niedziela, 28 sierpnia 2022

1. TURCJA - WSTĘP Z ZAPROSZENIEM NA FILM ULUBIONEGO GATUNKU



Kiedy postanowiliśmy powtórzyć nasz wakacyjny pomysł sprzed trzech lat, to spodziewaliśmy się, że wszystko będzie wyglądało podobnie jak wtedy. Wyobrażaliśmy sobie, że nasza podróż po Wschodzie Turcji stanie się jakby kalką objazdówki po Bałkanach, tyle że przeniesioną na inny grunt.


Oczywiście, że się myliliśmy. Różnice wynikły choćby z tego, że w tym roku było wszystkiego WIĘCEJ: więcej dni w podróży, więcej kilometrów, więcej zmęczenia... Może wpływ na odmienność miał też fakt, że staliśmy się o te trzy lata starsi (trzy lata więcej) - ach nie, chciałam tu przecież napisać dojrzalsi:). Inaczej więc w tym roku przygotowywaliśmy się do tej podróży i więcej czasu spędziliśmy na planowaniu i takim organizowaniu wakacji, by pozbawić je cech hardcorowości. Miało być wygodnie, bo i lata, i stan zdrowia wygód potrzebują.


Lecz mimo tego, że przyłożyliśmy się do tegorocznego wyjazdu solidniej niż poprzednio, to jednak było w nim więcej improwizacji.  Nasza objazdówka nabrała charakteru prawdziwej przygody z odkrywaniem nowego dla nas świata i nie ograniczyła się tylko do realizacji z góry przyjętego planu.

O ile więc poprzednią podróż można by zatytułować “obrazki z wystawy”, to wyprawa na Wschód Turcji przypominała raczej “film drogi”.

A my taki gatunek filmowy szczególnie lubimy...


W jego ramach zupełnie niedawno odkryliśmy dzieło Tony’ego Gatlifa pod tytułem “Djam”. Jak zwykle w filmach tego reżysera, jedna z głównych ról należy tam do muzyki. I to jakiej! Szczerze polecam! Przytoczę tu dialog głównych bohaterek filmu na jej temat:

- It's that turkish music? - pyta młodziutka Francuzka

- It's rebetiko. A mixture of Greek and Turkish - odpowiada jej nieco szalona Greczynka.

Słuchamy więc namiętnie rebetiko w ramach emocjonalno - duchowych przygotowań do wyjazdu do Stambułu, To właśnie tam, śladem tytułowej Djam, podążymy bezpośrednio po przekroczeniu tureckiej granicy.


W Stambule byliśmy rodzinnie dziewiętnaście lat wcześniej. Miasto nas oszołomiło. Zawsze chcieliśmy wrócić.

Gdy tylko więc znalazłam dobrą ofertę na nocleg w przyzwoitym stambulskim hotelu, nie wahałam się ani chwili. Co prawda udało mi się wówczas ustrzelić tę okazję zaledwie na jedną noc, ale to mnie zbytnio nie zmartwiło. Uznałam, że resztę “jakoś” się załatwi już później. Tak więc pierwsza nasza rezerwacja w tegorocznej podróży to właśnie Stambuł.

Potem szybko zamówiłam noclegi tranzytowe. W końcu trzeba było jakoś do tego Stambułu dojechać:). Finalnie uznaliśmy, że jeden nocleg w Rumuni i trzy w Bułgarii powinny załatwić tę sprawę w taki sposób, żebyśmy się nie zamęczyli po drodze.


I w tym punkcie naszego planowania utknęłam na dobre. Nie miałam pojęcia, co robić dalej. Bezradnie wpatrywałam się w turecką mapę. No bo ta Turcja taka ogromna... Wszystkiego przecież nie uda nam się zobaczyć. Jak wybrać te miejsca, które zasługują na uwagę zdecydowanie bardziej niż inne?



I chyba bym została w takim niezdecydowaniu aż po dzień dzisiejszy, gdyby mi z pomocą nie przyszła autorka bloga pod tytułem “Turcja w sandałach”. Jestem jej ogromnie wdzięczna i szczerze ją polecam. To jej wpis zatytułowany: “Pomoc dla niezdecydowanych podróżników” nadał realny kształt naszej tureckiej podróży.


Dzięki “Turcji w sandałach” trasa wzdłuż Morza Czarnego stała się drogą pełną nazw konkretnych miejscowości, w których zdecydowaliśmy się pobyć nieco dłużej. Dodatkowo, czego wcześniej nie braliśmy pod uwagę,  została wzbogacona o południowy odcinek wzdłuż granicy z Syrią. Czyli inaczej rzecz ujmując, rozciągnęła się na kształt pętli o wiele dłuższej niż początkowo zakładaliśmy.

Objechaliśmy kawał świata. Zebraliśmy mnóstwo wspomnień. Zdobyliśmy doświadczenie, którym możemy się podzielić.



A więc przygotujcie colę,
 pop corn, chipsy i nachosy z dipami:).  Rozpoczynamy nasz filmu drogi. Będziemy przeżywać podróż po tureckim Wschodzie jeszcze raz. Zajmijcie wygodne fotele. Zapraszamy - przeżyjcie ją z nami...

sobota, 13 sierpnia 2022

SPRAWIEDLIWOŚĆ W POLSKIM WYMIARZE PRAWA

 Poprzednia część tej historii znajduje się we wpisie: "PIELGRZYMKOWA MAKABRA" - CZYLI O TYM, JAK NIE PRZESZŁAM SZLAKU ŚWIĘTEGO JAKUBA”

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/04/wiedziaam-ze-kiedys-przyjdzie-taki.html



I nadszedł wreszcie dzień, gdy historia wypadku Mamy bezapelacyjnie się zakończyła. Wczoraj wpłaciłam na konto człowieka, który pozbawił ją życia, pieniądze za usługi jego sprawnego i pozbawionego moralnych skrupułów obrońcy. Tak zdecydował sąd.

Człowiek, który prowadząc koparkę, zmiażdżył na publicznej drodze naszą jadącą tam na rowerze mamę, został uniewinniony.

Tak, mogliśmy walczyć dalej o sprawiedliwość dla niej. Nasza pani adwokat kilkakrotnie pytała w czasie ostatniej rozprawy, czy na pewno jesteśmy zdecydowani na zakończenie procesu. W jej adwokackim odczuciu powinniśmy byli go kontynuować. Tylko że my czuliśmy się już nim udręczeni do granic możliwości. I na dodatek skończyły nam się środki finansowe. A bez nich nie można w polskim sądownictwie liczyć na jakąkolwiek sprawiedliwość.

Toteż, kiedy sądzisz się z człowiekiem o wiele bogatszym od siebie, to nie licz na korzystny wyrok, choćby sprawa była według wszelkich logicznych przesłanek oczywista. A pan koparkowy - zięć właściciela ogromnej firmy budowlanej miał do dyspozycji fundusze nieporównywalne do tego, co mogli przeznaczyć na uzyskanie sprawiedliwego wyroku nauczycielka, jej brat emeryt i bezrobotna w tamtym czasie siostra.

Od początku więc za sprawą śmierci naszej mamy stały ogromne pieniądze po stronie naszych przeciwników. Co w tym wszystkim ważne, wcale ich w ten sposób nie traktowaliśmy bezpośrednio po wypadku. Nawet więcej, współczuliśmy również koparkowemu, naiwnie sądząc, że spowodowanie śmierci człowieka to dla niego pewnie też tragedia.


Wtedy jeszcze wszyscy z bratem i siostrą wierzyliśmy w sprawiedliwość. Przez długi czas nikt nie zwrócił uwagi na to, w jaki sposób przebiega śledztwo. Nie wzbudziły naszej czujności ani znajomości drugiej strony z przedstawicielami policji, wyrażające się mówieniem sobie po imieniu, ani to, że przybyła na miejsce wypadku pani prokurator została zastąpiona w prowadzeniu sprawy przez swojego przełożonego.ani też fakt, że z koparkowym bezpośrednio po pozbawieniu życia człowieka nawet nikt się nie rozmówił. Wystarczyło, że dmuchnął w mający potwierdzić jego trzeźwość balonik, podczas, gdy szczątki naszej siedemdziesięcioczteroletniej Mamy badano w Instytucie Medycyny Sądowej pod kątem wszelakich możliwych substancji psychoaktywnych.

Lecz my czekaliśmy pokornie na zakończenie śledztwa. Czekaliśmy i czekaliśmy... Dopiero, gdy dostaliśmy zgodę na wgląd do akt sprawy, to zrozumieliśmy dlaczego.

I wtedy przestałam postrzegać koparkowego jako dobrego człowieka, któremu przytrafiło się coś złego. W aktach sprawy było pismo od jego obrońcy z prośbą o przełożenie przesłuchania. Jako przyczynę podano fakt, że wkrótce koparkowy wybiera się z żoną i córką na dwutygodniowy wypoczynek all inclusive do luksusowego hotelu na Majorkę! I to (co wynikało z rachunku) mimo całkowitego ubezpieczenia tej wycieczki od kosztów rezygnacji!



Nie mogłam uwierzyć. Przecież dopiero co gnaliśmy jak szaleni do Polski z Barcelony - jednym ciągiem, nie zważając na zmęczenie kierowcy i dzieciaków. Zostawiwszy w Hiszpanii marzenia o wyruszeniu na szlak Świętego Jakuba, niewykorzystane noclegi w Walencji, opłacony dwutygodniowy pobyt na kursie hiszpańskiego dla obydwu synów, zarezerwowany lot dla Ani, która miała do nas dołączyć w Paryżu. Wszystko przepadło. Nie mieliśmy ubezpieczenia od kosztów rezygnacji. Nie przewidzieliśmy śmierci Mamy. Ale ten wypadek zmienił nasze zamiary i życie.



Na plany koparkowego natomiast nie wpłynął. Ciekawe, czy facet dobrze się bawił na Majorce? W każdym razie śledztwo przeciągnął skutecznie. Jego przesłuchanie w sprawie wypadku z końca lipca odbyło się dopiero w listopadzie. Oczywiście w wersji, gdzie każde słowo było uzgodnione już z prawnikiem. Pieniądze zrobiły swoje - pan mecenas przyłożył się do roboty w sposób mega gorliwy. Walczył o swojego klienta z zaciekłością lwa. I z zastosowaniem wszelkich możliwych metod.


W sprawie naszej Mamy czterokrotnie zasięgano opinii biegłych. Po tym procesie wierzę w ich biegłość tak samo jak w sprawiedliwość. Zaskakujące bowiem okazało się to, że z tych samych przesłanek można wysnuć zupełnie inne wnioski. Gdy my zamawialiśmy (i opłaciliśmy) opinię, to była ona całkowicie po naszej myśli. Gdy zlecał ją prokurator, biegły wypisywał coś całkiem innego.




Ostatnia opinia była wykonana na zlecenie sądu. Tylko że mecenas przeciwnej strony bardzo jakoś dziwnie mocno interesował się, gdzie zostanie ona wykonana. I oczywiście bez problemu sędzina udzieliła mu tej informacji. Cóż mogę napisać? Ta opinia była taka, że wiedzieliśmy, że jeśli sąd oprze się tylko na niej, to przegramy. I że w tym przypadku będziemy za nią płacić (i rzeczywiście na każdego z nas przypadła opłata w wysokości  moich miesięcznych poborów). Czy stać nas było na kolejne opinie? Przecież mieliśmy pewność, że to pociągnie powoływanie następnych biegłych przez stronę przeciwną. Nie, nie mogliśmy sobie pozwolić na dalszą tego typu zabawę. Naszej pani mecenas płaciliśmy przez ostatnie lata jedynie za przejazdy do sądu, ale i tak uzbierała się z tego z czasem całkiem pokaźna kwota. Nie mieliśmy pieniędzy na dalszą walkę o sprawiedliwość. Poddaliśmy się.


Po wyjeździe z sądu pojechałam prosto na grób Mamy. To była wizyta bezpośrednio po otwarciu cmentarzy (w weekend Wszystkich Świętych zamknięto je z powodu pandemii). Nie bacząc na strumienie ulewnego deszczu, patrzyłam na porcelanowe zdjęcie i... przepraszałam. Wybacz nam Mamo, już nie byliśmy w stanie dłużej znieść tego koszmaru. Ta sprawa ciągnęła się ponad pięć lat.

I nie wiem, czy na policzkach czułam tego listopadowego dnia swoje łzy, czy też to Mama płakała nad nami z nieba.


Cóż zatem mogłam czuć wczoraj, po siedmiu latach od wypadku, gdy przyszło mi kolejny raz zapłacić za poszukiwanie sprawiedliwości? Cóż przekazać człowiekowi, którego proces sądowy utwierdził w poczuciu całkowitego braku odpowiedzialności? Człowiekowi, który nawet nigdy nie wyraził poczucia żalu z powodu tego, co się stało. Nigdy nie powiedział choćby, że mu przykro...

Może tylko tyle, że liczymy już tylko na sprawiedliwość boską?

No... mocne - napisała Monika.

Zaczynam rozumieć te wątki literackie i filmowe, które związane są z braniem sprawiedliwości w swoje ręce. To nie to oczywiście, że sama bym tak chciała. Ale jedno już wiem na pewno. Jeśli kiedykolwiek przytrafi mi się jakaś sporna sprawa, to nie pójdę szukać sprawiedliwości w wymiarze polskiego prawa. Bo niestety tam bez kasy po prostu jej nie znajdę...