niedziela, 27 grudnia 2020

ŚWIĘTA, ŚWIĘTA

 ...i po Świętach.

Pierwszy poświąteczny dzień postanowił pokazać najpiękniejszą ze swoich twarzy. Zbudził mnie promykami wschodzącego, wyczekiwanego od dawna słońca, które natychmiast wybłyszczyło cieniutki lukier świeżego śniegu. Ziemia została nim posypana zaledwie dobę wcześniej, a potem po kolei przeżywaliśmy jego podtopnienie w ciągu dość ciepłego dnia i przymrożenie w czasie lodowatej nocy.

Świat nabrał uroku słodkiego lukrowanego ciasteczka. Zapraszał wprost, by się w niego wgryźć. I nawet miałam taki plan, chciałam zachłannie pożerać go oczyma na spacerze pośród stawów w lesie, tyle że... nie zdążyłam. Coś mi nie po drodze z planowaniem ostatnio, w ogóle nie mogę się nauczyć brania pod uwagę tego, jak szybko kończy się dzień/widoczność. Ledwo objechałam dwa cmentarze, a już słonko było w fazie zachodzenia. Uznałam więc, że sobie wszystko zrekompensuję przy następnym “okienku pogodowym”:)

Tymczasem zaczął się pierwszy poświąteczny wieczór i czas pierwszych podsumowań. Rozebrałam tegoroczną dekorację w jadalni, nowym prezentom znalazłam miejsce stałego pobytu, dojadłam kilka potraw, które już miały dosyć leżakowania w lodówce. Byłam z siebie zadowolona. Jakoś w końcu ogarnęłam Święta. Co prawda nie wszystko wyszło tak, jak planowałam, lecz jeśli ktoś o tym nie wiedział, to mógł odnieść wrażenie, że nie zrobiłam żadnych odstępstw od świątecznego planu. 


Ale na własnym blogu uczciwie mogę się do nich przyznać:)

 
niestety zaliczyłam szereg wpadek dekoracyjnych - relacjonuję również sprawy na messengerze.
2 godziny wiązałam choinkowego skrzata, bo talerze miały być też z takim motywem.
No i co usłyszałam, jak tylko dzieciaki wjechały: "to już wiemy, o czym zapomnieliśmy..."😃  

Tak, moje śliczne świąteczne talerze nie przyjechały z Krakowa na Boże Narodzenie. Musiałam je zastąpić tym, co było pod ręką. To nie jedyna dekoracyjna porażka.











Do tego oczywiście zaginął mój piękny czerwony obrus z połyskiem i materiałowymi serwetkami do kompletu, a A...... zapiera się, ze nigdzie go nie schował😃 

No dobra, nie będę obstawać przy tym, że to jego wina. Szczerze mówiąc, sama nie pamiętam szczegółów obrusowej sprawy. Rzecz w tym, że ten obrus okrywał nasz stół w dzień, gdy ostatni raz gościliśmy w domu Bartka. To wspomnienie z obchodów Święta Trzech Króli/imienin Kacpra blisko pięć lat temu. A potem jest już tylko ta czarna dziura w pamięci. 











No cóż, nigdy nie obiecywałam ani sobie, ani najbliższym, że nasze tegoroczne Święta będą miały od początku do końca smak lukrowanego ciasteczka. Od historii rodzinnej przecież się nie uwolnimy. Będzie z nami zawsze, starając się wybić na plan pierwszy  zwłaszcza w szczególnych dla nas chwilach. Ale może wystarczy, żeby przeszłość nie zdominowała teraźniejszości. Może wystarczy rozsunąć choć trochę na boki ten przeraźliwy smutek, co spuszcza się gęstymi zasłonami na świąteczne klimaty. Jeśli chodzi o mnie, to ta odrobina słodyczy i lukru, której doświadczyliśmy w tegoroczne Boże Narodzenie jest w zupełności wystarczająca.

Dzięki nim mogę zakwalifikować nasze Święta do kategorii: UDANE I DOBRE. Miło było spędzić czas Wigilijnej Wieczerzy najpierw z Dzieciakami, a potem z Rodziną Brata. Posmakować pyszności i obfitości świątecznego stołu. Doświadczyć radosnej atmosfery rozmów, które nie chciały się kończyć. Patrzeć na szczęście obdarowanych prezentami dzieci. A przede wszystkim nie uciekać przed Świętami, tylko starać się je przeżyć najlepiej, jak się potrafi.

Przed zakończeniem roku, dopinając jeszcze szkolne sprawy, sprawdzam dziennik elektroniczny. Nauczycielka muzyki przesłała nam  link do nagranego przez nią materiału pt. “Kolęda płynie z wysokości”. Znalazł się w nim i “Wiersz na Boże Narodzenie” Wojciecha Młynarskiego. Nie miałam dla niego czasu wcześniej, słucham go więc dopiero po Świętach:

„Takie prościutkie przemyślenie
na święta w głowę mi się wwierca,
że każde Boże Narodzenie
to jest pytanie o stan serca

Przeżyłam Boże Narodzenie najlepiej, jak potrafiłam. Starałam się świętować ze wszystkich swoich sił. Oby stan mojego serca był bożonarodzeniowy jak najdłużej. Niech poświąteczne słońce opromienia dni moje i tych, których kocham. I niech nam kolęda płynie z wysokości...



poniedziałek, 21 grudnia 2020

PLANY NA ODMIANY

Gdy przygotowuje się wpis na bloga podczas najkrótszego dnia w roku, to przynajmniej można popatrzeć w przyszłość z nadzieją. Od jutra powinno wreszcie ubywać tej ciemności, której już mam szczerze dosyć. Zwłaszcza, że jest ona ostatnio nieprzerwanie połączona z szarością tych niewielu dziennych godzin, jakie nam jeszcze pozostały. Świat, dopiero co taki piękny, stał się obecnie miejscem wyjątkowo niekolorowym.

Właściwie to nie chciałam na to narzekać, bo nawet lubię jesienne wieczory, gdy podpala się ogień w kominku i napełnia czajniczki gorącą herbata. Adwent kojarzy mi się ze smakiem pierniczków i grzanego wina. I w taki sposób próbuję celebrować ten czas.

Tyle, że brak światła i słońca dotkliwie odbija się na moim samopoczuciu. A bardzo mi zależy, by w tym roku obronić się przed ostrym rzutem świątecznej depresji. Chciałabym, żeby to był dobry czas - plany spędzenia go w rodzinnym gronie zasługują na miłą, pełną ciepła oprawę. Bez marudzenia. Bez dołowania siebie i innych.

Mam zamiar zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby się to udało. Już dawno przestałam wierzyć w to, że Święta to taki magiczny czas, który odmieni mi życie. W tym roku podeszłam do sprawy inaczej. To ja mogę odmienić swoje Święta i sprawić, że zyskają choć trochę magicznego uroku:)

No to do dzieła...

Choinki czekają już w przedsionku, by wejść na pokoje. W tym roku będzie to świerk kłujący i serbski oraz jodła kaukaska (drugą wyprawiłam do brata, który nas zaprosił na Wigilię). Wszystko przytargałam sama do domu, choć chwilami miałam wrażenie, że te ciężkie donice wbiją mnie w samo jądro ziemi.

Pierniczki upieczone (pierwszy raz od dawna takie najprawdziwsze z dużą ilością miodu). Prezenty przygotowane do pakowania (choć niektóre się gdzieś zawieruszyły po drodze od nadawcy do paczkomatu i nie wiadomo, czy w ogóle je kiedykolwiek zobaczę na oczy). Amarylisy w pełni rozkwitu i mam nadzieję, że dotrwają w niezmienionym stanie do Wigilii, (dodatkowo grudniki szaleją na kolorowo na parapetach). Dekoracja obmyślona, ale jako że nie wszystkie potrzebne elementy udało mi się zgromadzić, będę miała okazję rozwijać szlachetną sztukę improwizacji.

Jutro ostatnie zdalne lekcje i świąteczne spotkanie online z koleżankami i kolegami ze szkoły (20 minut między zajęciami, dla mnie nawet 15, bo mi się trochę zazębia jedno z drugim). Co niby można zrobić w takim czasie? Wysłuchać orędzia dyrektora na Boże Narodzenie?

Natomiast wczoraj miałam ostatni zjazd na psychologii ze studentami z mojego (czwartego) roku. Czeka nas jeszcze tylko wspólna sesja, choć nie wiem, czy mogę tak powiedzieć, jeśli na egzaminie każdy łączy się online z wykładowczynią w innym czasie, zgodnie z listą. I koniec. Ale nie skupiam się teraz jeszcze na pożegnaniach. Nie czas na jakieś smęty przed Świętami. W tym roku przecież je odmieniam. 

Niech mi odtąd przybywa radości, jak dnia - codziennie więcej i więcej. Zaczynam już rozumieć, że to samo nie przyjdzie. Trzeba do tego podejść tak samo jak do Świąt. Życie nie przyniesie nagle magicznej odmiany, choćbym  nie wiem, jak bardzo chciała w to wierzyć. Ale ja mogę wnieść do niego magiczną atmosferę, kreując sytuacje, rodzące radość. Bez względu na to, jak bardzo dookoła szaro, ciemno i zimno.

To mój świąteczny (i poświąteczny) plan. Niech zatem Święta będą pełne światła i kolorów. Niech w moim domu wraz z Dzieciakami i ich pupilami zagości radość. 

Wesołych Świąt dla Wszystkich!


Przepis na prawdziwe pierniczki z miodem zaczerpnęłam z blogu "Dom z kamienia": http://kuchniawkamiennymdomu.blogspot.com/2015/12/pierniczki.html


niedziela, 6 grudnia 2020

MIKOŁAJOWA PROŚBA

Pierwszy, zupełnie niespodziewany śnieg spadł tydzień temu i dopiero wczoraj zniknęły po nim wszystkie białe plamy. Przez cały ten czas mróz ściskał ziemię coraz mocniejszą lodową obręczą każdego dnia i nocy. W moim ogródeczku popadały nawet największe kwiatowe twardziele, nie mówiąc już  w ogóle o roślinach, które miałam nadzieję, dzięki specjalnym zabiegom, ochronić przed zimą.

Ale ten okres czasu miał i swoją pozytywną stronę. Nagle zrobiło się tak jakoś bardzo przedświątecznie. Nawet ja poczułam atmosferę zbliżających się Świąt. Ponieważ Wiktoria z Kacprem zapowiedzieli się z wizytą podczas Wigilii, to zaczęłam powoli obmyślać dekorację bożonarodzeniowego stołu, choinkowe zakupy i kuchenne aspekty świętowania. Choć raz od bardzo dawna mam szansę zdążyć ze wszystkim na czas:)

Nawet moje przedświąteczne porządki są już w toku. Okna w salonie, co ze względu na ich ilość zawsze jest dla mnie wyzwaniem, już czekają, by przez nie wyglądać pierwszej gwiazdki.

Przy okazji uporządkowałam  swoją szkółkę amarylisów na parapecie od północnej strony. Niestety nie wygląda na to, żeby choć jeden z nich miał ochotę zakwitnąć na Boże Narodzenie. Muszę liczyć na tego, którego dostałam na urodziny od męża:) 

No i jeszcze na takiego, co go potem dokupiłam sama - tak, żeby było do pary:) Ach, nie potrafię się oprzeć tym kwiatom.

Wkrótce potem oczywiście okazuje się, że nie mogę się też powstrzymać przed zwożeniem do domu gwiazd betlejemskich, jak również małych świerczków i cyprysików w doniczkach. Także dla widliczki znajdzie się miejsce na świątecznym stole. No cóż, wygląda na to, że bez względu na koncepcję, mój dom w Święta będzie miał naturalną dekorację z żywych roślinek. Bo oczywiście choinka w tym roku też musi być doniczkowa.

Dotąd wydawało mi się, że to za wcześnie, by ją przytargać do domu, ale podczas zajęć online na studiach widzę, że już się pojawiła w niektórych mieszkaniach. I postanawiam dłużej nie czekać z zakupem. Niniejszym ogłaszam, że: 

Sezon Bożonarodzeniowy uważam za otwarty:)

Krok po kroku, krok po kroczku, Najpiękniejsze w całym roczku, Idą święta, idą święta”, jakby pewnie zaśpiewaliby “Przyjaciele Karpia” (a od tego roku Przyjaciele Pewnej Ryby:). Jeszcze tylko kilkanaście szkolnych dni, jeszcze tylko kilkadziesiąt zdalnych lekcji...

Jakoś to zleci. Już czuję się coraz swobodniej w takim rodzaju nauczania. Podoba mi się to, że mogę rozplanowywać swoją pracę w ciągu całego dnia (bez kompresowania jej w parę godzin) i dowolnie ją miksować z zajęciami domowymi. Pod względem zawodowym jestem z siebie zadowolona - przykładam się do lekcji online, szukam ciekawych materiałów, mój kontakt z uczniami poprzez komputer niewiele się różni od tego “na żywo”.

Wydaje mi się, że dzieciaki mogłyby się wiele nauczyć, gdyby poważnie traktowały te lekcje zdalne. No ale cóż - wiele zajęć przepada, bo z drugiej strony na łączach jest głucho i kończy się na niepotrzebnym czekaniu. O włączeniu przez uczniów kamerek właściwie można zapomnieć - każdy twierdzi, że coś mu sprzęt nie dopisuje, człowiek właściwie w większości przypadków przemawia do kółeczek na ekranie. Jeśli chodzi o pomoce dydaktyczne online (przesyłam każdemu jako uzupełnienie spotkania), to odbiera je jedno na kilkoro dzieci, jedno  na wszystkie (w ogóle) drukuje przesłany do pracy materiał. Zdarzały mi się połączenia z nimi i na placu zabaw, i w samochodzie, kiedy widziałam tylko jego dach od środka. Czy ktoś mógł sobie kiedyś choćby wyobrazić taki rodzaj nauczania?

Gdy zaczynam pracę rano, to jeden z moich (ulubionych) uczniów jest tak zaspany, że w ogóle nie jestem pewna, czy nie dosypia w najlepsze przed ekranem, potem je śniadanie, ciamkając niemiłosiernie do mikrofonu i znienacka kontakt się z nim urywa na przykład wówczas, gdy idzie do kuchni po więcej jedzenia:) Kolejny chłopiec upodobał sobie robienie najgłupszych w świecie min do kamerki. Sama nie wiem, czy jest sens prosić o jej włączanie, żeby oglądać go na wybranym przez siebie tle (we wnętrzu statku kosmicznego), gdzie się koncentruje tylko na nich. Rzeczywiście obrazek trochę jak z kosmosu, chwilami trudno mi się skupić w takich warunkach tylko na prowadzeniu lekcji:) Mam też ucznia, uważającego, że go strasznie męczymy, łącząc się z nim przez internet i zajęcia z nim otwiera burza, która musi się najpierw przewalić. No w każdym razie trudno byłoby narzekać na nudę:)

Do szkoły jeżdżę teraz rzadko - właściwie już nie mamy tam sprzętu, na którym mogłabym prowadzić regularne lekcje zdalne - wydaliśmy go dzieciakom, ot, na wieczyste użytkowanie. Ale najlepsza jest historia ucznia, który dostał komputer w prezencie od burmistrza. Chłopiec na ostatnich zajęciach stacjonarnych u mnie w gabinecie chwalił się koledze z klasy uczestnictwem w wielkiej gali, związanej z uroczystym przekazaniem tego sprzętu potrzebującym dzieciom. Jak się komputer spisuje podczas nauczania zdalnego? Ano nijak. Uczeń nam oznajmił po przejściu na system online, że nie ma internetu, a otrzymany od burmistrza laptop służy mu do grania:) A my oczywiście w dalszym ciągu musimy się majgać, żeby zapewnić wszystkim dostęp do nauki.

Uczymy też siebie. Parę dni temu doczekałam się wreszcie profesjonalnego szkolenia z Teamsów (abstrahuję, że to jakieś kilka tygodni za późno), podczas którego pani prowadząca skupiła się na jednej z fajniejszych funkcji programu, czyli notesie. Ale zarazem jest ona jedną z najtrudniejszych, przez co zupełnie nie nadaje się do pracy z moimi uczniami. Oni w większości przypadków nie potrafią sobie nawet wyjąć włożonego przeze mnie do ich pliku dokumentu. Na razie więc nie widzę konieczności dalszego doskonalenia moich umiejętności informatycznych dla potrzeb nauczania zdalnego:)

Mogę się teraz zająć innymi sprawami. Dużo się u mnie obecnie dzieje - tak w rzeczywistości, jak i w planach. Na studiach robię właśnie dwa semestry naraz, zaczęłam się mierzyć z pracą magisterską i zapisałam się na praktyki online. Chciałabym uzupełnić bloga o niespisane dotąd podróże i niedołączone fotografie. Mam do obejrzenia kilka odłożonych na później filmów i wiele, wiele książek do przeczytania. No i co teraz najważniejsze - chcę się dobrze przygotować do Świąt...

Kochany Święty Mikołaju! Byłam grzeczna. Nawet wtedy, gdy wcale tego nie chciałam. Spraw, by choć to jedno Boże Narodzenie w całym moim obecnym życiu było znów świętem radosnym. Dla mnie i moich Najbliższych. Bardzo Cię o to proszę... 

piątek, 4 grudnia 2020

WLORA - WAKACJE Z PREZYDENTEM ALBANII

Poprzednia część relacji znajduje się pod linkiem: ALBANIA - KIERUNEK PÓŁNOC - z Mesopotam, Blue eye, Gjirokastrą i Tepeleną po drodze

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/12/09.html

💟

Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek dwudziesty - ALBANIA

Dzień podróży: 19- 22  -  09- 12.08

Do przeniesienia się do Wlory byliśmy przygotowani, jak do niczego innego podczas tej podróży. Tym bardziej, że znów trafiliśmy na adres jedynie z nazwą ulicy (oczywiście długiej) - klasycznie, bez numeru. Oglądamy jednak bardzo dokładnie mapę, mąż zapisuje ją nawet offline. Mało tego, wirtualnie podjeżdża jej ulicami pod samo wejście do naszego apartamentowca.

No i cóż nam to pomogło, kiedy okazało się, że na Rezydencji David nie ma nawet śladu oznaczenia, że to ona. Wiedzieliśmy, że miała być po przeciwnej stronie ulicy, prowadzącej wzdłuż  białego muru, tyle że on niestety ciągnął się i ciągnął. Wszystkie rezydencje przy niej wyglądały omal tak samo. No i znów błądziliśmy podobnie jak w Sarandzie, nawet wtedy, gdy, jak się okazało, osiągnęliśmy już prawie próg naszej nowej miejscówki. Ulica była jednokierunkowa, zrobiliśmy więc parę kółek po mieście, zanim zdecydowaliśmy się na rozwiązanie, które już wcześniej zadziałało w takiej sytuacji. Nogi - moje sprawne, dzięki Bogu, nogi...

Znów więc zaczynam procesję od człowieka do człowieka w poszukiwaniu kogoś, kto zrozumie mój problem i mi pomoże. Całe szczęście, że Albańczycy są tacy życzliwi i uczynni dla turystów. Przygoda kończy się więc tym samym, co w Sarandzie - pan z pobliskiego parkingu dzwoni do naszego przyszłego miejsca zakwaterowania. Gdyby nie to, znów bariera komunikacyjna w postaci szczątkowego angielskiego byłaby nie lada zaporą. A porozumieć się po włosku, którym oprócz albańskiego operują właściciele naszego apartamentowca, też nie miałabym najmniejszych szans.

Nie tylko my się uskarżamy na trudności w znalezieniu Rezydencji. W swojej opinii na Booking.com Hertwig z Austrii napisał:

Adres podany przy rezerwacji był bardzo nieprecyzyjny (nazwa 8-kilometrowej drogi, brak numeru domu). Co bardziej problematyczne, podane współrzędne GPS są błędne (wskazują bezpośrednio na centrum miasta, oddalone o około 3 km). Kiedy przyjechaliśmy, było już ciemno i nie mogliśmy znaleźć domu w dużym ruchu.”(tłumacz google)

- Jak oni chcą tu prowadzić turystyczny biznes? - zastanawia się mój mąż. - Przecież bez oznakowania hotelu, bez numerów budynków i apartamentów, bez pełnego adresu nie da się rozwijać w tej branży.

Mam nadzieję, że Albańczycy na to wpadną - wcześniej niż później, bo póki co, trudno byłoby rekomendować komuś rezerwowanie przez internet miejsca noclegowego w tym kraju. To jakby skazywanie go na późniejsze godziny poszukiwań i nerwów.  Zmień się albańska turystyko, bo twój kraj tak bardzo na to zasługuje.

*

Jestem już umordowana tymi ciągłymi perypetiami przy szukaniu miejsc noclegowych. Nawet pisanie o jednym i tym samym problemie na okrągło, zaczęło mnie męczyć. A w końcu nie po to człowiek podczas wakacji jedzie w nowe miejsce, żeby się stresować już na samym początku tego przedsięwzięcia.

Na szczęście potem już było tylko lepiej. Nasz gospodarz wyjechał przed nas na drogę i powiódł (nawet chwilowo pod prąd:) do swojej rezydencji, którą oczywiście kilkakrotnie wcześniej mijaliśmy. Zarówno on, jak i jego żona okazali się przemiłymi ludźmi. Widząc w jakim stanie jest mój mąż (bo jednak kryzys z Gjirokastry nie minął do końca podróży), proponują zamieszkanie na niższym piętrze.

Niestety nie ma tam klimatyzacji - musimy więc się wdrapać na kolejny poziom - do zarezerwowanego pokoju deluxe. Mąż po tym wyczynie wygląda tak, że gospodarz zostawia mi numer telefonu - chce pomóc, gdyby w nocy trzeba było korzystać z usług lekarza lub szpitala. Bogu dzięki nie trzeba było. Solidna porcja odpoczynku jest dobra na wszystko. Uff, udało nam się jakoś opanować kryzys zdrowotny, choć jego skutki mąż będzie odczuwał jeszcze bardzo długo.

*

Rezydencja David jest jedynym z czterech naszych miejsc noclegowych w Albanii, które utrzymało się do tej pory na Booking.com. Ma też świetne oceny klientów.

Mieszkanie było zupełnie nowe. Byliśmy pierwsi w tym pokoju” (tłumacz google) napisał Nász z Niemiec zaledwie dzień przed naszym przyjazdem.  

Pokój, który my zajęliśmy, też lśni nowością i czystością. Jest przestronny i gustowny. Szczególnie podoba mi się balkon, z którego możemy oglądać naprawdę spektakularne w kolorach zachody słońca nad morzem. Oraz tajemniczą rezydencję z prywatną plażą na ogromnej posesji za długim białym murem. Cytowany już Hertwig z Austrii rzuca nieco światła na sprawę naszych wakacyjnych sąsiadów:

Możesz spojrzeć na willę prezydenta z pokoi (przynajmniej powiedziano nam, że sąsiadująca (...) silnie strzeżona posiadłość to miejsce, w którym prezydent spędza wakacje) (tłumacz google)

Sądząc po ruchu, jaki mogliśmy obserwować za białym ogrodzeniem przez te trzy sierpniowe dni pobytu w Rezydencji David, wcale bym się nie zdziwiła, gdyby okazało się, że nasze wakacje zbiegły się z tymi, które spędzał we Wlorze przywódca Albańczyków. 

Nic w tym dziwnego, że upodobał sobie to miasto. Ja też jestem nim bardzo pozytywnie zaskoczona. Piszę do bliskich:

Vlora okazała się miejscem bardzo światowym. To miasto, którego nie powstydziłaby się żadna europejska Riwiera - cudne, szerokie plaże, przestronny nadmorski bulwar, promenada. Zabudowa wprawdzie dość wysoka, ale wszystkie hotele w pierwszej linii brzegowej bardzo eleganckie. 

Jestem zaskoczona czystością i zadbaniem na każdym kroku. Nie spodziewałabym się takiej Albanii po tym, co widzieliśmy na Południu. Myślę, że Wam by się też podobało - pełno tu luksusowych sklepów, zieleni, a atmosfera prawdziwie wakacyjnego kurortu

Ja co prawda myślałam, że będę odpoczywać w czymś w rodzaju malej rybackiej wioski,😃 ale po pierwszym zaskoczeniu już się przyzwyczaiłam

No i wreszcie zaczynamy prawdziwie kurortowe życie: wieczór na promenadzie, kolacja w restauracji z widokiem na morze, lodowy deser - są dwie lodziarnie tuż obok siebie? - nic nie szkodzi, możemy popróbować lodów i w jednej, i w drugiej:)

Fajnie tak zwolnić tempo. Wyjeżdżać z hotelu tylko do centrum miasta. Nie spieszyć się nigdzie i nie planować żadnego zwiedzania.

Jedynym miejscem poza centrum Wlory, które odwiedzamy przez te dni, jest pobliskie Orikum. Nasza Rezydencja mieści się tuż przy drodze wyjazdowej do tego miasteczka (dość ruchliwej - dobrze, że jednak nie zamieszkaliśmy tuż nad nią na parterze), stwierdzamy więc, że szkoda byłoby tego nie wykorzystać. 

Orikum wydaje się dobrą i przyjemną alternatywą dla tych, którzy nie chcą spędzać wakacji w tak dużym mieście jak Wlora. Albo jeśli ktoś wówczas chciałby fotografować ptaki (to sugestia naszych gospodarzy), ponieważ podobno nad przybrzeżnym jeziorkiem żyją rozmaite gatunki. Chociaż przy wjeździe do Wlory również widzieliśmy zbiorniki wodne. Już tyle razy słyszałam podczas tych wakacji o obserwacji ptaków, że nawet się tym trochę zainteresowałam :)

*

Jeszcze tylko wypad na plażę i będę w pełni usatysfakcjonowana pobytem we Wlorze. I tu cudowna wiadomość - mamy do niej ledwie kilka kroków. Całkiem tu miło, choć nie jest to duży obszar. Część plaży jest wyłączona z publicznego użytku i zarezerwowana na wyłączność mieszkańców willi za murem. 

Oczywiście można by się też wybrać na spacer do centrum, gdzie ciągną się kilometry piasku, ale z opinii turystów na Booking.com wynika, że pierwszą część drogi trzeba by było w zasadzie pokonać, idąc po jezdni. Wydaje się więc, że lepiej skorzystać w takim celu z samochodu.

Po drodze z plaży wpadam na kawę, korzystając z zaproszenia naszej gospodyni. Próbujemy z Mariją porozmawiać, korzystając z zasobu słów we wszystkich językach, jakie znamy i jakich nie znamy:). Najgorzej spisuje się niestety tłumacz google, który wypisuje jakieś kosmiczne bzdury, tłumacząc polski na albański i odwrotnie. 

No więc za pomocą mieszanki włosko - angielskiej ze sporą dawką pantomimy dowiaduję się, że David to wnuk Mariji, że jej córka studiuje w Bolonii, a rezydencja  jest w trakcie rozbudowy - właściciele planują otwarcie restauracji na parterze. Najbardziej rozczula mnie, gdy nasza gospodyni prosi na pożegnanie... o numer mojej komórki. No nie wiem, jakbyśmy miały dogadać się przez telefon, gdy odpada mowa ciała i język gestów. Ale oczywiście próbować nie zaszkodzi:)

*

Nasz dziewięciodniowy pobyt w Albanii dobiegł końca. Na podsumowania jeszcze nie pora - teraz już za progiem czeka następny etap naszej podróży. Po części też w kolejnym mieście na naszej trasie będziemy mieli kontynuację obecnych klimatów - przemieszczamy się do Ulcinja, czyli najbardziej albańskiego miasteczka w całej Czarnogórze.

Ale po drodze czeka nas jeszcze jedna niesamowita atrakcja - zwiedzanie Beratu, który jest drugim miastem  - muzeum Albanii. Nie znajduję właściwych słów, żeby napisać tutaj, jakie to piękne miejsce i jak wielkie zrobiło na nas wrażenie. Na wzór Gjirokastry ukuto też dla Beratu bardziej baśniową nazwę, określając go jako miasto tysiąca okien. Oczywiście miejsce to ma również wpis na listę Unesco. Unikalny, bezcenny skarb, widok znad rzeki na starówkę w osmańskim stylu po prostu oczarowuje. A jednocześnie jest bezpretensjonalnie i romantycznie.

Mimo strasznego upału mobilizuję się tym razem do gruntownego zwiedzania. Pomaga mi w tym obecność polskiej wycieczki na starówce, z którą przechodzę brukowanymi, wąskimi uliczkami od twierdzy aż do (zamkniętej) Cerkwi Świętego Michała Archanioła. Nadziwić się nie mogę, że wciąż żyją tu swoim życiem zwyczajni ludzie, zabytkowe miasto nie zmieniło się w martwy skansen. 

Gdy wracam pod mury twierdzy czeka mnie niespodzianka - mężowi pozwolono wjechać na dziedziniec samochodem.😁 Tym samym wymknął się spod opieki samozwańczych parkingowych (ale to już mężowa opowieść - mam nadzieję, że i on w jakiś sposób utrwali swoje wspomnienia:). Zadowolony, wyczekuje mnie w cieniu restauracyjnych parasoli. I ja się cieszę, że miał możliwość, choć w takim skromnym zakresie, posmakować atmosfery starówki. Mam nadzieję, że kiedyś, w okresie lepszej dyspozycji, będzie mógł zwiedzić na przykład Muzeum Ikon Onufrego. Na pewno by go to zainteresowało.

Wtedy też może uda nam się jeszcze spędzić trochę czasu, w dwóch miastach, przez które jedynie przejechaliśmy w drodze do Czarnogóry. Ale wydaje się, że na uwagę zasługują:

- Tirana ze swoją zabudową zaskakującą turystę za każdym rogiem;

- Szkodra - z imponującą twierdzą na wzgórzu nad jeziorem.

Tym razem nie uwzględniamy ich jednak w planie podróży. Zbliżamy się do granicy, a wraz ze zmniejszającą się odległością od Czarnogóry, zwiększa się ilość śmieci rozrzuconych po okolicy. To nas całkowicie szokuje. Nie znaliśmy dotąd takiej Albanii. Jak byśmy ją postrzegali podczas naszego pobytu, gdybyśmy wjechali do tego kraju od strony czarnogórskiej granicy? Poznana później w Ulcinju węgierska para tak właśnie zrobiła i skutecznie straciła ochotę na dalszą eksplorację Albanii. Nie uwierzyli nam, że gdzieś w jej głębi są miejsca piękne i czyste. 

No cóż, nie wyjechaliśmy na Bałkany z misją, by obalać mity o tym kraju. Nowy rozdział w naszej podróży właśnie się przed nami otwiera. Już widać góry, których ojczyzną jest Czarnogóra. Wyjeżdżamy z Kraju Orłów, zabierając ze sobą jedno jedyne słowo, jakiego się tam nauczyliśmy w bardzo obco dla nas brzmiącym języku:

Faleminderit shumë Albanio!

*Jeśli chodzi o orły - albański symbol narodowy: ''około czterystu nadal mieszkało na terytorium Albanii w latach 90., ale od tego czasu ich populacja zmniejszyła się o połowę." (do przeczytania w: https://swiatrolnika.info/niedzwiedzie-albania)

**Faleminderit shumë to po albańsku dziękuję bardzo


Następna część relacji: CZARNOGÓRA - SKREŚLENIE Z CZARNEJ LISTY - Tydzień w Ulcjinju

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/01/czarnogora-to-od-niej-zacza-sie-nasz.html

czwartek, 3 grudnia 2020

ALBANIA - KIERUNEK PÓŁNOC - z Mesopotam, Blue eye, Gjirokastrą i Tepeleną po drodze

Poprzednia część relacji znajduje się pod linkiem: ALBANIA Z WIDOKIEM NA KORFU - GRECKIE KLIMATY SARANDY

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/12/07-09.html

💟

Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek dziewiętnasty - ALBANIA

Dzień podróży: 19  - 09.08

“Manager” nie był zachwycony naszą decyzją zamówienia noclegów przez pośrednika. No ale jakby nie miał wyboru, gdy już tak się stało - musiał na to przystać. Zapłaciliśmy i uczciwie wypisałam po wykwaterowaniu prawdziwą laurkę dla Nicos - Relax Apartaments na stronie pośrednika. Same superlatywy, na które hotel w pełni zasłużył. Pierwsza opinia obiektu i pełna rekomendacja. Ponieważ byliśmy jedynymi gośćmi, a miejsce wyglądało na zupełną nówkę, to jakoś mnie to nie zdziwiło, że nikt przed nami nic o nim nie napisał. Zdziwienie nadeszło kilka dni później, gdy na naszym koncie na Booking.com przy rezerwacji apartamentu pojawił się status CANCELED!

Czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania, co do sposobu funkcjonowania turystyki w Albanii? 

No cóż, w końcu nie udało nam się wykorzystać zniżki Energizera w tym kraju. Sytuacja zrobiła się trochę kuriozalna - wyglądało na to, że zrecenzowałam pobyt, którego wcale nie było. Na szczęście tym razem Booking.com nie domagał się żadnych wyjaśnień. Mało tego, jak teraz widzę, miejscówka w ogóle zniknęła z jego oferty. Wraz z moją opinią i rekomendacją. Trochę szkoda...

*

Kończymy już bezapelacyjnie naszą przygodę z Sarandą. Opuszczamy ją z ulgą choć znów nie bez trudu. Zapchanie miasta pojazdami i brak miejsc do ich zaparkowania ma tu nieciekawe następstwa. Wszyscy i tak zatrzymują się tam, gdzie im się żywnie podoba, udając, że właśnie ich samochody się zepsuły. Wystarczy włączyć światła awaryjne i już można wyjść na zakupy, na spotkanie przy kawie czy na obiad, zostawiając samochód choćby na pasach. Pozostali w ruchu kierowcy pokornie starają się omijać porzucone pojazdy, przeciskając się czasem na centymetry ze złożonymi lusterkami  przez ulice i bez tego trudne do przejechania.

Efekt? W Sarandzie masz wrażenie, ze nieustannie stoisz w korku, a jeżeli nawet się poruszasz to z prędkością bliską zeru.

Najgorzej jest wtedy, gdy te samochody psują się całymi stadami. Mam na myśli na przykład omijanie przy dużym ruchu z naprzeciwka trzech olbrzymich gabarytowo, “zepsutych” suwów, stojących jeden za drugim. Są to przy tym bardzo często najnowsze modele porządnych europejskich marek --> patrz Mercedesy, które nota bene wyglądają, jakby dopiero co wyjechały z salonu sprzedaży. Te ich awaryjne światła chyba nie są najlepszą reklamą dla firmy:)

Na początku ten sposób poruszania się po mieście to był dla nas w ogóle szok kulturowy. Ale z czasem nauczyliśmy się radzić sobie na ulicach Sarandy. Gdy okazało się, że z poprzedniego apartamentu nie zabrałam kabla i ładowarki do telefonu, to przed sklepem z tymi akcesoriami poprosiłam męża:

- Zepsuj się tutaj!

Innego wyjścia po prostu nie mieliśmy. Zaparkowanie w centrum byłoby cudem.

Czuję ulgę na myśl, że już stąd wyjeżdżamy. Aż strach pomyśleć, czego jeszcze moglibyśmy się nauczyć w tym mieście.

Na pożegnanie podzielę się informacją na jego temat, którą znalazłam dużo później na stronie KierunekAlbania.pl: “nazwa miasta nie pochodzi od molochów, a od monasteru czterdziestu męczenników z Sebasty (dawniej - w Armenii; obecnie – w Turcji). „Saranda” w języku greckim oznacza „czterdzieści”, stąd zarówno grecka, jak i włoska nazwa „Quranta” oznacza czterdziestu męczenników” (https://kierunekalbania.pl/tour/201-saranda-albanski-kurort-i-okolica-atrakcje-klimat-informacje)

Tak, to od nich zaczął się nasz pobyt w tym mieście i niech się na nich zakończy:)

*

Tego dnia chcemy dojechać do Wlory, która będzie naszym ostatnim miejscem noclegowym w Albanii. Opracowując przed wyjazdem plan pobytu w tym kraju, miałam pomysł, żeby po drodze z Sarandy na północ rzucić okiem, tak celem rekonesansu, na inne miejscowości i plaże Riwiery Albańskiej. Ale w praktyce zaczęliśmy działania rekonesansowe już wcześniej - niedługo po przybyciu na południe Albanii. Dokładnie wtedy, gdy pierwsze wrażenie Sarandy uświadomiło nam, że może nie ma się co przy niej tak upierać:)

Próbowaliśmy wówczas znależć jakieś przyjazne dla turystów miejsce po północnej stronie “najsłynniejszego kurortu Albanii”. Niestety nasze poszukiwania skończyły się na przysłowiowej tarczy, a pierwsza porażka w tej sprawie zniechęciła nas do dalszej eksploracji Riwiery. Mieliśmy po prostu pecha, że dotarliśmy wówczas do Zatoki i plaży Kakomes.

To właśnie to miejsce pod hasłem: “tylko dla wybranych” opisuje na swoim blogu autorka zabranego w naszą podróż przewodnika “Bałkany”. Oto cytat z jej wpisu: Kilka kilometrów za Nivicë należy odbić w prawo, w dość wąską, asfaltową drogę, która wije się po niewielkim zboczu. Po chwili odsłania się widok na zatokę oraz na zamkniętą bramę, która blokuje możliwość dojechania do samej plaży. Na przylegającym do bramy ogrodzeniu widnieje spory napis Kakomes Resort oraz private. Całości pilnuje strażnik (...) bez problemu na teren wpuszcza Albańczyków, natomiast Greków, którzy pojawili się w tych okolicach zaraz po nas, przegania.” (https://balkanyrudej.pl/sarandzie-ksamilu-modnie-bywac/)

No my na przegnanie nie czekaliśmy - gdy zobaczyliśmy bramę zagradzającą możliwość dalszej jazdy, to po prostu (jak wiele samochodów przed nami i za nami) zawróciliśmy. Tym samym nie mieliśmy szansy dowiedzieć się, że “obcokrajowcy muszą uiścić opłatę w wysokości 1000 leków (ponad 30 zł!), by dotrzeć do samej zatoki”, co udało się ustalić autorce cytowanego powyżej bloga ("Bałkany według Rudej").

No i niestety to był koniec naszego rekonesansu w zakresie Riwiery Albańskiej. Bo jednak wyjeżdżając z Sarandy, zdecydowaliśmy się obrać inną trasę na północ. Uznaliśmy, że zamiast ryzykownego kolekcjonowania  doświadczeń w stylu Zatoki i plaży Kakomes wolimy prawdziwego pewniaka - zwiedzanie polecanej przez wszystkich znawców Albanii Gjirokastry.

Tym razem zacytuję Wikipedię: “Miasto jest jednym z dwóch albańskich (oprócz Beratu) miast-muzeów. Zawdzięcza to między innymi kamiennym domkom starówki, które są pokryte szarymi łupkami. Liczne uliczki są bardzo strome, dlatego też Gjirokastёr zwana jest "Miastem Tysiąca Schodów". W 2005 roku miasto zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. (...) Za czasów panowania bizantyjskiego, w XIII w. miasto nosiło nazwę Argyropolis („Srebrne Miasto”) lub Argyrokastron („Srebrna Twierdza”).” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Gjirokast%D1%91r)

Wszystko to jest powodem , dla którego Gjirokastra rzeczywiście powinna być takim “must see” dla każdego turysty. Warto przyjrzeć się jej z bliska. My... no, cóż, zrobimy to pewnie przy następnej wizycie w Albanii. Bo tym razem się nie do końca udało.

Powodów było wiele. Najbardziej niepokojącym z nich był kryzys zdrowotny u męża. Po prostu zabrakło mu sił na Gjirokastrę. Ale może, gdybym wcześniej przeczytała opis z Wikipedii, to wiedziałbym, że szanse są niewielkie. Słowa klucze brzmią tutaj: tysiąc schodów, bardzo strome uliczki. A mąż był wówczas w takiej formie, że ledwie udało mu się pokonać w Gjirokastrze drogę z parkingu do restauracji, przy którym się znajdowała. Fakt, że żar wówczas po prostu lał się z nieba, nie pozostaje tu oczywiście bez znaczenia.

Tak więc obejrzeliśmy to Srebrne Miasto spod parasola restauracyjnego ogródka. Znad talerzy z musaką przekładaną ziemniakami (a myślałam, że już pożegnaliśmy się z greckimi klimatami:) oraz z jakąś mieszanką mięsa i groszku. Widzieliśmy nawet fragment srebrnej twierdzy ponad dachami samochodów (parkujących na placyku z pierwszym odnalezionym w Albanii punktem informacji turystycznej i z płatnym planem miasta - ot taka tutejsza specyfika). Dojechać się tam nie dało, bo akurat ulica prowadząca w głąb miasteczka była całkiem rozkopana. Podczas pełni sezonu turystycznego remont jednej z głównych dróg w Gjirokastrze trwał w najlepsze. 

Oczywiście mogłam tam dojść piechotą, moje nogi są przecież, dzięki Bogu, całkiem sprawne, ale nie chciałam zostawiać osłabionego męża samego i postanowiłam solidarnie z nim poprzestać tego dnia na rekonesansie. On też był ogromnie wartościowy. Teraz wiem, że musimy kiedyś, gdy mąż będzie w lepszej kondycji, przyjechać do Gjirokastry raz jeszcze. 

Być może fakt, że siły odmówiły tam mężowi posłuszeństwa był spowodowany tym, że wyczerpał je po drodze, zwiedzając atrakcje w pobliżu Sarandy. Ale przecież nie mogliśmy odpuścić miejsc polecanych przez Sindi. Odwiedziliśmy więc:

1. Monastyr Świętego Mikołaja w Mesopotam. Według pana sprzedającego bilety w miejscu tym osiedlili się mezopotamscy imigranci. Ich potomkowie ozdobili później powstałą świątynię płaskorzeźbami, których wzory przetrwały w pamięci międzypokoleniowej  osadników. Choć to zapewne miejska legenda, to rzeczywiście zastosowane ozdoby są niespotykane na tych ziemiach i robią duże wrażenie. Miejsce w ogóle jest bardzo klimatyczne.

2. Blue eye (Syri i Kalter) - naturalne źródło rzeki Bystrzycy. Wypływające wprost z ziemi - z wywierzyska o głębokosci 50 metrów! Woda jest w tym miejscu bardzo niebieska i bardzo zimna (10 stopni Celsjusza). Mimo to, gdy tam byliśmy, to co rusz rozmaici śmiałkowie (a ruch turystyczny był naprawdę spory) wskakiwali do tej zimnicy z platformy widokowej. Mnie wystarczyło pobrodzenie w niewielkim rozlewisku, które powstaje przy źródle. I tak nogi zdążyły mi skostnieć, zanim mąż pstryknął pamiątkową fotkę:)

A zanim dojechaliśmy do Wlory, to zatrzymaliśmy się jeszcze w jednym miejscu.

Okolice Tepeleny to kolejny punkt na liście zwiedzania tego dnia. To jednocześnie takie miejsce do wytchnienia po drodze. Zeszłam nad wodę przy budowanym dopiero hotelu Uji i Ftohte. Miło było cieszyć oczy i spływającym wartko strumykiem, i spokojnie płynącą w dolinie rzeką. Później jeszcze mieliśmy okazję zobaczyć z drogi, jakie ciekawe wzory tworzy swymi rozszczepieniami w rozłożystym korycie. Miejsce warte uwagi, choć trafione zupełnym przypadkiem. W Tepelenie znajdują się także pozostałości twierdzy, które widzę później na zdjęciach w internecie, ale na ich podstawie trudno stwierdzić, czy to jakieś wyjątkowe, albańskie "must see".

Tak oto dojechaliśmy do Wlory. Ale to już całkiem inna historia...


*O czterdziestu męczennikach z Sebasty można poczytać pod linkiem: https://deon.pl/wiara/zamrozone-blyskawice--meczennicy-z-sebasty,1916522, mnie szczególnie poruszyła historia o matce jednego z nich...


Następna część relacji: WLORA - WAKACJE Z PREZYDENTEM ALBANII

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/12/do-przeniesienia-sie-do-wlory-bylismy.html