Kiedy postanowiliśmy powtórzyć nasz wakacyjny pomysł sprzed trzech lat, to spodziewaliśmy się, że wszystko będzie wyglądało podobnie jak wtedy. Wyobrażaliśmy sobie, że nasza podróż po Wschodzie Turcji stanie się jakby kalką objazdówki po Bałkanach, tyle że przeniesioną na inny grunt.
Oczywiście, że się myliliśmy. Różnice wynikły choćby z tego, że w tym roku było wszystkiego WIĘCEJ: więcej dni w podróży, więcej kilometrów, więcej zmęczenia... Może wpływ na odmienność miał też fakt, że staliśmy się o te trzy lata starsi (trzy lata więcej) - ach nie, chciałam tu przecież napisać dojrzalsi:). Inaczej więc w tym roku przygotowywaliśmy się do tej podróży i więcej czasu spędziliśmy na planowaniu i takim organizowaniu wakacji, by pozbawić je cech hardcorowości. Miało być wygodnie, bo i lata, i stan zdrowia wygód potrzebują.
Lecz mimo tego, że przyłożyliśmy się do tegorocznego wyjazdu solidniej niż poprzednio, to jednak było w nim więcej improwizacji. Nasza objazdówka nabrała charakteru prawdziwej przygody z odkrywaniem nowego dla nas świata i nie ograniczyła się tylko do realizacji z góry przyjętego planu.
O ile więc poprzednią podróż można by zatytułować “obrazki z wystawy”, to wyprawa na Wschód Turcji przypominała raczej “film drogi”.
A my taki gatunek filmowy szczególnie lubimy...
W jego ramach zupełnie niedawno odkryliśmy dzieło Tony’ego Gatlifa pod tytułem “Djam”. Jak zwykle w filmach tego reżysera, jedna z głównych ról należy tam do muzyki. I to jakiej! Szczerze polecam! Przytoczę tu dialog głównych bohaterek filmu na jej temat:
- It's that turkish music? - pyta młodziutka Francuzka
- It's rebetiko. A mixture of Greek and Turkish - odpowiada jej nieco szalona Greczynka.
Słuchamy więc namiętnie rebetiko w ramach emocjonalno - duchowych przygotowań do wyjazdu do Stambułu, To właśnie tam, śladem tytułowej Djam, podążymy bezpośrednio po przekroczeniu tureckiej granicy.
W Stambule byliśmy rodzinnie dziewiętnaście lat wcześniej. Miasto nas oszołomiło. Zawsze chcieliśmy wrócić.
Gdy tylko więc znalazłam dobrą ofertę na nocleg w przyzwoitym stambulskim hotelu, nie wahałam się ani chwili. Co prawda udało mi się wówczas ustrzelić tę okazję zaledwie na jedną noc, ale to mnie zbytnio nie zmartwiło. Uznałam, że resztę “jakoś” się załatwi już później. Tak więc pierwsza nasza rezerwacja w tegorocznej podróży to właśnie Stambuł.
Potem szybko zamówiłam noclegi tranzytowe. W końcu trzeba było jakoś do tego Stambułu dojechać:). Finalnie uznaliśmy, że jeden nocleg w Rumuni i trzy w Bułgarii powinny załatwić tę sprawę w taki sposób, żebyśmy się nie zamęczyli po drodze.
I w tym punkcie naszego planowania utknęłam na dobre. Nie miałam pojęcia, co robić dalej. Bezradnie wpatrywałam się w turecką mapę. No bo ta Turcja taka ogromna... Wszystkiego przecież nie uda nam się zobaczyć. Jak wybrać te miejsca, które zasługują na uwagę zdecydowanie bardziej niż inne?
I chyba bym została w takim niezdecydowaniu aż po dzień dzisiejszy, gdyby mi z pomocą nie przyszła autorka bloga pod tytułem “Turcja w sandałach”. Jestem jej ogromnie wdzięczna i szczerze ją polecam. To jej wpis zatytułowany: “Pomoc dla niezdecydowanych podróżników” nadał realny kształt naszej tureckiej podróży.
Dzięki “Turcji w sandałach” trasa wzdłuż Morza Czarnego stała się drogą pełną nazw konkretnych miejscowości, w których zdecydowaliśmy się pobyć nieco dłużej. Dodatkowo, czego wcześniej nie braliśmy pod uwagę, została wzbogacona o południowy odcinek wzdłuż granicy z Syrią. Czyli inaczej rzecz ujmując, rozciągnęła się na kształt pętli o wiele dłuższej niż początkowo zakładaliśmy.
Objechaliśmy kawał świata. Zebraliśmy mnóstwo wspomnień. Zdobyliśmy doświadczenie, którym możemy się podzielić.
Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2022/09/wyruszamy-w-droge-grubo-po-ponocy.html










.jpg)











.jpg)
.jpg)






.jpg)













