Poprzednia część relacji znajduje się pod linkiem: WLORA - WAKACJE Z PREZYDENTEM ALBANII
https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/12/do-przeniesienia-sie-do-wlory-bylismy.html
💟
Czarnogóra - to od niej zaczął się nasz podróżniczy plan na tę wyprawę. Tym to dziwniejsze, że początkowo nie braliśmy w ogóle tego kraju pod uwagę w naszych kalkulacjach. Jeszcze nie zapomnieliśmy, jaką porażką okazały się czarnogórskie wakacje kilka lat temu. Tamte wspomnienia, zamieszczone na blogu we wpisie pod tytułem: “Czarnogóra - wszystko nie tak” uzasadniają, dlaczego tak oceniliśmy to miejsce:
https://podobrejdrodze.blogspot.com/2017/09/odkrycie-lata-lato-szybko-zbliza-sieku.html
Wyjeżdżając, wpisaliśmy go nawet na naszą osobistą podróżniczą czarną listę. Wydawało nam się, że raz na zawsze...
Tymczasem okazało się, że snując życiowe plany, nie można używać słowa “nigdy”. Życie zaskakuje, wskazując nowe możliwości tam, gdzie się ich nie spodziewamy. Tym razem wskazało na Ulcinj.
O wyborze tego miejsca zdecydowały względy finansowe. Spędzenie 34 dni w podróży jest kosztowne, nawet jeśli nie wybiera się luksusów i zbytków. Trzeba szukać okazji, które obniżą ceny przynajmniej części noclegów. Oszczędzić tam, gdzie się da, by mieć kasę na to, na czym oszczędzać się nie da lub nie chce.
Okazja nadarzyła się w Czarnogórze. Na stronie Travelist pojawiła się propozycja spędzenia tygodnia w dobrej cenie w apartamentach Lungo Mare w Ulcinju. Rzut okiem na mapę wystarczył, by podjąć decyzję - uznaliśmy, że nigdzie nie uda nam się spędzić tak tanio tygodnia zaledwie rzut beretem od morza. Zresztą zamieszczone na stronie pośrednika zdjęcia z pełnymi koloru wnętrzami też były bardzo zachęcające. Apartamenty w ofercie miały tytuł “studio typu deluxe” i widok na morze z balkonu. Czy potrzebowaliśmy czegoś więcej?
Zarezerwowaliśmy z nadzieją, że Travelist zagwarantuje nam inną jakość pobytu w Czarnogórze niż pośrednictwo Booking.com pięć lat wcześniej. Pewną nadzieję dawał również zamieszczony w ofercie opis nadmorskiego miasteczka, które siłą rzeczy z powodu długości planowanego pobytu zostało wypoczynkowym numerem 1 na naszej trasie:
“Ulcinj jest kompletnie inne niż pozostałe czarnogórskie miasta. Z pewnością duży wpływ ma na to bliskość albańskiej granicy – miasto zamieszkuje de facto więcej Albańczyków niż Czarnogórców. I widać to na każdym kroku. Tablice informacyjne są zazwyczaj w 2 językach, tak samo jak napisy w restauracjach.”
I niby to czytaliśmy przed wyjazdem. Ale oczywiście niewiele zostało w pamięci do czasu, gdy przekroczyliśmy granicę albańsko - czarnogórską. Zestresowaliśmy się więc, gdy nasza nawigacja nie chciała nam wskazać figurującej w adresie ulicy - Rruga Kosoves (tak, bez numeru budynku). Oczywiście był to stres tym większy, że poszukiwania apartamentu rozpoczęliśmy już po ciemku. Dobrze, że adres zawierał też nazwę dzielnicy - jadąc główną ulicą, niedługo po wjeździe do Ulcinja udało nam się wypatrzeć na szczęście strzałkę na Pinjesh. No i potem poszło już gładko - najpierw spłynęło na mnie olśnienie, że ulica Kosovska może być słowiańskim odpowiednikiem albańskiej nazwy nie odnalezionej przez nawigację, a potem..., po pobycie w Albanii aż trudno było w to uwierzyć, zobaczyliśmy najprawdziwszą tablicę informacyjną! Z nazwą naszego apartamentu, telefonem i nawet zdjęciem obiektu! Poczuliśmy się, jakbyśmy powrócili do turystycznej cywilizacji:)
I tak zmęczeni całodzienną jazdą i stresem nie protestujemy nawet, gdy gospodarze kwaterują nas w pokoju bez deluxe, balkonu i widoku na morze. To wszystko ponoć stanie się naszym udziałem od następnego dnia, gdy zwolni się studio po drugiej stronie korytarza. No dobra, niech tak będzie, póki co, ważne, że mamy łóżko:) Padamy ze zmęczenia.
*
Turystyczna cywilizacja Czarnogóry okazuje się jednak trochę dziwna. Niby wszystko wydaje się ok, studia są ładne, nowe, czyste, choć niewielkie, to dość dobrze wyposażone, ale mamy jakiś problem z odczuwaniem, że jesteśmy tu wyczekiwanymi gośćmi. Najpierw w kontakcie mailowym tuż przed wjazdem do Czarnogóry gospodyni poinformowała mnie, że zawiadomiła Travelist, iż nie ma warunków, by przyjąć osobę z niepełnosprawnością (choć się ich nie domagałam, poprosiłam jedynie o rezerwację miejsca na dostępnym według oferty, prywatnym parkingu Lungo Mare), potem - po całym dniu męczącej jazdy, ledwo się trzymając na nogach, wzięłam udział w szczegółowej prezentacji zastępczego pokoju, podczas której dowiedziałam się nawet, że okrycie łóżka jest tylko dekoracją (żeby mi przypadkiem nie przyszło do głowy, iż mogłabym się tym przykryć), pozostawiony zaś w apartamentach pisemny regulamin był najdłuższym spisem, jaki kiedykolwiek widzieliśmy, tego, co jest zabronione. Niestety daleko temu do tej niewymuszonej gościnności, jaką pobratymcy naszych gospodarzy okazywali nam w obiektach noclegowych po drugiej stronie granicy. Nie żebym się tym jakoś specjalnie przejmowała, po prostu niektóre porównania nasuwają się same. Staram się jednak tłumaczyć naszych młodych gospodarzy brakiem doświadczenia i obawami o swój dorobek - być może Marigona i Jakup mieli do tej pory do czynienia z gośćmi, którzy przyjeżdżają, by wszystko niszczyć i psuć, albo podejrzewają, że tacy właśnie wybiorą ich obiekt. Ale to i tak tylko drobiazgi, które nie wpływają w jakiś zasadniczy sposób na nasz pobyt.
Następnego dnia (choć niestety po długim oczekiwaniu:(, dostajemy zgodnie z umową zarezerwowane i opłacone studio deluxe. Jest więcej miejsca niż w poprzednim, a co najważniejsze - mamy balkon z widokiem na morze i powiewającą od niego bryzę, która łagodzi sierpniowe upały. Bosko...
Oczekując na przeprowadzkę na przypisanym do zastępczego pokoju tarasiku (choć może lepiej by powiedzieć, że na gorącej patelni z bezradnym parasolem), poznaję kolejnego gościa, który ze swoją rodziną i przesympatycznym pieskiem Fafikiem właśnie zjechał z Polski do Czarnogóry.
Czy to będzie zaskoczenie, gdy napiszę, że pan Janusz jest fotografem ptaków? I to takim nie tylko z sukcesami, ale i prawdziwą pasją. Już następnego dnia udaje mu się sfotografować na Ulcinjskich salinach najprawdziwsze flamingi! Fotkę do tej pory można oglądać na facebooku pana Janusza pod datą 14.08.2019., dwa dni później autor umieścił tam kolejne ujęcia tych fascynujących ptaków, w tym również z towarzystwem pelikanów! Dodatkowo jego zdjęcia z Czarnogóry można zobaczyć w autorskiej galerii na stronie birdwaching.pl (http://www.birdwatching.pl/galerie-autorskie/3299-januszz/zdjecie/136744)
Strasznie mnie kręci możliwość spotkania z flamingami, ale to oznaczałoby niesamowite poświęcenie, takie jak na przykład pobudka przed wschodem słońca (czyli przed 4 rano!). No cóż, nie od dziś wiadomo, że “kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje” - nie mogę mieć pretensji, że tym razem nie dał, skoro nie wstałam tak wcześnie ani raz przez cały tydzień:)
Pokój, który był dla nas zastępczym, docelowo zajmują goście z Węgier. Sophia i jej mąż to ten rodzaj ludzi, w kontakcie z którymi nie przeszkadza nawet bariera językowa - są tak sympatyczni, że chcesz z nimi być bez względu na to, czy ich rozumiesz do końca, czy też raczej wcale nie. Tak oto kolejne osoby spotkane w podróży dodają jej smaku i sprawiają, że wspomnienia z Czarnogóry stają się bardziej kolorowe.
*
Tygodniowe wczasy! Ależ to luksus na takiej objazdówce jak nasza. Solidna porcja wypoczynku z gwarancją powodzenia. Rozleniwiamy się natychmiast. Nasze organizmy jakby czując, że nie muszą się tutaj mobilizować i spinać, pozwalają sobie na rozmaite sygnały o przebytym zmęczeniu i dolegliwościach. Mój mąż, który nie doszedł jeszcze do siebie po zwiedzaniu Albanii, spędza więc większość czasu na leżąco, a u mnie nawet kolana przypominają sobie, że już od dawna nie sprawiały problemu. Ale i tak nic nie psuje mi poczucia zadowolenia. Nie przywiązuję jakiejś szczególnej wagi do płynących od nich sygnałów i w końcu się poddają. Jakby nie było, nie potrzeba mi mistrzostwa świata w sprawności fizycznej, wystarczy tylko, że mogę cieszyć się ruchem. I korzystać z niego, ile tylko się da.
A tras spacerowych mi tu nie brakuje. W pobliżu (ze skrótem ścieżką przez sosnowy lasek) mamy wybrzeże pełne urokliwych, skalistych zatoczek z pięknymi plażami, które aż się proszą, by je podziwiać i fotografować. O wylegiwaniu się na nich podczas upalnego czarnogórskiego tygodnia nawet nie myślę. Opalanie? Już od dłuższego czasu nie znajduję w tym przyjemności.
Ale przecież jeszcze parę lat wstecz, gdy byliśmy poprzednim razem w Czarnogórze, plażowanie stanowiło dla mnie sedno nadmorskich pobytów. Tyle że wtedy, w całym kraju na północ od Ulcinja nie udało nam się znaleźć żadnej plaży, która by odpowiadała naszym potrzebom.
Tym razem wybór jest spory. Oprócz tych skalistych, które z całego serca polecam, mieszkańcy i turyści mają dostęp do plaż piaszczystych - Mala Plaža w centrum Ulcinja z widokiem na Stare Miasto i Velika Plaža kilkanaście kilometrów dalej. Na obydwu podobnie - amatorów plażowania w sezonie spotkamy tutaj wielu. Ale i tak sytuacja jest o niebo lepsza niż to kuriozalne stłoczenie, które pozostało w pamięci po pobycie w Budvie.
Spacer na Malą Plažę szybko przekonuje mnie, że to miejsce nie dla mnie - okolice przypominają jeden wielki ul, pełen ruchu i hałasu. A ja nawet nie umiem złapać oddechu w takich warunkach, nie mówiąc już zupełnie o wypoczynku. Owszem, warto przyjść tutaj, by kupić magnesy dla Ani i Wiki, przegryźć świeżo usmażonego naleśnika z czekoladą, poprawić lodami i... uciekać jak najszybciej do naszego spokojnego miejsca w Pinjesh 1:)
Gdy wybieramy się na Veliką Plažę, to moje odczucia są podobne. Tyle że w tym wypadku dochodzi jeszcze sprawa dojazdu - stanie w korkach na okrągło (właściwie na całej trasie), a także pełna kurzu oraz “muld” z ubitego piasku droga skutecznie nas zniechęcają. Nie chcę nawet wiedzieć, co się tutaj dzieje, gdy wszyscy zjeżdżają plażować wraz z rozpoczęciem każdego słonecznego dnia, skoro my u jego schyłku przeżywamy cały ten dojazdowy koszmar. Jedynie piękny zachód słońca nad morzem osłodził wspomnienie tego wyjazdu.
Ale odczucia względem Velikiej Plažy są tak różne, jak różni są ludzie. Na przykład Sophia z mężem upodobali sobie na relaks właśnie to miejsce. Jeżdżą tam prawie codziennie, jak zresztą wielu turystów z Ulcinja. Rzeczywiście 13 kilometrów nabrzeżnego piasku daje gwarancję, że wszyscy chętni z całej okolicy się tam zmieszczą. Mąż Sophi wspominał również o dobrych posiłkach na części Velikiej Plažy, zwanej Europa (albo może chodziło o europejski poziom - kto tam zrozumie do końca węgierski z rosyjskimi wstawkami :) Ale my, nawet po takiej rekomendacji, już nie mieliśmy ochoty na powtórkę wycieczki w tamte rejony.
Celem rekonesansu pojechaliśmy za to na pobliską plażę Valdanos i stąd przywiozłam znacznie lepsze wrażenia. Ładna zatoczka, przy brzegu trochę chroniących przed upałem pinii, a przede wszystkim droga - przez cudne gaje pełne starych oliwek. Na przydrożnym parkingu jest także możliwość zakupu czarnogórskiej oliwy (pan Janusz zakupił i zachwalał), jak również lokalnego wina. Nam to akurat (póki co), nie było potrzebne, bo w te produkty (albańskie) zaopatrzyliśmy się jeszcze przed przekroczeniem granicy z Czarnogórą :) Niemniej z przekonaniem mogę polecić plażę Valdanos turystom z różnymi potrzebami:) na całkiem ładną wycieczkę. Nie wiem tylko, czy w okresie największego najazdu turystów nie jest tam trudno z parkingiem dla wszystkich chętnych.
Zresztą parkowanie w Ulcinju to w ogóle ciężki temat. W samym centrum uliczki są naprawdę ciasne, na Starym Mieście jeszcze ciaśniejsze. Trzeba przy tym bardzo uważać na pieszych, którzy, zwłaszcza wieczorem, wylewają się na całą ich szerokość prawdziwymi falami, szukając kulinarno - rekreacyjnych doznań w turystycznym sercu miasta. Oczywiście zakładam tutaj, że komuś uda się wtedy dojechać do tych głównych spacerowo - mityngowych rejonów Ulcinja. My odpuściliśmy - nie po to przyjeżdżam na wakacje, by najpierw wystać się w korkach, a potem obijać o innych turystów, przeciskając się przez ich dzikie tłumy. Na posiadówkę - w restauracji Fratelli, z pięknym widokiem zresztą, wybraliśmy się tylko raz i to znacznie wcześniej niż inni. Niemniej udało nam się zjeść tam smaczną pizzę i doczekać spektakularnego zachodu słońca nad zatoką, Malą Plažą i Ulcinjską starówką.
Potem jednak na szczęście mogliśmy wrócić w nasz pełen spokoju zakątek Ulcinja, dziękując Bogu, że przy zupełnym braku wiedzy o mieście tak dobrze wybraliśmy na bazę pobytową jego najcichszy chyba rejon.
*
W tej części podróży przytrafiła mi się też najdziwniejsza przygoda, jaką miałam na Bałkanach. Dogoniła mnie przeszłość. I wyrównała ze mną rachunki sprzed pięciu lat. Wtedy to na skutek permanentnych problemów z zarezerwowanymi noclegami w Czarnogórze rozeszły nam się drogi z rodziną siostry, z którą spędzaliśmy tamte wakacje.(https://podobrejdrodze.blogspot.com/2017/09/odkrycie-lata-lato-szybko-zbliza-sieku.html)
(https://podobrejdrodze.blogspot.com/2017/09/bakany-bez-czterech-gwiazdek.html)
Jest to dla mnie nader przykre wspomnienie. Musiałam jednak pogodzić się z tym, że Monika znalazła wówczas nocleg w Ulcinju, a my w Mostarze. Na szczęście okazało się, że było to rozstanie tylko na jedną noc i wkrótce potem niespodziewanie mogłam ponownie cieszyć się obecnością siostry - tyle, że już w Bośni. (https://podobrejdrodze.blogspot.com/2017/09/mostar.html)
- Szkoda, że cię z nami nie było, spodobałoby ci się w Ulcinju - powiedziała po przyjeździe do Mostaru Monika. I tak naprawdę to zdanie pracowało we mnie przez lata. Pewnie nie zgodzilibyśmy się, żeby trasa naszej obecnej podróży prowadziła przez Czarnogórę z czarnej listy, gdyby nie to, że chodziło o TO MIASTO. A jeśli już jadąc do niego, zabrałam z sobą ten dawny sentyment, to czy mogłoby mi się tu nie podobać?
Wychodzę na kolejny spacer i przy następnej willi, tuż za naszym parkingiem otwieram oczy ze zdumienia. Czy Monika nie opowiadała o wspaniałym niemieckim małżeństwie, które prowadziło ich pensjonat pięć lat temu? Muszę natychmiast skontaktować się z siostrą, bo to, co przed sobą widzę, nasuwa mi pewne przypuszczenia.
... naszym najbliższym sąsiadem jest willa z niemiecką flaga zatkniętą dumnie na szczycie. Przypomniały mi się Wasze opowieści i nawet zaczęłam się zastanawiać, czy czasem nie podążamy po Waszych śladach - piszę na messengerze.
Patrząc na mapę, mieszkacie obok naszego dawnego apartamentu Rozela. To musi być ten z niemiecką flagą - odpowiada Monika.
Czy może być coś bardziej nieprawdopodobnego? Cały Ulcinj pęka wprost w szwach od wszelkiego rodzaju apartamentów. Jest ich tu niezliczona ilość. Jak to możliwe, że następnego dnia trafiam do tego, który zajmowała siostra?
Poszłam zrobić zdjęcia sąsiedniej willi, robiłam dyskretnie, ale pani gospodyni wyczaiła, że ktoś się kręci w pobliżu. Dotąd mnie zapraszała do siebie na kawę, aż się zgodziłam:) - opowiadam dalej Monice. No i wkrótce mam dla niej niespodziankę większą nawet niż się spodziewałam - oprócz fotki willi, mogę przesłać także zdjęcie z jej gospodynią:) Nie zdziwiłam się, że nie pamięta już rodziny Moniki - przez pięć lat przewinęło się przez jej apartamenty mnóstwo gości. Ale bardzo się ucieszyła słysząc, że ten jednonocny pobyt tak mile zapadł w pamięć mojej siostrze.
Julia i jej mąż ustanowili zupełnie nową kategorię gościnności w tej podróży. Ja rozumiem dbać o swoich gości, nawet jeśli to ponadprzeciętne, ale o gości swojej konkurencji? Myślałam, że tacy ludzie po prostu nie istnieją. Może kiedy ich poznałam, powinnam się była uszczypnąć, żeby mieć teraz stuprocentową pewność, że Julia i Johan nie przyśnili mi się jedynie podczas tego pobytu w Ulcinju? Ich życzliwość i serdeczność trudno mi nawet porównać do tego, co do tej pory znałam - byłam dla nich zupełnie obcą osobą i nie mieli żadnego powodu, ani interesu, by mnie ugościć.
Tymczasem wychodzę od nich z zaproszeniem na kawę na wszystkie pozostałe dni mojego pobytu w Ulcinju, zapasem świeżych, żółtych fig, które Julia zebrała dla mnie w ogrodzie i wspomnieniem, które do tej pory ogrzewa serce w chłodne zimowe wieczory.
Nie zdążyłam już ponownie zawitać do właścicieli Rozeli, ale miałam zamiar tam kiedyś powrócić jako pełnoprawny gość apartamentu. Ze smutkiem więc teraz patrzę na dopisek zamieszczony przez Booking.com przy ofercie gospodarzy: “Przykro nam, ale tego obiektu nie można obecnie rezerwować przez naszą stronę”. No cóż, pozostaje tylko cieszyć się, że udało mi się mimo wszystko ich poznać. Mam nadzieję, że ten napis na stronie Booking.com to tylko sprawa nie do końca satysfakcjonującej współpracy z pośrednikiem, o której wspominali. Niemniej żal mi, że nie będę mogła w przyszłości skorzystać ze sprawdzonej już miejscówki.
O tym, jak bardzo ważny jest właściwy wybór apartamentu w Ulcinju może świadczyć efekt spektakularnej katastrofy budowlanej, który widziałam za willą Julii i Johana. Gospodarze w bardzo oględnych słowach tłumaczyli, że to wynik wichury, jaka nawiedziła okolicę. Nad tym, że to samowola budowlana, których podobno w Ulcinju pełno, nie chcieli się za bardzo rozwodzić. Trochę przeraziła mnie myśl, że niczego nieświadomi turyści wynajmują w tym mieście przez nikogo nie sprawdzone i przez nikogo nie odebrane budynki. A przecież wznoszą je nie tylko sami konstruktorzy i budowlańcy. Zaś zagrażające ich dziełom wichury i inne zjawiska nieobliczalnej natury niestety się wciąż zdarzają...
*
Nie tylko my rozglądamy się za innym apartamentem na następny pobyt. Również pan Janusz realizuje cichcem taki plan. Może w tym przypadku jest to sprawa traktowania Fafika - nasza gospodyni wprost sztywnieje na widok tego przyjaznego psiaka. Pod względem stosunku do zwierząt w Czarnogórze nie zaszły żadne zmiany w ciągu ostatnich pięciu lat. Gdy widzę po drodze na plażę na pobliskim parkingu słodkie psiny uwięzione w budach na krótkich łańcuchach, to serce mi po prostu krwawi. W Polsce natychmiast bym alarmowała jakąkolwiek ekipę obrońców zwierząt. W Czarnogórze mogę tylko płakać nad ich losem. O moja ukochana Luno, jak dobrze, że cię tu nie przywiozłam ponownie.
Ale chyba pan Janusz znajduje w końcu miejsce, gdzie psy nie są aż tak niepożądanymi gośćmi jak w Apartamentach Lungo Mare. Fotograf ptaków wybrał na następny pobyt okolice Ulcinjskiej twierdzy. Rzeczywiście piękne to miejsce i warto wziąć je pod uwagę przy planowaniu wakacji w Czarnogórze. My zadawalamy się oglądaniem go z ogrodu Kościoła Świętego Mikołaja - choć twierdza znajduje się omal za kościelnym ogrodzeniem, to jednak prowadzi do niej wciąż zbyt wyczerpująca dla męża droga. Bardziej niż spacerowania potrzebuje on teraz odpoczynku dla nóg, serca i płuc, a ten zapewniają rozłożone w cieniu oliwek na świątynnym dziedzińcu stoliki i krzesła. Dodatkowym plusem przyjazdu do kościoła jest możliwość zakupu czarnogórskiego wina w przykościelnym sklepiku. Улцински чокот (z kropeczkami nad i;) - uczę się więc nowego słowa, uzupełniam nasze nadwątlone przez parę dni w Ulcinju zapasy i cieszę się, że w dalszej podróży będziemy się mogli raczyć tutejszym specjałem.
*
Tydzień w Ulcinju szybko (za szybko) zaczął finiszować, pogania go wizja rychłego wyruszenia w dalszą drogę. Rzutem na taśmę zdążyłam jeszcze zrobić rekonesans na plaży dla kobiet (Lady’s Beach, Ženska plaža), którą poleciła mi Julia. Uznałam ją za miłe miejsce, gdzie kobiecość można celebrować w niekrępujący sposób i ogólnie fajny pomysł na spędzenie czasu bez męskiego towarzystwa. Tego samego dnia dotarłam jeszcze do Albatros Beach, o której potem przeczytałam, że to plaża nudystów, ale ja byłam tam o takiej porze (zapadały ciemności:), że żadnego plażowicza już nie widziałam:)
W Ulcinju budzi się ostatni dla nas ranek. Tydzień w zupełności wystarczył, żebym mogła przyzwyczaić się do tego miasta. Mimo wszystkich jego przywar i niedogodności jeszcze nie raz za nim zatęsknię. Ulcinjski pobyt sprawił, że wykreśliłam Czarnogórę ze swojej czarnej listy. Na pewno tu kiedyś powrócę na kolejne nadmorskie wakacje. A póki co, wyruszam w głąb Czarnogóry bez żadnych już uprzedzeń i z otwartym wreszcie na ten kraj sercem.
* čokot (zapisywany cyrylicą lub alfabetem łacińskim) to winorośl
** Wspomnienia z rodzinnego wyjazdu do Czarnogóry znajdują się we wpisie: ODKRYCIE LATA cz.I - Czarnogóra - wszystko nie tak
pod linkiem: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2017/09/odkrycie-lata-lato-szybko-zbliza-sieku.html
Następna część relacji: NAJPIĘKNIEJSZE MIEJSCA W CZARNOGÓRZE - Wzdłuż Jeziora Szkoderskiego do monastyrów Dajbabe i Ostrog
https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/01/czarnogora-dokonczenie-historii-wkrotce.html
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz