czwartek, 21 marca 2019

OKRADANIE


Po przelotnej wizycie w Zakopanym zastanawiam się nad przyczynami przemian w polskiej turystyce. I nie chodzi tu tylko o oczywisty fakt, że pobyt w takim miejscu stał się po prostu modny. Myślę, że teraz więcej w Zakopanym snobów niż prawdziwych miłośników Tatr.
Oczywistym jest też, że odpowiedzią na wzmożony popyt jest wzrost cen, obecnie bardzo często wyprzedzający jakość proponowanych usług. Piszę te słowa z punktu widzenia osoby, która na bieżąco przeszukiwała ostatnio internet, starając się obiektywnie ocenić oferowany standard obiektów turystycznych na całym Podhalu. Ceny bardzo wysokie i nieprzyzwoicie wysokie za możliwość przespania się w okolicy Zakopanego, to niestety rzeczywistość, z jaką się boleśnie zderzyłam.
Ze wzrostem cen rzadko idzie w parze poprawa komfortu czy też dodatkowe świadczenia dla turystów. Ot, jest koniunktura, trzeba korzystać – tak bym podsumowała to zjawisko w jego zasadniczym nurcie. I nawet się temu tak bardzo nie dziwię – chęć szybkiego wzbogacenia się, a nawet pazerność, którą można podejrzewać w pewnych przypadkach, to cechy wpisane w ludzką naturę.



















 
Bardziej złości mnie to, że powoli odpadam od systemu, który tak się cenowo nakręca. Tej zimy przekonałam się, że nie mogę sobie pozwolić na zabranie całej mojej rodziny na ferie w polskie Tatry, czy też nawet ich przedpola. I to mi uświadomiło dwie sprawy.

Po pierwsze, jak mało zarabiam, choć nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, by się na to uskarżać. Ale tak naprawdę, nie chodzi przecież o to, że moja wypłata powoli i bardzo nieznacznie wzrasta z upływem czasu, co jest związane  z  systematycznie zwiększającym się dodatkiem stażowym (czyli sumą przepracowanych lat) oraz liczbą godzin dodatkowych. Cóż mi to jednak daje, jeśli siła nabywcza moich pieniędzy wciąż spada? Trzeba prawdzie spojrzeć w oczy – w drodze do  tego, by podnieść poziom materialny życia, coraz bardziej zostaję w tyle. Wyprzedzili mnie już dawno chyba przedstawiciele wszystkich innych zawodów. I jest to krzywdzące i niesprawiedliwe w kontekście wymagań i obciążeń, które niesie moja praca. Myślę, że całe środowisko nauczycielskie czuje podobnie. To dlatego ostatnio tyle mówi się o strajkach w szkole.




















Druga sprawa to porównanie benefitów, związanych z sytuacją rodzinną. I tu poczucie krzywdy i niesprawiedliwości aż mnie druzgocze. Wszystkie moje młodsze koleżanki z pracy (jestem jedną z najstarszych pracownic w szkole) otrzymują comiesięczny dodatek na każde ze swoich dzieci w niemałej kwocie pieniężnej (500+). To w skali roku daje przeciętnej rodzinie (powiedzmy z dwójką pociech) spory fundusz, który można spożytkować na przykład na wspólne spędzanie czasu (mnie oczywiście najbardziej interesowałyby rodzinne podróże). Myślę, że to między innymi dlatego, rodziny moich uczniów, z których każdy opowiadał mi o feriach w Zakopanym, nie miały problemu z opłaceniem kosztów pobytu w drogich polskich kurortach zimowych. I zasadniczo bardzo się cieszę, że dzieciaki z naszej szkoły (a pewnie i z innych), żyją na takim poziomie. Tyle, że też chciałabym mieć pieniądze na to, by zabrać swoją rodzinę na ferie do Zakopanego.
I co z moim 500+? Przecież ja również wychowałam dwójkę dzieci. Tymczasem moje rodzicielstwo nie było związane z żadną pomocą finansową państwa, lecz odbywało się kosztem sporych wyrzeczeń i odmawiania sobie niestety większości wygód czy przyjemności. Gdy chłopcy byli mali, nasze rodzinne podróże miały siłą rzeczy charakter nieprawdopodobnie budżetowy. Na nic lepszego nie mogliśmy sobie pozwolić. Musiałam się z tym pogodzić. Zostawiłam to w przeszłości. Ale teraz chciałabym jakoś zrekompensować mojej rodzinie uciążliwości tamtych lat. Marzy mi się zabieranie bliskich w przepiękne podróże. Ale jak mam to robić, jeżeli państwo zawłaszcza moje pieniądze w formie podatków,  po to, by przekazać je innym rodzicom? Zmusza mnie tym samym do finansowania im świadczeń 500+ na ich dzieci! Jak mogę uznać takie janosikowanie za uczciwe, jeśli widzę, że odebrane mi pieniądze trafiają do rodzin, którym często lepiej się powodzi niż mojej? Wszystkie młodsze koleżanki z naszej szkoły, po doliczeniu dodatków 500+ na każde dziecko, mają znacznie większe pobory miesięczne niż ja.
Przepraszam Cię Polsko, ale dla mnie to jest okradanie! Użycie jakiegokolwiek eufemizmu i tak nie zmieniłoby tego, jak postrzegam tę sytuację. I wybaczcie mi moje młodsze koleżanki – nie chcę nikomu finansować jego wyjazdów, chcę wyjeżdżać sama. I w podróżach  płacić jedynie za zabrane z sobą dzieci, dorastające w czasach, w których nikt im nigdy niczego nie zafundował.

czwartek, 7 marca 2019

(POST)WALENTYNKI W TATRACH WYSOKICH - Tatragolf Mountain Resort w Wielkiej Łomnicy


Wyjazd w Tatry miał być atrakcją Walentynkową, ale w ferworze sesjowych zmagań nie zrobiłam rezerwacji na czas. Pojechaliśmy więc dopiero tydzień później. Czy w ostatni weekend lutego noclegi w polskich górach były tańsze niż w styczniu? Ależ nie!
Zdecydowaliśmy się zatem na Słowację. Kto by pomyślał, że to będzie bardziej korzystne niż wspieranie rodzimej branży turystycznej.


Na bazę noclegową wybraliśmy Tatragolf Mountain Resort w Wielkiej Łomnicy. Podczas rezerwacji miałam trochę mieszanych odczuć, bo spędzaliśmy w tej miejscowości ferie dwadzieścia lat temu (byłam wtedy w ciąży z Kacprem) i nie był to żaden kurort, który teraz chciałabym zaprezentować młodemu pokoleniu. Ale na miejscu okazało się, że czas zrobił swoje. Na uboczu starych zabudowań Wielkiej Łomnicy powstało zupełnie nowe osiedle, z centralnie położonym ośrodkiem, gdzie mieliśmy wynajęty piękny, pachnący nowością apartament.

Ja oczywiście najpierw trochę się zżymam, gdy na miejscu okazuje się, że pracownicy obsługi nawet chyba nie przeczytali wystosowanej do nich prośby (o ładny widok oczywiście) i przydzielili nam  zakwaterowanie w budynku, którego okna są skierowane w przeciwną stronę niż majestatycznie rozpostarte w całej swej okazałości Tatry Wysokie. Sytuację ratuje jednak taras, opasujący z dwóch stron nasz narożny apartament. Rankiem widzę stamtąd jeden z ośnieżonych szczytów pomiędzy budynkami, stojącymi przed naszym. Ok., to mi wystarczy. Naprawdę nie wymagam Bóg wie czego.



Piękną tatrzańska panoramę mogę tu oglądać zresztą praktycznie z każdego miejsca w okolicy. Bogu dzięki, przestrzeń dookoła nie jest zabudowana ciasno stłoczonymi siedzibami amatorów takich pejzaży. Możemy się nimi cieszyć do woli.



Dopisuje nam piękna pogoda i humory, gdy wybieramy się do najbliższego większego miasta. Poprad pamiętam słabo sprzed dwudziestu lat, nie zrobił wtedy zresztą na mnie jakiegoś oszałamiającego wrażenia Teraz natomiast znajduję go jako schludne, dobrze prezentujące się miejsce. Mamy tu do odwiedzenia największą z zaplanowanych atrakcji. Aquacity Poprad to chyba moja reakcja na niedosyt po pobycie w „najlepszym parku wodnym” w Redzie. Ale w popradzkim obiekcie, oprócz  aquaparkowych atrakcji, dodatkowo mamy do dyspozycji dobrodziejstwa wód termalnych. Wynik był właściwie do przewidzenia. Zajmuję osłonięte murem od wiatru miejsce w najcieplejszym basenie Aquacity (oczywiście na zewnątrz budynku) i … nie ruszam się z niego przez kilka godzin. Nic mi więcej do szczęścia nie trzeba.



Tak oto upłynął wieczór, a poranek - dzień trzeci przeznaczyliśmy na objazd Tatr Wysokich. No i tu nic już na plus nie zaskakuje. Wprawdzie nasza trasa prowadzi przez śliczne miejsca – Tatrzańską Łomnicę, Stary Smokovec, Szczyrbskie Pleso, ale właściwie to oglądamy je tylko z okien samochodu. W słowackich kurortach spotykamy się z podobnymi problemami jak po polskiej stronie Tatr – kłopoty z zaparkowaniem samochodu psują cała frajdę z wycieczki. Z biedą udaje nam się zrobić parominutowy postój na zakup pamiątkowych magnesów, o zwiedzaniu zaś nie ma mowy. A szkoda, bo Tatry Wysokie wciąż są białe od śniegu, o który już bardzo trudno w Zakopanym.


Udaje nam się zrobić kilka fotek, na których uwieczniamy panującą porę roku. Łapiemy ostatnie tchnienie tej zimy i opuszczamy słowackie góry.

Mamy jeszcze trochę czasu, by przed powrotem do domu powłóczyć się po "zimowej stolicy Polski". Teraz już będę mogła powymieniać się ze swoimi uczniami uwagami na temat spędzania tam ferii. Jakby nie było, odwiedziłam Zakopane w ten weekend dwukrotnie - w drodze na i ze Słowacji. 

Trochę z sentymentu, a trochę, żeby sprawdzić, co się tu zmieniło podczas mojej nieobecności (to już prawie dwa lata). Ale Krupówki, na których się głównie skupiłam w czasie pierwszej i drugiej wizyty, znalazłam prawie bez zmian. Różnice kosmetyczne w postaci nowych sklepów pomijam, bo nie wydają się istotne. Trudno natomiast nie zwrócić w Zakopanym uwagi na coś, co wprost uderza na każdym kroku po dłuższej nieobecności. To znaczny wzrost cen, żeby nie powiedzieć drożyzna. I staje się ona dla mnie (pełnym smutku) potwierdzeniem, że coraz bardziej nie stać mnie na polskie góry. To budzi we mnie ogromną złość. A jednocześnie pragnienie, żeby tu przyjechać na dłużej i zrozumieć (albo może tylko oswoić) zmiany, które zaszły.
Zatem na pożegnanie mimo wszystko mówię do Zakopanego: zobaczymy się wkrótce.