Poprzednia częsć relacji znajduje się pod linkiem: MOSTAR - UWIELBIAM!
https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/04/mostar-uwielbiam.html
To, co bez dwóch zdań zawdzięczam mojemu mężowi ( i może rocznica ślubu jest najlepszą okazją, by za to podziękować), to fascynacja muzyką świata. Dziś będzie o sevdalince, określanej, zgodnie ze słowami Wikipedii, “czasem w skrócie jako sevdah" (https://pl.wikipedia.org/wiki/Sevdalinka). Według podanego tu źródła, to “tradycyjny gatunek muzyki ludowej pochodzący z Bośni i Hercegowiny".
Dlaczego o tym teraz piszę? Ano dlatego, że po powrocie z tego kraju mąż zaraził mnie sentymentem dla twórczości zespołu “MOSTAR SEVDAH REUNION”.
Jak czytam na jego oficjalnej stronie (automatyczne tłumaczenie): “Początki (...) są związane z latem wojny 1993 r.” To “było dla nich rodzajem walki o zachowanie ducha w tym trudnym okresie. (...) Jednak po zakończeniu wojny wszyscy rozstali się, rozwiązując problemy egzystencjalne. Tak było do 1998r.” (http://www.mostarsevdahreunion.org.ba/o_sastavu.html)
Od tego czasu zespół cały czas nagrywa, koncertuje i inspiruje.
Ja mam okazję się zetknąć się z jego muzyką dzięki nagraniu ”Čudna jada od Mostara grada” (“Dziwna niedola od Mostaru” - według tłumacza google) - utwór umieszczono w internecie jako wspomnienie festiwalu sevdah z Sarajewa z 2013 r. Kto raz posłucha, ten już nie zapomni. (https://www.youtube.com/watch?v=75mAL2a-xvc&ab_channel=SarajevoSevdahFest)
Muzyka Bałkanów to absolutnie jedna z zasadniczych potrzeb w naszej podróży. Bez doświadczenia jej charakteru, bogactwa i różnorodności poznanie tej części świata wydaje nam się zupełnie niemożliwe.
“Nazwa sevdah pochodzi z jęz. tureckiego i wywodzi się od perskiego słowa soda (w znaczeniu ekstaza, melancholia lub miłosny smutek)” można czytać dalej na podanej stronie Wikipedii. “Bardzo możliwe, że portugalskie słowo Fado saudade ma to samo pochodzenie.”
“Čudna jada od Mostara grada” jest kawałkiem (jak zresztą większość sevdalinek) o miłości bardzo konkretnej (i nieszczęśliwej) - między Bibą i Ahmo, ale we mnie ten rodzaj muzyki w jakiś sposób przekształcił się w symbol. To alegoria moich uczuć do “the most beatiful city in the world”, jak napisał na stronie Booking.com Adem z apartamentu, w którym mieszkaliśmy w ostatnie wakacje przed śmiercią syna.
Bo wyjeżdżając z Mostaru czułam coś, co można by określić właśnie jako “miłosny smutek”. To za każdym razem jest połączenie empatii - poruszenia niedolą zamkniętą w duszy tego miejsca z tęsknotą do niego i miłością wielką, ale nie do końca spełnioną, bo z daleka, z rozdzielenia. Ot, taka własna opowieść z sevdalinkowymi emocjami.
Ale tym razem powiewy smutku miały też inną przyczynę. Oto kończyła się nasza podróż i opuszczałam Mostar ze świadomością, że obraliśmy kurs pod tytułem droga powrotna. I to nie tak, że nie chciałam w końcu powrócić do domu. Ale gdzieś z tyłu głowy miałam przeświadczenie, że takie wojażowanie jak to, szybko się nie powtórzy. I było mi żal...
Trochę też żałowałam skrócenia tego odcinka rocznicowej podróży. Bo przecież dzień naszego wyjazdu z Mostaru (gdybyśmy w porę zrobili rezerwację) miał być dniem przyjazdu i to na dwa noclegi! Pewnie, że można by jeszcze zarezerwować je w innym miejscu w Bośni. Ale jeśli się już było w najatrakcyjniejszym, moim zdaniem, mieście w tym kraju, to wszystkie inne potem wydawałyby się niestety mniej atrakcyjne. Uznałam więc, że nie ma sensu robić niczego na siłę.
Od domu dzieliło nas całe mnóstwo kilometrów, więc i tak mieliśmy w planie jakieś noclegi po drodze - zdecydowaliśmy się zarezerwować je w Serbii.
Łatwo nie było. A to dlatego, że w żadnym razie nie chciałam zaniżać lotów. Wymarzyłam sobie, że ta podróż zakończy się pięknym finałem. I za nic nie mogłam znaleźć czegoś, co pasuje do tego określenia.
W końcu sięgnęłam do notatek, które zrobiłam podczas przejazdu przez Serbię zaledwie miesiąc wcześniej. Trzeba się było na coś zdecydować. Padło na “Etno selo Sunčana Reka” - widziany po drodze na początku podróży ośrodek ładnie się prezentował i był położony w dogodnej lokalizacji.
Rezerwacja przebiega bezproblemowo - wymieniam kilka wiadomości z kierownictwem przez messengera i już czekają na nas noclegi w małym murowanym domku na terenie tej etno - wioski. Wprawdzie celowałam w pokój w budynku głównym, ale wszystko było niestety pozajmowane i na dodatek przeznaczone dla większych rodzin. Można się tylko pocieszyć tym, że domki tańsze.
Obieramy więc kurs na Sunčaną Rekę i w błogiej nieświadomości... jedziemy w innym kierunku. Miast do granicy z Serbią przybliżamy się coraz bardziej do Chorwacji. Gdy próbujemy naprawić błąd, to mamy już do przejechania dodatkowo naprawdę spory kawał drogi. Ale kto by tam zwyczajnie zawracał? Atrakcyjniejszą opcją wydaje się przebicie do serbskiego przejścia granicznego pajęczyną jakichś lokalnych dróg w poprzek głównych arterii krajowych.
Nastawiamy nawigację Volvo... no i gubimy się na dobre. Nie chcę tu nawet zaczynać tematu o tym, co sądzę o jej twórcach. Myślę, że każde ze słów, których bym wtedy użyła, byłoby nieprzyzwoite. Wcześniej już nie raz, nie dwa, wpuszczała nas ona w maliny i wyprowadzała na manowce. Ale to, co zrobiła z nami w Bośni, to już w ogóle nie mieści się w głowie. Zielony mosteczek, za którym już tylko ścieżka w lesie po raz pierwszy, za pół godziny po raz drugi, za godzinę po raz trzeci... Objazdy bezdrożami bezasfaltowych dróg, gdzie dziesiątki kilometrów nie sposób zobaczyć żadnego innego pojazdu. Jeśli do tego dołączyć ciemności, które zdążyły już zapaść, to momentami sytuacja miała zabarwienie thrillera. Na szczęście z komediowym zakończeniem. W którymś z przysiółków nawigacja wskazała nam drogę wzdłuż zabudowań gospodarczych prosto w... ogrodzenie. Okazało się, że skierowała nas w jakąś otwartą bramę, po to, byśmy przemierzyli całą długość czyjegoś gospodarstwa i to pod nosem właściciela, który w osłupieniu przyglądał się temu, biesiadując na werandzie przy winku. A nawigacja w tym wszystkim wciąż swoje: dalej!, prosto!, jedź!...
Na szczęście dostaliśmy wtedy od przypatrujących się nam i rozbawionych sytuacją imprezujących mężczyzn wskazówki, umożliwiające wjazd na wreszcie normalną (i asfaltową!) drogę. I w końcu dojechaliśmy nią najpierw do granicy, a potem do Sunčanej Reki, już nie oglądając się na nawigację Volvo. Mieliśmy na ten czas dość i emocji, i przygód - trochę to było dla nas za dużo jak na jeden dzień. Toteż z ulgą podziękowaliśmy w ośrodku za możliwość dopełnienia formalności rankiem (chyba nikt z obsługi nie miał ochoty robić tego już po północy) i czym prędzej zapakowaliśmy się do łóżka w naszym murowanym domku.
No ale jak tu spać, gdy przed sąsiednim, przy lejącym się rzeką winie, ktoś urządził sobie noc wspominek na pełny regulator? Dobrze wstawioną już panią słyszy chyba cały ośrodek, a ja to w ogóle mam wrażenie, jakby zdania wciąż zaczynające się od słów “moja majka” były mi wykrzyczane wprost do ucha, żeby nie napisać że do mózgu. I tak mijają kolejne godziny... W czasie ich trwania zdążyłam sobie w całej rozciągłości przypomnieć, dlaczego nie lubię spania w domkach, które, nie dość że zazwyczaj ciasne, to chyba nigdy nie są w wystarczającym stopniu wyciszone, a wspólna przestrzeń jest naprawdę... wspólna, czyli używana intensywnie przez wszystkich dzień z nocą i niezmiennie hałaśliwa.
No ale wreszcie przychodzi taki moment, że mimo całego psychoterapeutycznego zrozumienia potrzeby zwierzeń, mam szczerze dosyć “mojej majki”. Interweniuję (to znaczy proszę o uciszenie:), a serbscy turyści układnie przenoszą swoje historie w bardziej intymną przestrzeń wnętrza domku. No, wreszcie można próbować zasnąć, choć to niestety już będzie bardzo krótka noc.
Mimo tego, o dziwo, budzę się rano całkiem wypoczęta i zadowolona. Witam się grzecznie z naszymi skacowanymi sąsiadami - nie mam do nich żalu, jakby nie było, w nocy udało nam się dogadać:). Poza tym, czy warto by było sobie psuć humor jakimiś zaszłymi pretensjami w takim miejscu jak Sunčana Reka? Przecież tu jest bosko!
Przez całe przedpołudnie odkrywamy niezliczone skarby tego ośrodka i wciąż zaskakują nas nowe atrakcje. Nawet nie staram się ukryć tego, że obudziła się we mnie moja mała dziewczynka. Nabyta z latami stateczność całkiem wyparowała, dzięki czemu mogę podążać za dawno już zapomnianą dziecięcą radością.
Ach, jak tej małej Bożence się tutaj podoba! Kucyk, kotki, stado osiołków - można by spędzić z tymi zwierzakami cały dzień. Jest też co zwiedzać - wioska w starym stylu, przed chatkami na palach jakieś zabytkowe maszyny rolnicze, nawet cerkiew z wyrabiającym pamiątki opiekunem. A do tego plaża na brzegu Driny - cudowne miejsce dla ochłody słonecznych, sierpniowych dni. I jeszcze wiele innych rozrywek, na które jednak niestety okazałam się już za duża:(
Ale rodziny z dziećmi zdecydowanie nie powinny pomijać tego miejsca. “Najpiękniejsza wioska etniczna” - napisała w opiniach na Booking.com Miljana z Serbii zaledwie miesiąc później - pewnie więc ma jakieś porównanie w kategorii tego typu obiektów. Dla mnie to było zupełnie nowe doświadczenie, ale cieszę się, że miałam okazję je zdobyć. Żal mi bardzo tych godzin, które mogliśmy tu spędzić poprzedniego dnia, w miejsce czasu straconego na gubieniu dróg gdzieś na bośniackiej północy. Kolejna miejscówka z potencjałem, z którego tak mało skorzystaliśmy. Ale, jeśli nie chcemy, by w następnej przytrafiło nam się to samo, musimy się w końcu stąd zbierać.
Po drodze przecież mamy jeszcze w planach obiad w “naszej” restauracji w Lożnicy i na to też potrzebujemy trochę czasu. Oczywiście mogliśmy również zjeść coś w Sunčanej Rece - jedzenie w ośrodku wyglądało i pachniało wybornie, ale co znaczy sentyment... I możliwość raczenia się zupą rybną jedyną w swoim rodzaju:)
Odwiedzenie cerkwii, które polecił nam wyrabiający pamiątki opiekun świątyni w Sunčanej Rece, musimy tym razem odpuścić. Mamy w planach przecież jeszcze obchody naszej rocznicy ślubu w Petrovaradinie pod Nowym Sadem. Przed nami znów pełna arbuzów droga. Sierpień wkroczył w swój ostatni tydzień - ludzie zebrali z pól owoce ciężkiej, całorocznej pracy. Kończą się wakacje i nasz pobyt na Bałkanach też. Jeszcze tylko ostatni nocleg, rocznicowa kolacja i pożegnalna porcja bałkańskiej muzyki...
Na koniec zaś zostaje coś najważniejszego - życzyć wszystkiego, co najlepsze komuś, ż kim wzięłam ślub trzydzieści cztery lata wcześniej:)
*Do wysłuchania sevdalinka ”Čudna jada od Mostara grada”
Następny wpis: FINAŁ Z PRZYTUPEM - NOC W TWIERDZY PETROVARADIN
https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/05/to-czego-ty-wasciwie-chcesz-pyta.html
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz