sobota, 30 stycznia 2021

POŻEGNANIE CZARNOGÓRY (Nikšić), POWITANIE BOŚNI (Trebinje)


Poprzednia część relacji: NAJPIĘKNIEJSZE MIEJSCA W CZARNOGÓRZE - Wzdłuż Jeziora Szkoderskiego do monastyrów Dajbabe i Ostrog

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/01/czarnogora-dokonczenie-historii-wkrotce.html

💟

Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek dwudziesty trzeci - Czarnogóra

Dzień podróży: 30  - 20.08

CZARNOGÓRA

Aparthotel Koliba ma charakter pięknego i klimatycznego górskiego schroniska. Oczywiście wszystko na wysokim poziomie, bo cztery gwiazdki zobowiązują, choć tak naprawdę to zastanawiam się, jakie są zasady ich przyznawania w Czarnogórze już od czasów pierwszego pobytu w tym kraju. Luksusów bowiem próżno w Aparthotelu Koliba szukać, co akurat jak dla mnie świetnie wpasowało się w charakter naszego pielgrzymiego pobytu. Ale była wygoda, przestrzeń (dostaliśmy trójkę), czystość i niezrównana możliwość kontaktu z naturą, w poczuciu, że się jest z nią omal sam na sam.

Zamówiliśmy pokój standardowy w budynku głównym (w ofercie są też domki dla większych rodzin) i trochę się spięłam, gdy okazało się, że łazienki znajdują się w korytarzu. Na szczęście podczas naszego pobytu w hotelu przebywało bardzo niewielu turystów. Tym samym zajętych pokoi było mniej niż dostępnych łazienek i w ogóle nie odczułam, że jest z nimi jakaś trudność. 

Oczywiście przesłałam wcześniej do hotelu prośbę o ładny widok na góry. Spodziewałam się, że w takim otoczeniu, jakie widziałam na zdjęciach z oferty, nie będzie z tym żadnego problemu. Zaskoczyła mnie więc odpowiedź. Wynikało z niej, że w budynku głównym pokoje w ogóle nie mają żadnych widoków. Wyjaśnienie tej sprawy okazało się proste - były nim okna dachowe (część mieszkalna dla gości znajduje się na piętrze nad restauracją). No niestety... Ale i tak przyjechaliśmy już po zmroku, więc za dużo byśmy się nie naoglądali...

Rankiem zbudziłam się wyspana, wypoczęta i dotleniona. A także zadowolona, że przespałam tę noc bez pobudki kilka godzin wcześniej i w wygodnym łóżku zamiast na kocu, przykrywającym beton pod klasztorem. Cóż, rezygnacja z magicznego noclegu w Ostrogu była decyzją niesatysfakcjonującą, ale miała też swoje plusy. Dużo plusów:) 

Spoglądam w nasze okno dachowe i widzę czubek rozpościerającej się nad Kolibą góry. Nie mogę powstrzymać uśmiechu - jednak trafił nam się pokój z widokiem:)

Jak miło jest przywitać nowy dzień kolejnym plusem - śniadanie na tarasie, który zdaje się jakby trochę zawieszony nad Doliną Bjelopavlic jest smaczne i aż pachnie świeżością. Jak błogo bawić się z małymi kotkami, baraszkującymi między stolikami. Podziwiać znów monastyrskiego białego gołębia wtulonego w szczelinę w ścianie masywu nad Kolibą. Dziękować w myślach Bogu, mieszkającemu w tej niezwykłej świątyni nad nami, za dokonanie tylu dobrych wyborów w naszej podróży i ułożenie planu, dzięki któremu staje się ona codziennie prawdziwym cudem.

Tego dnia czeka nas przejazd przez figurujący w adresie Koliby Nikšić do Bośni. Nie możemy ociągać się z wyjazdem.

Najpierw jednak wracamy do Ostroga, żeby zwiedzić jeszcze Dolny Monastyr. Zastajemy przed nim spory tłumek ludzi. Wszyscy z dziećmi, które najwyraźniej otrzymują w tym dniu jakieś błogosławieństwo. Trochę to trwa, zanim udaje nam się wejść do środka.

Później podobną ceremonię widzimy w Sabornej crkvi Sv. Vasilija Ostroškog w Nikšiću. Zaprzyjaźniamy się tam z panem, zbierającym sobie datki przy wejściu - zdradza nam, że na tę uroczystość przyjechał do świątyni ważny dostojnik. Robię mu nawet zdjęcie - co prawda od tyłu po wyjściu ze świątyni;), no ale trudno byłoby przecież  przystartować do dostojnika w trakcie modlitw, celując mu aparatem prosto w oczy:)

Chciałabym poszerzyć wiedzę na temat prawosławnego święta, w którego obrzędach  dwukrotnie mieliśmy okazję tego dnia uczestnicyć, więc po wyjeździe z Nikšića piszę do Heleny:

Po drodze w cerkwiach widzieliśmy nabożeństwa z udziałem dzieci, pomyślałam,że zapytam Cię o to (nie musisz tłumaczyć od razu, jeśli teraz nie masz czasu)

No niestety, to “nie od razu” przeciągnęło się aż do teraz i wciąż nie wiem, czego świadkami byliśmy wówczas w Czarnogórze. Może kiedyś jeszcze odrobię tę lekcję z podróży.

Tymczasem kierujemy się już w stronę bośniackiej granicy. Czarnogóra żegna nas niezrównanymi widokami na Slansko Jeziero za Nikšićem. A po poprzednim dniu już myślałam, że ten kraj nas więcej niczym nie zaskoczy.

Uświadamiam sobie, jak bardzo, bardzo jeszcze nie odkryliśmy Czarnogóry. Tej, która nie jest oczywistym i pierwszym wyborem na reklamowane wczasy podczas wakacji. Tej, o której istnieniu właściwie do tej pory nie wiedziałam, bo wiedzieć wcale nie chciałam.

Z tym odkryciem opuszczam Czarnogórę. I z przekonaniem, że nie powiedziała ona jeszcze ostatniego słowa w naszym podróżowaniu po Bałkanach.

 

BOŚNIA I HERCEGOWINA

 

Wreszcie! Bośnia i Hercegowina nie jest dla mnie jedynie kolejnym krajem do zwiedzania w podróży. To myśl, która jako pierwsza pojawia mi się w głowie, kiedy szukam ukojenia w wakacyjnej ucieczce od codzienności. Bośnia to moja miłość.

Zostawiłam ją sobie na deser - to już ostatnie państwo (nie licząc dojazdu do domu) na naszej trasie. Przed wyruszeniem w podróż obawiałam się, że jeśli objazdówkę zacznę od niego, to pozbawię się tego dreszczyku radości, że już jestem coraz bliżej. Bardzo tęskniłam za Bośnią...

Ten cały miłosny zew nie spowodował niestety odpowiedniego odbicia w naszym planie. Na bośniacki deser przypadły zaledwie trzy dni, co oznaczało w praktyce, że ledwie zdążymy odwiedzić znajome, ukochane miejsca - Medjugorje i Mostar (a to akurat hercegowiński obszar w tym państwie) i nie możemy ponad to zaplanować niczego, co byłoby bośniacką nowością.

A jednak pewnej nowości udało się jakoś wkręcić w ten ograniczony czasem plan. Uznaliśmy, że skoro już pojawiła się ona na naszej drodze z Nikšića do Medjugorje, to takiej okazji odpuścić nie możemy. I zajeżdżamy do Trebinje.

Męża szczególnie tutaj interesuje monastyr o nazwie Hercegovačka Gračanica. Jest ona wzniesioną w roku 2000 “kopią jednej ze świątyń monasteru Gračanica, jednego z najważniejszych ośrodków kultowych Serbskiej Cerkwi” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Hercegova%C4%8Dka_Gra%C4%8Danica)

Bardzo to trudny temat, ponieważ oryginał znajduje się obecnie na terytorium Kosowa. Myślę więc, że nieprędko będzie nam dane go zobaczyć.

Ale Hercegovačka Gračanica daje wyobrażenie na temat jego piękna i znaczenia dla Serbów. To jedno z tych miejsc sakralnych w naszej podróży, które zrobiło na mnie niezapomniane wrażenie. Być może dlatego, że spędziliśmy w otoczeniu monastyru wiele miłych chwil. Ze świątynnego wzgórza rozciąga się przepiękny widok na Trebinje i jego słynny zabytek - Most Arslangića, więc musiałam tam zrobić niezliczoną ilość fotek. A sklep z pamiątkami przy przyklasztornym placu dał mi wreszcie możliwość zakupienia prezentu dla męża na naszą 34-tą rocznicę ślubu:)

Ze wszech miar więc uważam, że miejsce jest godne polecenia.

Tym razem to mój mąż odkrył “Stację Bałkany” i postanowił skorzystać z wiedzy i doświadczenia autorów strony. Wpadł mu w oko wpis na temat trebinjskich knajp, restauracji oraz lodziarni (http://www.stacjabalkany.pl/trebinje-trebinje-ach-to-ty/)

Tak, byliśmy już głodni, więc przede wszystkim te informacje o mieście przykuły naszą uwagę. Żeby dotrzeć do polecanych obiektów musieliśmy się udać na Stare Miasto. Strasznie trudno jest zaparkować w pobliżu jego murów, długo krążyliśmy po okolicy, zanim to nam się udało. Mąż czuł się już zmęczony, więc żadne dłuższe przechadzki nie wchodziły w grę, byliśmy zdani na to, co znaleźliśmy w pobliżu parkingu. Wcale nie narzekamy, choć może liczyliśmy na coś więcej niż fast food. Ale i tak było dobrze i sycąco. Z kolei lemoniada w restauracji przy moście, a przede wszystkim osławiona lodziarnia za bramą do Starego Miasta zapewniły nam pretekst do nieskończonych “ochów” i “achów” Ach, “Stacjo Bałkany”, jak my ci za te lody dziękujemy. Och, jakież to rarytasy...

Z pełnymi brzuchami i w wielkim zadowoleniu opuszczamy centrum miasteczka. Parę kilometrów za Trebinje znajduje się Monaster Tvrdoš, który mąż planował jeszcze obejrzeć. Ale zmęczenie powoduje, że zaczyna się wahać. Przekonuję go jednak, że mógłby potem żałować.

I na pewno tak by było! Bo Monaster Tvrdoš to miejsce wyjątkowe - spokój, atmosfera pełna kontemplacji, przepiękne położenie nad rzeką Trebišnjicą to jego niezaprzeczalne atuty. No i jeszcze te winnice uprawiane przez mnichów... Gdybym była prawosławnym mężczyzną z powołaniem zakonnym, to na pewno miałabym właśnie ten klasztor na uwadze:)

Ciekawa jest też historia obiektu - zniszczony przez Turków, odbudowany dopiero początkiem XX wieku, Od 1992 monaster jest stałą siedzibą biskupów zahumskich i hercegowińskich, zmuszonych w czasie wojny w Bośni do opuszczenia dotychczasowej rezydencji w Mostarze.” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Monaster_Tvrdo%C5%A1)

To taka opowieść o tym, że miejsce, które musiał opuścić Wasilij Ostrogski, by szukać schronienia w Czarnogórze, stało się schronieniem mostarskich uchodźców. Dzieje ludzi to wielka historia splątań.

I w tym miejscu żegnamy się ze "Stacją Bałkany" i ruszamy w strony, w których nie będziemy już korzystać z pomocy żadnych przewodników. Do Medjugorje mamy daleką drogę, po raz kolejny w tej podróży musimy się mierzyć z niezbyt dobrze rozplanowanym czasem. Jedziemy prawie pustymi drogami, które na myśl przywodzą naszą pierwszą wyprawę do Bośni. Komu z nas przyszłoby wtedy do głowy, że będziemy do niej wracać przy każdej możliwej okazji?

Zapada wieczór i znów będziemy po ciemku szukać zarezerwowanego noclegu. Ale jakoś specjalnie mnie to nie stresuje. To przecież Bośnia i Hercegowina - tu wszystko musi się dobrze ułożyć.

I przepełnieni takim optymizmem wjeżdżamy do Medjugorje...


Następna część relacji: MEDJUGORJE BARDZO OSOBISTE

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/04/medjugorje-bardzo-osobiste-do-wklejenia.html

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz