Nie lubię jeździć nocą. Ale mąż przekonuje, że po pustych wówczas drogach można się poruszać szybciej i z mniejszym stresem.
- W ten sposób od razu pokonamy sporą ilość kilometrów - to koronny mężowy argument.
No cóż, on tu jest kierowcą... Zresztą, jedynym kierowcą na całą niewyobrażalnie długą trasę. Via Michelin pokazuje, że nad Jezioro Van mamy jakieś 3500 kilometrów i blisko 40 godzin jazdy najkrótszą drogą. Chyba lepiej o tym nie myśleć. Skupiamy się na najbliższym celu.
Czeka na nas niejsce noclegowe w hotelu Oras Zlatna. To jakieś dwie godziny drogi za Cluj - Napoką. Mąż uznaje, że damy radę. W końcu rok wcześniej, wracając z Rumunii, poradziliśmy sobie bez noclegu z trasą w odwrotnym kierunku - z Cluj - Napoki do domu i tragedii nie było.
Do hotelu mamy 756 kilometrów według Via Michelin - no cóż, pocieszam się myślą, że pokonywaliśmy już nocą siedemsetkilometrowe odcinki bez nadmiernego trudu. Staram się utrzymać w sobie optymistyczne nastawienie do tej podróży.
Przez długi czas się udaje.
Wkrótce mogę napisać więc do najbliższych:
Pozdrawiamy ze Słowacji po drodze
I z Węgier po drodze
Teraz jedziemy na nocleg tranzytowy w Rumunii i też pozdrawiamy
Nie byłabym sobą, gdybym przed wyjazdem nie napisała tam prośby o pokój z ładnym widokiem na naszą rocznicę ślubu. Bardzo szybko otrzymałam odpowiedź: “Cu drag va oferim camera cea mai frumoasa” (chętnie proponujemy Państwu najpiękniejszy pokój - przetłumaczył google translator:).
Ach, jak cudownie zaczyna się ta podróż - pomyślałam:).
Ale tego dnia wszystko co w niej dobre, niestety z upływem czasu zaczyna się wyczerpywać. Wkrótce na naszej drodze pojawiają się przysłowiowe schody...
Przejeżdżamy przez pierońsko wysokie góry - nie przestaję zdawać relacji z podróży.
No po prostu nie dało się ich określić w inny sposób. Okazało się, że nawigacja Google jednak nie prowadzi nas do celu przez Cluj - Napokę, tylko trochę na przestrzał krętymi górskimi drogami, czyli przez sam środek łańcucha Rumuńskich Bieszczadów (jak je nazwano na stronie https://zielonamapa.pl/europa/rumunia/apuseni/).
A Andrzej właśnie się zaklina, że słyszał przed chwilą porykiwanie niedźwiedzia
I tu trzeba podkreślić, że mój mąż nie należy do ludzi, którzy by mnie czymś chcieli nastraszyć podczas podróży. Sądzę więc, że wówczas rzeczywiście, przeprawiając się przez góry, natknęliśmy sę na jakiegoś osobnika z sześciu i pół tysiąca sztuk żyjących w Rumunii. To największa populacja niedźwiedzi brunatnych w Europie. Zresztą ja też o nich pomyślałam, gdy tylko zobaczyłam przegrzebany kosz na śmieci na górskiej przełęczy, gdzie zatrzymaliśmy się na postój. W związku z tym nie zabawiliśmy tam zbyt długo. Mój strach przed niedźwiedziami skutecznie podsycił kilka lat temu oskarowy film Alejandra Gonzáleza Iñárritu pod tytułem “Zjawa”. Szczerze mówiąc, jako rozmiłowany w górach turysta, wolałabym go nigdy nie oglądać.
Tymczasem jedziemy dalej, docierając do bardziej zaludnionych terenów. Jedziemy i jedziemy. Po drodze mijamy stada bydła, monastyry z ciekawą architekturą, prowadzące do wodospadów drogowskazy... Ale daleko nam do pomysłu, by coś zwiedzać, zbaczając z wyznaczonej drogi. Jesteśmy coraz bardziej padnięci. Oj trzeba było przed podróżą zwrócić uwagę na fakt, że na pokonanie tych 756 km Via Michelin przeznaczył z górą 11 godzin!
Nam ta podróż zajęła ostatecznie ponad piętnaście:(. I w końcowej fazie, mimo całego piękna drogi, już bez optymistycznego nastawienia. Gdy dojeżdżamy na miejsce jestem całkowicie wykończona. Nawet nie chcę wiedzieć, jak musiał się czuć wówczas kierowca. Zażywam aspirynę na ból głowy i zasypiam od razu.
Budzę się tylko na chwilę, by napisać do najbliższych:
jesteśmy na naszym pierwszym miejscu naclegowym. Piękny hotelik z pięknym basenem i pięknym widokiem
Hotel Oras Zlatna wypatrzył na Booking.com mój mąż. Wiedział, że się ucieszę z możliwości zrelaksowania po podróży w basenie. Nie przewidział jednak, że moja drzemka po przyjeździe zakończy się dopiero rano:).
Ale solidnie nadrabiam wtedy zaległości. Rzeczywiście udaje mi się zrelaksować przed dalszą drogą.
Ja już po porannym rozruchu w basenie, wreszcie czuję, że żyję i że moje ciało zaczyna nabierać jakiegoś rytmu.
Niniejszym ogłaszam rozpoczęcie wakacji
Napisz, gdzie jesteście - odpisała Beata
Zlatna - Góry Apuseni (Karpaty Zachodniorumunskie), pasmo Metaliferi, Transylwania - odpowiadam możliwie najdokładniej:).
I od tej chwili koleżanka pedagożka będzie wodziła palcem po mapie, patrząc na moje ślady. Miła jest taka świadomość łączności z kimś w kraju, który zostawia się coraz dalej za sobą. I z takim przekonaniem wyjeżdżamy ze Zlatnej.

Nazwa miejscowości od razu zdradza, że jest to ośrodek górnictwa złota. Wydobywa się go tutaj ponad 20 lat (dokładnie od roku 1997) metodą cyjankową. Mimo tego miasto nie wydaje się mieć przemysłowego charakteru. Jest zielono, wokół rozpościerają się lasy, śpiewają ptaki. Wprost idealnie na wakacje.
Podobnie jest chyba w całym paśmie Metaliferi. Według informacji ze strony https://rumunia.travel.pl/muntii-metaliferi/: “w rejonie tym występują lecznicze wody mineralne, a także bogate złoża min. złota, srebra, rtęci oraz pirytu, a ich eksploatacja rozpoczęła się już w czasach starożytnych. (...) Właśnie ze względu na licznie występujące tu rudy metali, góry otrzymały swoją nazwę.” Podobno tutejsze złoża złota są największe w Europie.
Ale tym razem nie czas na penetrowanie okolicy. Postanawiamy zwiedzić tylko położoną nieopodal Albę Julię, która była dawną stolicą Transylwanii. Różne są o niej opinie w internecie, ale nam się bardzo podobała. Zobaczyliśmy co następuje:
- fragmenty ciągnących się kilometrami murów twierdzy Alba Carolina;
- imponującą prawosławną Katedrę Koronacyjną z lat dwudziestych ubiegłego wieku - na jej dziedzińcu, wkrótce po otwarciu, odbyła się koronacja władców Rumuni - Króla Ferdynanda i królowej Marii;
- klimatyczną XIII - wieczną Katedrę Świętego Michała, w której pochowani są przedstawiciele rodziny Hunyadich, a także Anna Jagielonka i jej syn Jan Zygmunt Zapolya.
To nie wszystko oczywiście, co Alba Julia ma do zaoferowania. Ale dla nas w ten upalny czerwcowy dzień to było naprawdę wystarczająco.

Trafiła w punkt. Więc szczerze mówiąc, bardzo szybko zamarzyliśmy o tym, by zostawić sobie piękną Albę Julię na inny, bardziej sprzyjający pogodowo czas i zająć wreszcie miejsca w klimatyzowanym samochodzie. I pojechać dalej do następnego przystanku na naszej drodze... Zawsze mi żal żegnać się z Rumunią, ale tym razem czułam, że Bułgaria już na nas czeka z otwartymi ramionami:)












































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz