów i z opowieściami o niejednokrotnie mrocznym finale. Można o
tym przeczytać na stronie: https://www.polacywbari.pl/tag/plaze-2/:
„Wieża
po włosku to torre i takie obiekty powstawały w okolicach XVI w. na
wybrzeżach Adriatyku. Służyły one do obserwacji
nieprzyjacielskich statków, zwłaszcza tureckich. Trzeba pamiętać
o tym, że wiek XVI to epoka piratów, wypraw morskich i grabienia
wybrzeży przez inne narody, dlatego w trosce o bezpieczeństwo
mieszkańców zaczęto budować takie wieże, miały ostrzegać przed
nieprzyjacielskim statkiem na morzu.”
Cieszy
nas takie zwiedzanie bez planów, map, przewodników. Ot, droga sama
prowadzi, tam, gdzie oczy poniosą...Zjeżdżając
do jednej z torre, widzę na umocnieniu pobocza jezdni napis
„bongiorno princessa” i wiem, że to będzie tytuł tego odcinka
podróży:).
No
to jedziemy dalej i ach, jakie podekscytowanie przynosi moje
pierwsze spotkanie z domkiem trulli! Obiegam
go omal z każdej strony, robię milion fotek. Już mi nawet
Arbelobello nie jest potrzebne.
To
miasteczko zwiedzę dopiero pięć lat później – już bez
Andrzeja. Na tegorocznym wyjeździe feriowym zorganizowanym przez Edi. Zrozumiem
wówczas, jak bardzo się myliłam przed laty. Arbelobello jest
potrzebnym punktem każdego programu zwiedzania Apulii. O ile
pojedyncze domki trulli robią wielkie wrażenie, zwłaszcza, gdy
wyrastają znienacka w samym środku apulijskich pól i sadów, to
jednak ich zagęszczenie na niewielkiej powierzchni po prostu rzuca
na kolana. Arbelobello jest wprost niewiarygodne w swym uroku i
inności od innych włoskich miasteczek regionu. W domkach trulli
znajdują się pokoje do wynajęcia dla turystów i zwyczajne
mieszkania dla lokalsów. Do jednego z nich zostałyśmy nawet
zaproszone – właściciel chętnie je pokazuje za drobną opłatą.
Skromne kamienne wnętrza i szylkretowa kotka drzemiąca na łóżku
pod łukiem powały pozostawiają nas z refleksjami o tradycyjnym i
prostym życiu, które było odpowiedzią na zastane tu, zapewne nie zawsze
łatwe warunki.
„Pierwsze
domy tego typu powstały w XIII wieku, jednak zdecydowana większość
ma około 300 lat. Te przedziwne konstrukcje, przykryte dachem w
kształcie stożka ułożonego z łupków kamienia wapiennego, celowo
były budowane bez zaprawy. A wszystko po to, by obejść podatki
nakładane przez Królestwo Neapolu na każdy nowo wybudowany solidny
dom. Podobno, jak głosi legenda, lokalni hrabiowie, chcąc uniknąć
płacenia podatków, nakazywali chłopom budować nietrwałe i łatwe
do zdemontowania domostwa”, jak można przeczytać na stronie:
https://ourlittleadventures.pl/tajemnica-alberobello/.
Można tylko dodać, że „Gdy zjawiał się poborca, zdejmowano
czubek bądź też rozbierano częściowo dach, dzięki czemu dom
wyglądał jak niedokończony i tym samym poborca nie mógł ściągnąć
od mieszkańców podatku”
(https://podroze.onet.pl/ciekawe/wloskie-domki-trulli-w-alberobello/f2gg6g9). Choć oczywiście nie ma co do tego pewności.
Trulli
wpisano na Listę Światowego
Dziedzictwa
Unesco, co zapewne nie dziwi nikogo, kto je kiedykolwiek widział.
Obecnie jest ich w Alberobello około półtora tysiąca. Znajdują
się w nich restauracje, sklepy z pamiątkami, nawet kościół -
Parrocchia Sant’Antonio Di Padova utrzymany jest w podobnym stylu.
*
Pięć
lat różnicy, dwie wycieczki w zupełnie innych okolicznościach i
składzie, mnóstwo miast obejrzanych za pierwszym i drugim razem.
Niektóre pamiętam, jakby wczoraj, inne mają zamazane kontury lub
przeciwnie, pozostały po nich zaledwie zarysy, które nawet trudno
przypasować do konkretnych miejsc. Każda
z wycieczek przyniosła zupełnie inne wrażenia, czasem też
zupełnie odmienne spojrzenie na zwiedzane miejsca. Przykładowo,
wspomniane w pierwszej części wpisu Lokorotondo (lista
Borghi più
belli d’Italia, czyli
najpiękniejszych małych miasteczek Włoch)
prezentowało się za drugim razem zdecydowanie skromniej bez świątecznego anturażu,
natomiast dopiero wówczas
miałam okazję zobaczyć koliste uformowanie starówki tej miejscowości (spojrzenie
z Valle d’Itria).
Obydwa
wyjazdy były
piękne,
choć tak bardzo różniące się charakterem. Jeśli miałabym podać
jedną zasadniczą różnicę, to pierwsza,
jaka
przychodzi mi do głowy
ma
kryterium
religijne. Zrobiłabym tu na przykład rozróżnienie:
pielgrzymka
versus objazdówka. Choć oczywiście charakter każdej z tych
wycieczek się
zmieniał
i trudno byłoby powiedzieć, że utrzymywał się cały czas w
jakiejś konkretnej formie. Niemniej w
czasie
naszego
pierwszego
pobytu
na włoskim obcasie mąż rzeczywiście wybierał
miejsca
o szczególnym
znaczeniu
duchowym, tradycyjnie
przyciągających pielgrzymów.
Podążając
tym kluczem, trafiliśmy na przykład do Copertino. O miasteczku
tym
można przeczytać w
Wikipedii dokładnie trzy zdania, przy czym to trzecie było dla nas
najważniejsze: ‘W Copertino urodził się św. Józef
Deza (1603-1663) z zakonu Franciszkanów Konwentualnych”. A
to cudowny Święty, który jest „patronem lotników, astronautów,
podróżujących drogą powietrzną, pilotów wojsk NATO
i studentów zdających egzaminy lub testy, szczególnie tych, którzy
mają problemy z nauką”
(https://pl.wikipedia.org/wiki/J%C3%B3zef_z_Kupertynu).
Ach,
no
i
jeszcze osób z ADHD:).
I
tu trzeba podkreślić, że na każdy z tych tytułów Józef z
Kupertynu w pełni sobie zasłużył swym niezwykłym, dosłownie
„odlecianym” życiem. Jak można wyczytać z tego samego źródła
(choć potrzebne są dalsze przypisy) Święty „Według legendy, w
1630 w czasie procesji ku czci św.
Franciszka miał pierwsze uniesienie ekstatyczne połączone z
lewitacją,
obserwowane przez tłumy. Lewitacje miały następować codziennie i
odbywać się w momentach uniesienia duchowego (ekstazy)”.
I
to wszystko przydarzyło się chłopcu, którego nie chciano nawet
przyjąć do klasztoru z powodu, jak określa to Wikipedia,
„domniemanej głupoty”:). Polecam gorąco zapoznać się z
bardziej obszernym życiorysem Świętego Józefa z Kupertynu, bo
warto,
jest on naprawdę wyjątkowy.
Na
jego postać zwróciła mi uwagę przed laty siostra. Ubawiła
mnie szczerze, wyznając, że ona nie stoi
w kolejkach
po orędownictwo tych Świętych, którzy są tak bardzo popularni
wśród wiernych, że trudno się w ogóle do nich dopchać. Z tego
względu jako orędownika upatrzyła sobie mało znanego w Polsce
Józefa z Kupertynu. Ujął ją jego polecany już tutaj życiorys.
W
Copertino zapoznaliśmy się z Bazyliką, domem rodzinnym Świętego, zamkiem o korzeniach z XIII wieku. Wszystko to pięć
lat temu podczas pobytu z mężem. Bo
w tym roku tam nie dojechaliśmy, Mieszkaliśmy dużo dalej od
koniuszka obcasa. W pięknym obiekcie Blu Sea Villas w Villanova pod
Ostuni. Na zamkniętym osiedlu Villaggio Mare Blu 2. W zupełnie
innym standardzie niż przed laty. Można nawet rzec, że w luksusie.
I
choć to był pobyt dłuższy niż poprzednio, z dużo większym
komfortem i zasobniejszym budżetem, to ja jednak nieustannie
tęskniłam za tym, co przeżyłam wcześniej. Wspominałam
nocny powrót w deszczu do La
torre della Fanciulla,
kiedy
musieliśmy się przebijać przez drogę pełną ropuch, starając
się nie zrobić im żadnej krzywdy. Poranki, gdy przy
śniadaniu kompletny
brak możliwości wyboru czegoś zjadliwego
spośród konfekcjonowanych marketowych ciastek rekompensowało
capuccino ze świeżutkim croissantem,
przynoszonym nam przez kelnera z lokalnej cukierni. Nawet chwila, gdy zobaczyłam,
że z balkonu naszego nowego pokoju widać skrawek morza pomiędzy
antenami i kominami okolicznych dachów, wydawała mi się po latach
magiczna. Tęskniłam
za
zadziwianiem się w
nieturystycznych kościółkach wielkimi
rzeźbami,
które są obnoszone po okolicy w święta przez wiernych, za
myszkowaniem po pchlich targach, a
przede wszystkim za towarzystwem podróżującego
ze mną męża.
To dla niego byłam princessą w
południowych Włoszech.
Wyruszył tam
ze względu na moje potrzeby, nie swoje (ach, jak wielkim był
domatorem), starał się spełniać moje oczekiwania, chciał, żebym
była szczęśliwa. I
żadne luksusy, ani nawet najlepsze towarzystwo, które miałam
na ostatnim wyjeździe, tego nie zrekompensują. Nic nie jest w
stanie sprawić, że tęsknota przycichnie. Nic
nie jest w stanie zastąpić czasu,
gdy rankiem mogłam usłyszeć mężowe „bongiorno”...