Po przelotnej wizycie w Zakopanym
zastanawiam się nad przyczynami przemian w polskiej turystyce. I nie chodzi tu
tylko o oczywisty fakt, że pobyt w takim miejscu stał się po prostu modny.
Myślę, że teraz więcej w Zakopanym snobów niż prawdziwych miłośników Tatr.
Oczywistym jest też, że odpowiedzią na wzmożony popyt jest wzrost cen, obecnie bardzo często wyprzedzający jakość proponowanych usług. Piszę te słowa z punktu widzenia osoby, która na bieżąco przeszukiwała ostatnio internet, starając się obiektywnie ocenić oferowany standard obiektów turystycznych na całym Podhalu. Ceny bardzo wysokie i nieprzyzwoicie wysokie za możliwość przespania się w okolicy Zakopanego, to niestety rzeczywistość, z jaką się boleśnie zderzyłam.
Ze wzrostem cen rzadko idzie w parze poprawa komfortu czy też dodatkowe świadczenia dla turystów. Ot, jest koniunktura, trzeba korzystać – tak bym podsumowała to zjawisko w jego zasadniczym nurcie. I nawet się temu tak bardzo nie dziwię – chęć szybkiego wzbogacenia się, a nawet pazerność, którą można podejrzewać w pewnych przypadkach, to cechy wpisane w ludzką naturę.

Oczywistym jest też, że odpowiedzią na wzmożony popyt jest wzrost cen, obecnie bardzo często wyprzedzający jakość proponowanych usług. Piszę te słowa z punktu widzenia osoby, która na bieżąco przeszukiwała ostatnio internet, starając się obiektywnie ocenić oferowany standard obiektów turystycznych na całym Podhalu. Ceny bardzo wysokie i nieprzyzwoicie wysokie za możliwość przespania się w okolicy Zakopanego, to niestety rzeczywistość, z jaką się boleśnie zderzyłam.
Ze wzrostem cen rzadko idzie w parze poprawa komfortu czy też dodatkowe świadczenia dla turystów. Ot, jest koniunktura, trzeba korzystać – tak bym podsumowała to zjawisko w jego zasadniczym nurcie. I nawet się temu tak bardzo nie dziwię – chęć szybkiego wzbogacenia się, a nawet pazerność, którą można podejrzewać w pewnych przypadkach, to cechy wpisane w ludzką naturę.

Bardziej złości mnie to, że
powoli odpadam od systemu, który tak się cenowo nakręca. Tej zimy przekonałam
się, że nie mogę sobie pozwolić na zabranie całej mojej rodziny na ferie w polskie Tatry, czy też nawet ich przedpola. I to mi uświadomiło dwie sprawy.
Po pierwsze, jak mało zarabiam,
choć nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, by się na to uskarżać. Ale tak
naprawdę, nie chodzi przecież o to, że moja wypłata powoli i bardzo nieznacznie wzrasta z upływem czasu, co jest
związane z systematycznie zwiększającym się dodatkiem
stażowym (czyli sumą przepracowanych lat) oraz liczbą godzin dodatkowych. Cóż
mi to jednak daje, jeśli siła nabywcza moich pieniędzy wciąż spada? Trzeba
prawdzie spojrzeć w oczy – w drodze do tego, by podnieść poziom materialny życia, coraz bardziej zostaję w tyle. Wyprzedzili mnie już dawno chyba przedstawiciele
wszystkich innych zawodów. I jest to krzywdzące i niesprawiedliwe w kontekście
wymagań i obciążeń, które niesie moja praca. Myślę, że całe środowisko nauczycielskie
czuje podobnie. To dlatego ostatnio tyle mówi się o strajkach w szkole.


Druga sprawa to porównanie benefitów, związanych z sytuacją rodzinną. I tu poczucie krzywdy i niesprawiedliwości aż mnie druzgocze. Wszystkie moje młodsze koleżanki z pracy (jestem jedną z najstarszych pracownic w szkole) otrzymują comiesięczny dodatek na każde ze swoich dzieci w niemałej kwocie pieniężnej (500+). To w skali roku daje przeciętnej rodzinie (powiedzmy z dwójką pociech) spory fundusz, który można spożytkować na przykład na wspólne spędzanie czasu (mnie oczywiście najbardziej interesowałyby rodzinne podróże). Myślę, że to między innymi dlatego, rodziny moich uczniów, z których każdy opowiadał mi o feriach w Zakopanym, nie miały problemu z opłaceniem kosztów pobytu w drogich polskich kurortach zimowych. I zasadniczo bardzo się cieszę, że dzieciaki z naszej szkoły (a pewnie i z innych), żyją na takim poziomie. Tyle, że też chciałabym mieć pieniądze na to, by zabrać swoją rodzinę na ferie do Zakopanego.
I co z moim 500+? Przecież ja
również wychowałam dwójkę dzieci. Tymczasem moje rodzicielstwo nie było
związane z żadną pomocą finansową państwa, lecz odbywało się kosztem sporych wyrzeczeń i odmawiania sobie niestety większości wygód czy przyjemności. Gdy chłopcy byli
mali, nasze rodzinne podróże miały siłą rzeczy charakter nieprawdopodobnie
budżetowy. Na nic lepszego nie mogliśmy sobie pozwolić. Musiałam się z tym pogodzić. Zostawiłam to w przeszłości. Ale teraz chciałabym jakoś zrekompensować mojej rodzinie uciążliwości tamtych lat. Marzy mi
się zabieranie bliskich w przepiękne podróże. Ale jak mam to robić, jeżeli państwo
zawłaszcza moje pieniądze w formie podatków, po to, by przekazać je innym rodzicom? Zmusza
mnie tym samym do finansowania im świadczeń 500+ na ich dzieci! Jak mogę uznać takie
janosikowanie za uczciwe, jeśli widzę, że odebrane mi pieniądze trafiają do
rodzin, którym często lepiej się powodzi niż mojej? Wszystkie młodsze koleżanki
z naszej szkoły, po doliczeniu dodatków 500+ na każde dziecko, mają znacznie
większe pobory miesięczne niż ja.
Przepraszam Cię Polsko, ale dla mnie to
jest okradanie! Użycie jakiegokolwiek eufemizmu i tak nie zmieniłoby tego, jak postrzegam tę sytuację. I wybaczcie mi moje młodsze koleżanki –
nie chcę nikomu finansować jego wyjazdów, chcę wyjeżdżać sama. I w podróżach płacić jedynie za zabrane z sobą dzieci, dorastające
w czasach, w których nikt im nigdy niczego nie zafundował.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz