czwartek, 29 września 2022

5. TURCJA: Stambuł - Klimat Orient Ekspresu w budżetowym wydaniu



Mocno nas zaskoczył fakt, że świat poza granicą Unii Europejskiej okazał się bardziej uporządkowany i bogatszy niż ten, który mieliśmy okazję oglądać na ostatnich kilometrach w Bułgarii. Po wjeździe do Turcji drogi od razu zrobiły się szerokie i równe, a zabudowania przy nich wyglądały na dużo schludniejsze, okazalsze i nowsze niż u bułgarskich sąsiadów. Nie byliśmy świadomi, jak bardzo kraj docelowy naszej podróży rozwinął się w ciągu ostatnich lat, gdy nie zwracaliśmy na niego zupełnie uwagi.


Następne zdziwienie czekało nas, kiedy zgłodnieliśmy. W niepozornie wyglądającej knajpce przy drodze jedzenie przygotowywano omal na oczach klienta, wszystko wyglądało na mega świeże, a pomieszczenie prezentowało się bardzo czysto. Zamówiliśmy szaszłyki z grilla, a zastawiono nam prawie cały stół różnymi przystawkami i za to wszystko (a smakowało wybornie) zapłaciliśmy mniej niż za najprostszy posiłek w Bułgarii. A teraz najlepsze: właściciel porozumiewał się z nami  po angielsku i nie było najmniejszego problemu z płatnością kartą! Poczuliśmy się, jakbyśmy powrócili do cywilizacji - na dodatek bardzo przyjaznej dla obcych przybyszów.

Ale to wszystko nic wobec zdumienia, jakie czuliśmy, zbliżając się coraz bardziej do Stambułu. Ciągnąca się kilometrami zapowiedź miasta powodowała niemały zamęt w głowie. Mijaliśmy imponujące centra handlowe i biznesowe, nowoczesne osiedla mieszkalne, luksusowe hotele i place budowy kolejnych obiektów tego typu. Cóż powiedzieć, zupełnie się tego nie spodziewaliśmy. Nie taki obraz Stambułu zachowaliśmy w pamięci i trudno było pomieścić w głowie to, co tu przybyło w ciągu ostatnich niespełna dwudziestu lat. Miasto stało się metropolią, z nowej generacji przedmieściami, które zdawały się nie mieć końca.


Zarezerwowany nocleg mieścił się w dzielnicy Sultamahmed, wybranej ze względu na bliskość sztandarowych zabytków Stambułu. Błękitny Meczet i świątynia Hagia Sofia oddalone są od obiektu o 3 minuty spacerem” - wyczytałam w opisie hotelu na stronie Booking.com.  Uznałam, że to najlepszy z możliwych wybór, jeśli chodzi o męża.

I jeszcze: “codziennie na panoramicznym tarasie restauracji z barem serwowane jest śniadanie w formie bufetu. Zaledwie 2 minuty spacerem dzielą obiekt od wielu restauracji i barów.” Tak, to był najlepszy z możliwych wybór także ze względu na mnie:).


Przygotowując się do podróży wyczytałam również na jakimś forum, że obecnie Sultanahmed to miejsce przerobione na potrzeby turystów w zbiór obsługujących ich obiektów. Autor wpisu twierdził, że tam po prostu nie mieszkają już prawdziwi Stambulczycy i w związku z tym w takiej dzielnicy nie można podpatrzeć codziennego, zwykłego życia miasta.

Ale my nie stawialiśmy przed sobą aż tak dalekosiężnego celu. Zdawaliśmy sobie  sprawę z tego, że  jest on w ogóle niemożliwy do zrealizowania, gdy przyjeżdża się do Stambułu zaledwie na jedną noc. My po prostu chcieliśmy tylko odświeżyć wspomnienia sprzed dziewiętnastu lat.

Do Sultanahmed przebijaliśmy się przez dzielnice z zabudową dużo niższą, starszą i ciaśniejszą niż na przedmieściach. Przebijaliśmy się i przebijaliśmy.

- No nie, już dawno musieliśmy minąć Sultanahmed - co chwilę wydawało nam się, że droga do celu nie może trwać aż tak długo.

A jednak pytani o kierunek mieszkańcy wciąż pokazywali, że musimy jechać dalej naprzód. Naprzód i naprzód... Zapomnieliśmy już, jak olbrzymi jest Stambuł.


Do hotelu dotarliśmy wreszcie... wieczorem. Bo oczywiście zdążyliśmy się jeszcze pogubić po drodze. I na przykład dwukrotnie przekroczyć most Galata na Złotym Rogu. Ale jakoś bardzo na to nie narzekaliśmy. Podpatrywanie codziennego, zwykłego życia miasta, nawet jeśli tylko z okien samochodu, też okazało się bardzo ciekawe.


W Grand Ambiance Hotel zarezerwowaliśmy pokój dwuosobowy typu superior. Był on niewielki i może niekoniecznie w moim guście ze swoimi licznymi złoceniami, ale obiektywnie rzecz biorąc, przyjemny dla oka i czysty. Widok na tętniącą wieczornym życiem uliczkę pod oknami też można zaliczyć na plus. Lecz najmilsza w tym obiekcie okazała się obsługa - Kemal starał się jak tylko mógł, żebyśmy byli zadowoleni. No i byliśmy:)

Następną nieocenioną  zaletą hotelu, choć oczekiwaną, była lokalizacją - w skali od 1 do 5  przyznałabym mu piątkę z plusem. Dzięki temu nawet mój mąż z niepełnosprawnością ruchową w stopniu znacznym po całym dniu za kierownicą był jeszcze w stanie zrobić sobie ze mną wieczorny spacer pod Błękitny Meczet. Ukochaną przeze mnie Hagię Sophię zobaczymy dopiero następnego dnia już przy wyjeździe, lecz z tak ogromną kolejką turystów przed wejściem, że nie ośmielilibyśmy się choćby zamarzyć o wejściu do środka. Ale nawet to oglądanie jedynie z zewnątrz stambulskich skarbów podczas tej podróży było dla nas nie lada przeżyciem.

Na zakończenie tego dnia piszę więc wszystkim znajomym:

Wieczór w Stambule to klimat nie do opisania, ale zdjęcia poranne na pewno będą lepsze .

gały mi wychodzą z orbit - odpisuje Beata.


My też przyglądamy się temu światu z mieszanką oszołomienia, oczarowania i podziwu. Jeszcze długo w noc nie możemy zasnąć. Z ławeczek przed hotelem przenosimy się do pustej hotelowej restauracji i przez panoramiczne okna spoglądamy na rozświetloną część miasta za wodami Bosforu. To jedno z najbardziej magicznych wspomnień z naszej podróży.

Choć te poranne też nie są wcale gorsze:

oto ranek w naszym pokoiku - z okna widać minarety Błękitnego Meczetu - donoszę najbliższym.

Tak, w świetle dnia okazało się, że ponad dachami kamienic po drugiej stronie ulicy można dopatrzyć się fragmentu oglądanego przez nas wieczorem stambulskiego cudu. Nic nie mogło mi sprawić większej frajdy w Stambule. Chociaż... 

Już chwilę później mój zachwyt wzbudza...

śniadanko w hotelowej restauracji z panoramicznym widokiem.

Widać prawie cały Bosfor, Morze Marmara, azjatycką stronę miasta...

Nawet mnie tutaj odebrało mowę. 

Wszystko przepyszne i spożywane w powiewie morskiej bryzy. Nad głową krzyczą mewy, z Bosforu słychać syreny przepływających statków...

Takie inne życie, cudowne miasto, które nim aż kipi, ale bez nadęcia i z wielkim ciepłem.



Stambuł urzeka. Mam tu na myśli nie tylko fascynację wyglądem miasta i jego atmosferą, ale także namacalnością związków z historią. Po powrocie do domu uzupełniam wiedzę z tej dziedziny z pomocą internetowych źródeł, takich jak na przykład fragment książki pt. “Konstantynopol - Nowy Rzym”, który można pobrać na stronie https://www.publio.pl/konstantynopol-nowy-rzym,p185608.html/


Lektury zaskakują mnie informacją, że obecna nazwa miasta jest tak młoda. Dopiero niespełna wiek temu władze tureckie zaapelowały o nazywanie go Stambułem. Tym samym zrezygnowano z wielowiekowej nazwy Konstantynopol, nawiązującej do cesarza, który uczynił z tego miasta jeden z najważniejszych ośrodków średniowiecznego świata.

Zanim Konstantyn Wielki przybył na te ziemie, istniała tam  osada założona ok. 660 r p.n.e. przez przybyszów z Megary (miasto w Grecji niedaleko Aten) na terenie dawnego osiedla trackiego. Od imienia założyciela, którym był legendarny król Byzas (jeden z Argonautów) kolonia przyjęła nazwę Byzantion.

Omawiany tu tekst zawiera niezwykle celne motto Haliny Evert-Kappesowej: są miejsca przeznaczone przez samą naturę na to, aby przyciągały do siebie ludzi, aby na ruinach dawnego wciąż powstawało nowe życie”. I tak właśnie wygląda historia Stambułu.

 Tak, tutaj czuję się spadkobierczyn całej bizantyjskiej kultury - piszę jeszcze do znajomych po śniadaniu.

Bez Ciebie o Bożym świecie bym nie wiedziała - odpisuje mi uprzejmie tego samego dnia Beata.

Ja też chciałabym się dowiedzieć jeszcze znacznie, znacznie więcej o Stambule/ Konstantynopolu/Bizancjum. Najchętniej bym tu zamieszkała przynajmniej na parę miesięcy. Ale skupiam się na tym, co wydaje się w zasięgu możliwości i przed wyjazdem z miasta umawiam się z właścicielem hotelu, że wrócimy do niego na kilka dni, gdy będziemy kończyć naszą objazdówkę. Później okaże się, że nawet tego minimalnego planu ze względu na brak czasu nie uda się zrealizować.


Żegnamy się więc z Grand Ambiance Hotelem bezpowrotnie. Na miejsce w naszym pokoju już czekają w recepcji dystyngowane angielskie turystki. Mogłabym przysiąc, że jedna z nich to nowe wcielenie Agaty Christie. Może już wkrótce będziemy mogli przeczytać kolejną część “Morderstwa w Orient Ekspresie”? Byłabym zachwycona - historia z ikoną minionego luksusu w tle i z podmuchem orientalnej atmosfery od strony tureckiego odcinka książkowej podróży jest dla mnie nieprzemijająco pociągająca.


Odjeżdżamy z takim niedosytem, jakiego dawno nie doświadczyliśmy. Wszystkie tajemnice Stambułu i jego intrygujace podskórne wpływy na europejską cywilizację, w której dziś żyjemy, wciąż czekają, byśmy je w końcu odkryli. Ale tym razem nie zdążyliśmy nawet w pełni odświeżyć naszych wspomnień. Dobrze chociaż, że przy wyjeździe mieliśmy nadzieję na szybki powrót, bo inaczej chyba w tamtej chwili by mi zaczęło krwawić serce...




Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2022/10/zycie-nie-moze-byc-az-tak-straszne.html


P.s. Orient Ekspress - zapowiedzi na rok następny i jeszcze kolejny:

https://podroze.se.pl/swiat/ciekawostki-ze-swiata/orient-express-wyglada-oblednie-i-wraca-na-tory-znamy-trasy-legendarnego-luksusowego-pociagu/7579/

https://www.money.pl/gospodarka/wielki-powrot-legendy-orient-express-znow-wyjedzie-na-trase-pomoglo-odkrycie-w-polsce-6790420647099136a.html

https://kobieta.rp.pl/podroze/art39596851-pociag-do-ktorego-nie-mozna-wsiasc-w-dzinsach-w-2024-roku-wyruszy-w-nowa-trase

*

Polecam tu również fascynującą "biografię" miasta pióra Charlesa Kinga pt: "O północy w Pera Palace. Narodziny współczesnego Stambułu"


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz