piątek, 29 stycznia 2021

SZCZELINA, KTÓRĄ DOSTAJE SIĘ ŚWIATŁO

Wiedziałam, że powrót do szkoły po feriach przypłacę kryzysem co najmniej emocjonalnym, ale nie przypuszczałam, że stanie się to tak szybko. Gdy wczoraj rano poczułam, że myśl o wyjściu do pracy sprzężona jest u mnie z pomysłem wagarów, a po południu zaczęły się bóle brzucha, zakończone wieczornymi łzami do poduszki, to uświadomiłam sobie, jak bardzo jest źle. A właśnie zakończyłam dopiero drugi poferyjny tydzień w szkole.

Nie pamiętam, bym do tej pory kiedykolwiek popłakiwała wieczorami z powodu pracy. To było dotąd zachowanie, którego zupełnie nie znałam. Tak samo jest z niechęcią do niej - oczywiście, mogło mi się nie chcieć iść do szkoły (wiele razy wolałabym posiedzieć w zamian w domu), ale to nie było związane z lękiem i zdenerwowaniem tym, co mnie tam czeka. Nawet jeśli czekało coś trudnego, to czułam, że jakoś sobie i tak ze wszystkim poradzę. A teraz nagle tej pewności jakby zabrakło, mam wrażenie, że nie nadążam z przystosowywaniem się do tych wszystkich zmian, które u nas zachodzą omal z godziny lekcyjnej na godzinę. Zanim zdążę wydrukować kolejny nowy harmonogram, to już muszę nanosić w nim zmiany.

Wydaje mi się, że wszystko teraz u nas próbuje się załatać pracą tych kilku specjalistów, którzy wrócili do szkoły wraz z klasami I-III. Ich wychowawcy opuszczają szkolne mury z chwilą zakończenia lekcji, nauczyciele starszych uczniów pracują zdalnie, a tu przecież są do obstawienia jeszcze stacjonarnie dyżury, świetlica, a także opieka indywidualna nad dziećmi, które sobie nie radzą w systemie online. Przy czym nic to nie daje, że z racji wieku (zaczęłam już odliczać 60 lat) prawie nie mam w grafiku tych pierwszych dwóch form pracy - muszę przecież wykonać wtedy inną, której moi młodsi współpracownicy nie mogą się w tym czasie podjąć.

I nie chodzi tu o jej ilość tylko o to, że straciłam poczucie, iż cokolwiek w jej przebiegu ode mnie zależy. Czuję się maleńkim pionkiem w grze o niezrozumiałych dla mnie zasadach, przestawianym przez każdego, kto jest przedstawicielem najmniejszej nawet władzy. Nie jestem w stanie sobie zorganizować pracy po swojemu, czyli tak, żebym miała choć z tego cień satysfakcji - wszystko ostatnio jest narzucane odgórnie i to w takim bezdyskusyjnym trybie, z jedną z osób decyzyjnych w szkole, którą kiedyś, zanim zaczęła decydować, uważałam za swoją dobrą koleżankę, przestałam się w ogóle dogadywać. Styl agresywnego autorytaryzmu może sprawdza się w wojsku, gdzie sprawuje się władzę za pomocą rozkazów, ale nie w miejscu, gdzie praca polega między innymi na tworzeniu ciepłych więzi międzyludzkich. No i jak tu nie doświadczać kryzysu zawodowego? Gdy dołożyć do tego jeszcze stan zagrożenia epidemiologicznego związany z powrotem do szkół i udział w wielkim eksperymencie pod tytułem; “co też się będzie w związku z tym działo?’ oraz ogólny kryzys w oświacie, to naprawdę ciężko w takiej sytuacji funkcjonować.

No dobra, skoro już się wyżaliłam i dokonałam oglądu tego, co mnie rozwala od środka i od zewnątrz, to teraz przyszła pora na zadanie sobie pytania: co mogę z tym począć?

Wystarczy już strachu, łez i bólu brzucha. Ta praca nie jest tego warta. Zaczyna się weekend i muszę coś z sobą zrobić, żeby się pozbierać do poniedziałku.

No ale jeszcze trzeba, póki co, zamknąć cały tydzień szkolnych spraw, otwierając Librusa. Przy okazji czytam zamieszczony tam ponad miesiąc temu artykuł pt. “Kryzys jako alternatywa możliwości” (https://portal.librus.pl/szkola/artykuly/kryzys-jako-alternatywa-mozliwosci)

I generalnie wiem, że można patrzeć na moją sytuację jak na wyzwanie, ale chyba najpierw trzeba przejść etap żałoby po utraconych nadziejach i złudzeniach, które wniosłam w sobie między szkolne mury, wracając po urlopie zdrowotnym do pracy.

W języku chińskim słowo „kryzys” tworzone jest przez dwa znaki – oznaczające „niebezpieczeństwo” i „ukryte możliwości” pisze autorka tekstu. Ale to nie jest tak, że w każdej sytuacji kryzysowej oba te elementy występują jednocześnie. Ta obecna żałoba, jest zupełnie innym rodzajem doświadczenia, niż ta, którą przeżywa się w kryzysie na przykład związanym ze śmiercią. Czasami wrzuca się to wszystko do jednego worka i dokonuje strasznych uproszczeń - nawet autorka cytowanego artykułu wydaje się mieć to na sumieniu. Mówię zdecydowane nie dla tego typu praktyk i traktowania tych kryzysów w taki sam sposób.

Śmieć Bartka była dla mnie nie tylko utratą dziecka, ale również niebezpieczeństwem całkowitej utraty siebie, której nie wiem jeszcze, czy do końca i na zawsze uniknęłam. Natomiast, jak najbardziej dopuszczam do siebie myśl, że kryzys zawodowy może oznaczać nowy początek oraz rozwój. I doprowadzić do odkrycia możliwości, które obecnie przesłania cień rozczarowania i skutki rozstroju emocjonalnego.

Dochodzenie do tego optymistycznego finału to bardzo dyskomfortowy stan. Ale nowe zawsze rodzi się w bólu. Trzeba się z tym pogodzić i dać mu czas. Tym się pocieszam. A także słowami barda moich studenckich czasów, na które powołuje się autorka tekstu o kryzysie:

 „We wszystkim jest jakieś pęknięcie. To przez nie przenika światło.

Na stronie https://www.tekstowo.pl/piosenka,leonard_cohen,anthem.html znajduję cały przetłumaczony tekst tego utworu. Największe wrażenie robi na mnie początek:

Ptaki śpiewały

O brzasku

Zacznij od nowa

Słyszałem, jak mówiły:

Nie myśl o tym, co

Minęło

Ani o tym, co jeszcze przyjdzie.

Wojny będą wybuchały

Walczyć będziesz znów

Święty gołąb zostanie znowu złapany,

Kupiony i sprzedany

I kupiony ponownie.

Gołąb nigdy nie jest wolny.

Dzwoń w dzwony, które nadal mogą dzwonić.

Zapomnij o swym poświęceniu.

Szczelina, we wszystkim jest szczelina.

Którą dostaje się światło.

(“There is a crack, a crack, in everything. That's how the light gets in” - Leonard Cohen “Anthem”)

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz