sobota, 9 stycznia 2021

NAJPIĘKNIEJSZE MIEJSCA W CZARNOGÓRZE - Wzdłuż Jeziora Szkoderskiego do monastyrów Dajbabe i Ostrog

Poprzednia część relacji: CZARNOGÓRA - SKREŚLENIE Z CZARNEJ LISTY - Tydzień w Ulcjinju

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/01/czarnogora-to-od-niej-zacza-sie-nasz.html

💟

Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek dwudziesty drugi - Czarnogóra

Dzień podróży: 29  - 19.08

Nawet gdyby cały tydzień w nadmorskiej Czarnogórze nie spełnił naszych oczekiwań, to ten następujący po nim jeden jedyny dzień, przyniósłby nie tylko wykreślenie jej z czarnej listy, ale wręcz dopisanie do tej pod tytułem: “koniecznie trzeba odwiedzić ponownie”. Podczas bałkańskiej, rocznicowej podróży widzieliśmy tak wiele pięknych miejsc, że teoretycznie już nic nas zaskoczyć nie mogło. A jednak trasa do Virpazaru wzdłuż czarnogórskiego brzegu Jeziora Szkoderskiego ustanowiła kolejny top w naszych prywatnych rankingach piękna. Zaznaczyć jedynie należy, że to droga tylko dla odważnych - cieniutka nitka zmęczonego chwilami asfaltu nad przepaścią, gdzie lokalni kierowcy trochę się “przepychają” przy wymijaniu, należy naprawdę do wymagających.

Trzeba na to przedsięwzięcie zagwarantować sobie też sporo czasu - żeby jechać (bardzo) wolno, zatrzymywać się, gdzie tylko się da na fotografowanie, no i podziwiać, podziwiać, podziwiać bez końca. Warto! Po trzykroć warto! Droga jest położona dość wysoko, najpierw więc trzeba mało uczęszczanym odcinkiem (i wymijając obozujące tam stado owiec) wspiąć się na przełęcz Stegvas w Górach Rumija - wszystko po to, żebyśmy mieli jak najlepszy widok (bo wiadomo, co tygrysy lubią najbardziej:)

Po wjeździe na punkt widokowy otwiera się przed nami bajeczna perspektywa, gdzie woda i niebo mają omal identyczny kolor, a majaczące na drugim brzegu albańskie góry wydają się jedynie hologramem - nierzeczywistym krajobrazem rodem z filmu science - fiction. Przynajmniej tak było tego upalnego, sierpniowego dnia, gdy tamtędy przejeżdżaliśmy. Wciąż mam przed oczyma niebieski bezkres wychodzący z zieleni, której szeroki pas rozciągał się poniżej naszej trasy- między drogą a jeziorem. Gdzieniegdzie widzieliśmy na jego wodach malutkie wysepki, gdzieniegdzie ludzkie osady przy brzegu.

Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy chociaż tam nie spróbowali dotrzeć. I tu znajdujemy Czarnogórę nieturystyczną, niefolderową - czy muszę pisać, że taka podoba nam się najbardziej? Wydaje się zatopiona w prawdziwym wiejskim życiu, ani trochę nie wystawionym na pokaz. Skąpane w słońcu drogi okolone kamiennymi murkami bez zaprawy (z tablicy informacyjnej dowiedzieliśmy się, że to tutejsze dziedzictwo narodowe) i stare nagrobki w cieniu drzew kasztanowych, poletka tytoniu i stogi nie zebranego jeszcze siana - staram się wchłonąć w siebie tyle tego miejsca, ile się tylko da. Kobiety w białych chustkach, związanych z tyłu głowy przyglądają nam się ciekawie, ale też życzliwie nas pozdrawiają. Przy nowszej części cmentarza pasie się krowa. W innym miejscu dojrzewają pigwy. Pod dachami suszy się spleciony w warkocze czosnek. Stary dom kończy swój żywot w cieniu nowego. Piękności nad pięknościami... Tylko do wód jeziora jakoś nie udaje nam się zbliżyć - labirynty wiejskich dróg między murkami kończą się gdzieś przy nadbrzeżnych wzgórzach.

Wybrzeże staje się coraz bardziej poszarpane, widać zatoczki pokryte zielonym nalotem roślin. Do szczęścia brakuje tylko zamoczenia choćby nóg w jeziorze.

No i wreszcie się udaje - dojeżdżamy do niewielkiej dzikiej plaży - z dzikim parkingiem i równie dzikim “parkingowym”. Wskazuje nam wolne miejsce i od razu zaczyna się ostre żądanie zapłaty, mimo, że wcale nie chcemy się zatrzymać u niego. Przeprawiamy się do miejsca, które widzimy nieopodal - to Konoba Murici jest wybranym przez nas celem. Wspaniała miejscówka na postój w podróży, choć wydaje się, że można tu zaplanować zdecydowanie dłuższy pobyt. Ludzi niewiele, zwierząt całe mnóstwo: krowy, kozy, osiołki, kociaki małe i duże - czyż to nie raj na ziemi? Koło restauracji są miejsca noclegowe, na brzegu łodzie i łódki wszelakiego rodzaju, w tym także widokowe dla turystów, można podobno wypożyczyć kajak. Choć ceny tych atrakcji, jak widzę później w internecie, już takie trochę mniej rajskie:)

http://bb-skadar-lake-murici.bar.hotels-me.net/pl/?from=2021-06-28&to=2021-06-30&adults=2&children=0&_1610548112211&clirder=1#rooms

Ale my tu nie przyjechaliśmy korzystać ze wszelakich udogodnień obiektu. Chcemy odetchnąć w podróży, a nade wszystko nacieszyć oczy tym miejscem. Aby przedłużyć możliwość spędzenia czasu w raju, zamawiamy obiad. Poznaję kolejne nowe słowo: grgeč (okoń). Oprócz niego na moim talerzu jest jeszcze kilka uklei. To wchodzi w skład zestawu “mijesana riba”. Wygląda na to, że gospodarze przygotowują takie ryby, jakie akurat złowią:). Moja podobno jeszcze rano pływała w jeziorze:), choć może to i opowieść serwowana każdemu turyście wraz z daniem (bo jakoś mnie ono nie oszałamia smakiem:) Siedzimy na restauracyjnym tarasie nad wodą i kompletnie nie ma w nas chęci, by się zbierać dalej. Obserwujemy ptaki - sporo tu czapli, ale podobno jezioro jest też zamieszkałe przez pelikany. Kilku turystów zdecydowało się na kąpiel, widać też jakieś obozowisko na pobliskiej wysepce. Na innych podobno znajdują się nawet monastyry. Nie wiem, czy kiedyś uda nam się je zobaczyć, jakoś nie mamy na tych naszych wycieczkach szczęścia do pływania łódkami.

Wracamy na drogę do Virpazaru. Mijamy drzewa z dojrzewającymi granatami i małymi, czerwonymi śliwkami, później całe połacie winorośli. Niewątpliwie dotarliśmy do krainy wina. U gospodarzy Apartments Nino, które wreszcie pojawiają się przy drodze, kupuję butelkę czerwonego, choć wiem, że już nie zdążymy jej wypić w Czarnogórze. To wino bez etykiety, z kapslem zamiast korka okazuje się mieć niezły smak - po powrocie uświetni rodzinny wieczór bałkańskich wspomnień. Na tarasie przed apartamentami Nino spotykam się z grupą Polaków - przyjechali z przeciwnej strony. Wciąż denerwują się drogą, którą przebyli, mimo że pokonali odcinek znacznie krótszy i lepszy pod względem szerokości i nawierzchni niż to, co ewentualnie jeszcze przed nimi. Pytają z niepokojem o dalszą drogę.

- Trzeba mieć mocne nerwy - odpowiadam. Odpuszczają. Widać, że już ich przerosło to, czego doświadczyli do tej pory. Decydują się wracać.

My też zjeżdżamy w tę samą stronę co oni. Panorama na taflę jeziora między wysokimi wzgórzami i brzegami pełnym liści wodnych roślin bije wszystko, co widzieliśmy wcześniej. Już sama nie wiem, jak to możliwe. Dojeżdżamy do wioski tonącej w winoroślach, w jej winnicach dojrzewają białe i czerwone winogrona. Zatrzymujemy się przy obmurowanym źródełku obok małego kościółka. Jest zamknięty, wokół niego stłoczyły się nieco bezładnie groby wiejskiego cmentarza.  Nad światynią piętrzy się malowniczy łańcuch gór. 

Widoki powalają, z wysoka można też już dostrzec groblę, na którą się kierujemy.

Wreszcie wjeżdżamy do Virpazaru. Zatrzymujemy się tylko na chwilę nad jeziorem tuż po przejechaniu zbiornika drogą na grobli. Nawet nie chce mi się robić rekonesansu w sprawie wynajmu łodzi - jest ich tu pod dostatkiem, a my i tak znów nie mamy w planach pływania. Wydawałoby się, że w tak długiej podróży będzie czas na wszystko, ale gdzie tam...

Ruszamy dalej przez wyspę Varnijna (tak jakoś nie bardzo wyczułam, że to wyspa, szczerze powiedziawszy, dowiedziałam się tego z internetu, ale też potwierdziłam to, sprawdzając mapę:) w stronę Podgoricy. Rozstajemy się z przepięknym jeziorem, które przez większość dnia dostarczało nam niezapomnianych wrażeń. Teraz największe z nich wywołują pola pełne dojrzałych arbuzów.

W Podgoricy chcemy zwiedzić tylko jeden obiekt - Monaster Dajbabe. Mój mąż cierpliwie znosił nadmorski pobyt w Ulcinju, teraz pora odwiedzić miejsca, które jego szczególnie interesują. Na szczęście nie ma potrzeby w tym celu wjeżdżać do centrum czarnogórskiej stolicy. Już z daleka widzimy umiejscowioną na terenie klasztornym i błyszczącą w słońcu kopułę ponad płaskorzeźbą ze Świętymi. Podjeżdżamy na parking.

Niestety od niego jest jeszcze dość długa droga do świątyni, na dodatek pod górę. Upał przy tym mamy niemiłosierny i nie łagodzony już żadnym powiewem od wody. Mąż szybko traci siły i słabnie. Kończy się podobnie, jak w klasztorze Świętego Atanazego - kiedy wreszcie dociera do wrót monasteru, to pan z obsługi znów wznosi nad nim modły o uzdrowienie. Już tyle osób o to prosi Boga - nie może być, żeby w końcu nie wysłuchał...

Sam monastyr bardzo zaskakuje - z zewnątrz, choć przyjemny dla oka, nie wyróżnia się niczym szczególnym, za to jego wnętrze to prawdziwa osobliwość. Jak możemy wyczytać w Wirtualnum przewodniku po świecie Navtur.pl:

Świątynia założona została w 1897 roku przez pustelnika Symeona Popovića. Cerkiew klasztorna poświęcona Zaśnięciu Bogurodzicy znajduje się pod ziemią, w naturalnej pieczarze. Mnich sam poszerzył wnętrze groty tak żeby miała kształt cerkwi i żeby zmieściły się w niej dwie boczne kaplice. Ponadto ozdobił ściany pieczary freskami. Jakiś czas później w sąsiedztwie świątyni wybudowano dodatkowy budynek sakralny z dwiema wieżami-dzwonnicami. Po śmierci Symeona w 1941 roku jego szczątki zostały złożone w sarkofagu w monastyrze” (https://navtur.pl/place/show/3060,monaster-dajbabe)

Oczywiście mnich został beatyfikowany, a klasztor stał się celem pielgrzymek. My też oddajemy cześć Symeonowi, mąż, jeszcze nie do końca stabilny, tak nieostrożnie, że uderza głową w wieko sarkofagu. Chwilami mi się zdaje, że niektórzy Święci wystawieni przez lata na pokaz w swoich monastyrach trochę się przynudzają i od czasu do czasu płatają odwiedzającym jakieś figle. Ale być może Symeon Dajbabski chciał nawiązać w taki sposób, w jaki mógł, kontakt z mężem, dając znak, że wziął go w opiekę po wysłuchaniu modlitw pana z obsługi. Myślę, że zawsze trzeba starać się przyjmować najbardziej pozytywną interpretację.

Tak czy owak, po wyjściu z klasztoru mąż poczuł się na tyle dobrze, że zapragnął pojechać od razu do następnego.

Ja mam opory i mieszane uczucia - dzień, choć piękny, był wyczerpujący, jest już dość późno, ale wciąż gorąco, niepokoję się trochę, że później możemy też mieć problemy z trafieniem na miejsce noclegowe. No i oczywiście wolałabym, żeby mąż już odpoczął. Ale w końcu ulegam, widząc u niego przypływ nowych sił. Na pewno oprócz pomocy Symeona Dajbabskiego dodaje mu ich także wizja celu. Jakby nie było, Monastyr Ostrog to jeden z najbardziej wyczekiwanych przez męża punktów w naszej podróży. A także “pocztówkowy symbol Czarnogóry”, jak tytułuje wpis o nim na swoim blogu autorka podróżującego z nami i już dawno zarzuconego przewodnika po Bałkanach. Ale na temat Ostroga napisano już chyba wszystko, co można było napisać. Mnie najbardziej chyba podoba się wpis na blogu “Okiem Maleny” pod bardzo trafnym tytułem: “Monastyr jak obraz na skale”. Istotnie z daleka tak go trochę spostrzegamy. I znów jesteśmy na wąskiej, pokręconej, górskiej drodze, kolejny raz przepięknej, .kolejny raz niebezpiecznej. Co ma na ten temat do powiedzenia autorka wspomnianego bloga?

Istnieją miejsca, w których po prostu czuje się jakąś niesamowitą energię, jakąś niezbadaną, niewyjaśnioną moc. Czarnogórski Monastyr Ostrog niewątpliwie do takich należy (...) wygląda jak biały gołąb, który przycupnął wśród skał. Do monastyru prowadzi bardzo kręta droga w górach, która może przyprawić mniej odpornych o atak paniki, szczególnie gdy napotykamy pojazd jadący w przeciwnym kierunku i to my jesteśmy od strony przepaści.” (https://okiemmaleny.pl/monastyr-jak-obraz-na-skale/)

Ale zostawmy na chwilę odczucia turystów i znów z pomocą Wirtualnego przewodnika po świecie Navtur.pl skupmy się na faktach:

Cały kompleks składa się z dwóch części, stanowiącego cele mieszkalne mnichów - Monasteru Dolnego, oraz oddalonego o godzinę drogi piechotą właściwego Monasteru Górnego. Jego główną świątynię stanowi częściowo wykuta w skale charakterystyczna biała cerkiew Wprowadzenia Matki Bożej do Świątyni.” (https://navtur.pl/place/show/1507,monastyr-ostrog)

My nie musieliśmy iść piechotą - choć raz mąż “skorzystał” z tego, że jest osobą niepełnosprawną (a ja przy nim:). Gdyby nie takie udogodnienie, to niestety nie miałby kompletnie żadnej możliwości odwiedzenia miejsca, dla którego między innymi przyjechał na Bałkany. Godzinna droga pod górę pewnie jest męcząca i dla zdrowego człowieka (zwłaszcza w tej temperaturze, jaką mieliśmy), dla osób z taką niepełnosprawnością fizyczną jak mój mąż, jej pokonanie jest absolutnie niewykonalne. Warto dodać, że możliwość wjazdu pod Górny Monaster przysługuje nie tylko im, ale też rodzinom z dziećmi. Tak jest przynajmniej w sezonie, poza nim, jak czytam w internecie, każdy może skorzystać z wyznaczonego tam parkingu. Ktoś pisał również o miejscowym busiku, łączącym oba monastery.

Jeszcze tylko dwa zdania (dosłownie:) o historii Monastyru Ostrog za cytowanym powyżej Wirtualnym przewodnikiem po świecie Navtur.pl: “Założony został w XVII wieku przez serbskiego biskupa prawosławnego Wasilija Jovanovicia (Ostrogskiego), który wraz z 30 mnichami schronił się tu w obawie przed Turkami [uciekał z klasztoru Tvardos w Bośni odwiedzonego przez nas w dniu następnym - przyp.aut.]. Po śmierci uważany za cudotwórcę i uzdrowiciela Wasilij został kanonizowany a jego relikwie złożone zostały w jednej z klasztornych cerkwi Monastyru Ostrog.” 

I w tym miejscu można zacząć kawałek opowieści, który najbardziej lubię - historie o cudach to są jej najbardziej fascynujące dla mnie fragmenty. Fajne ciekawostki na ten temat można znaleźć na wspomnianym już blogu “Okiem Maleny”, a także we wpisie na stronie http://e-czarnogora.pl/monastyr-ostrog/, który w całości zresztą był dla mnie niezwykle ciekawy.

Ale oczywiście wszystko to studiuję już znacznie później niż wizyta w Monastyrze Ostrog. Tamtego sierpniowego dnia skupiliśmy się jedynie na tym, by go zwiedzić. Dzień miał się już ku końcowi, a nieprzerwana kolejka pielgrzymów wciąż się pięła po schodach do wejścia. Grzecznie i my posuwaliśmy się w tym ogonku do przodu, choć w swoim znacznie spowolnionym tempie, przepuszczając przed siebie innych chętnych. Nie mieliśmy takiego szczęścia jak inni autorzy wspomnień z internetu - przy tej ilości wiernych nie mogliśmy spędzić niezapomnianych chwil sam na sam z klasztorem, relikwiami, czy też modlitwą. 

Ale absolutnie nie narzekamy - po kontakcie z tym świętym miejscem sami czuliśmy się trochę jakby uświęceni i w tym uświęceniu z murów klasztoru oglądamy absolutnie spektakularny zachód słońca nad górami po drugiej stronie Doliny Bjelopavlic. Czy może być piękniejszy sposób na zakończenie tak pięknego dnia?

Dopiero gdy słońce całkiem znika, zostawiając za sobą pełną blasku łunę na niebie, schodzimy na dziedziniec klasztoru. Zastajemy tam całe rzesze pielgrzymów, przygotowujących się do spędzenia nocy w tym miejscu. W pierwszej chwili robi mi się trochę przykro, że nie będziemy mieli w naszych wspomnieniach takiego doświadczenia. Nie wiedzieliśmy wcześniej o takiej możliwości. Ale też sądząc po ilości chętnych, byłaby to jednak uciążliwa możliwość. Jesteśmy (a szczególnie mąż) bardzo już zmęczeni, tymczasem tu trzeba po noclegu zerwać się na nogi  bladym świtem. Dodatkowo nie wiadomo, czy udałoby się nam zasnąć w specyficznych dość warunkach, gdy pokotem leży się na gęsto rozłożonych jeden obok drugiego posłaniach (z tego, co widzieliśmy, to koce można pożyczyć w klasztorze). Ale na pewno weźmiemy to miejsce noclegowe pod uwagę, planując kolejną podróż. Kiedyś tego spróbujemy, choćby nie wiem co, bo po prostu oprócz tego, że uciążliwa, to ta noc spędzona pod gołym niebem na dziedzińcu klasztoru może być przede wszystkim magiczna (ach, znów ta klasztorna magia:)

Tymczasem zjeżdżamy na nocleg trochę poniżej monastyru do Aparthotelu Koliba. Piękne, ciche miejsce w otoczeniu gór skutecznie rozwiewa żal po odpuszczeniu nocy w Ostrogu. Robi się ciemno. Jeszcze tylko kolacja na tarasie i można będzie zamknąć ten dzień, zaliczając go do najbardziej udanych w podróży. Z cennika wywieszonego w pokoju wynika, że mamy możliwość w dobrej cenie zrobić dopłatę do HB, ale mąż jest tak zadowolony z wizyty w Ostrogu, że nabrał ochoty na świętowanie i obstaje przy tym, żeby wybrać coś z karty. Znów więc zamawiam rybę - i ku mojemu zaskoczeniu dostaję dwa duże pstrągi:) Mąż decyduje się na polecane przez kelnera danie z cielęciny i w chwilę później na nasz stół wjeżdża pełna waza czegoś w rodzaju potrawki. No nie sposób przejeść tego wszystkiego, choć to naprawdę smakuje znakomicie. Jedzenia (pysznego zresztą) nie ubywa, mimo że siedzimy przy stole znacznie dłużej niż planowaliśmy. 

Ta noc przynosi magię nie tylko na dziedziniec monastyru. Nabieram w płuca rześkiego, górskiego powietrza. Daję się uwieść spokojowi tego miejsca. Pora powiedzieć dobranoc gwiazdom, górom i klasztorowi, którego światełko widzimy na skale powyżej. To stamtąd spływa ten miód na nasze serca. Ukojeni przez czuwającego nad nami, tam gdzieś wysoko Boga, kończymy ten wspaniały dzień i zasypiamy błogo jak niemowlaki... 

*

Edit:

Całkiem niedawno mąż zwrócił mi uwagę, że trochę pokręciłam fakty (efekt spisywania wspomnień po wielu miesiącach) i że to nie w Monasterze Dajbabe tylko w Ostrogu miało miejsce przydzwonienie łepetyną w wieko trumny ze Świętym. No ale czy tak naprawdę to ma jakieś większe znaczenie? 

Historie obu tych miejsc przeplatają się zresztą wzajemnie, bo Symeon Dajbabski rozpoczął okres swojej czarnogórskiej działalności właśnie w Ostrogu, zakładając tam szkołę i zostając nauczycielem. Pewnie więc Patron monasteru, do którego początkowo trafił, był mu wyjątkowo bliski, jestem przekonana, że nie raz zwracał się w modlitwie do Wasilija Ostrogskiego, powierzając mu wiele intencji, wymagających interwencji Uzdrowiciela. I tak na pewno wygląda jednoczenie się tych świętych mężów we wspólnej sprawie.

W taki więc sposób postanowiłam wytłumaczyć mężowi sens i przesłanie mojej pomyłki. Głównie po to, by uniknąć przeróbek wpisu, które zapewne zabrałyby mnóstwo czasu, a nie wydają mi się zbyt istotne:) 

Przecież mam jeszcze do opowiedzenia tyle historii z tej podróży:) Biegnę więc do przodu, zostawiając za sobą tę opowieść taką, jaka jest. W końcu przecież było pięknie tak czy owak, choć może mężowski czerep by się z tym tak całkiem nie zgodził:)

Następna część relacji: POŻEGNANIE CZARNOGÓRY (Nikšić), POWITANIE BOŚNI (Trebinje)

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/01/czarnogora-aparthotel-koliba-ma.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz