Po pierwszych podsumowaniach przyszła kolej na następne. Wczoraj zaczął się Nowy Rok, więc tym samym uda mi się chyba wpisać w jakąś bardziej ogólną tendencję rozrachunkową, widoczną w tym okresie u większości blogerów. Myślę przy tym o ósmoklasiście, którego na ostatnim spotkaniu online pytałam, o jego odczucia, doświadczenia, dotyczące zmian, jakie ostatnio były udziałem nas wszystkich.
- Czuję, że coś straciłem, ale jednocześnie zyskałem coś innego - odpowiedział chłopiec. I po argumentach, które zaraz potem przedstawił, widać było, że to jego własne przemyślenia.
Jedną z nielicznych zalet mojego zawodu jest ta, że mam możliwość obserwować proces zdobywania przez dzieci dojrzałości. I pewnego dnia, zanim skończy się nasza wspólna, szkolna historia, mogę nagle zauważyć: WOW, ale ten nasz A., B. czy C. wyrósł na mądrego człowieka. Na moich oczach... Rodzice też tak na pewno mają w trakcie dorastania swoich dzieci, ale ja mogę to przeżywać wielokrotnie. I to jest plus. Coś, co zyskałam choćby w kontakcie z tym konkretnym ósmoklasistą.
Pozostając przy zawodowych konkretach, to nauczyłam się wielu rzeczy, żeby móc wykonywać swoją pracę w nowej, zdalnej formule. Odnalazłam się w zmienionej szkolnej rzeczywistości po urlopie zdrowotnym, choć to okazało się trudniejsze niż sobie wyobrażałam.
W tym dziwnym roku przedziwnie też studiowałam - albo nieformalnie, albo w przyspieszonej formule, ale tak czy owak, po zaliczeniu styczniowej sesji będę dwa semestry znów do przodu. Oczywiście musiałam i tutaj przyswoić umiejętność nauki zdalnej, nawet moja praktyka odbywa się teraz przez internet. Nie każdy zyskał takie doświadczenie, a być może jest to przedsmak przyszłości, do której zmierza świat. Jakby co, to będę przygotowana:)
Trudno mi pisać o ogóle tegorocznych przewartościowań, bo u mnie ten proces zaczął się dużo wcześniej, ale na pewno doszły tu nowe elementy - zdrowie nabrało teraz znacząco innej wagi, nieprzewidywalność świata zyskała kolejne potwierdzające ją argumenty, więzi międzyludzkie miały okazję przejść niezwykłą próbę, w wyniku czego można było odczuć, które z nich są dla nas bezcenne, a bez których możemy się bezboleśnie obyć. Podobny, choć może mniej zauważalny proces odbywał się w naszym systemie wartości. To wszystko, cała ta odnaleziona w tej sytuacji prawda o nas samych to najprawdziwszy zysk. I za to czuję wdzięczność dla roku, który się właśnie zamknął.
Oczywiście nie obyło się w tym procesie bez strat. Wolność - to ona głównie ucierpiała, przechodząc z nami wyboistą drogę pełną różnorodnych, często zupełnie bezsensownych obostrzeń. Mnie szczególnie żal podróżowania - od pierwszego poświątecznego dnia znów nie możemy nigdzie wyjeżdżać - właściwie niby po co mielibyśmy to robić, skoro wszystkie hotele, stoki narciarskie, obiekty rekreacyjne, restauracje (z wyjątkiem, hmmm... jedzenia na wynos), nawet galerie handlowe (poza mało kogokolwiek interesującymi sklepami) są nieczynne. Wyjazd za granicę też nie wchodzi w grę z powodu konieczności testu lub kwarantanny (przed przekroczeniem granicy lub po powrocie). Zadbano, by uszczelnić system, pozbawiając nas wszelkiej możliwości eksploracji świata w jakimkolwiek wymiarze.
Okropne to posunięcie szczególnie w stosunku do nas nauczycieli i naszych uczniów. Rząd nagle i niespodziewanie zmienił nam w tym roku termin ferii zimowych, które właśnie się rozpoczynają i tak naprawdę nie mamy innego wyjścia, jak tylko spędzenie tego czasu w domach. Tyle że jest to mój urlop, który powinnam wykorzystać na taki rodzaj wypoczynku, jaki mi odpowiada i jest potrzebny. Po to, by wrócić z nowymi siłami do pracy w drugim semestrze.
No ale zostawmy w spokoju to, co będzie się działo w Nowym Roku. Stary przecież też ma sporo za uszami, jeśli chodzi o podróżowanie. Mimo tego, że tak pięknie pod względem podróży się zaczął. Dokładnie rok temu zlatywaliśmy ze świąteczno - noworocznego pobytu na Malcie do Bari (kiedyś o tym na pewno napiszę :). I szykowaliśmy się na przepiękną podróżniczą wiosnę, zanim świat stanął na głowie.
Ale o ile jeszcze z wiosennym okresem pandemii radziłam sobie całkiem nieźle, to jesienny bardzo dał mi się we znaki i wzbudził we mnie mnóstwo strachu i frustracji. Teraz obawiam się, że jeśli po feriach znów będę musiała wrócić do nauczania w szkole w tradycyjnej formie, to te uczucia na pewno ożyją. Na razie jednak staram się zbytnio nie martwić na zapas.
Na zakończenie jeszcze tylko rozliczenie ostatnich planów. Komputera do nauczania zdalnego nie kupiłam. Sprzęt ostatnio tak podrożał, że sama ta podwyżka całkowicie przewyższyła 500+ rządowej dotacji. Budzi to tym większy żal, że niestety na żadne inne dofinansowania ze strony rządu się nie załapałam. Przed wakacjami liczyłam na bon turystyczny 1000+. Spełniałam kryteria planowanej akcji - rząd ogłosił, że rozda je wszystkim zatrudnionym na etacie z nie najwyższym dochodem. Cieszyłam się jak dziecko - nie dość, że wreszcie ktoś mnie wziął pod uwagę przy rządowym rozdawnictwie, to jeszcze w tak pożądanej przeze mnie dziedzinie. Już właściwie w myślach rozdysponowałam te pieniądze na cudowną rodzinną podróż. No i skończyło się jak zwykle - dotację (choć o połowę niższą) dostali ci, którzy mają niepełnoletnie dzieci - za to na każde z nich. Nawet mój niepełnosprawny w stopniu znacznym mąż się nie załapał, choć była wielka wrzawa, postulująca objęcie programem osoby najsłabsze i najbardziej potrzebujące. No i mamy teraz z tego tyle, że w obiektach realizujących bony turystyczne usługi ewidentnie podrożały - przecież, gdy można sobie na to pozwolić... No bo który beneficjent programu będzie patrzył na koszty, gdy i tak otrzymuje jego dobra za darmo? No i jak tu nie czuć złości na tego rodzaju "opiekuńcze" państwo?
Strasznie się więc spięłam, by chociaż wykorzystać to 500+, które przyznano nam na sprzęt komputerowy. Tym bardziej, że nauczanie zdalne generuje zwiększone koszty - eksploatacja własnego sprzętu, wydatki na internet, wielokrotnie korzystanie z usług informatyka... Nie chcąc stracić tego dofinansowania, nabyłam, hmmm,... parę drobiazgów. Ale dobre i to. Choć nie wiem, czy takie potrzebne. No ale cóż, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma...
Z pracą psychoterapeutki też się nie udało, choć byłam już do niej przyjęta. Po prostu projekt otwarcia Centrum Psychoterapii, w którym miałam uczestniczyć, zwyczajnie przepadł podczas konkursu ofert. No ale przynajmniej uświadomiłam sobie, co chcę robić w dalszym życiu - tym bez szkoły. To też bardzo cenne. Coś więc straciłam, ale jednocześnie zyskałam coś innego:)
Święta Bożego Narodzenia już właściwie podsumowałam w poprzednim wpisie. Jednak wciąż jeszcze we mnie jest dużo zadowolenia z ich przebiegu. Zanim się rozpoczęły, byliśmy przecież straszeni przez rząd nowymi obostrzeniami - na przykład prawem do spędzenia Wigilii jedynie z pięcioma gośćmi spoza własnego domu (więc tak naprawdę Wiki i Kacper nie mogliby legalnie skorzystać z zaproszenia mojego brata, goszczącego już mnie i męża oraz rodzinę córki). Nie wiem, jak sobie poradzili ludzie, którzy mają rodziny, złożone z mieszkających osobno kilku zamężnych/żonatych dzieci z wnukami.
I pewnie długo jeszcze można by rozliczać ostatnie miesiące. Ale tak naprawdę to raczej nie ma po co. Lepiej chyba patrzeć do przodu niż do tyłu. I skupiać na tym, co jeszcze może się w życiu zdarzyć. Co mamy możliwość zdziałać, a co zmienić.
A jeśli w tym procesie coś stracimy, warto będzie się przyjrzeć, czy czasem jednocześnie nie uzyskaliśmy w zamian czegoś innego:) Na szczęście czasem tak właśnie się dzieje...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz