środa, 12 lutego 2025

BONGIORNO PRINCESSA

Południowe Włochy to kierunek, który w rankingu mojego męża zajmował scisłe podium. Nic dziwnego, że po licznych zachwytach Kalabrią, zdecydował się na eksplorację Apulii podczas mojego urlopu zdrowotnego. W tym czasie Bari stanowiło częsty cel podróży, tanimi liniami można było łatwo tam dolecieć.

Samo miasto zwiedzaliśmy dość dokładnie, wracając z pobytu świąteczno – noworocznego na Malcie. W stolicy Apulii zatrzymaliśmy się wówczas na dwie noce i wspominam to jako czas wielkiego zachwytu.

Ale dokładnie miesiąc wcześniej mąż postanowił, że wypożyczymy auto i udamy się jeszcze dalej na Południe. Na koniuszek włoskiego obcasa. Ucieszyłam się bardzo możliwością eksploracji tego regionu, zwłaszcza, że wycieczka została mi podana od razu „na gotowo” – mąż, chcąc zrobić niespodziankę, zarezerwował jednej bezsennej nocy i lot, i hotel, i samochód. Rano otrzymałam więc zaproszenie do już w pełni zorganizowanej podróży. Oczywiście przyjęłam je z ogromną radością:).

Rzecz jasna, mąż zorganizował podróż do Apulii na swoich zasadach. Wybrał najtańsze opcje w każdej turystycznej kategorii, żeby starczyło zasobów finansowych na kolejne wyjazdy. Nie buntowałam się, bo to on zawiadywał kasą i martwił się jakby co, że jej braknie, a poza tym jednak nie schodził w podróżach poniżej pewnego akceptowalnego przeze mnie poziomu. A ja jak najbardziej akceptuję wyloty budżetowymi liniami w najtańszych porach roku i widełkach cenowych, co do wypożyczania samochodu, to zależy mi tylko na tym, by był sprawny, najwięcej wymagań oczywiście wiążąc z noclegami.

Toteż mąż nawet nie próbuje celować poniżej trzech gwiazdek przy rezerwacji miejsc noclegowych, przynajmniej w tych częściach świata, gdzie poziom czystości czy też wygody nie dorównuje znanym nam standardom. Niestety, budzą one moje wątpliwości w Południowych Włoszech, bo choć w końcu jest to część Europy, to jednak dużo już tam widzieliśmy.

I dlatego z podejrzliwością przyglądam się taniemu obiektowi La torre della Fanciulla w Torre Pali, gdzie mąż zarezerwował noclegi na nasz apulijski pobyt. No bo właściwie czemu trzygwiazdkowy obiekt, który reklamuje się sielankową fotką, przedstawiającą kieliszek wina na otwartej werandzie z przepięknym widokiem na morze ma historię złożoną z najprzeróżniejszych nazw? Czy to dlatego, by było trudniej znaleźć o nim opinie w internecie? Nigdy czegoś podobnego nie widziałam, to jakby ktoś każdemu z klientów proponował rezerwację w tym obiekcie pod inną nazwą.

Niemniej postanawiamy zaryzykować – w końcu mamy mieć noclegi w pokoju delux, z takimi udogodnieniami jak balkon/taras z widokiem, szlafrok czy też wanna z hydromasażem, więc obstawiamy, że tragedii być nie może.

Hmm…, no choć niby tyle jeździmy po świecie, to wciąż nie przestajemy być naiwni:).

Ten obiekt już nie oferuje swoich usług na Booking.com, ani też chyba nigdzie indziej w internecie. Pozostał po nim niechlubny ślad w postaci oceny pod zbiorczym hasłem „Terrible” na Tripadvisor. Jego użytkownik o nazwie „uill” chyba najlepiej oddał charakter tego miejsca słowami: „wszystko jest przeciwieństwem wszystkiego”.

No i taki właśnie stan zastaliśmy na miejscu, gdy wreszcie późnym wieczorem po zwiedzeniu przepięknego, świątecznie już przybranego Locorotondo zjechaliśmy do hotelu (nie znaleźliśmy go zresztą pod nazwą La torre della Fanciulla tylko pod szyldem l'Isola della Fanciulla). Ale właściciel nalewając nam aperitif, zapewnił, że następnego dnia przeniesie nas do swojego najlepszego pokoju.

Cóż, tego wieczoru byliśmy już tak bardzo zmęczeni, że pozostało nam tylko wziąć jego słowa za dobrą monetę i iść spokojnie spać. Dobrze, że wtedy nie było jeszcze żadnych wzbudzających niepokój opinii o tym miejscu na Tripadvisor. Teraz, czytając je, widzę, że to stała praktyka postępowania w przypadku klientów, którzy zgłaszają wątpliwości co do zakwaterowania ich w kategorii „delux”;). Potem chyba upycha się tych nieszczęśników w wolnych pokojach w całej okolicy, co zazwyczaj standardu nie podnosi. Pół roku po naszym pobycie użytkownik Tripadvisora „II B” napisze o tym w taki sposób: „Gdyby istniał podręcznik, jak NIE prowadzić hotelu, powinni go napisać”, co zresztą teraz mnie po prostu śmieszy. Ale chyba nie wszystkim było tam do śmiechu, skoro niejaki „ruty82” napisał, że grożono mu śmiercią po zamieszczeniu w internecie negatywnej opinii na temat obiektu.

Ale my w swej nieświadomości zachowaliśmy pozytywne nastawienie i następnego dnia istotnie przenieśliśmy się do chyba najlepszego pokoju w La torre della Fanciulla. W naszej nowej łazience zastaliśmy nawet kabinę prysznicową z hydromasażem (tyle że ze względów higienicznych nigdy go nie uruchomiliśmy:). Cóż, przy dłuższym pobycie pewnie bym miała więcej wątpliwości, ale raptem zostały nam jeszcze trzy noce do przespania, więc uznaliśmy, że zostajemy. Zresztą i tak było nam tam o niebo lepiej niż w poprzednim pokoju, który zgodnie z przypuszczeniem użytkownika Tripadvisor „soleluna88” być może służył jako „akademik dla pracowników restauracji, którą zarządzają”.

Na mnie w pierwszej chwili obiekt zrobił wrażenie hotelu robotniczego, ale być może dlatego, że stołowała się w nim rzeczywiście ekipa mężczyzn, którzy po śniadaniu wyjeżdżali gdzieś chyba do pracy, by wieczorem z dużym znużeniem wrócić na obfity posiłek. I to właściwie byli jedyni klienci spotkani tam przez nas w środku włoskiej zimy. Resztę stanowili miejscowi, którzy wpadali do restauracji, zajmującej cały parter budynku - na kawę, kieliszek czegoś mocniejszego lub kolację z dużą porcją karaoke. Próbowali znaleźć sobie jakąś rozrywkę i umilić długie, pełne wilgoci i chłodu wieczory, a dla nas podpatrywanie tego lokalnego życia w martwym turystycznie sezonie było bardzo interesujące.

Tak że my na pobyt w nowym pokoju hotelu La torre della Fanciulla nie narzekaliśmy wcale. Trochę się wmieszaliśmy w jego lokalny klimat, cieszyliśmy się wieczorami spędzanymi wspólnie z mieszkańcami, dostosowaliśmy się do zwolnionego trybu życia. Zjedliśmy dobrą pizzę, pozwoliliśmy didżejowi puścić nasze ulubione włoskie przeboje, zostaliśmy fanami jakiegoś karaokowego super śpiewaka z Torre Pali. Wyjechaliśmy do domu zadowoleni i często wracaliśmy do tamtych wspomnień. Z niezwykłym sentymentem zresztą…

*

Nasz nowy pokój w La torre della Fanciulla jest w moim odczuciu emanacją upodobań Południa. Za wezgłowiem „matrimonial bed” mamy malowidło na całą ścianę, przedstawiające najbardziej sielskie widoczki, jakie sobie można wyobrazić. Już się wcześniej z taką stylistyką spotkaliśmy w hotelu Residenza Camilla w Rzymie. Prowadził go Kalabryjczyk:).

Ale nie spędzamy dużo czasu w pokoju – okolica jest tak urokliwa, że grzechem byłoby nie korzystać z dobrodziejstw otaczającego nas świata. Tam to dopiero znajdujemy sielskie widoczki. Żadne malowidła nie są w stanie im dorównać.Zresztą przyznać trzeba, że to, co w La torre della Fanciulla nie zawiodło (jako jedyne:), to lokalizacja. By móc wpaść w zachwyt, wystarczyło tylko wyjść z hotelu. Całkiem dosłownie - już spod jego drzwi można zobaczyć morze, do którego prowadziła zaledwie króciutka uliczka. 

Ale akurat w grudniu nie poświęcamy mu aż tak dużo uwagi. Jeździmy za to po krętych dróżkach między sadami starych oliwek, ogrodzonych kamiennymi murkami. Oglądamy zagubione wśród nich kościółki, wzniesione w średniowieczu i chyba od średniowiecza nieodnawiane. Szukamy kolejnych „torre”, poczynając od tej, której ruiny znajdują się na naszej plaży - Marina di Salve. Z racji swego położenia, niezwykle to romantyczne budowle, powiewa od nich nostalgią, związaną pewnie z historią tych terenów i z opowieściami o niejednokrotnie mrocznym finale. Można o tym przeczytać na stronie: https://www.polacywbari.pl/tag/plaze-2/:

„Wieża po włosku to torre i takie obiekty powstawały w okolicach XVI w. na wybrzeżach Adriatyku. Służyły one do obserwacji nieprzyjacielskich statków, zwłaszcza tureckich. Trzeba pamiętać o tym, że wiek XVI to epoka piratów, wypraw morskich i grabienia wybrzeży przez inne narody, dlatego w trosce o bezpieczeństwo mieszkańców zaczęto budować takie wieże, miały ostrzegać przed nieprzyjacielskim statkiem na morzu.”

Cieszy nas takie zwiedzanie bez planów, map, przewodników. Ot, droga sama prowadzi, tam, gdzie oczy poniosą...Zjeżdżając do jednej z torre, widzę na umocnieniu pobocza jezdni napis „bongiorno princessa” i wiem, że to będzie tytuł tego odcinka podróży:).

No to jedziemy dalej i ach, jakie podekscytowanie przynosi moje pierwsze spotkanie z domkiem trulli! Obiegam go omal z każdej strony, robię milion fotek. Już mi nawet Arbelobello nie jest potrzebne.

To miasteczko zwiedzę dopiero pięć lat później – już bez Andrzeja. Na tegorocznym wyjeździe feriowym zorganizowanym przez Edi. Zrozumiem wówczas, jak bardzo się myliłam przed laty. Arbelobello jest potrzebnym punktem każdego programu zwiedzania Apulii. O ile pojedyncze domki trulli robią wielkie wrażenie, zwłaszcza, gdy wyrastają znienacka w samym środku apulijskich pól i sadów, to jednak ich zagęszczenie na niewielkiej powierzchni po prostu rzuca na kolana. Arbelobello jest wprost niewiarygodne w swym uroku i inności od innych włoskich miasteczek regionu. W domkach trulli znajdują się pokoje do wynajęcia dla turystów i zwyczajne mieszkania dla lokalsów. Do jednego z nich zostałyśmy nawet zaproszone – właściciel chętnie je pokazuje za drobną opłatą. Skromne kamienne wnętrza i szylkretowa kotka drzemiąca na łóżku pod łukiem powały pozostawiają nas z refleksjami o tradycyjnym i prostym życiu, które było odpowiedzią na zastane tu, zapewne nie zawsze łatwe warunki.

„Pierwsze domy tego typu powstały w XIII wieku, jednak zdecydowana większość ma około 300 lat. Te przedziwne konstrukcje, przykryte dachem w kształcie stożka ułożonego z łupków kamienia wapiennego, celowo były budowane bez zaprawy. A wszystko po to, by obejść podatki nakładane przez Królestwo Neapolu na każdy nowo wybudowany solidny dom. Podobno, jak głosi legenda, lokalni hrabiowie, chcąc uniknąć płacenia podatków, nakazywali chłopom budować nietrwałe i łatwe do zdemontowania domostwa”, jak można przeczytać na stronie: https://ourlittleadventures.pl/tajemnica-alberobello/. Można tylko dodać, że „Gdy zjawiał się poborca, zdejmowano czubek bądź też rozbierano częściowo dach, dzięki czemu dom wyglądał jak niedokończony i tym samym poborca nie mógł ściągnąć od mieszkańców podatku” (https://podroze.onet.pl/ciekawe/wloskie-domki-trulli-w-alberobello/f2gg6g9). Choć oczywiście nie ma co do tego pewności.

Trulli wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Unesco, co zapewne nie dziwi nikogo, kto je kiedykolwiek widział. Obecnie jest ich w Alberobello około półtora tysiąca. Znajdują się w nich restauracje, sklepy z pamiątkami, nawet kościół - Parrocchia Sant’Antonio Di Padova utrzymany jest w podobnym stylu.

*

Pięć lat różnicy, dwie wycieczki w zupełnie innych okolicznościach i składzie, mnóstwo miast obejrzanych za pierwszym i drugim razem. Niektóre pamiętam, jakby wczoraj, inne mają zamazane kontury lub przeciwnie, pozostały po nich zaledwie zarysy, które nawet trudno przypasować do konkretnych miejsc. Każda z wycieczek przyniosła zupełnie inne wrażenia, czasem też zupełnie odmienne spojrzenie na zwiedzane miejsca. Przykładowo, wspomniane w pierwszej części wpisu Lokorotondo (lista Borghi più belli d’Italia, czyli najpiękniejszych małych miasteczek Włoch) prezentowało się za drugim razem zdecydowanie skromniej bez świątecznego anturażu, natomiast dopiero wówczas miałam okazję zobaczyć koliste uformowanie starówki tej miejscowości (spojrzenie z Valle d’Itria).

Obydwa wyjazdy były piękne, choć tak bardzo różniące się charakterem. Jeśli miałabym podać jedną zasadniczą różnicę, to pierwsza, jaka przychodzi mi do głowy ma kryterium religijne. Zrobiłabym tu na przykład rozróżnienie: pielgrzymka versus objazdówka. Choć oczywiście charakter każdej z tych wycieczek się zmieniał i trudno byłoby powiedzieć, że utrzymywał się cały czas w jakiejś konkretnej formie. Niemniej w czasie naszego pierwszego pobytu na włoskim obcasie mąż rzeczywiście wybierał miejsca o szczególnym znaczeniu duchowym, tradycyjnie przyciągających pielgrzymów.

Podążając tym kluczem, trafiliśmy na przykład do Copertino. O miasteczku tym można przeczytać w Wikipedii dokładnie trzy zdania, przy czym to trzecie było dla nas najważniejsze: ‘W Copertino urodził się św. Józef Deza (1603-1663) z zakonu Franciszkanów Konwentualnych”. A to cudowny Święty, który jest „patronem lotników, astronautów, podróżujących drogą powietrzną, pilotów wojsk NATO i studentów zdających egzaminy lub testy, szczególnie tych, którzy mają problemy z nauką” (https://pl.wikipedia.org/wiki/J%C3%B3zef_z_Kupertynu). Ach, no i jeszcze osób z ADHD:).

I tu trzeba podkreślić, że na każdy z tych tytułów Józef z Kupertynu w pełni sobie zasłużył swym niezwykłym, dosłownie „odlecianym” życiem. Jak można wyczytać z tego samego źródła (choć potrzebne są dalsze przypisy) Święty „Według legendy, w 1630 w czasie procesji ku czci św. Franciszka miał pierwsze uniesienie ekstatyczne połączone z lewitacją, obserwowane przez tłumy. Lewitacje miały następować codziennie i odbywać się w momentach uniesienia duchowego (ekstazy)”.

I to wszystko przydarzyło się chłopcu, którego nie chciano nawet przyjąć do klasztoru z powodu, jak określa to Wikipedia, „domniemanej głupoty”:). Polecam gorąco zapoznać się z bardziej obszernym życiorysem Świętego Józefa z Kupertynu, bo warto, jest on naprawdę wyjątkowy.

Na jego postać zwróciła mi uwagę przed laty siostra. Ubawiła mnie szczerze, wyznając, że ona nie stoi w kolejkach po orędownictwo tych Świętych, którzy są tak bardzo popularni wśród wiernych, że trudno się w ogóle do nich dopchać. Z tego względu jako orędownika upatrzyła sobie mało znanego w Polsce Józefa z Kupertynu. Ujął ją jego polecany już tutaj życiorys.

W Copertino zapoznaliśmy się z Bazyliką, domem rodzinnym Świętego, zamkiem o korzeniach z XIII wieku. Wszystko to pięć lat temu podczas pobytu z mężem. Bo w tym roku tam nie dojechaliśmy, Mieszkaliśmy dużo dalej od koniuszka obcasa. W pięknym obiekcie Blu Sea Villas w Villanova pod Ostuni. Na zamkniętym osiedlu Villaggio Mare Blu 2. W zupełnie innym standardzie niż przed laty. Można nawet rzec, że w luksusie.

I choć to był pobyt dłuższy niż poprzednio, z dużo większym komfortem i zasobniejszym budżetem, to ja jednak nieustannie tęskniłam za tym, co przeżyłam wcześniej. Wspominałam nocny powrót w deszczu do La torre della Fanciulla, kiedy musieliśmy się przebijać przez drogę pełną ropuch, starając się nie zrobić im żadnej krzywdy. Poranki, gdy przy śniadaniu kompletny brak możliwości wyboru czegoś zjadliwego spośród konfekcjonowanych marketowych ciastek rekompensowało capuccino ze świeżutkim croissantem, przynoszonym nam przez kelnera z lokalnej cukierni. Nawet chwila, gdy zobaczyłam, że z balkonu naszego nowego pokoju widać skrawek morza pomiędzy antenami i kominami okolicznych dachów, wydawała mi się po latach magiczna. Tęskniłam za zadziwianiem się w nieturystycznych kościółkach wielkimi rzeźbami, które są obnoszone po okolicy w święta przez wiernych, za myszkowaniem po pchlich targach, a przede wszystkim za towarzystwem podróżującego ze mną męża. To dla niego byłam princessą w południowych Włoszech. Wyruszył tam ze względu na moje potrzeby, nie swoje (ach, jak wielkim był domatorem), starał się spełniać moje oczekiwania, chciał, żebym była szczęśliwa. I żadne luksusy, ani nawet najlepsze towarzystwo, które miałam na ostatnim wyjeździe, tego nie zrekompensują. Nic nie jest w stanie sprawić, że tęsknota przycichnie. Nic nie jest w stanie zastąpić czasu, gdy rankiem mogłam usłyszeć mężowe „bongiorno”... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz