poniedziałek, 31 maja 2021

MAJOWA PRZERWA OD STRESU

Majowy wpis, który się robi w ostatnim dniu miesiąca, staje się jego podsumowaniem bez względu na intencję piszącego.

 Nawet gdybym chciała pisać o tym, co teraz dzieje się wokoło, na przykład o morzu zieleni, która otacza nasz dom, to nie sposób nie wspomnieć, że to skutek nieustannych deszczy nawiedzających nas tej wiosny prawie codziennie. Jeśli zaś poruszyłabym temat dzisiejszego dobrego samopoczucia, to i tak przy okazji powinnam nadmienić, że to między innymi z powodu rozdzielenia i odpoczynku od szkoły, które przydarzyły mi się w czasie ostatnich tygodni, poczynając omal od długiego weekendu początkiem miesiąca. Przerwa w pracy, spowodowana koniecznością zadbania o swoje zdrowie, dobrze mi zrobiła nie tylko w sensie fizycznym. Psychicznie miało to na mnie wpływ prawie zbawienny. Pozbyłam się pandemicznego strachu, poczucia chaosu, związanego ze zmieniającymi się z dnia na dzień charakterem i organizacją pracy oraz całego ogromu stresu i frustracji, wyzwolonych przez miesiące przeżyte w poczuciu uwięzienia i bezsilności.

Strasznie jest to dla mnie trudny rok szkolny, mam wrażenie, że najtrudniejszy w całym okresie mojej pracy zawodowej. Na szczęście widać już jego kres - jeszcze miesiąc i będę mogła napisać, że dotrwałam do wakacji.

Być może nawet, wbrew wcześniejszym obawom, uda nam się je miło spędzić i to na dodatek w jakiejś zagranicznej podróży. Mąż snuje plany...

Jeden z nich pojawił się również w formie propozycji na mojej skrzynce mailowej - i to całkiem niespodziewanie, tuż po tym, jak całkiem straciłam nadzieję, że podróżowanie będzie jeszcze kiedykolwiek możliwe dla takich ludzi jak my z mężem. Ten plan zwał się Madera, a jego główny atut polegał na tym, że oferta zawierała w cenie jeden test na koszt władz Wyspy, a drugi na koszt biura podróży. Czyli generalnie brak opłat dodatkowych związanych z covidem, a więc podróżowanie, jak za starych dobrych czasów:) Teraz to już naprawdę jakiś ewenement, tego typu możliwości można chyba traktować jako ofertowe prezenty od życia.

Mają one szczególne znaczenie zwłaszcza dla ludzi takich jak członkowie naszej rodziny.  Należymy obecnie do upośledzonej pod względem uprawnień grupy w systemie segregującym społeczeństwa na zaszczepionych i niezaszczepionych. Coś, co jeszcze nie tak dawno  nie mieściło się nikomu w głowie, teraz dzieje się całkiem oficjalnie w rzeczywistości. Polskie uczelnie posunęły się już nawet do tego, że próbują karać niezaszczepionych młodych ludzi. "Władze Wydziału Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska poinformowały, że do praktyk w tym roku akademickim zostaną dopuszczone tylko osoby, które przedstawią zaświadczenie o zaszczepieniu się co najmniej jedną dawką" czytamy w raporcie rządowym na stronie: https://www.rpo.gov.pl/raport_1/1149.  Z tego samego źródła pochodzi informacja, że "studenci [kierunku lekarskiego na Uniwersytecie Rzeszowskim - przyp.aut.] będą mogli realizować zajęcia w szpitalu jedynie po okazaniu dokumentu potwierdzającego pełne zaszczepienie się przeciwko Covid-19." Coraz częściej słyszy się również o przymusach tego rodzaju w miejscach pracy (patrz oświata).

Świat stanął na głowie. Paszporty covidowe są już w niektórych państwach w fazie testowania (Estonia), w innych (Węgry) nawet wstęp do restauracji i kawiarni mają tylko osoby, które się zaszczepiły, gdzieniegdzie też jedynie one będą ponoć wpuszczane na pokłady samolotów (deklaracja linii Quantas). 

W rodzimym Krakowie rozważa się postulaty, by tylko zaszczepieni mieli możliwość korzystania z basenów, teatrów, muzeów czy nawet pojazdów komunikacji miejskiej (https://wrc.net.pl/sk-uwaga-tramwaje-i-autobusy-tylko-dla-osob-zaszczepionych-przeciw-covid-19-wszystko-na-to-wskazuje). Jeszcze dalej posunął się w swoich pomysłach niejaki Miłosz Parczewski - skądinąd lekarz, a do tego profesor, który w rozmowie z Radiem Zet oświadczył: rozwiązaniem "mogłoby być np. wprowadzenie godziny policyjnej dla niezaszczepionych lub zakazu przemieszczania się między województwami" (https://www.wnp.pl/parlamentarny/spoleczenstwo/ekspert-w-radiu-zet-godzina-policyjna-dla-niezaszczepionych,141835.html)

Brakuje już tylko chyba propozycji kary śmierci do kompletu. Na razie przypomina to licytację - kto bardziej dowali niezaszczepionym? Choć oficjalne stanowisko głosi (a może trzeba już napisać “głosiło”?), że przymusu szczepionkowego nie ma, to jednak nieoficjalnie wiadomo, iż trzeba ich za wszelką cenę do szczepień przymusić. Tylko, gdy rano jadąc do pracy, słyszę, że dziś w Małopolsce jest jedynie 19 zachorowań, to zastanawiam się, po co? Dla kogo ta akcja szczepionkowa, podobno chroniąca przed zachorowaniem na covid19, który właściwie ostatnio kapituluje? (przynajmniej tak jest na razie, a co będzie w przyszłości, to jak pokazało życie, tego nie wie nikt)I nie jest to skutek szczepień, jeśli, jak oficjalnie wczoraj podawano: “Liczba osób w pełni zaszczepionych w Polsce zbliża się do 7 mln”. (https://www.radio.bialystok.pl/wiadomosci/index/id/200426). 

Bardzo temu jeszcze daleko do osiągnięcia progu, za którym (zdaniem rządowych “ekspertów”) miała być osiągnięta odporność zbiorowa.

Trzeba jednak przyznać, że władze robią, co tylko mogą, żeby go osiągnąć. Minister ogłosił loterię z nagrodami dla zgłaszających się na szczepienia, a na moim rodzimym podwórku (szkolnym) po powrocie do pracy powitał mnie nowo otwarty punkt, gdzie można się im poddać. Jacyś chętni chyba są - ktoś dziś o niego pytał. Ja zaś omijałam tę część budynku szerokim łukiem:)

Szkołę zastałam jakże odmienioną od tej, z którą rozstałam się początkiem maja. Po krótkim okresie nauki hybrydowej w nasze mury wrócili już wszyscy uczniowie. Nie bez przeszkód. Nagle okazało się, że dzieciaki aż tak chętnie nie garną się do opuszczenia domowych pieleszy, jak to przez ostatnie miesiące było deklarowane. Tak naprawdę tylko bardzo nieliczni przedstawiciele starszych klas za tym tęsknili. Trzeba było specjalnych zachęt, obmyślania zabaw integracyjnych, zapewnień o braku sprawdzianów i odpytywania, żeby pozostali przystali na powrót. Ale jakoś w końcu się udało.  

W szkolnych murach znowu zrobiło się gwarno i tłoczno. Znów szkoła przypomina to miejsce, w którym pracowałam przez tyle lat przed pandemią. Które kiedyś tak mocno pokochałam.

Jak dobrze byłoby obudzić się teraz z tego dziwnego snu i śmiać się, że to wszystko, co było trudne ostatnio, tylko nam się przyśniło. Już mi się nawet czasem zdaje, że słyszę budzik... Jeszcze się tylko leniwie przeciągnę. Tak, oczywiście, już wstaję... Zaraz będę gotowa, by znów z radością pognać do szkoły...

poniedziałek, 3 maja 2021

FINAŁ Z PRZYTUPEM - NOC W TWIERDZY PETROVARADIN

Poprzednia część: KIERUNEK DROGA POWROTNA - z przystankiem w Sunčanej Rece

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/04/23-24.html

💟


Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek dwudziesty siódmy - SERBIA


Dzień podróży: 34-35 (24 - 25.08)

 - To czego ty właściwie chcesz? - pyta zniecierpliwiony mąż jeszcze w Ulcinju, kiedy nie mogę się zdecydować na żaden z ośrodków, w którym proponuje mi zatrzymanie się na nasz ostatni nocleg w podróży. Miałoby to zarazem być miejsce, gdzie ostatecznie świętowalibyśmy 34-tą rocznicę ślubu.

- Chcę czegoś z przytupem! - trudno mi to określić innymi słowy.

Wymyśliłam sobie, że to będzie taki akcent podkreślający wszystko, co w tej podróży się zadziało już wcześniej. I do tego niezapomniany. I do tego wyjątkowej urody. I do tego w takim miejscu, z którego już blisko do domu (żeby już nie trzeba było zamawiać kolejnego noclegu po drodze:). I do tego - oj dużo jeszcze tego “i do tego”...

Nic by z tego jednak nie wyszło, gdyby nie pojawiła się nagle promocja w Hotelu Leopold I w twierdzy Petrovaradin koło Nowego Sadu. W interesujący nas weekend cena pakietu business, obejmującego pokój z widokiem na rzekę schodzi do poziomu, który po zastosowaniu zniżki Energizera (bo mimo wszelkich starań nie udało nam się jej wykorzystać w Albanii:) jest dla nas akceptowalny. Nie posiadam się z radości! Ten hotel przez wiele lat był dla mnie szczytem serbskich podróżniczych marzeń. Oglądałam go więc wcześniej wielokrotnie i z uwagi na cenę na tym się sprawa kończyła. A teraz, proszę bardzo, z czystym sumieniem mogę zrobić przytup!

Choć pokój ma w opisie widok na Dunaj, to i tak piszę do hotelu w tej sprawie. No bo wiadomo - strzeżonego Pan Bóg strzeże:) Po raz pierwszy w tej podróży (i ostatni, bo i nocleg ostatni:) uzasadniam prośbę o ładny widok rocznicą ślubu. Wyciągam z zanadrza argument według mnie najcięższego kalibru:), bo za bardzo mi zależy na pięknej oprawie naszego święta, żebym miała nie dołożyć wszelkich możliwych starań, by to osiągnąć.

W odpowiedzi hotel mnie zaskakuje w najmilszy ze sposobów. W pokoju czeka na mnie przepiękny, różowy bukiet róż. Czy mogło mnie spotkać gdzieś coś milszego? Nie sądzę! A widok? Nie mogło być lepiej! A pokój? Nie ustępuje marzeniom! I tu oczywiście przytup!

Schodzę na recepcję, by podziękować. Ach tak, nie napisałam tu do tej pory nic o obsłudze. No dobrze, a obsługa? A czy są jeszcze jakieś słowa zachwytu, których dotąd nie użyłam?

Hmm, chyba mi w końcu ich zabrakło. Całe szczęście, że to koniec podróży, bo co by to było, gdybym się chciała nią zachwycać dalej?

A może w takim wypadku trzeba użyć słów innych turystów?

Czułem się jak członek rodziny królewskiej, ale przy niewielkim budżecie”- pół roku przed naszą podróżą napisał o swoim pobycie w hotelu Leopold I Robert ze Stanów Zjednoczonych (Booking.com, automatyczne tłumaczenie)

Miesiąc później w podobnym tonie na tej samej stronie wypowiedział się T z Austrii: jeśli chcesz poczuć się jak król, to najlepszy sposób na to!

Wypowiedzi te nawiązują oczywiście do postaci Leopolda I Habsburga, którego imię widnieje w hotelowej nazwie. Rzeczywiście był to król tzw. “pełną gębą” - według Wikipedii: “ król Węgier od 1655, król Czech od 1656, arcyksiążę Austrii od 1657, a także król Niemiec i Święty Cesarz Rzymski od 1658 roku” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Leopold_I_Habsburg)

Jednak pamiętać trzeba, że hotel powstał w dawnych koszarach (http://konsulat-serbia.pl/?page_id=456), a sam władca nigdy w tym miejscu nie był - przynajmniej tak twierdzi mój głosowy translator po wysłuchaniu informacji podanej podczas odtwarzania filmu na temat obiektu na Youtube (niestety tylko po serbsku).

https://www.youtube.com/watch?v=Jfi09P9n-bs&ab_channel=MiroslavFarka%C5%

Leopold I zaplusował u Serbów prowadzeniem wojny z imperium osmańskim - tak, odbyło się to z pomocą polskiego króla Jana III Sobieskiego i jego odsieczy wiedeńskiej. Działania Habsburga zakończyły się wyparciem Turków z Węgier, do których wówczas należały okolice dzisiejszego Petrovaradina.

Również “obecny swój wygląd twierdza zawdzięcza Austrii, która, na miejscu wcześniejszych średniowiecznych umocnień, wybudowała twierdzę w celu obrony przed Imperium Tureckim. Petrovaradin często jest nazywany Giblartarem na Dunaju” (http://www.serbia.pl/twierdza-petrovaradin.xml)

A do mnie przemawia najbardziej opinia Davida z Izraela, który niespełna rok przed naszą wizytą napisał: “Zatrzymujesz się w turystycznej atrakcji nr 1 miasta z całą jego atmosferą”(Booking.com, automatyczne tłumaczenie)

To dla niej tu chciałam przyjechać. Nie potrzebuję do tego mieszać Leopolda.

I przytup!

*

W Petrovaradinie byliśmy wcześniej dwukrotnie. Głównie z powodu takiej super odległości od naszego miejsca zamieszkania, którą można pokonać w jedną noc. Jest to więc naprawdę dobre miejsce na przerwę w podróży na Południe.

Ale wybranie Petrovaradina za pierwszym razem ze względu tylko i wyłącznie na odległość zaskutkowało tym, że nie mieliśmy pojęcia o jego walorach turystycznych. Nocując wraz z rodziną siostry w Apartments Maca po drodze do Czarnogóry, byliśmy kompletnie nieświadomi faktu, że zaledwie kilometr z małym hakiem dzieli nas od drugiej co do wielkości europejskiej twierdzy. W rezultacie opuściliśmy miejscowość nawet bez pobieżnego rzucenia na nią okiem. Bez sentymentów rankiem rozstaliśmy się z naszym pensjonatem, który mój mały wówczas siostrzeniec bezceremonialnie, ale nie bez racji ocenił jako “brzydki". Chyba coś od tamtego czasu się w apartamencie Maca jednak zmieniło, skoro cztery lata później jacyś goście z Polski wypisali w opinii o nim następujące pozytywy: “Nowy wystrój, wszystko nowe, ładne łazienki...” (https://apartments-maca-novi-sad.booked.com.pl/) 

Choć może to pochopny wniosek. Ta opinia ma jeszcze wypunktowane negatywy, a w nich na przykład coś takiego: “mimo pozornego dobrego wyglądu brud...”. Czy to właśnie nie z tego powodu nasze dzieci nie skorzystały z basenu zewnętrznego, który miał być dla nich atrakcją i sposobem na relaks w podróży do Czarnogóry? Ale pewności co do tego nie mam już po tylu latach - może to tylko pamięć płata mi jakieś figle?

W Petrovaradinie nocowaliśmy również podczas pierwszych wakacji po śmierci Bartka. Jechaliśmy wówczas z naszą grupą religijną na pielgrzymkę do Medjugorje. I to był już zupełnie inny “level” przerwy w podróży. Bo po pierwsze zarezerwowaliśmy nocleg w czterogwiazdkowym Fortress Apartments z oceną gości 9,5 na Booking,com i to był strzał w dziesiątkę, a po drugie odrobiliśmy zaległe lekcje z turystyki i geografii oraz wyszukiwania potrzebnych informacji w internecie. To wtedy właśnie pierwszy raz zachłysnęliśmy się urodą Serbii - spoglądając na Dunaj z kawiarnianego stolika pod twierdzą, oglądając paradujących przedstawicieli zespołów folklorystycznych na odnowionym rynku Nowego Sadu i oczywiście wdychając zapach lip na Fruskiej Gorze.

A teraz, mam wrażenie, że właśnie osiągnęliśmy “top” w kategorii przerw w podróży w Petrovaradinie. Skoro już zapożyczyłam tutaj tyle słów od innych podróżników, to nie zaszkodzi chyba dopisać jeszcze jednego. “Zjawiskowe” (Booking.com, tłumaczenie automatyczne), a dokładnie: “wszystko jest ZJAWISKOWE’ napisała o pobycie w Hotelu Leopold I Marijana z Serbii. Tu przytup!

*

Popołudnie spędzone na “ochach’ i “achach” mija w ekspresowym tempie. Dzień zaczyna się zbliżać ku końcowi. Na kolację w hotelowej restauracji nie możemy liczyć - ktoś ją zarezerwował w całości. Pewnie jakiś członek rodziny królewskiej, o którym pisał Robert - nie wiem, czy nas by było stać na zamówienie tam choćby stolika:)

Mąż proponuje wyjazd do Nowego Sadu (tak, spacer do centrum miasta byłby bardziej romantyczną opcją, ale na pewno nie dla osób z trudnością w poruszaniu się), znalazł na Tripadvisorze kilka całkiem fajnych restauracyjnych opcji.

Ale ja chcę się nacieszyć pobytem w twierdzy, wcale nie mam ochoty opuszczać cudem otrzymanego od życia topu w przerwie w podroży. Wychodzi na moje. W wieczór rocznicy ślubu mąż nie zamierza ze mną dyskutować i idzie za moim pomysłem, by najpierw zrobić rekonesans w twierdzowych restauracjach. Niestety sił mu starcza tylko, by dojść do najbliższej. Jak później wywnioskuję z opinii Kjartana z Islandii (Booking.com, rok przed naszą podróżą) to restauracja serbska. Nawet jeśli w karcie nie znajdujemy tam nic specjalnie dla nas - bo mamy ochotę i na słodką przekąskę, i na danie nie tylko lekkie, lecz oczywiście dodatkowo takie, które nas nie zrujnuje finansowo, to i tak zostaniemy w tym miejscu. Bo gdy raz popatrzy się stamtąd na rozświetlony światłami miasta Dunaj, to już nie ma takiej siły, by oderwać wzrok od tego widoku. Mamy tu swój świecący malutką lampką stoliczek na tarasie w pierwszym rzędzie od strony rzeki - jesteśmy więc publicznością honorową podczas spektaklu zapadania coraz głębszej naddunajskiej nocy na serbskiej północy.

Na rocznicową kolację zamawiamy... naleśniki z nutellą i bitą śmietaną:))) Tym sposobem jest lekko (nie za duża porcja), słodko (aż nawet za bardzo, nutella potrafi przesłodzić nawet taką fankę słodyczy jak ja) i tanio (może nawet była to najtańsza pozycja obiadowa w menu, już teraz nie jestem tego w stanie sprawdzić) - ot, takie trzy w jednym;) No i utrwalam sobie w pamięci słowo palačinke:)

Przyznaję się, ta kolacja dla mnie to był tylko pretekst, żeby spędzić czas z mężem na świeżym powietrzu w najbardziej romantycznym miejscu, jakie mogłam sobie wymarzyć na ten wieczór. Jedzenie nie stanowiło jego clou. W natłoku wrażeń głód w ogóle nie przypominał o swoim istnieniu. 

Ach, i jeszcze znów zapomniałabym wspomnieć o obsłudze. Gdy opuszczając taras, nieśmiało zaglądamy przez okienko do wnętrza restauracji, skuszeni cudownie brzmiącymi bałkańskimi rytmami, to kelner z serdecznością właściwą dla mieszkańców tego gościnnego kraju, zaprasza nas do środka! Gdyby nie on, to w przekonaniu, że to również impreza zamknięta, pominęlibyśmy coś, co nieoczekiwanie sprawiło, że obchody naszej rocznicy podniosły poprzeczkę topowości na taką wysokość, że już chyba nigdy więcej tam nie doskoczymy.

Wieczór z bałkańską muzyką! Czyli numer jeden w kategorii mężowych marzeń w naszej podróży. Ja już zebrałam swoje romantyczne prezenty od życia, właśnie przyszła kolej na dary losu dla niego. Cudownej rocznicy ślubu, mój Mężu!

I to nic, że zamówiona orkiestra grała dla biesiadników innego stolika. Przecież mogliśmy się cieszyć muzyką tak samo dobrze jak oni. I to nic, że nasz budżet po 34 dniach podroży nie przewidywał na tę okoliczność drogiego szampana. Przecież mogliśmy się do woli raczyć piwem Зајечарско, które nas tak wybornie chłodziło w bałkańskim klimacie tej sierpniowej nocy. Życzenia się spełniają - ta rocznica ślubu jest cudowna.

Przytup, przytup, przytup...

*

Orkiestra została wynajęta przez grupę młodych mężczyzn, którzy najwyraźniej mieli upodobanie do tradycyjnych serbskich pieśni. Oprócz biesiadnych, zarówno te ludowe, jaki i narodowe, królowały w repertuarze. Śpiewali członkowie orkiestry, śpiewali młodzi Serbowie, śpiewały dwie panie, które wkrótce po nas zostały zgarnięte przez serdecznego kelnera do środka knajpki, a gdy rozpoczęła się pieśń “Tamo daleko” śpiewał nawet mój mąż, czym zadziwił nie tylko mnie, ale także jednego z organizatorów biesiady. W ten sposób nasza rocznica ślubu przysłużyła się nawet stosunkom międzynarodowym:)

Młody mężczyzna ucieszył się bardzo, że tak nam się podobają serbskie piosenki. A czyż mogłoby być inaczej? Trudno mi się nie wzruszać, gdy w “Tamo daleko” słyszę słowa:

“Tam daleko, gdzie kwitnie biała lilia

Tam swe życia oddali wspólnie ojciec i syn”.

https://www.youtube.com/watch?v=yl9WGfaos_g&ab_channel=Sallieri1

W “Pukni zoro” podobne klimaty:

Wracam żywy do domu.

I nie ma najlepszych

bitwa ich zabrała” (tłumacz google)

https://lyricstranslate.com/pl/pukni-zoro-break-dawn.html

A “Janicar”? To dopiero jest pieśń, która poruszy nawet największego twardziela. Najbardziej chyba tym, że takie historie mogły naprawdę się przydarzyć w tej części świata. Pieśń opowiada o sebskim chłopcu, który został porwany z rąk matki przez ciemiężcę, a po latach wrócił jako janczar walczyć w swojej wiosce.

Nie podnoś do mnie ręki, synu (...)

Jestem twoją matką, bo cię rozpoznałam” (tłumacz automatyczny)

https://www.google.com/search?q=janicar+tekst&oq=janicar+tekst&aqs=chrome..69i57j0i19i22i30l9.8317j0j7&sourceid=chrome&ie=UTF-8.

Niedawno pisałam o bośniackich sevdalinkach i odczuciach, jakie wywołują. Ale przy serbskich piosenkach, zwłaszcza takich, które tu przytoczyłam, całkiem wymiękam. W ich słowach i dźwiękach zamknięta jest straszna historyczna spuścizna tej ziemi, kryją się w nich tragedie kolejnego bałkańskiego ludu.

Ale oczywiście to nie jedyne motywy serbskich pieśni. Oprócz narodowych, tragicznych  tematów Serbowie, jak wszystkie inne narody na świecie, poruszają w swoich utworach zwykłe ludzkie sprawy i o nich także śpiewali podczas wieczoru w naszą rocznicę ślubu: o miłości (“Ružo rumena”), tęsknocie, rozczarowaniu (“S namerom dodjoh u veliki grad”), porzuceniu (“I tebe sam sit kafano”)... Nie ma między nami różnicy w przeżywaniu takich uczuć i historii. 

Nie będę udawać, że wtedy rozumiałam te teksty - nie, to efekt przyjaźni z tłumaczem google po powrocie. Ale muzyka jest zawsze bardzo egalitarna - pozwala się zrozumieć wszystkim, którzy tego chcą. A my tamtego wieczoru chcieliśmy z całych sił. I muzyka to doceniała...

I tak w jej ramionach zakończyliśmy dzień naszej rocznicy ślubu. 

Rankiem po śniadaniu zanoszę miłej pani recepcjonistce swoje piękne róże. Niech z nią zostaną, bo droga z Petrovaradina do domu, która ma odległość jednej nocy, na pewno by im zaszkodziła. Chciałabym powiedzieć wtedy na pożegnanie "vidimo se uskoro", ale... 

wizja zakończenia podróży sprawia, że znów z marzycielki staję się realistką.

Po drodze do Polski uświadamiam sobie, ile czasu upłynęło od momentu wyruszenia z domu. Pola słonecznikowe nie są już ani trochę żółte. Dojrzałe słoneczniki żegnają nas czarnymi, pełnymi nasion środkami. Ziemia wydała plon obfity, co widać na przydrożnych straganach. Teraz szykuje się do odpoczynku na pustych po zbiorach polach. Patrzę na nie i ogarnia mnie coraz większa melancholia. Żadne sensowne słowa pożegnania nie przychodzą mi do głowy. No chyba, że znów pożyczę je od wspomnianego wcześniej Kjerstana z Islandii. Jak zakończył ten podróżnik swoją opinię na Booking.com?

Wrócę, to była podróż życia” (tłumacz google)

I już nawet przytup nie jest tu potrzebny...


*palačinke to naleśniki:)

**Do wysłuchania serbskie pieśni: "Tamo daleko", "Pukni zoro", "Janicar"

sobota, 1 maja 2021

LEKARSTWO NA TRUDNOŚCI I DOLEGLIWOŚCI

Coś ciężko się wiośnie rozsłonecznić w tym roku. Cały kwiecień przeplatała - zimę z latem, tyle, że w proporcji zdecydowanie faworyzującej tę pierwszą. No i też deszczu, chłodu i wiatru było sporo. Ale przynajmniej świat się w końcu zazielenił - nawet bura pustynia nad rzeką pokryła się trawą. Ostatnio również zakwitł - najpierw na żółto i biało, a potem jeszcze z dodatkiem różu magnolii i ozdobnych wiśni. Piękny to świat, nawet wówczas, gdy przynosi dni otulone warstwą deszczowych chmur. Świergocący ptakami, pachnący mieszanką świeżo zmoczonej ziemi i kwiatów dzikich krzewów. Człowiek też się przyczynił do podniesienia jego estetycznych walorów i codziennie dziękuję mu za to, wracając ze szkoły drogą z żółto - biało - różowymi poboczami.

Tak, od tego ostatniego tygodnia pomoc psychologiczno - pedagogiczna wróciła do codziennej pracy w szkolnych murach wraz z częścią uczniów I - III. Wcześniej przez dwa tygodnie pracowaliśmy hybrydowo i to nie był zły układ, mimo że większość godzin spędzałam jednak w szkole. Niestety, za każdym razem, gdy już coś ogarnę i oswoję, to dochodzi do zmian. Teraz rząd dumnie ogłosił zwycięstwo nad trzecią falą pandemii i zarządził powrót całego nauczania początkowego do szkół od przyszłego tygodnia. Zamierza też wtedy otworzyć galerie, więc i Kacper znów będzie mógł pracować. Poza tym dostaliśmy od władzy dużo obietnic, jak na przykład zapowiedź otwarcia hoteli w drugim tygodniu maja. 

Ważna to informacja, bo ludziska już nie mogą wytrzymać tak długiego zamknięcia w domu. We wszystkie bardziej pogodne dni wylegają z niego i zapełniają każdą otwartą przestrzeń na świeżym powietrzu. Nawet tak nieruchawe typy jak my włączyły się ostatnio w ten proces. Pojeździliśmy trochę po okolicy i znaleźliśmy kilka naprawdę uroczych zakątków, o których istnieniu nie zawsze wcześniej wiedzieliśmy.

Miło byłoby też udać się w jakąś dłuższą podróż. Zbliża się czas planowania wyjazdów wakacyjnych. Niestety, wygląda na to, że nasza rodzina nie ma nawet co marzyć o jakimś wojażowaniu poza granicami Polski. Właśnie w tym tygodniu na poziomie Unii Europejskiej zapadły decyzje o wprowadzeniu paszportów covidowych (których podobno nikt wcześniej na poważnie nie brał pod uwagę). Wygląda na to, że bez szczepienia unijnych granic nie będzie się dało przekroczyć. Ewentualne zielone światło dostaną tylko jeszcze ozdrowieńcy lub osoby z negatywnym wynikiem testu na koronawirusa.

https://tvn24.pl/biznes/ze-swiata/paszporty-szczepionkowe-w-ue-europoslowie-daja-zielone-swiatlo-5080830

I czy to już nie dyskryminacja takich ludzi jak my? Jedynym naszym wyjściem będą testy, tyle, że w Polsce bez skierowania lekarza nie są one darmowe, tak jak na przykład w Austrii. A ich cena jest na razie dla nas zaporowa.

- Nie każdy może być zaszczepiony. Odpowiadacie: to niech robi testy, a one nie są tanie. Najpierw chcecie ograniczyć ludziom wolność, a potem mówicie, że możecie sobie tę wolność odkupić, jeśli jesteście wystarczająco bogaci. Co to jest, jeśli nie segregacja?” - czytam słowa europosła Patryka Jakiego w artykule pt. "Może nastąpić presja na wdrożenie pewnych rozwiązań". Parlament Europejski o paszportach covidowych” (ta pierwsza część tytułu to głos naszego premiera w tej sprawie;)

https://tvn24.pl/polska/koronawirus-parlament-europejski-dyskutuje-o-paszportach-covidowych-5080671

Trudno, trzeba się pogodzić z tym, że nie zobaczymy w czasie tegorocznych wakacji dalekiego świata. Trochę szkoda, ale przecież ten bliski też mi się bardzo podoba. Nie będę więc sobie psuć humoru takimi wieściami. Wprost przeciwnie, zamierzam go sobie jeszcze poprawić. W jaki sposób? Od lat mam pewien wypróbowany. To Luis Armstrong i jego “What a wonderful world”. Jeden z dwóch moich ukochanych ponad wszystkie utworów. Z prostym, ale megapozytywnym przesłaniem:

Widzę zieleń drzew i czerwień róż
Widzę jak kwitną dla mnie i dla Ciebie
I myślę sobie cóż to za piękny świat.
Widzę błękit nieba i biel chmur
Jasny błogosławiony dzień i ciemną świętą noc
I myślę sobie cóż to za piękny świat.
Kolory tęczy tak piękne na niebie
Są także na twarzach przechodniów
Widzę jak przyjaciele (..)ściskają swoje dłonie...”

Tłumaczenie z języka angielskiego: Z. Gruntkowski (post użytkownika jaras1968) https://www.tekstowo.pl/piosenka,louis_armstrong,what_a_wonderful_world.html

Na podlinkowanej powyżej stronie znajduję także ciekawostkę, dotyczącą tego utworu: “Piosenka została napisana specjalnie dla Luisa Armstronga. Miała być lekarstwem na rasizm i napiętą sytuację polityczną w Stanach Zjednoczonych. Opisuje jakim cudem jest tak naprawdę świat.”

A dla mnie ta piosenka jest lekarstwem na wszelkie trudności i dolegliwości. Mogłabym jej słuchać bez końca.

W nieskończone zadziwienie wprawia mnie mąż, który udowadnia mi, że nie tylko ja tak mam. Użytkownik YouTuba o nazwie Blue Morfo zrobił z mojego ulubionego utworu wersję na całą godzinę! Ledwie kończy się jedno nagranie, a już zaczyna się drugie. Po prostu cudownie!

https://www.youtube.com/watch?v=5v1iEQOXFIQ&ab_channel=BlueMorpho

“Ta piosenka sprawi, że zapomnisz o złu w świecie” (tłumacz google) taki komentarz Blue Morfo dodał do swojego projektu. Przez rok polubiło go 1200 ludzi, a wyświetliło 83855! Kto by pomyślał, że na świecie jest tylu ludzi z podobnymi do moich upodobaniami.

Ale to jeszcze nic wobec tego, co w styczniu zrobił 10h Loops. Jego wersja trwa, tak, 10 godzin! No odlot:)

https://www.youtube.com/watch?v=mgcrDlZbHaQ&ab_channel=10hLoops

Świat okazuje się pełen ludzi pozytywnie zakręconych. “They're really sayin' "I love you", jak śpiewa wykonawca mojego ulubionego utworu. Dzięki Luisie! Kończę na dziś już pisanie. Naszła mnie ochota na dziesięć godzin słuchania;)