Wreszcie wszystkie powody do świętowania, celebrowania, imieninowania, a nawet obchodów smutnych rocznic się zakończyły. Ucichły związane z tym emocje. Ze stołu zniknął czerwony obrus przetykany metaliczną nitką. Odświętna porcelana wróciła do pudełek.
Na scenie pozostał tylko cyprysik, który ozdabiał stół od początku grudnia (w związku z nadejściem prawdziwej zimy tuż po Nowym Roku w dalszym ciągu nie można go było wywieźć na cmentarz) oraz troszkę już przysuszony zielony wianuszek z żywych roślin, zakupiony w katolickiej szkole na bożonarodzeniowym jarmarku.
Roślinkom, które się już u mnie zasiedziały, dokupiłam do towarzystwa najpierw hiacynty (bo tak mi się już chciało wiosny), potem amarylisy. Z innego marketu niż poprzednio – teraz często korzystam z takiego znacznie skromniejszego po drodze do nowszej szkoły.
Skromniejszy market, to i amarylisy skromniejsze. Cóż powiedzieć, ze swoimi pojedynczymi pędami wyglądają jak ubodzy krewni tych, które hodowałam poprzednio. No trudno, nie wszystko musi być idealne.
Narzekać nie będę, bo z takim nastawieniem weszłam w Nowy Rok. Całkiem to zgodne z mottem, którym w Sylwestra Beata Pawlikowska pożegnała użytkowników swojego kalendarza Rok dobrych myśli 2024. Trochę mi szkoda, że nasza wspólna przygoda już się skończyła.
„Na Nowy Rok zabieram ze sobą: Mniej narzekania na to co było. Więcej zachwytu nad tym co jest piękne dzisiaj. Kocham moje życie i dziękuję za to, że je mam!” - napisała pani Beata.
Zasadniczo się z nią zgadzam. Narzekanie bardzo obniża jakość życia. Powoduje, iż wydaje nam się, jakby było gorsze od tego, które mają inni ludzie. Bardzo niepotrzebne jest takie samodołowanie.
O ileż przyjemniejszy jest zachwyt. Tylko tu już potrzeba więcej samozaparcia, o które trudno w zabieganiu i zmęczeniu, by dostrzegać każdy skierowany ku nam przez życie promyk życiodajnego światła. Czasem czujemy na skórze jego wyraźny dotyk, czasem zaledwie lekkie muśnięcie. Ale, gdy to się dzieje, to muszę poświęcać temu większą uwagę. Bo warto ją kierować na wszystko, co rozświetla nasze dni. To podnosi na duchu.
Moje świąteczne ferie były również związane z książkami, które wykraczały poza skrótowe wpisy we wspomnianym kalendarzu:). Wśród nich znajdowała się kolejna pozycja od Beaty Pawlikowskiej, tym razem na temat zdrowego odżywiania. Przeczytałam z pozytywnym nastawieniem, bo lata śmieciowego, kompulsywnego, tuczącego jedzenia, zaczęły mi już całkiem dosłownie „wychodzić bokiem”, przyczyniając się do coraz większych dolegliwości żołądkowo - wątrobowych. Trzeba naprawdę zastanawiać się nad tym, co się nie tylko je, ale, na co wskazuje Pani Beata, co w ogóle robi się sobie w każdej dziedzinie życia, żeby poprawić jego jakość. Lepiej oczywiście późno niż wcale.
Największą radość miałam jednak z czytania „Ostatniego uderzenia serca” autorstwa Rajmonda Nadera, reklamowanego na okładce lektury jako „Człowiek, który rozmawia ze św. Szarbelem”. Zainteresowałam się nią od pierwszego zobaczenia w internecie. Tak bardzo przecież tęsknię do chwil, które spędziłam w Libanie. Wspomnienia o podążaniu tam śladami Świętego staram się chronić za pomocą specjalnych skrytek w swej pamięci i swoim sercu niczym drogocenny klejnot.
Rajmond Nader wpisał się swoimi pytaniami o sens życia dokładnie w czas moich osobistych przemyśleń nad poprawą jego jakości. Z tym, że u tego autora wymiar takiego przedsięwzięcia zdaje się być maksymalny, nieograniczony żadną poprzeczką powyżej i do tego transcedentny. „Czy wiesz, po co przyszedłeś na ten świat? Dlaczego jesteś tu i TERAZ? (…) Co masz do zrobienia między swoim pierwszym a ostatnim oddechem?” - to pytania, które już z okładki dosięgają czytelników książki.
Zadawałam je często w młodości, a potem chyba brakowało mi czasu, a może i chęci, żeby sie nad nimi zastanawiać. Ale bez tego łatwo pobłądzić. Trzeba więc powrócić do źródła, do młodzieńczych refleksji, trzeba myśleć nad każdym swoim krokiem, każdym wyborem…
Na moim facebookowym koncie umieściłam kiedyś obrazek, który do mnie bardzo przemawia. „It is only a short trip, enjoy it” (wg translatora: To tylko krótka podróż/wycieczka, ciesz się nią)
– przekazuje staruszka sobie samej z dzieciństwa. Postacie stoją po dwóch stronach lustra i to zdaje się być ten jeden magiczny moment w życiu, kiedy mogą się wzajemnie zobaczyć… Przekuwam to w hasło: trzeba żyć póki się żyje.
Umrzeć za życia wcale nie tak trudno. Ale jeśli mimo wszystkiego, co mi się przytrafiło, żyję dalej, to być może dlatego, że mam jeszcze jakieś zadanie do wykonania przed swoim ostatnim oddechem. Trzeba tylko:) je odkryć, trzeba starać się widzieć znaki, trzeba wciąż sprawdzać, czy jesteśmy na dobrym kursie. Dbać o to życie, doceniać je i hmm, to mi najtrudniej napisać (i wykonać) – po prostu je kochać.
No i właśnie przy okazji się wydało, że czas feriowy, to był okres mojej wzmożonej aktywności w internecie. Choć wiem, że to nie najlepszy sposób, tak radzę sobie w trudnych chwilach, pełnych nagromadzonych w Święta uczuć. Odcinam się od nich, uciekam, staram się nie konfrontować, próbuję zająć sie czymś, co pozwala ich nie analizować. Na razie jeszcze nie umiem inaczej. Mam nadzieję, że kiedyś się nauczę...
Ale ma to też dobre strony. W internecie wyszukuję sporo niezłych tekstów (no zgadza się, między stosami śmieci;), czasem natrafiam na to, co mnie pozytywnie porusza lub pociesza.
Przed Świętami największe wrażenie zrobił wiersz pod tytułem „Świąteczne porządki” Ewy Akšamović. Znalazłam go na koncie Edi i od razu przekleiłam do siebie, okraszając przy tym komentarzem:
Wzruszyłam się... Nie, jeszcze nie posprzątałam. Ale tak właśnie chciałabym przygotować się do Świąt.
A ponieważ później na koncie Autorki znajduję przedświąteczny apel: „Udostępnijcie każdemu (każdej?) ten przepis”, to z prawdziwą przyjemnością przytaczam wiersz poniżej.
Dzięki Ewa Akšamović, dzięki Edi Razemtuiteraz:
„Zdjęłam pajęczyny z nieużywanych wzruszeń
Wyrzuciłam resztki banalnych marzeń
Wyciągnęłam z serca cztery drzazgi i nóż
Odkurzyłam odłożone, niedokończone wiersze
Rozplątałam kłębek poszarpanych nerwów
Poukładałam starannie chaotyczne myśli
Pomalowałam plany na przyszłość na jasny kolor
Przetarłam łzami na mokro zakurzoną pamięć
Zebrałam śmieci z zakamarków duszy
Wyprałam sumienie z bezpodstawnych wyrzutów
Wypolerowałam pamięciowe portrety tych, którzy odeszli
Umyłam ręce od ludzkiej głupoty
Teraz mogą zacząć się Święta”…
I choć przy udostępnionym wierszu Edi napisała: „Nie ma mnie, Sprzątam…”, to jednak była – przynajmniej dla mnie. Bardzo znacząco jest teraz obecna w moim życiu i niezwykle to cenna obecność. Jak to wszystko się między nami dziwnie zaplata, dając powody do nieustannej wdzięczności...
Jednym z nich jest zaproszenie na spotkanie w gronie koleżanek ze szkoły masowej, gdzie pracowałam omal przez całe swoje życie zawodowe. W Wigilię Sylwestra (tak! takie właśnie święto zostało wymyślone przez uczestniczki imprezki:) spędziłyśmy u Edi przemiły czas pełen wegetariańskich pyszności i Aperola Spritza :), a także wesołych wspominek i snucia planów na przyszłość. To taki dzień, który zapadł na długo w pamięć.
Następny na pewno też można zaliczyć do tej samej kategorii. Tym razem dzięki nieocenionej Madzi, która zorganizowała wyjazd z udziałem swojej Mamy i Cioci do katowickiego NOSPRU na koncert pod tytułem: Sylwester w rytmie tanga. A właściwie, jak głosi opis ze strony organizatora: ”w klimatach latynoskich! Tego wieczoru w NOSPR królować będą tańce i melodie rodem z Ameryki Południowej. Salsa, tango, conga i inne muzyczne synonimy doskonałej zabawy zabrzmią w wykonaniu NOSPR pod batutą Vladimira Fanshila, a w fortepianowych partiach solowych usłyszymy latynoamerykańskiego pianistę i kompozytora Daniela Rojasa. Trudno o lepsze rozpoczęcie sylwestrowego świętowania”.
To absolutna prawda. Był to Sylwester, którego na pewno nigdy nie zapomnę. Taki, o jakim zawsze marzyłam. W przemiłym towarzystwie, z wielką dawką muzycznej kultury i dobrego nastroju oraz małą dawką:) szampana w przerwie.
Reszta obchodów przywitania Nowego Roku odbyła się w towarzystwie Zuzi, Kacpra i... stada przestraszonych zwierzaków. O północy nie wznieśliśmy nawet toastu bezalkoholowym szampanem, który cały dzień czekał na to w lodówce. Trzeba było uspokajać trzęsącego się ze strachu Wafelka (który i tak był już na środkach uspokajających), a także cztery kotki w czasie największego huku robionego przez wystrzeliwane z każdej strony petardy. No i na nic się zdały przedświąteczne prośby, apele i tłumaczenia na facebookowych kontach wszystkich zwierzolubów. Co rok się powtarza to samo, a i tak do większości nic nie trafia. Zastanawiam się, jakim trzeba być człowiekiem, żeby wiedzieć, jak wielką traumą dla zwierząt jest ten typ rozrywki i kompletnie to ignorować. I w ogóle co to za atrakcja wysłać w niebo całomiesięczne oszczędności? To nie tylko jest okrutne wobec zwierząt, ale także całkowicie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.
Niemniej Rok 2025 został uroczyście przywitany. W moim przypadku rozpoczął się nie tylko posiadówką w gronie najbliższych, ale też mszą noworoczną w intencji Andrzeja i Bartka, którego rocznicę śmierci obchodziliśmy w ostatnich dniach. Ale o tym tu pisać nie chcę. W tym temacie mam jeszcze wiele do posprzątania.
Tym bardziej życzę więc sobie, by 2025 był rokiem prawdziwie dobrych myśli. Żeby mi się udało wytrwać w noworocznych postanowieniach nienarzekania i poszukiwania promieni światła. Żebym wciąż miała powody do wdzięczności za ludzi. I żebym żyła, póki żyję...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz