piątek, 7 lutego 2025

TRZY KRAJE W 24 GODZINY

 


Na spadek nastroju tuż po Nowym Roku nałożyło mi się jeszcze zaskakujące odkrycie. Dotyczyło planowanych podczas ferii podróży. Tak bardzo na nie czekałam. Snułam marzenia. Przywoływałam wspomnienia. I co rusz oglądałam rezerwacje na swoich kontach.

Za pośrednictwem Booking.com miałam zarezerwowany pobyt dla czterech osób w przepięknym obiekcie w południowych Włoszech w pierwszym feryjnym tygodniu. Założenie rezerwacji było całym moim wkładem w organizację włoskiej podróży;). To Edi wyszukała w internecie Blue Sea Villas by Wonderful Italy. Mało tego, przysłała mi nawet link, za pomocą którego mogłam od razu zrobić tam rezerwację;).

Drugi tydzień zaplanowałam z Anią w Zatoce Świętego Pawła na Malcie z pomocą eSky. Na tym koncie widniała rezerwacja w pakiecie lot plus hotel. Tak więc tylko przelot z Krakowa do Bari i z powrotem, zarezerwowany przez Edi, znajdował się na jej koncie Ryanaira, czyli z dala od mojego wzroku.

No i właśnie! Problem pojawił się dlatego, że do screena tej rezerwacji nie zajrzałam na czas.

Bo nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie przyszłoby mi do głowy, że pobyt we Włoszech ma trwać dłużej, niż by wynikało z daty zakończenia noclegów. Otóż Edi zaplanowała ostatnią z włoskich nocy nie w przepięknej willi, która widniała na moim koncie Booking.com, lecz na lotnisku w Bari! Dlaczego tak? Ano z oszczędności. Bo odlot z Bari do Krakowa miał odbyć się o świcie, co oznaczało, że kolejny nocleg w Blue Sea Villas byłby w dużej mierze okrojony czasowo (żeby nie napisać, że w znacznym stopniu całkiem niewykorzystany), a na lotnisko trzeba by wyruszyć niedługo po tym, gdy noc dopiero na dobre się rozpocznie.

Tyle że ja o tym nie wiedziałam. Nie rozmawiałam na ten temat z Edi, zanim przysłała mi link do rezerwacji noclegów na okres o jeden dzień krótszy niż pobyt w południowych Włoszech. Potem też nie.

Skutek był taki, że końcówka pobytu w tym kraju nałożyła mi się na rozpoczynające się wczasy z Anią. Z Bari miałam przylecieć do Krakowa o godzinie 8.00, gdy tymczasem wylot na Maltę był zaplanowany dwie godziny wcześniej. I to z Katowic!

No cóż, oszczędności grupowe okazały się dla mnie nie najlepszym rozwiązaniem. Ale oczywiście biorę na klatę fakt, że tego nie sprawdziłam wyjątkowo dokładnie, kierując się jedynie datami rezerwacji noclegów.

Tak więc po pierwszej chwili popłochu, przystąpiłam do naprawiania sytuacja i szukania dla siebie alternatywnego lotu. Trzeba się pogodzić z tym, że podróże czasem generują dodatkowe koszta, odbiegające od tych zaplanowanych;).

Przyznać też trzeba, że byłyby one względnie niskie, gdybym się zdecydowała lecieć na Maltę prosto z Bari. Początkowo kusił mnie taki wariant. Kiedyś lecieliśmy z mężem w odwrotnym kierunku i z sentymentem myślałam, że raz jeszcze znajdę się na trasie między tymi dwoma lotniskami.

Ale jednak nade wszystko chciałam od samego początku dzielić maltańską przygodę wespół w zespół z Anią, więc szybko podjęłam decyzję o powrocie z południowych Włoch dzień wcześniej niż reszta grupy.

Czy było mi żal odjeżdżać z Bari, podczas gdy cała ekipa tam jeszcze zostawała? Oczywiście, że tak. Zwłaszcza, że Edi zaplanowała ten ostatni włoski dzień niezwykle atrakcyjnie. Miało być i zwiedzanie miasta wylotu (ach, jak mi się chciało wrócić do Katedry Świętego Mikołaja), i San Giovanni Rotondo (to ze względu na Ojca Pio), a także trekking po Parku Narodowym Gargano.

Ale jednocześnie żal, że to się tym razem nie wydarzy, przysłaniała ogromna radość z powodu nowej podróży z Anią, dla której właśnie wracałam.

Tak więc czas powrotu był ostatecznie spędzony w dobrym humorze, przepełniony ekscytacją tym, co mnie wkrótce czeka i pewnością, że właśnie w ten sposób chcę spędzić swoje ferie. I z takim nastawieniem rozpoczęłam bladym świtem swój ostatni dzień na Południu Włoch. Oglądając przy okazji zabarwiające się na czerwono niebo.

- To będzie dzień z trzema krajami w dwadzieścia cztery godziny – śmieje się Ania.

Cóż, tak właśnie było. Ale dałam radę. Organizacyjnie pomogła nieoceniona Zuzia, która przyjechała po mnie na lotnisko. Dzielna dziewczyna, choć jej staż za kierownicą nie jest długi, to daje radę na każdej trasie.

Ania zjechała z Łodzi wkrótce po tym, jak Zuzia dowiozła nas do domu. Już nie myślałam ani chwili o tym, co się skończyło, czy też co mnie ominęło. Cieszyłam się kompletem moich najbliższych, którzy mi towarzyszyli. Niedługo. Na kolejne lotnisko trzeba było wyruszyć w środku nocy. Nie czułam zmęczenia. Byłam szczęśliwa, że spędzę najbliższe dni z Anią. Wprost nie mogłyśmy się nagadać.

W dobrym towarzystwie czas płynie tak szybko. Poszłyśmy jedynie na kawę do lotniskowego baru i ledwie zdążyłyśmy na last call! Zupełnie nie wiem, jak to się stało;).

No ale udało się. Już bez żadnych dalszych „przygód” doleciałyśmy na Maltę, by zacząć kolejny rozdział cudownego czasu odpoczynku i zrzucania z siebie balastu nazbieranego podczas długiego okresu brania się z życiem za bary.

Wszystko zatem dobre, co się dobrze kończy. W dwadzieścia cztery godziny byłam w trzech krajach na czterech lotniskach i wszystko poszło całkiem gładko i bez zbędnego stresu. Przypomniałam sobie, jak dobrze się czuję w podróżach i jak sprawnie radzę sobie z wyzwaniami, które z sobą niosą. Z pomocą przyjaznych ludzi zapewniłam sobie piękny czas, który był odpowiedzią na aktualne oczekiwania i pragnienia. Spędziłam ferie spełnionych marzeń  w najlepszym stylu na ten moment życia...





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz