sobota, 30 kwietnia 2022

ZIMOWY WYJAZD NA WIOSNĘ - Część II: Willa LaBelle w Zakopanem

Gdy szykowaliśmy się do snu w szczawnickim Hotelu Smile, to zaczął padać śnieg. I to wielkimi, zlepionymi płatkami. Musieliśmy więc zmodyfikować plany na dzień następny. Obawialiśmy się, że rankiem lokalne dróżki poza głównym szlakiem, które zamierzaliśmy nazajutrz wybrać, nie będą na tyle dobrze odśnieżone, żeby udało nam się bezpiecznie przeprawić nimi do Zakopanego na naszych letnich oponach.


Modyfikacji uległ też pomysł na kolejny nocleg. Wcześniej chciałam koniecznie zatrzymać się w hotelu Mercure Kasprowy. Widziałam zdjęcia z przepiękną panoramą Tatr w pokojach standard z balkonem. Tyle, że tym razem za możliwość wypicia na nim kawy miałam dopłacić 2,5 razy więcej niż w Szczawnicy. Należało się więc zastanowić, czy przy takiej pogodzie, jaka w ten weekend panowała w górach,  kolejna dopłata za ładne widoki ma jakikolwiek sens. W Hotelu Smile okazała się ona pieniędzmi wyrzuconymi w błoto. Na balkonie spędziłam raptem parę minut, gdy w naprędce, by zbytnio nie wychłodzić pokoju, zrobiłam kilka zdjęć okolicy. Pochmurny krajobraz ze słabą widocznością też raczej bym nie zaliczyła do kategorii ulubionych widoków. Szansa, że coś się zmieni do następnego dnia była praktycznie żadna.

Mąż więc pomógł mi podjąć decyzję o wyborze skromniejszego/tańszego obiektu hotelowego. Padło na Willę LaBelle z adresem, który wskazywał na najsłynniejszą ulicę w Zakopanem. Może to dlatego, że rezerwacja w przeddzień pobytu nie pozostawia wielkiego wyboru, a może dlatego, że znałam już tę miejscówkę z zachęcających opowieści Kacpra i Wiki kilka lat temu. Nakłaniały do niego również zdjęcia, które wówczas przysłali.

Zarezerwowałam w Willi LaBelle pobyt bez śniadania (nie było innych opcji), ale w ramach vouchera do restauracji hotelu Smile udało nam się uzyskać suchy prowiant, by nazajutrz ani nie głodować, ani nie tracić czasu na zakupy w spożywczakach. Mogliśmy więc beztrosko wyruszyć w dalszą podróż. I mimo nie najlepszej pogody odwiedzić po drodze parę naprawdę ładnych miejsc.


Zakopane przywitało nas górami spowitymi przez chmury. Mogłam tylko podziękować mężowi za zaoszczędzenie kasy na dopłatach do pokojów z widokami. Przeznaczymy ją następnego dnia na bilety do term. To dla nich przyjechaliśmy tym razem w Tatry. Choć szczerze mówiąc, gdy wybierałam termin wyjazdu, to byłam przekonana, że załapiemy się na rozpoczęcie sezonu krokusowego.


Pierwsze zetknięcie z Willą LaBelle niestety nie spełniło moich oczekiwań. Lokalizacja rzeczywiście była doskonała, a położenie na tyłach galerii handlowej zapewniało spokój, ale na tym jak dla mnie plusy się kończyły. Niby wiedziałam na co się piszę, bo przed przyjazdem dostałam od obsługi obiektu maila:

Jako że Willa LaBelle położona jest w podwórzu, żaden z naszych pokoi nie posiada widoku na góry,

ale i tak to, co zobaczyłam za oknem, niemile mnie zaskoczyło. 


Wprawdzie niżej od strony, gdzie nas zakwaterowano, płynął strumyk, lecz nie tylko, że nie potrafiłam go dostrzec, ale nawet nie mogłam się cieszyć jego szumem. Z racji niskiej temperatury zamknięte przez cały czas okno skutecznie tłumiło wszelkie odgłosy. Jego rozmiar też mnie rozczarował. Bardzo nie lubię niedoświetlonych wnętrz, bo od razu mnie to przygnębia - zwłaszcza, gdy spodziewam się okien tak dużych, jak widziałam od frontu i na fotkach u Kacpra (to raczej może były nawet szklane drzwi balkonowe). W takim układzie nawet widok na frontowe podwórze byłby do zaakceptowania (tym bardziej, że po mailu z Willi Labelle byłam na coś takiego nastawiona).


Tymczasem miałam wrażenie, że otrzymaliśmy dużo gorszy pokój niż ten, który oglądałam na zdjęciach syna - ciemny, nieustawny, z łóżkiem wciśniętym jakby w rodzaj wnęki. Trochę się więc na początku zjeżyłam na takie zakwaterowanie, ale mąż mnie uspokoił, że i tak niewiele czasu spędzimy w hotelu. Rzeczywiście tak było. Wieczór upłynął nam na średniej jakości:), ale za to na długim seansie w kinie za rogiem Krupówek.


A rankiem zaświeciło wreszcie słońce i cały świat zaczął wyglądać inaczej:) Nawet widok za oknem zdał mi się piękniejszy - uznałam za pozytyw to, że mogę stamtąd dostrzec stoliki na tyłach coctajl baru:) i kawałek budynku po drugiej stronie Krupówek:). Dodatkowo w ramach doszukiwania się plusów mąż pomógł mi dopatrzeć się gdzieś w oddali (mniej więcej w okolicach śmietnika galerii handlowej:) maleńkiego odcinka strumyka:). Wiem, wiem, że to naciągane, ale cóż, czasem by poczuć się lepiej, trzeba sobie pozytywnym sposobem myślenia nieco podkoloryzować rzeczywistość. 


Zanim mąż się obudził, wybrałam się na spacer, zachwycając się co rusz widokami, które wyłaniały się po wejściu omal w każdą z przecznic po naszej stronie ulicy. O tak wczesnej porze Krupówki były prawie całkiem puste, wyciszone i... nieodśnieżone - pod nogami uroczo skrzypiał świeży śnieg... Mogłam cieszyć się zimą w jej najpiękniejszym wydaniu i tym niezwykłym sam na sam z miastem, które właśnie w takich chwilach daje się pokochać na zabój. Gdyby nie solidny mrozik, który podszczypywał mi nos i policzki, to mogłabym tak spacerować aż do pory wykwaterowania z hotelu.


Wróciłam zmarznięta, ale naładowana pozytywną energią. Przestałam się boczyć na Willę LaBelle. Po zapoznaniu się z opiniami innych turystów (w tym naszego syna) uwierzyłam, że na pewno ma ona więcej do zaoferowania swoim gościom niż to, na co akurat ja zwróciłam uwagę.


Na dole w przystrojonej już na Wielkanoc:) jadalni ucięłam sobie miłą pogawędkę z panią z obsługi, która przygotowywała dla gości śniadanie. Później w domu sprawdziłam, że jest ono zawarte w cenie noclegów, rezerwowanych przez innego niż nasz pośrednika (tak było również w przypadku Kacpra, choć nie wiem, czy nasz syn z tego skorzystał).


My natomiast ze smakiem spałaszowaliśmy suchy prowiant z hotelu Smile:) A potem spędziliśmy długie godziny w termalnej wodzie Aquaparku:)


To był naprawdę piękny dzień. Z przepięknym widokiem na Giewont w ramach bonusu. Wygrzałam kolana (i resztę ciała też:), odpoczęłam, naładowałam akumulatory... I co rusz myślałam o tym, jaka piękna zimowa wycieczka przytrafiła mi się tej wiosny...



P.s. Cztery pierwsze zdjęcia Willi LaBelle dostałam od Wiki i Kacpra - ostatnio postanowiłam częściej korzystać z dealu pt. "Wycieczka za fotki":)

wtorek, 26 kwietnia 2022

TYLKO MARZĘ - czyli "Siła Miłości" ze spotkaniem z Panią Półtawską

O cyklicznym koncercie “Siła miłości” już swego czasu pisałam na blogu:  

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2018/04/poczatkiem-zeszego-tygodnia.html

Od tamtej pory formuła imprezy niewiele się zmieniła. Tyle, że z przesłaniem na scenie pozostała już tylko Pani Półtawska... To dla niej właśnie wyruszyliśmy przedwczoraj do Krakowa i spędziliśmy długie godziny w niemiłosiernych wprost korkach na drodze. 

Ale warto było. Tym bardziej, że po raz pierwszy zdecydowaliśmy się skorzystać z możliwości nieformalnego spotkania z Panią Półtawską po koncercie. Świadomość, że jej wiek przekroczył już stulecie, sprawiła, iż (zachęceni zresztą przez organizatora koncertu) na chwilę odłożyliśmy na bok skrupuły związane z dokładaniem zmęczenia bohaterce wieczoru. Chcieliśmy zdążyć z podziękowaniem za wieloletnie wzruszenia. Podeszliśmy więc, by się przywitać i... być może już pożegnać, bo przecież na to zawsze trzeba być przygotowanym po tej stronie życia...

Zdj. Adam Róg

Ale spotkanie...

Tak blisko . - Beata po przesłaniu jej zdjęcia wyraziła celnie to, co czułam podczas mojego tete-a-tete z Panią Półtawską...

A wczoraj rano, gdy byłam w pracy, mąż jeszcze raz wrócił do koncertowych wzruszeń z pomocą nagrania umieszczoego w internecie. Prezentowane na koncercie wiersze młodziutkich autorek zamordowanych w Ravensbrück nieodmiennie wyciskają mu z oczu łzy. Ja również jakoś niezwykle mocno przeżyłam tegoroczną "Siłę miłości". Może wspomnienie dramatu, który dotknął dziewczęta w niemieckim obozie podczas okrutnych wojennych lat, bardzo mocno korespondowało z moimi odczuciami dotyczącymi obecnej wojny za wschodnią granicą? Dopiero co przecież ujawniono zbrodnie ludobójstwa na okupowanych ziemiach ukraińskich. Kiedyż my ludzie zrozumiemy to, co przedwczoraj tyle razy powtarzała Pani Półtawska: 

"człowiek to nie jest byle co"

i to zobowiązuje.

Jeszcze tak niedawno współczułam młodym rosyjskim chłopakom, którzy znaleźli się na wojennym froncie - prawie tak samo jak tym ukraińskim, a teraz po odkryciu masowych grobów w Buczy czy Hostomelu, nie mogę przestać myśleć o zezwierzęceniu okupantów. I to dotyczy nie tylko żołnierzy, którzy dokonali mordów, gwałtów czy tortur, ale też tych, którzy ich wspierają w dokonywaniu tego typu okrucieństw. Bo jak nazwać zachowanie matek, nie reagujących na opowieści o tym, co wyrabiają teraz synowie Rosji na Ukrainie, czy też słowa ich żon, podżegających do grabieży i przestępstw natury seksualnej na Ukrainkach? Cóż to za naród, który wyznaje taką moralność? To wszystko w sposób aż za nadto dosłowny przypomina zachowanie rosyjskich sołdatów na polskich ziemiach podczas drugiej wojny światowej.

Ta wojna niczym się nie różni, od tych, które doświadczyli nasi dziadkowie i pradziadkowie” - napisała na swoim blogu moja siostra.  (https://www.facebook.com/Kawkowerozmyslanki) 

Z opowiadań babci wiem jedynie, że jak wkroczyli Niemcy to kradli stojące zegary, wartościowe obrazy i wszystko co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Jak wkroczyli Rosjanie to kradli co popadnie, srali (bo inaczej tego nie można ująć) z ganku domu babci, a jak zakukała kukułka z zegara to ją zastrzelili bo nie wiedzieli co to jest. Taki mam przekaz o Rosjanach. Ale dzisiaj patrząc na to co teraz wyrabiają, czy czymś się różnią od swoich przodków?

Smutne to bardzo. Ufałam, że to dobry naród tylko przywódców ma okrutnych i szalonych” - konkluduje Monika. Szczerze mówiąc, też się w taki sposób łudziłam. Długo przekonywałam siebie, że Rosjanie są ofiarami dezinformacji, czy też strachu przed ujawnianiem swoich rzeczywistych poglądów. Ale ludobójstwa nie da się niczym wytłumaczyć. To zatracenie człowieczeństwa. I zaprzeczenie słów Pani Półtawskiej, że "człowiek to nie jest byle co". 

Takiego przesłania nie powinny zagłuszyć w nas żadne okoliczności zewnętrzne. Opamiętajcie się ludzie.

I niech opamiętaniu posłużą także słowa piosenki kończącej przedwczorajszy koncert:

"Zostanie po nas fotografia w pustym pokoju na komodzie,

Pamięć zła, dobra albo żadna,

Miejsce przy stole.

Zostanie po nas tak niewiele, 

Tym mniej, im więcej złota w trzosie,

Tylko po drodze rozrzucone miłość i dobroć,

Miłość i dobroć".

Mirosław Welz "Po nas"

Gdyby ludzie pamiętali, że życie jest takie krótkie, to może nie byłoby na świecie wojen. Gdyby ludzie chcieli po sobie zostawiać pamięć dobrą, spuściznę w postaci miłości i dobroci, to nie zezwierzęcaliby się w żadnej sytuacji. Gdyby przyznali, że "człowiek to nie jest byle co", dokonywaliby wyborów, które wynosiłyby ich omal w boskość za życia.

Wiem, tylko marzę...


poniedziałek, 25 kwietnia 2022

SZCZĘŚCIE NA PÓŁ GWIZDKA



Gdy zbudziłam się w wielkanocny poranek, to pomyślałam, że jestem szczęśliwa. Uświadomiłam sobie, ile się zmieniło od czasu Świąt w zeszłym roku. Dom ożył. Z wizytą i to kilkudniową przyjechali Zuzia, Kacper i Sznaps. Nawet jeśli nie byliśmy ciągle razem, to i tak słyszałam dobiegający z góry radosny rejwach i śmiech dzieciaków.

Czy to nie powody do szczęścia?

Kiedy mówię o tym mężowi, to przez moment się zasępia. Tak, to nasze szczęście już zawsze będzie takie na pół gwizdka. Zawsze będziemy sobie przypominać, ile nam brakuje, czy raczej kogo nam brakuje do pełni. Ale przecież nawet częściowe szczęście to też szczęście i nie trzeba unikać tego słowa. Nie można się go bać w nieskończoność.

To chyba trochę tak, że czujemy się nielojalnie i mamy wyrzuty sumienia wobec Bartka, gdy po jego śmierci pozwalamy sobie na nazywanie szczęściem tego, co nam się dobrego w życiu przytrafia. Ale przecież ona zrobiła u nas już tak wielkie spustoszenie - czy mam jej jeszcze dać przyzwolenie na to, żeby całkowicie wykreśliła szczęście  z naszego słownika? Nie sądzę... Mąż przyznaje mi rację, choć widzę, że jemu jeszcze trudniej się przełamać niż mnie...

Szczęście ma wiele twarzy. W te Święta - Zuzi i Kacpra, choć także Sznapsowy pyszczek można zaliczyć do tej kategorii:) Zwłaszcza, że to wyjątkowo śliczny pyszczek😸 Cała trójka przyjechała do nas już w Wielki Czwartek i od razu zaczęło nam się wszystkiego chcieć. Ja ogarnęłam wiosenne porządki i nawet udekorowałam dom na tę okazję, a mąż zajął się świąteczną oprawą całości od strony kuchni. Mieliśmy więc Święta ładne i smaczne, choć głównie z racji preferencji Zuzi, pierwszy raz w życiu wegetariańskie.

Wygląda na to, że będziemy się musieli przestawić w większym stopniu niż dotychczas na ten nurt kulinarny, bo obydwie “nasze” dziewczyny są wegetariankami, a i Kacper zaczyna oscylować w takim kierunku:). Świat się zmienia i młode pokolenie stawia akcenty w zupełnie innych miejscach niż my w ich wieku. Ale w końcu tak właśnie być powinno i swoją rolę w tym procesie postrzegamy jako ciągłe przystosowywanie do zmieniającej się rzeczywistości. Niektóre zmiany zaś są naprawdę dobre - i to jest właśnie podsumowanie, wynikające z porównania tegorocznego i zeszłorocznego okresu wielkanocnego.

Nawet lekko kapryśna, zmienna, kwietniowa pogoda nie była w stanie niczego zepsuć w tym świątecznym czasie. Świat mimo powracających porannych przymrozków zakwitł kolorowymi krzewami zgodnie ze swoim kalendarzem. Również na naszej brzoskwini za jadalnianym oknem po raz pierwszy w historii ogrodu pojawiły się różowe kwiaty. Zaś na łące przed domem okwitnięte gałązki zmieniły się w gotowe białe bukiety do ozdoby wielkanocnego stołu. Z dumą podkreślę, że znalazły się na nim również wyhodowane przeze mnie tulipany i hiacynty (no i ogrodowe trawsko, ale nie wiem, czy to się liczy:).

To oczywiście głównie dlatego, że byłam zdana na to, co wyrosło w ogródku, bo unikałam jak ognia przedświątecznych wizyt w sklepach. Nie znoszę ich z całego serca i jestem głęboko wdzięczna mężowi i dzieciakom, że w tym roku wzięli wielkanocne zaopatrzenie na siebie. Co prawda w ramach “kwiatowych” zakupów zaopatrzyli mnie jedynie w młodziutkie bukszpany, lecz dzięki temu i tak mogłam w wymarzony sposób wykończyć grzędę dla świątecznych kur, którą postawiłam na stole w jadalni:) Może idealnie nie było, ale mimo wszystko byłam z siebie zadowolona.

Smutek nadszedł, gdy odwoziliśmy dzieciaki w Wielkanocny Poniedziałek do Krakowa. Zawsze jest tak, że im dłużej u nas są, tym bardziej się przyzwyczajam do ich obecności w domu i tym trudniej mi się rozstać.

Na szczęście mąż zadbał, żebym nie musiała tęsknić za nimi zbyt długo. Wczoraj znów się spotkaliśmy, gdy zabrał mnie do Krakowa. Wprawdzie przelotnie, w drodze na cykliczny koncert "Siła Miłości", ale dobre i to. Ot, takie szczęście na pół gwizdka....

Ale następne powinno nadejść już wkrótce. Wstępnie umówiliśmy się z dzieciakami na spotkanie podczas długiego weekendu na przełomie kwietnia i maja. Tak się cieszę! Zwłaszcza że i Ania próbuje się zorganizować, by nas wówczas odwiedzić. Może uda się pobyć w pełnym gronie wszystkich, którzy są nam najbliżsi. A jeśli nie, to cóż... szczęście na pół gwizdka, to wciąż szczęście. I tak właśnie mam zamiar je traktować...



wtorek, 19 kwietnia 2022

ZIMOWY WYJAZD NA WIOSNĘ - Część I: Hotel Smile w Szczawnicy

Stałam się łowczynią okazji i, trzeba przyznać, że w takiej roli na gruncie turystyki poruszam się całkiem sprawnie. Przy małym budżecie i wielkich planach podróżniczych konieczne stało się wyrobienie umiejętności “aktywnego marzenia” - czyli zdolności łączenia go z działaniem w celu wyszukiwania i realizacji okazyjnych ofert. 

Na jedną z nich udało mi się trafić niecały miesiąc przed Bożym Narodzeniem, postanowiłam więc zrobić sobie świąteczny prezent. I tak oto stałam się właścicielką vouchera, no właśnie pod nazwą “Wyjątkowy prezent”,  zawierającego “Odprężający pobyt w Hotelu Smile dla dwojga” w Szczawnicy. Według opisu na stronie internetowej w jego zakres wchodziły: “noc w komfortowym pokoju, śniadanie w formie bufetu ze zdrowych oraz świeżych produktów, trzydaniowa obiadokolacja z napojami, dostęp do strefy Wellness (sauna fińska, łaźnia parowa) w godzinach 17:00 – 20:00, sali fitness, wypoczywalni, rabat 10% na wybrane zabiegi SPA, nielimitowany dostęp do bilarda, piłkarzyków, tenisa stołowego, upominek od hotelu, 10-procentowy rabat na dalszy pobyt, voucher do restauracji w kwocie 30 zł”.

Odkupiłam te wszystkie atrakcje za 1/4 wartości od osoby, która miała problemy z finalizacją pobytu. Mnie one nie odstraszały. Już nie takie batalie z obiektami turystycznymi rozstrzygałam na swoją korzyść.


Pani Ewa dostała voucher dwa lata wcześniej. W międzyczasie pobyt podrożał o 50 %. Hotel więc poinformował ją o tym, że już nie realizuje “Wyjątkowego prezentu” w poprzedniej cenie. Moja korespondencja z obiektem zaczęła się od tej samej informacji. W pierwszym mailu zaproponowano mi wyrównanie różnicy między starą ceną, a nową. Dopłata miała wynosić tyle samo co zapłaciłam poprzednio w hotelu Aquarion, tyle że w przeciwieństwie do tamtej oferty, pobyt w Szczawnicy obejmował zaledwie jedną noc. Na dodatek na wyjazd wybrałam sezon tak bardzo “międzysezonowy”, że gdybym do obecnie zaproponowanej przez hotel Smile ceny dodała  spieniężony voucher do jego restauracji (ten wspomniany powyżej za 30 zł), to na Trivernie dokładnie za taką kwotę mogłabym kupić pobyt na cały weekend.


No więc czy mogłam się zgodzić na nową ofertę i nowe hotelowe warunki? Zwłaszcza jeśli voucher z trzyletnią możliwością wykorzystania był objęty gwarancją ceny? Na szczęście pani z recepcji Smile’a nawet nie próbowała dyskutować z moimi argumentami. Poprosiła tylko, żebym zaczekała na odpowiedź od osoby decyzyjnej. Zaczekałam. I w odpowiedzi  dostałam jednak zgodę na wykorzystanie vouchera bez żadnych dopłat i bez żadnej dalszej dyskusji. Za to oferta z Triverny zniknęła chyba bezpowrotnie:)











To wszystko oczywiście nie znaczy, że jakiejkolwiek dopłaty w hotelu Smile nie zrobiłam. Zrobiłam i owszem. Ale z własnej i nie przymuszonej woli. Dopłaciłam przy wyborze pokoju - zależało mi na balkonie z widokiem na rzekę i góry. Bo miałam się napawać nim do woli przez cały pobyt i mnóstwo czasu zajęło mi marzenie o wiosennym relaksie na świeżym powietrzu z filiżanką kawy w dłoni. W końcu przecież późnomarcowa wiosna zrobiła się tak ciepła, że gdy wychodziłam wówczas z uczniami na szkolne boisko, to musiałam rozbierać się do krótkiego rękawka. A wyjazd był zaplanowany na pierwszy weekend kwietnia, co budziło nadzieję na jeszcze wyższe temperatury.

Tymczasem w przeddzień wymarzonej wiosennej wycieczki spadł śnieg! I to na tyle konkretny, że następnego dnia udaliśmy się w podróż w zupełnie zimowej scenerii. Ja nie bardzo mogłam się z tym pogodzić - poczułam omal fizycznie, jak ta kawa na balkonie z widokiem wymyka mi się z rąk, ale mąż dzielnie w czasie drogi podkreślał wszelkie pozytywne aspekty pogody, która właśnie zapanowała. Przede wszystkim taki, że śnieg skutecznie maskuje różne nieprzyjemne strony przedwiośnia - odsłaniające się po odwilży niesprzątane zimą pobocza i burości trawy, której zielone ździebełka nie zdążyły jeszcze przebić. Tyle o tym mówił, że rzeczywiście zaczęłam spoglądać łaskawszym okiem na to, co nas podczas tych dwóch wyjazdowych dni otaczało.


- Czuję się bardzo “świątecznie” - usłyszałam potem od niego, kiedy czekaliśmy na kolację w hotelowej restauracji. - Gdy patrzę na te ośnieżone choinki za oknem, to zdaje mi się, że przyjechaliśmy świętować Boże Narodzenie.

Rzeczywiście tak było. Starałam się więc dłużej nie narzekać na brak wiosny i możliwości wygrzewania na balkonie. Dałam się ponieść atmosferze Świąt:)


Było to tym łatwiejsze, że hotelowe jedzenie okazało się wyśmienite. Na wyposażenie hotelu i obsługę też nie mogłabym powiedzieć jednego złego słowa. Spędziłam miły wieczór w saunie. Zgodnie z voucherową obietnicą odprężyłam się, zwolniłam tempo. Zresztą nie bardzo było do czego się spieszyć. Odwiedzone przed kolacją centrum Szczawnicy, hmm... pokazało nam się w wersji wprawdzie zupełnie nieturystycznej, co zazwyczaj lubimy, ale za to z wszelkimi “nieprzyjemnymi stronami przedwiośnia”. Ogarnęła nas nostalgia i tęsknota za urokami miejsca kochanego przez nas i podziwianego w młodości. Tymczasem wyglądało na to, że nie zmieniło się ono przez blisko czterdzieści lat, a jeśli już, to raczej na niekorzyść - przy głównych ulicach straszyły duchy opuszczonych, starych willi, a z kolei teren nad Parkiem Górnym, który został przerobiony na turystyczną sypialnię miasta, znaleźliśmy częściowo zabudowany klockowatymi, niemodnymi już hotelami, a częściowo pozostający w postaci placu budowy klockowatych elementów nowego kompleksu. Trochę nas to zdołowało. Nawet mój ukochany Park Dolny sprawiał przygnębiające wrażenie, nie mówiąc już o części hotelowej na górce tuż za nim. Poruszył mnie zwłaszcza widok opuszczonej od lat willi "Maria", gdzie kiedyś spędziliśmy niezapomniane rodzinne wakacje. I choć obecnie widać, że ktoś wreszcie przyłożył się porządnie do jej remontu, to niestety okazało się również, że zagubił przy tym finezyjny niegdyś wygląd obiektu.

- Robi się z tego taka buda - podsumował efekty mąż. Ze smutkiem muszę przyznać, że też odniosłam takie samo wrażenie.

Rekonesans w okolicy  zaowocował więc głównie taką korzyścią, że jeszcze bardziej doceniliśmy miejsce, gdzie przyszło nam nocować. Wystawiamy mu laurkę na 5 gwiazdek (najwyższa ocena w rakingu Wymarzonego prezentu:). Przy czym dodać należy, że gdyby mi przyszło za pobyt zapłacić cenę, jaką teraz widzę na stronie oferenta, to nigdy bym się nie zdecydowała z tej oferty skorzystać. Tak, dużo w tym wpisie o finansowej stronie podróży, ale niestety przy obecnym stanie naszych przychodów, warunkowanym coraz większą inflacją, fatalną kondycją większości małych przedsiębiorstw i zasadniczym wzrostem kosztów kredytu, ekonomia wyjazdów stała się tak ważna, jak nigdy dotąd.