Poprzednia część: KIERUNEK DROGA POWROTNA - z przystankiem w Sunčanej Rece
https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/04/23-24.html
- To czego ty właściwie chcesz? - pyta zniecierpliwiony mąż jeszcze w Ulcinju, kiedy nie mogę się zdecydować na żaden z ośrodków, w którym proponuje mi zatrzymanie się na nasz ostatni nocleg w podróży. Miałoby to zarazem być miejsce, gdzie ostatecznie świętowalibyśmy 34-tą rocznicę ślubu.
- Chcę czegoś z przytupem! - trudno mi to określić innymi słowy.
Wymyśliłam sobie, że to będzie taki akcent podkreślający wszystko, co w tej podróży się zadziało już wcześniej. I do tego niezapomniany. I do tego wyjątkowej urody. I do tego w takim miejscu, z którego już blisko do domu (żeby już nie trzeba było zamawiać kolejnego noclegu po drodze:). I do tego - oj dużo jeszcze tego “i do tego”...
Nic by z tego jednak nie wyszło, gdyby nie pojawiła się nagle promocja w Hotelu Leopold I w twierdzy Petrovaradin koło Nowego Sadu. W interesujący nas weekend cena pakietu business, obejmującego pokój z widokiem na rzekę schodzi do poziomu, który po zastosowaniu zniżki Energizera (bo mimo wszelkich starań nie udało nam się jej wykorzystać w Albanii:) jest dla nas akceptowalny. Nie posiadam się z radości! Ten hotel przez wiele lat był dla mnie szczytem serbskich podróżniczych marzeń. Oglądałam go więc wcześniej wielokrotnie i z uwagi na cenę na tym się sprawa kończyła. A teraz, proszę bardzo, z czystym sumieniem mogę zrobić przytup!
Choć pokój ma w opisie widok na Dunaj, to i tak piszę do hotelu w tej sprawie. No bo wiadomo - strzeżonego Pan Bóg strzeże:) Po raz pierwszy w tej podróży (i ostatni, bo i nocleg ostatni:) uzasadniam prośbę o ładny widok rocznicą ślubu. Wyciągam z zanadrza argument według mnie najcięższego kalibru:), bo za bardzo mi zależy na pięknej oprawie naszego święta, żebym miała nie dołożyć wszelkich możliwych starań, by to osiągnąć.
W odpowiedzi hotel mnie zaskakuje w najmilszy ze sposobów. W pokoju czeka na mnie przepiękny, różowy bukiet róż. Czy mogło mnie spotkać gdzieś coś milszego? Nie sądzę! A widok? Nie mogło być lepiej! A pokój? Nie ustępuje marzeniom! I tu oczywiście przytup!
Schodzę na recepcję, by podziękować. Ach tak, nie napisałam tu do tej pory nic o obsłudze. No dobrze, a obsługa? A czy są jeszcze jakieś słowa zachwytu, których dotąd nie użyłam?
Hmm, chyba mi w końcu ich zabrakło. Całe szczęście, że to koniec podróży, bo co by to było, gdybym się chciała nią zachwycać dalej?
A może w takim wypadku trzeba użyć słów innych turystów?
“Czułem się jak członek rodziny królewskiej, ale przy niewielkim budżecie”- pół roku przed naszą podróżą napisał o swoim pobycie w hotelu Leopold I Robert ze Stanów Zjednoczonych (Booking.com, automatyczne tłumaczenie)
Miesiąc później w podobnym tonie na tej samej stronie wypowiedział się T z Austrii: “jeśli chcesz poczuć się jak król, to najlepszy sposób na to!”
Wypowiedzi te nawiązują oczywiście do postaci Leopolda I Habsburga, którego imię widnieje w hotelowej nazwie. Rzeczywiście był to król tzw. “pełną gębą” - według Wikipedii: “ król Węgier od 1655, król Czech od 1656, arcyksiążę Austrii od 1657, a także król Niemiec i Święty Cesarz Rzymski od 1658 roku” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Leopold_I_Habsburg)
Jednak pamiętać trzeba, że hotel powstał w dawnych koszarach (http://konsulat-serbia.pl/?page_id=456), a sam władca nigdy w tym miejscu nie był - przynajmniej tak twierdzi mój głosowy translator po wysłuchaniu informacji podanej podczas odtwarzania filmu na temat obiektu na Youtube (niestety tylko po serbsku).
https://www.youtube.com/watch?v=Jfi09P9n-bs&ab_channel=MiroslavFarka%C5%
Leopold I zaplusował u Serbów prowadzeniem wojny z imperium osmańskim - tak, odbyło się to z pomocą polskiego króla Jana III Sobieskiego i jego odsieczy wiedeńskiej. Działania Habsburga zakończyły się wyparciem Turków z Węgier, do których wówczas należały okolice dzisiejszego Petrovaradina.
Również “obecny swój wygląd twierdza zawdzięcza Austrii, która, na miejscu wcześniejszych średniowiecznych umocnień, wybudowała twierdzę w celu obrony przed Imperium Tureckim. Petrovaradin często jest nazywany Giblartarem na Dunaju” (http://www.serbia.pl/twierdza-petrovaradin.xml)
A do mnie przemawia najbardziej opinia Davida z Izraela, który niespełna rok przed naszą wizytą napisał: “Zatrzymujesz się w turystycznej atrakcji nr 1 miasta z całą jego atmosferą”(Booking.com, automatyczne tłumaczenie)
To dla niej tu chciałam przyjechać. Nie potrzebuję do tego mieszać Leopolda.
I przytup!
*
W Petrovaradinie byliśmy wcześniej dwukrotnie. Głównie z powodu takiej super odległości od naszego miejsca zamieszkania, którą można pokonać w jedną noc. Jest to więc naprawdę dobre miejsce na przerwę w podróży na Południe.
Ale wybranie Petrovaradina za pierwszym razem ze względu tylko i wyłącznie na odległość zaskutkowało tym, że nie mieliśmy pojęcia o jego walorach turystycznych. Nocując wraz z rodziną siostry w Apartments Maca po drodze do Czarnogóry, byliśmy kompletnie nieświadomi faktu, że zaledwie kilometr z małym hakiem dzieli nas od drugiej co do wielkości europejskiej twierdzy. W rezultacie opuściliśmy miejscowość nawet bez pobieżnego rzucenia na nią okiem. Bez sentymentów rankiem rozstaliśmy się z naszym pensjonatem, który mój mały wówczas siostrzeniec bezceremonialnie, ale nie bez racji ocenił jako “brzydki". Chyba coś od tamtego czasu się w apartamencie Maca jednak zmieniło, skoro cztery lata później jacyś goście z Polski wypisali w opinii o nim następujące pozytywy: “Nowy wystrój, wszystko nowe, ładne łazienki...” (https://apartments-maca-novi-sad.booked.com.pl/)
Choć może to pochopny wniosek. Ta opinia ma jeszcze wypunktowane negatywy, a w nich na przykład coś takiego: “mimo pozornego dobrego wyglądu brud...”. Czy to właśnie nie z tego powodu nasze dzieci nie skorzystały z basenu zewnętrznego, który miał być dla nich atrakcją i sposobem na relaks w podróży do Czarnogóry? Ale pewności co do tego nie mam już po tylu latach - może to tylko pamięć płata mi jakieś figle?
W Petrovaradinie nocowaliśmy również podczas pierwszych wakacji po śmierci Bartka. Jechaliśmy wówczas z naszą grupą religijną na pielgrzymkę do Medjugorje. I to był już zupełnie inny “level” przerwy w podróży. Bo po pierwsze zarezerwowaliśmy nocleg w czterogwiazdkowym Fortress Apartments z oceną gości 9,5 na Booking,com i to był strzał w dziesiątkę, a po drugie odrobiliśmy zaległe lekcje z turystyki i geografii oraz wyszukiwania potrzebnych informacji w internecie. To wtedy właśnie pierwszy raz zachłysnęliśmy się urodą Serbii - spoglądając na Dunaj z kawiarnianego stolika pod twierdzą, oglądając paradujących przedstawicieli zespołów folklorystycznych na odnowionym rynku Nowego Sadu i oczywiście wdychając zapach lip na Fruskiej Gorze.
A teraz, mam wrażenie, że właśnie osiągnęliśmy “top” w kategorii przerw w podróży w Petrovaradinie. Skoro już zapożyczyłam tutaj tyle słów od innych podróżników, to nie zaszkodzi chyba dopisać jeszcze jednego. “Zjawiskowe” (Booking.com, tłumaczenie automatyczne), a dokładnie: “wszystko jest ZJAWISKOWE’ napisała o pobycie w Hotelu Leopold I Marijana z Serbii. Tu przytup!
*
Popołudnie spędzone na “ochach’ i “achach” mija w ekspresowym tempie. Dzień zaczyna się zbliżać ku końcowi. Na kolację w hotelowej restauracji nie możemy liczyć - ktoś ją zarezerwował w całości. Pewnie jakiś członek rodziny królewskiej, o którym pisał Robert - nie wiem, czy nas by było stać na zamówienie tam choćby stolika:)
Mąż proponuje wyjazd do Nowego Sadu (tak, spacer do centrum miasta byłby bardziej romantyczną opcją, ale na pewno nie dla osób z trudnością w poruszaniu się), znalazł na Tripadvisorze kilka całkiem fajnych restauracyjnych opcji.
Ale ja chcę się nacieszyć pobytem w twierdzy, wcale nie mam ochoty opuszczać cudem otrzymanego od życia topu w przerwie w podroży. Wychodzi na moje. W wieczór rocznicy ślubu mąż nie zamierza ze mną dyskutować i idzie za moim pomysłem, by najpierw zrobić rekonesans w twierdzowych restauracjach. Niestety sił mu starcza tylko, by dojść do najbliższej. Jak później wywnioskuję z opinii Kjartana z Islandii (Booking.com, rok przed naszą podróżą) to restauracja serbska. Nawet jeśli w karcie nie znajdujemy tam nic specjalnie dla nas - bo mamy ochotę i na słodką przekąskę, i na danie nie tylko lekkie, lecz oczywiście dodatkowo takie, które nas nie zrujnuje finansowo, to i tak zostaniemy w tym miejscu. Bo gdy raz popatrzy się stamtąd na rozświetlony światłami miasta Dunaj, to już nie ma takiej siły, by oderwać wzrok od tego widoku. Mamy tu swój świecący malutką lampką stoliczek na tarasie w pierwszym rzędzie od strony rzeki - jesteśmy więc publicznością honorową podczas spektaklu zapadania coraz głębszej naddunajskiej nocy na serbskiej północy.
Na rocznicową kolację zamawiamy... naleśniki z nutellą i bitą śmietaną:))) Tym sposobem jest lekko (nie za duża porcja), słodko (aż nawet za bardzo, nutella potrafi przesłodzić nawet taką fankę słodyczy jak ja) i tanio (może nawet była to najtańsza pozycja obiadowa w menu, już teraz nie jestem tego w stanie sprawdzić) - ot, takie trzy w jednym;) No i utrwalam sobie w pamięci słowo palačinke:)
Przyznaję się, ta kolacja dla mnie to był tylko pretekst, żeby spędzić czas z mężem na świeżym powietrzu w najbardziej romantycznym miejscu, jakie mogłam sobie wymarzyć na ten wieczór. Jedzenie nie stanowiło jego clou. W natłoku wrażeń głód w ogóle nie przypominał o swoim istnieniu.
Ach, i jeszcze znów zapomniałabym wspomnieć o obsłudze. Gdy opuszczając taras, nieśmiało zaglądamy przez okienko do wnętrza restauracji, skuszeni cudownie brzmiącymi bałkańskimi rytmami, to kelner z serdecznością właściwą dla mieszkańców tego gościnnego kraju, zaprasza nas do środka! Gdyby nie on, to w przekonaniu, że to również impreza zamknięta, pominęlibyśmy coś, co nieoczekiwanie sprawiło, że obchody naszej rocznicy podniosły poprzeczkę topowości na taką wysokość, że już chyba nigdy więcej tam nie doskoczymy.
Wieczór z bałkańską muzyką! Czyli numer jeden w kategorii mężowych marzeń w naszej podróży. Ja już zebrałam swoje romantyczne prezenty od życia, właśnie przyszła kolej na dary losu dla niego. Cudownej rocznicy ślubu, mój Mężu!
I to nic, że zamówiona orkiestra grała dla biesiadników innego stolika. Przecież mogliśmy się cieszyć muzyką tak samo dobrze jak oni. I to nic, że nasz budżet po 34 dniach podroży nie przewidywał na tę okoliczność drogiego szampana. Przecież mogliśmy się do woli raczyć piwem Зајечарско, które nas tak wybornie chłodziło w bałkańskim klimacie tej sierpniowej nocy. Życzenia się spełniają - ta rocznica ślubu jest cudowna.
Przytup, przytup, przytup...
*
Orkiestra została wynajęta przez grupę młodych mężczyzn, którzy najwyraźniej mieli upodobanie do tradycyjnych serbskich pieśni. Oprócz biesiadnych, zarówno te ludowe, jaki i narodowe, królowały w repertuarze. Śpiewali członkowie orkiestry, śpiewali młodzi Serbowie, śpiewały dwie panie, które wkrótce po nas zostały zgarnięte przez serdecznego kelnera do środka knajpki, a gdy rozpoczęła się pieśń “Tamo daleko” śpiewał nawet mój mąż, czym zadziwił nie tylko mnie, ale także jednego z organizatorów biesiady. W ten sposób nasza rocznica ślubu przysłużyła się nawet stosunkom międzynarodowym:)
Młody mężczyzna ucieszył się bardzo, że tak nam się podobają serbskie piosenki. A czyż mogłoby być inaczej? Trudno mi się nie wzruszać, gdy w “Tamo daleko” słyszę słowa:
“Tam daleko, gdzie kwitnie biała lilia
Tam swe życia oddali wspólnie ojciec i syn”.
https://www.youtube.com/watch?v=yl9WGfaos_g&ab_channel=Sallieri1
W “Pukni zoro” podobne klimaty:
“Wracam żywy do domu.
I nie ma najlepszych
bitwa ich zabrała” (tłumacz google)
https://lyricstranslate.com/pl/pukni-zoro-break-dawn.html
A “Janicar”? To dopiero jest pieśń, która poruszy nawet największego twardziela. Najbardziej chyba tym, że takie historie mogły naprawdę się przydarzyć w tej części świata. Pieśń opowiada o sebskim chłopcu, który został porwany z rąk matki przez ciemiężcę, a po latach wrócił jako janczar walczyć w swojej wiosce.
“Nie podnoś do mnie ręki, synu (...)
Jestem twoją matką, bo cię rozpoznałam” (tłumacz automatyczny)
https://www.google.com/search?q=janicar+tekst&oq=janicar+tekst&aqs=chrome..69i57j0i19i22i30l9.8317j0j7&sourceid=chrome&ie=UTF-8.
Niedawno pisałam o bośniackich sevdalinkach i odczuciach, jakie wywołują. Ale przy serbskich piosenkach, zwłaszcza takich, które tu przytoczyłam, całkiem wymiękam. W ich słowach i dźwiękach zamknięta jest straszna historyczna spuścizna tej ziemi, kryją się w nich tragedie kolejnego bałkańskiego ludu.
Ale oczywiście to nie jedyne motywy serbskich pieśni. Oprócz narodowych, tragicznych tematów Serbowie, jak wszystkie inne narody na świecie, poruszają w swoich utworach zwykłe ludzkie sprawy i o nich także śpiewali podczas wieczoru w naszą rocznicę ślubu: o miłości (“Ružo rumena”), tęsknocie, rozczarowaniu (“S namerom dodjoh u veliki grad”), porzuceniu (“I tebe sam sit kafano”)... Nie ma między nami różnicy w przeżywaniu takich uczuć i historii.
Nie będę udawać, że wtedy rozumiałam te teksty - nie, to efekt przyjaźni z tłumaczem google po powrocie. Ale muzyka jest zawsze bardzo egalitarna - pozwala się zrozumieć wszystkim, którzy tego chcą. A my tamtego wieczoru chcieliśmy z całych sił. I muzyka to doceniała...
I tak w jej ramionach zakończyliśmy dzień naszej rocznicy ślubu.
Rankiem po śniadaniu zanoszę miłej pani recepcjonistce swoje piękne róże. Niech z nią zostaną, bo droga z Petrovaradina do domu, która ma odległość jednej nocy, na pewno by im zaszkodziła. Chciałabym powiedzieć wtedy na pożegnanie "vidimo se uskoro", ale...
wizja zakończenia podróży sprawia, że znów z marzycielki staję się realistką.
Po drodze do Polski uświadamiam sobie, ile czasu upłynęło od momentu wyruszenia z domu. Pola słonecznikowe nie są już ani trochę żółte. Dojrzałe słoneczniki żegnają nas czarnymi, pełnymi nasion środkami. Ziemia wydała plon obfity, co widać na przydrożnych straganach. Teraz szykuje się do odpoczynku na pustych po zbiorach polach. Patrzę na nie i ogarnia mnie coraz większa melancholia. Żadne sensowne słowa pożegnania nie przychodzą mi do głowy. No chyba, że znów pożyczę je od wspomnianego wcześniej Kjerstana z Islandii. Jak zakończył ten podróżnik swoją opinię na Booking.com?
“Wrócę, to była podróż życia” (tłumacz google)
I już nawet przytup nie jest tu potrzebny...
*palačinke to naleśniki:)
**Do wysłuchania serbskie pieśni: "Tamo daleko", "Pukni zoro", "Janicar"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz