Do Zakopanego wyjechaliśmy
dwukrotnie w marcu. Pierwszy wyjazd był związany z możliwością wykorzystania
zniżek na noclegi w serwisie podróżniczym, który przyznał nam rekompensatę za
zeszłoroczny pobyt w Izraelu. Tak trafiliśmy
do Willi Helan. Pojechaliśmy tam w Dzień Kobiet, ponieważ mogliśmy wówczas
zrobić użytek również z okazjonalnego rabatu na wejście do Term Bania.
W sumie wykorzystaliśmy wszelkie
sposoby, jakie tylko się dało, obniżenia cen opisywanych wycieczek. Nakombinowaliśmy się
jak przysłowiowe konie pod górę, żeby koszty wyjazdów dla naszej rodziny
zmieściły się w granicach przyzwoitości. Jakoś się udało, co wobec
utrzymujących się w marcu cen z okresu zimowego, było według mnie wielkim
wyczynem.
Przeżyliśmy właściwie dwa podobne
wyjazdy w ciągu miesiąca. Wykorzystaliśmy oba wolne weekendy od moich
studiów - następny będzie dopiero w
czerwcu (oprócz oczywiście bezzjazdowej Wielkanocy i przedmaturalnej majówki). Odpoczęliśmy.
Cieszyliśmy się górami i sobą.
Mój mąż widzi trochę inaczej wielkość Bożego zamysłu. Największą wagę przykłada do stworzenia człowieka, który został wyposażony w zdolność zachwycania się dziełem Stworzyciela.
W czasie obydwu wyjazdów mam tę
samą refleksję. Patrząc na rozpościerające się za oknem góry, powtarzam mężowi
słowa zachwytu nad nieskazitelnym pięknem otaczającego świata. Jak
nieograniczoną trzeba mieć wyobraźnię, by stworzyć coś tak doskonałego?
Dobrze, że nie jestem Bogiem i nie mam przed sobą podobnie niesamowitego przedsięwzięcia, bo nawet cud by mi nie pomógł w wykreowaniu czegoś choć z grubsza podobnego do tego, co widzę wokół siebie (i czego dotąd nie oglądałam). Świat ma tyle nieprawdopodobnych twarzy, że człowiekowi niepodobna tego ogarnąć w ciągu swego krótkiego życia.

Dobrze, że nie jestem Bogiem i nie mam przed sobą podobnie niesamowitego przedsięwzięcia, bo nawet cud by mi nie pomógł w wykreowaniu czegoś choć z grubsza podobnego do tego, co widzę wokół siebie (i czego dotąd nie oglądałam). Świat ma tyle nieprawdopodobnych twarzy, że człowiekowi niepodobna tego ogarnąć w ciągu swego krótkiego życia.
Mój mąż widzi trochę inaczej wielkość Bożego zamysłu. Największą wagę przykłada do stworzenia człowieka, który został wyposażony w zdolność zachwycania się dziełem Stworzyciela.
No tak, to racja. Gdyby nas nie
było, to świat po prostu by się marnował, nie podziwiany przez nikogo. Jeśli o
mnie chodzi Boże, to w kwestii podziwu, na mnie zawsze możesz liczyć.
Wierzę, że są różne drogi wiodące
do duchowości. Każdy idzie swoją. Mój mąż po nawróceniu trzyma się ścieżki
modlitwy, inni idą do celu na przykład poprzez kontemplację czy mistycyzm.
Mam wrażenie, że moja droga prowadzi przez zachwyt. Nie dam się marnować światu.
Doceniam Boże Twoje dzieło w każdej najmniejszej nawet cząsteczce.
Zaczyna się nieciekawie. Przed przyjazdem uprzedzam hotel o późnej porze zameldowania (po zamknięciu term). Przy okazji proszę o pokoje (tym razem chodzi o dwa) z ładnym widokiem na góry, jeśli to możliwe.
Dostaję odpowiedź, którą jestem lekko zdumiona:
Potem następuje część dalsza mailowej dyskusji, z której dowiaduję się, że ta cena na Booking.com to za pokój deluxe, a pokój z widokiem na góry jest ok 30 zł droższy. No nie przekonuje mnie to, bo mam już na swoim telefonie zdjęcia, potwierdzające moje słowa, o czym informuję obiekt. Dyskusja się urywa. Jaki jest jej efekt?
Na miejscu okazuje się, że nie muszę niczego dopłacać (po dopłacie wyszłoby, że cena z Travelistu za pokoje z widokiem na góry jest wyższa niż w Booking.com przy tej samej ofercie!). Na malutkiej recepcji, później niż przypuszczaliśmy (sporo czasu zeszło nam jeszcze na błądzenie w poszukiwaniu hotelu po ciemku), zostajemy obsłużeni przez przemiłego Pana, który ma swój udział w rodzinnym interesie. Prowadzi nas do pokoi (numer 31 i 33).
Nasze dzieci otrzymują pokój deluxe (zgodnie z zamówieniem z Travelistu) - piękny duży, z imponującą łazienką. Widok niestety jest na ścianę sąsiedniego budynku, no chyba że ktoś bardzo mocno się wychyli przez okno - wtedy może ujrzeć skraweczek białego tatrzańskiego zbocza. Ale młodym ludziom to zdaje się za bardzo nie przeszkadzać.
Nasz pokój nie ma nic wspólnego z deluxe z możliwością dostawki (mimo, że taki był wykupiony również dla nas). Jest jeszcze mniejszy od tego w Helanie! (choć może to skosy ścian powodują takie wrażenie).

Oczywiście balkonu nie ma (u dzieciaków zresztą też). Są za to: czajnik, kubki..., hmm... po herbatę lub kawę trzeba będzie rano skoczyć do sklepu. Jestem trochę podłamana, moja starość domaga się jednak jakiegoś deluxe. Ale nie chcę proponować nocnej przeprowadzki mężowi, który od razu po wejściu do pokoju zasypia ze zmęczenia. Postanawiam zaczekać do rana z prośbą o zmianę zakwaterowania. Przemiły pan z recepcji obiecuje wtedy zadzwonić do kogoś, kto robi pokojowy przydział.
Tyle, że już o świcie sytuacja się zmienia. Z mroku wyłaniają się Tatry. I okazuje się, że z naszego mikro pokoju mamy po prostu panoramiczny widok! Jeszcze lepszy niż w Helanie, który też widzę z okna wprost na wyciągnięcie ręki.. Mąż łapie za aparat, by zrobić zdjęcia jeszcze przed wschodem słońca.
- Daj spokój - to o mojej propozycji przeprowadzki. Chyba już gdzieś to słyszałam. - Wolisz te parę metrów więcej czy też taki widok? Oki, zostałam przekonana.
Odwołuję u przemiłego pana akcję z wymianą pokoi. Rozpogadzam się. I od tego momentu dobry humor już mnie nie opuszcza ani na chwilę. Cieszę się tym, co mam. A wszystko zaczyna się układać nad wyraz miło (czyli kolejny plan pod hasłami: Krupówki, przykolejkowy targ, wjazd na, tym razem przeogromnie zatłoczoną, Gubałówkę). Ale końcem marca na sztandarowym szczycie Zakopanego jest fajniej niż początkiem miesiąca - i słonko wreszcie grzeje, i towarzystwo dzieciaków bezcenne.
A zamiast kontrowersyjnej atrakcji z iluminacjami tym razem mamy absolutny hit - na tatrzańskich halach zaczynają rozkwitać krokusy! Co prawda może nie jest ich jeszcze tyle, co w pełni sezonu, ale ja tam nie jestem maksymalistką - mnie do szczęścia wystarczyło to, co zobaczyłam w drodze do Doliny Chochołowskiej.
Jak miło było posiedzieć na omszałym pieńku pośród łąki fioletowych kwiatów, otwierających swe płatki w słonecznych promieniach. To są właśnie te wspomnienia, które się przechowuje latami w pamięci, niczym w szkatułce, zapełnianej w dziecięcych latach skarbami z podróży.

Następne włożę tam późnym popołudniem. Podążając za propozycją Pana z obsługi (przemiłego - to już chyba pisałam), idę wówczas na spacer na rozpościerający się nad Olczą Bachledowy Wierch.
I gdy zachodzące słońce kładzie na ośnieżonych zboczach Tatr różowe cienie, to do oczu napływają mi słone łzy, a modlitwa za mojego ukochanego Bartusia sama zaczyna wypływać z ust. Mam nadzieję Synku, że tam z nieba możesz ze mną podziwiać ten oszałamiający pięknem świat tu na ziemi.
Staram się na maksa wykorzystać dzień do końca, bo już nazajutrz po wykwaterowaniu dzieciaki chcą jechać bezpośrednio do domu ("Tylko bez żadnego zwiedzania czegokolwiek po drodze, mamo!"). Wieczorem zapisuję się więc jeszcze na seans w hotelowym spa (tzn. na przysługujące mi 20 minut). Niestety tej atrakcji nie mogę zaliczyć do udanych. Ledwo siadam do jakuzzi, to ono się wyłącza i ani myśli ruszyć znowu (choć podobno jest to wszystko ustawione automatycznie). Z kolei w saunie mokrej jakoś mi za gorąco, a do suchej nie wchodzę, bo jest prawie pełna i też na zapis, którego już wieczorem z braku miejsc zrobić nie można. Jako osoba rozpogodzona i w dobrym humorze od rana, macham na to ręką, choć na voucherze z Travelistu mam jasno napisane: "nielimitowane korzystanie z saun i jacuzzi (otwarte w godz. 17-20)."
- Każdy coś przyciska w tym jakuzzi i potem są interwencje, że zepsute - komentuje sytuacje w spa Przemiły Pan. Wierzę mu i nie mam żadnych żali. Dość się przecież wysiedziałam w bąbelkach na termach.
Rankiem żegnamy się z Przemiłym Panem i Kucharką (Gospodynią?), która upiekła domową szarlotkę na deser do niedzielnego śniadania. To właśnie ci ludzie decydują o atmosferze hotelu i nadają jej charakter rodzinnej gościny. Po raz drugi wyjeżdżam z Zakopanego zadowolona i zrelaksowana.
Dzięki takiej obsłudze wybaczam hotelowi nawet to, że po powrocie do domu czytam w reklamie na stronie obiektu:
Oczywiście zasadniczym celem naszego pobytu nie było testowanie hoteli w Zakopanym tylko skorzystanie z term na Podhalu. W tej kategorii również zrobiliśmy osobiste porównania. W rankingu wzięły udział:
The winner is... Terma Bania! (przynajmniej dla mnie i dzieciaków). Zadecydowała o tym chyba głównie... sztuczna fala - przyznam szczerze, że to była taka atrakcja, którą z trudem opuściliśmy. Myślę, ze odezwała się przy tym nasza niegasnąca miłość do morza. Wielki plus także za strefę relaksu, gdzie można odpocząć od hałasu, jaki jednak powodują milusińscy podczas zabaw w wodzie. Tym, co trochę natomiast psuło ogólne wrażenie było otoczenie termy. Wprawdzie widok na Tatry piękny, ale dodatkowo mamy tu niestety do czynienia z atrakcjami w postaci placów budowy z dwóch stron basenu zewnętrznego. Zresztą cała Białka rozrasta się w każdą możliwą stronę i przestaje przypominać spokojną podhalańską wioskę, jaką jeszcze do całkiem niedawna była.
Ranking
odwiedzonych hoteli okazał się trudniejszym zadaniem. W sytuacji, gdy mnie
podobał się bardziej wystrój jednego, a mężowi drugiego z obiektów, musieliśmy
przyznać miejsca ex aequo. Rzeczywiście faktem jest, że obydwa hotele są
porządne i warte swojej ceny, choć może
wolałabym, żeby tak nie było, (bo bez promocji pewnie byśmy ich nie odwiedzili). Przy ich standardzie trudno liczyć na to, że
kiedyś będzie w nich taniej. Zresztą, wydaje się, ze oba obiekty nastawione są
na turystów, którzy raczej nie mają problemu z kosztami noclegu. I chyba takich
podróżujących jest coraz więcej, nie tylko przecież w Zakopanym.
Myślę też o tym, że i my jako turyści przeszliśmy dużą zmianę. Wiek na pewno zrobił swoje, ale i nasze wymagania się zmieniły. W czasie kolejnych podróży poznaliśmy inne standardy niż te, które kiedyś obowiązywały na Podhalu w pokojach typu: u czyjejś teściowej, czy też w pomieszczeniach przechodnich lub ozdobionych meblościankami, modnymi w latach siedemdziesiątych. Nie chcę już wyjeżdżać do takich miejsc.

Podhale się zmienia. To na pewno kosztuje i turyści tacy jak my z trudnością za tym nadążają. Jednocześnie jest wielu innych podróżujących, których to przyciąga jak magnes.
Na pewno obecnie okolice Zakopanego mają o wiele więcej do zaoferowania niż kiedyś. Region rozwija się błyskawicznie. Ludzie bez trudu znajdują zatrudnienie i są coraz zamożniejsi. Trudno byłoby źle ocenić takie zjawiska - to na ogół pozytywne zmiany. I po prostu trzeba do nich przywyknąć ze wszystkimi ich również mniej atrakcyjnymi konsekwencjami.

Ps. Autorem kilku zdjęć (np. z księżycem, pieńkiem) jest mój mąż.
Podobieństwo obydwu pobytów w Zakopanym nie
ogranicza się tylko do pięknych widoków. Pora na porównanie odwiedzonych przez
nas hoteli i term. Poniżej podaję wyniki naszego prywatnego i bardzo subiektywnego testu.
Tak się składa, że obydwa odwiedzone przez nas obiekty są nowe, położone w podobnej lokalizacji (w dzielnicy Olcza) i mają charakter rodzinny. Docieramy do nich późnym wieczorem po wizycie w termach. To tyle ogólnie o podobieństwach. Teraz szczegóły.

Moja prośba o ładny widok na góry na pewno została przeczytana i uwzględniona w przydziale pokoju. Zaskoczeniem jest natomiast to, że jego kategoria nosi miano: EKONOMICZNY.
Ale to już nie wina hotelu, tylko pośrednika, który nam taką niespodziankę zaserwował. Recepcjonista proponuje wymianę pokoju na większy za dopłatą, ale nagle uruchamia się mój mąż, który, zmęczony po całym dniu, chce mieć jak najszybciej formalności za sobą:
- Daj spokój - słyszę. - A co tam takie parę metrów. To nie ma większego znaczenia, przecież nie w takich warunkach już spaliśmy.
To prawda. Zaczynaliśmy jako niezwykle siermiężni turyści. Teraz jednak się już zestarzałam, a starość najwyraźniej potrzebuje innego komfortu niż młodość. I choć pokój ogólnie mi się podoba, to jednak te parę metrów robiłoby różnicę.
Ale wszystko to wybaczam Willi Helan wczesnym rankiem, kiedy widok ośnieżonych Tatr po prostu wyrywa mnie z łóżka. Nie jestem w stanie oderwać od nich oczu, a już o zamknięciu powiek i dalszym śnie nie może być mowy. Popijam kawę na naszym balkonie (tak, mamy balkon, czajnik, kubki i saszetki z kawą).
Jest tak wcześnie, że jeszcze przed śniadaniem udaje mi się pójść na spacer. I odnajduję tam przyczajoną już wiosnę, która bardzo nieśmiało czeka na swoją kolejkę po zimie.
Jaki to miły początek dnia, który potem rozkręci się według zakopiańskich standardów: Krupówki, wizyta na przykolejkowym targu, wjazd na Gubałówkę (omal zupełnie pustą). Na jej szczycie jeszcze czeka nas jakaś trochę kiczowata jak dla mnie wystawa.
"Wznosząca się nad centrum Zakopanego Gubałówka po raz drugi przeobrazi się w magiczną Krainę Światła, pełną iluminowanych rzeźb nawiązujących do podhalańskiej przyrody i tradycji. Z okazji 80-lecia kolei na Gubałówkę, teren wokół głównej stacji rozświetli aż 250 tys. ekologicznych, ledowych żarówek, które po zmroku stworzą prawdziwie bajkową scenerię" czytam w zapowiedziach tego wydarzenia na stronie http://www.pkl.pl/post/wyjatkowe-iluminacje-na-80-lecie-gubalowki.html
No cóż, co się komu podoba... Więcej atrakcji już nam nie trzeba.

Następnego ranka żegnamy Tatry i wyjeżdżamy w kierunku Pienin, na które chcemy jeszcze choćby popatrzeć przed powrotem do domu. Ale może o tym już innym razem...

Willa Helan
Od samych drzwi robi dobre wrażenie - ładny hol i pomieszczenia ogólnodostępne, dbałość o szczegóły wystroju. Recepcja sprawiająca wrażenie profesjonalnej.Moja prośba o ładny widok na góry na pewno została przeczytana i uwzględniona w przydziale pokoju. Zaskoczeniem jest natomiast to, że jego kategoria nosi miano: EKONOMICZNY.
Ale to już nie wina hotelu, tylko pośrednika, który nam taką niespodziankę zaserwował. Recepcjonista proponuje wymianę pokoju na większy za dopłatą, ale nagle uruchamia się mój mąż, który, zmęczony po całym dniu, chce mieć jak najszybciej formalności za sobą:
- Daj spokój - słyszę. - A co tam takie parę metrów. To nie ma większego znaczenia, przecież nie w takich warunkach już spaliśmy.
To prawda. Zaczynaliśmy jako niezwykle siermiężni turyści. Teraz jednak się już zestarzałam, a starość najwyraźniej potrzebuje innego komfortu niż młodość. I choć pokój ogólnie mi się podoba, to jednak te parę metrów robiłoby różnicę.
Ale wszystko to wybaczam Willi Helan wczesnym rankiem, kiedy widok ośnieżonych Tatr po prostu wyrywa mnie z łóżka. Nie jestem w stanie oderwać od nich oczu, a już o zamknięciu powiek i dalszym śnie nie może być mowy. Popijam kawę na naszym balkonie (tak, mamy balkon, czajnik, kubki i saszetki z kawą).
Jest tak wcześnie, że jeszcze przed śniadaniem udaje mi się pójść na spacer. I odnajduję tam przyczajoną już wiosnę, która bardzo nieśmiało czeka na swoją kolejkę po zimie.
Jaki to miły początek dnia, który potem rozkręci się według zakopiańskich standardów: Krupówki, wizyta na przykolejkowym targu, wjazd na Gubałówkę (omal zupełnie pustą). Na jej szczycie jeszcze czeka nas jakaś trochę kiczowata jak dla mnie wystawa.
"Wznosząca się nad centrum Zakopanego Gubałówka po raz drugi przeobrazi się w magiczną Krainę Światła, pełną iluminowanych rzeźb nawiązujących do podhalańskiej przyrody i tradycji. Z okazji 80-lecia kolei na Gubałówkę, teren wokół głównej stacji rozświetli aż 250 tys. ekologicznych, ledowych żarówek, które po zmroku stworzą prawdziwie bajkową scenerię" czytam w zapowiedziach tego wydarzenia na stronie http://www.pkl.pl/post/wyjatkowe-iluminacje-na-80-lecie-gubalowki.html
No cóż, co się komu podoba... Więcej atrakcji już nam nie trzeba.

Następnego ranka żegnamy Tatry i wyjeżdżamy w kierunku Pienin, na które chcemy jeszcze choćby popatrzeć przed powrotem do domu. Ale może o tym już innym razem...
Grand Podhale Resort & Spa
Zaczyna się nieciekawie. Przed przyjazdem uprzedzam hotel o późnej porze zameldowania (po zamknięciu term). Przy okazji proszę o pokoje (tym razem chodzi o dwa) z ładnym widokiem na góry, jeśli to możliwe.Dostaję odpowiedź, którą jestem lekko zdumiona:
Odpisuję więc:Oczywiście jest taka możliwość ale według zasad serwisu Travelist dopłata do pokoju z widokiem na Tatry to 20 zł doba pokój. Proszę o informacje czy mamy dokonać zmian.
Tak, proszę.Choć przyznać muszę, że nie mogę znaleźć takiej zasady ani w opisie obiektu w serwisie Travelist, ani w potwierdzeniu rezerwacji, które dostałam od serwisu.Dla pewności sprawdziłam też Państwa ofertę w innym serwisie (Booking.com) i cena, która mi się tam wyświetliła na dzisiejszą noc (również za pokój ze śniadaniem i widokiem na góry) (...) się specjalnie nie różni od tego, co ja zapłaciłam (...), mimo, że serwis Travelist oferował miejsca w Państwa obiekcie z jakąś wielką zniżką.
Potem następuje część dalsza mailowej dyskusji, z której dowiaduję się, że ta cena na Booking.com to za pokój deluxe, a pokój z widokiem na góry jest ok 30 zł droższy. No nie przekonuje mnie to, bo mam już na swoim telefonie zdjęcia, potwierdzające moje słowa, o czym informuję obiekt. Dyskusja się urywa. Jaki jest jej efekt?
Na miejscu okazuje się, że nie muszę niczego dopłacać (po dopłacie wyszłoby, że cena z Travelistu za pokoje z widokiem na góry jest wyższa niż w Booking.com przy tej samej ofercie!). Na malutkiej recepcji, później niż przypuszczaliśmy (sporo czasu zeszło nam jeszcze na błądzenie w poszukiwaniu hotelu po ciemku), zostajemy obsłużeni przez przemiłego Pana, który ma swój udział w rodzinnym interesie. Prowadzi nas do pokoi (numer 31 i 33).
Nasze dzieci otrzymują pokój deluxe (zgodnie z zamówieniem z Travelistu) - piękny duży, z imponującą łazienką. Widok niestety jest na ścianę sąsiedniego budynku, no chyba że ktoś bardzo mocno się wychyli przez okno - wtedy może ujrzeć skraweczek białego tatrzańskiego zbocza. Ale młodym ludziom to zdaje się za bardzo nie przeszkadzać.
Nasz pokój nie ma nic wspólnego z deluxe z możliwością dostawki (mimo, że taki był wykupiony również dla nas). Jest jeszcze mniejszy od tego w Helanie! (choć może to skosy ścian powodują takie wrażenie).

Tyle, że już o świcie sytuacja się zmienia. Z mroku wyłaniają się Tatry. I okazuje się, że z naszego mikro pokoju mamy po prostu panoramiczny widok! Jeszcze lepszy niż w Helanie, który też widzę z okna wprost na wyciągnięcie ręki.. Mąż łapie za aparat, by zrobić zdjęcia jeszcze przed wschodem słońca.
- Daj spokój - to o mojej propozycji przeprowadzki. Chyba już gdzieś to słyszałam. - Wolisz te parę metrów więcej czy też taki widok? Oki, zostałam przekonana.
Odwołuję u przemiłego pana akcję z wymianą pokoi. Rozpogadzam się. I od tego momentu dobry humor już mnie nie opuszcza ani na chwilę. Cieszę się tym, co mam. A wszystko zaczyna się układać nad wyraz miło (czyli kolejny plan pod hasłami: Krupówki, przykolejkowy targ, wjazd na, tym razem przeogromnie zatłoczoną, Gubałówkę). Ale końcem marca na sztandarowym szczycie Zakopanego jest fajniej niż początkiem miesiąca - i słonko wreszcie grzeje, i towarzystwo dzieciaków bezcenne.
A zamiast kontrowersyjnej atrakcji z iluminacjami tym razem mamy absolutny hit - na tatrzańskich halach zaczynają rozkwitać krokusy! Co prawda może nie jest ich jeszcze tyle, co w pełni sezonu, ale ja tam nie jestem maksymalistką - mnie do szczęścia wystarczyło to, co zobaczyłam w drodze do Doliny Chochołowskiej.
Jak miło było posiedzieć na omszałym pieńku pośród łąki fioletowych kwiatów, otwierających swe płatki w słonecznych promieniach. To są właśnie te wspomnienia, które się przechowuje latami w pamięci, niczym w szkatułce, zapełnianej w dziecięcych latach skarbami z podróży.
Następne włożę tam późnym popołudniem. Podążając za propozycją Pana z obsługi (przemiłego - to już chyba pisałam), idę wówczas na spacer na rozpościerający się nad Olczą Bachledowy Wierch.
I gdy zachodzące słońce kładzie na ośnieżonych zboczach Tatr różowe cienie, to do oczu napływają mi słone łzy, a modlitwa za mojego ukochanego Bartusia sama zaczyna wypływać z ust. Mam nadzieję Synku, że tam z nieba możesz ze mną podziwiać ten oszałamiający pięknem świat tu na ziemi.
Staram się na maksa wykorzystać dzień do końca, bo już nazajutrz po wykwaterowaniu dzieciaki chcą jechać bezpośrednio do domu ("Tylko bez żadnego zwiedzania czegokolwiek po drodze, mamo!"). Wieczorem zapisuję się więc jeszcze na seans w hotelowym spa (tzn. na przysługujące mi 20 minut). Niestety tej atrakcji nie mogę zaliczyć do udanych. Ledwo siadam do jakuzzi, to ono się wyłącza i ani myśli ruszyć znowu (choć podobno jest to wszystko ustawione automatycznie). Z kolei w saunie mokrej jakoś mi za gorąco, a do suchej nie wchodzę, bo jest prawie pełna i też na zapis, którego już wieczorem z braku miejsc zrobić nie można. Jako osoba rozpogodzona i w dobrym humorze od rana, macham na to ręką, choć na voucherze z Travelistu mam jasno napisane: "nielimitowane korzystanie z saun i jacuzzi (otwarte w godz. 17-20)."
- Każdy coś przyciska w tym jakuzzi i potem są interwencje, że zepsute - komentuje sytuacje w spa Przemiły Pan. Wierzę mu i nie mam żadnych żali. Dość się przecież wysiedziałam w bąbelkach na termach.
Rankiem żegnamy się z Przemiłym Panem i Kucharką (Gospodynią?), która upiekła domową szarlotkę na deser do niedzielnego śniadania. To właśnie ci ludzie decydują o atmosferze hotelu i nadają jej charakter rodzinnej gościny. Po raz drugi wyjeżdżam z Zakopanego zadowolona i zrelaksowana.
Dzięki takiej obsłudze wybaczam hotelowi nawet to, że po powrocie do domu czytam w reklamie na stronie obiektu:
"Pokoje 2 osobowe Deluxe
Pokoje 2 osobowe typu Deluxe to pokoje o podwyższonym standardzie urządzone
w stylu góralskim z przepięknym widokiem na Tatry"
TERMY
Oczywiście zasadniczym celem naszego pobytu nie było testowanie hoteli w Zakopanym tylko skorzystanie z term na Podhalu. W tej kategorii również zrobiliśmy osobiste porównania. W rankingu wzięły udział:
1. Terma Bania w Białce Tatrzańskiej;
2. Chochołowskie Termy (oczywiście w Chochołowie);
2. Chochołowskie Termy (oczywiście w Chochołowie);
3. Termy Gorący Potok w Szaflarach - siłą rzeczy braliśmy to miejsce pod uwagę w porównaniach, gdyż początkiem marca odwiedziły je nasze dzieciaki, a i my pamiętaliśmy dobrze obiekt z wizyty w towarzystwie Ani i Bartka w ostatnim wrześniu jego życia.
The winner is... Terma Bania! (przynajmniej dla mnie i dzieciaków). Zadecydowała o tym chyba głównie... sztuczna fala - przyznam szczerze, że to była taka atrakcja, którą z trudem opuściliśmy. Myślę, ze odezwała się przy tym nasza niegasnąca miłość do morza. Wielki plus także za strefę relaksu, gdzie można odpocząć od hałasu, jaki jednak powodują milusińscy podczas zabaw w wodzie. Tym, co trochę natomiast psuło ogólne wrażenie było otoczenie termy. Wprawdzie widok na Tatry piękny, ale dodatkowo mamy tu niestety do czynienia z atrakcjami w postaci placów budowy z dwóch stron basenu zewnętrznego. Zresztą cała Białka rozrasta się w każdą możliwą stronę i przestaje przypominać spokojną podhalańską wioskę, jaką jeszcze do całkiem niedawna była.
Faworytem natomiast mojego męża w kategorii: Najlepsze termy był Rwący Potok, a to z powodu najcieplejszej, przynajmniej zdaniem oceniającego, wody ze wszystkich basenów zewnętrznych. Mnie natomiast w Szaflarach zabrakło pomieszczenia pod dachem nad głową, gdzie można byłoby się schronić, gdy zaczął nas moczyć mżący wrześniowy deszczyk. Choć przyznać muszę, że wysoka temperatura wody też mi bardzo odpowiadała.
Chochołowskie Termy odwiedziliśmy jako ostatnie i być może już mieliśmy pewien przesyt kąpielowy. Nie umiem inaczej sobie wytłumaczyć, dlaczego jakoś tak nie do końca doceniliśmy ten najnowszy i reklamowany jako największy tego typu obiekt na Podhalu. Nie należy się jednak sugerować tym, że nikt z naszej czwórki na niego nie zagłosował. Chochołowskie Termy robią wrażenie swoim ogromem, rozmachem basenów zewnętrznych na dwóch poziomach, a przede wszystkim przepięknym widokiem na Tatry. No i mają jeszcze coś, czego nigdzie indziej nie ma - beczki z siarkową wodą - dla regeneracji chrząstki stawowej w moich kolanach podobno nieocenione. A przecież oprócz relaksu spodziewam się po wizytach w termach właśnie dobroczynnego wpływu na zdrowie.
*
Ranking
odwiedzonych hoteli okazał się trudniejszym zadaniem. W sytuacji, gdy mnie
podobał się bardziej wystrój jednego, a mężowi drugiego z obiektów, musieliśmy
przyznać miejsca ex aequo. Rzeczywiście faktem jest, że obydwa hotele są
porządne i warte swojej ceny, choć może
wolałabym, żeby tak nie było, (bo bez promocji pewnie byśmy ich nie odwiedzili). Przy ich standardzie trudno liczyć na to, że
kiedyś będzie w nich taniej. Zresztą, wydaje się, ze oba obiekty nastawione są
na turystów, którzy raczej nie mają problemu z kosztami noclegu. I chyba takich
podróżujących jest coraz więcej, nie tylko przecież w Zakopanym.Myślę też o tym, że i my jako turyści przeszliśmy dużą zmianę. Wiek na pewno zrobił swoje, ale i nasze wymagania się zmieniły. W czasie kolejnych podróży poznaliśmy inne standardy niż te, które kiedyś obowiązywały na Podhalu w pokojach typu: u czyjejś teściowej, czy też w pomieszczeniach przechodnich lub ozdobionych meblościankami, modnymi w latach siedemdziesiątych. Nie chcę już wyjeżdżać do takich miejsc.
Podhale się zmienia. To na pewno kosztuje i turyści tacy jak my z trudnością za tym nadążają. Jednocześnie jest wielu innych podróżujących, których to przyciąga jak magnes.
Na pewno obecnie okolice Zakopanego mają o wiele więcej do zaoferowania niż kiedyś. Region rozwija się błyskawicznie. Ludzie bez trudu znajdują zatrudnienie i są coraz zamożniejsi. Trudno byłoby źle ocenić takie zjawiska - to na ogół pozytywne zmiany. I po prostu trzeba do nich przywyknąć ze wszystkimi ich również mniej atrakcyjnymi konsekwencjami.











































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz