czwartek, 7 marca 2019

(POST)WALENTYNKI W TATRACH WYSOKICH - Tatragolf Mountain Resort w Wielkiej Łomnicy


Wyjazd w Tatry miał być atrakcją Walentynkową, ale w ferworze sesjowych zmagań nie zrobiłam rezerwacji na czas. Pojechaliśmy więc dopiero tydzień później. Czy w ostatni weekend lutego noclegi w polskich górach były tańsze niż w styczniu? Ależ nie!
Zdecydowaliśmy się zatem na Słowację. Kto by pomyślał, że to będzie bardziej korzystne niż wspieranie rodzimej branży turystycznej.


Na bazę noclegową wybraliśmy Tatragolf Mountain Resort w Wielkiej Łomnicy. Podczas rezerwacji miałam trochę mieszanych odczuć, bo spędzaliśmy w tej miejscowości ferie dwadzieścia lat temu (byłam wtedy w ciąży z Kacprem) i nie był to żaden kurort, który teraz chciałabym zaprezentować młodemu pokoleniu. Ale na miejscu okazało się, że czas zrobił swoje. Na uboczu starych zabudowań Wielkiej Łomnicy powstało zupełnie nowe osiedle, z centralnie położonym ośrodkiem, gdzie mieliśmy wynajęty piękny, pachnący nowością apartament.

Ja oczywiście najpierw trochę się zżymam, gdy na miejscu okazuje się, że pracownicy obsługi nawet chyba nie przeczytali wystosowanej do nich prośby (o ładny widok oczywiście) i przydzielili nam  zakwaterowanie w budynku, którego okna są skierowane w przeciwną stronę niż majestatycznie rozpostarte w całej swej okazałości Tatry Wysokie. Sytuację ratuje jednak taras, opasujący z dwóch stron nasz narożny apartament. Rankiem widzę stamtąd jeden z ośnieżonych szczytów pomiędzy budynkami, stojącymi przed naszym. Ok., to mi wystarczy. Naprawdę nie wymagam Bóg wie czego.



Piękną tatrzańska panoramę mogę tu oglądać zresztą praktycznie z każdego miejsca w okolicy. Bogu dzięki, przestrzeń dookoła nie jest zabudowana ciasno stłoczonymi siedzibami amatorów takich pejzaży. Możemy się nimi cieszyć do woli.



Dopisuje nam piękna pogoda i humory, gdy wybieramy się do najbliższego większego miasta. Poprad pamiętam słabo sprzed dwudziestu lat, nie zrobił wtedy zresztą na mnie jakiegoś oszałamiającego wrażenia Teraz natomiast znajduję go jako schludne, dobrze prezentujące się miejsce. Mamy tu do odwiedzenia największą z zaplanowanych atrakcji. Aquacity Poprad to chyba moja reakcja na niedosyt po pobycie w „najlepszym parku wodnym” w Redzie. Ale w popradzkim obiekcie, oprócz  aquaparkowych atrakcji, dodatkowo mamy do dyspozycji dobrodziejstwa wód termalnych. Wynik był właściwie do przewidzenia. Zajmuję osłonięte murem od wiatru miejsce w najcieplejszym basenie Aquacity (oczywiście na zewnątrz budynku) i … nie ruszam się z niego przez kilka godzin. Nic mi więcej do szczęścia nie trzeba.



Tak oto upłynął wieczór, a poranek - dzień trzeci przeznaczyliśmy na objazd Tatr Wysokich. No i tu nic już na plus nie zaskakuje. Wprawdzie nasza trasa prowadzi przez śliczne miejsca – Tatrzańską Łomnicę, Stary Smokovec, Szczyrbskie Pleso, ale właściwie to oglądamy je tylko z okien samochodu. W słowackich kurortach spotykamy się z podobnymi problemami jak po polskiej stronie Tatr – kłopoty z zaparkowaniem samochodu psują cała frajdę z wycieczki. Z biedą udaje nam się zrobić parominutowy postój na zakup pamiątkowych magnesów, o zwiedzaniu zaś nie ma mowy. A szkoda, bo Tatry Wysokie wciąż są białe od śniegu, o który już bardzo trudno w Zakopanym.


Udaje nam się zrobić kilka fotek, na których uwieczniamy panującą porę roku. Łapiemy ostatnie tchnienie tej zimy i opuszczamy słowackie góry.

Mamy jeszcze trochę czasu, by przed powrotem do domu powłóczyć się po "zimowej stolicy Polski". Teraz już będę mogła powymieniać się ze swoimi uczniami uwagami na temat spędzania tam ferii. Jakby nie było, odwiedziłam Zakopane w ten weekend dwukrotnie - w drodze na i ze Słowacji. 

Trochę z sentymentu, a trochę, żeby sprawdzić, co się tu zmieniło podczas mojej nieobecności (to już prawie dwa lata). Ale Krupówki, na których się głównie skupiłam w czasie pierwszej i drugiej wizyty, znalazłam prawie bez zmian. Różnice kosmetyczne w postaci nowych sklepów pomijam, bo nie wydają się istotne. Trudno natomiast nie zwrócić w Zakopanym uwagi na coś, co wprost uderza na każdym kroku po dłuższej nieobecności. To znaczny wzrost cen, żeby nie powiedzieć drożyzna. I staje się ona dla mnie (pełnym smutku) potwierdzeniem, że coraz bardziej nie stać mnie na polskie góry. To budzi we mnie ogromną złość. A jednocześnie pragnienie, żeby tu przyjechać na dłużej i zrozumieć (albo może tylko oswoić) zmiany, które zaszły.
Zatem na pożegnanie mimo wszystko mówię do Zakopanego: zobaczymy się wkrótce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz