sobota, 27 września 2025

Kwestia ukraińska - aneks, który stał się odrębnym wpisem


Z czasem zmienił mi się pogląd na sprawę pobytu Ukraińców w Polsce. Zaczęłam mieć wątpliwości, czy to my tak bardzo korzystamy na ich pracy, czy też ich korzyści z pobytu u nas są większe niż nasze. Ot chociażby kwestia opieki lekarskiej – dla nich bezpłatnej w każdym przypadku, a często również w pierwszej kolejności, my zaś na przykład musieliśmy ostatnio płacić za wizytę w poradni przyszpitalnej u lekarza dla niepracującej i nieopłacającej składki zdrowotnej Zuzi. O poważniejszych zabiegach nie ma w takim przypadku mowy, natomiast strona ukraińska wytworzyła w tym zakresie nawet preceder zwany „turystyką medyczną”. Obejmuje on zarówno planowane zabiegi, jak i refundowane leki. Dopiero teraz planuje się zrównanie dostępu do leczenia Polaków i Ukraińców (https://www.money.pl/gospodarka/turystyka-medyczna-ukraincow-lekarz-potwierdza-7198277262793664a.html).

Sprawę zatrudniania pracowników z Ukrainy też już poruszałam na blogu - https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/04/rzadko-kiedy-wydarza-sie-taki.html ("Szczęśliwy dzień"). Więcej może jeszcze napiszę, gdy Kacper uskuteczni planowaną rejestrację w Urzędzie Pracy.

Pozostaje jeszcze kwestia zasiłków na dzieci, którym zresztą od początku byłam przeciwna – i to bez względu na narodowość. Wyraziłam na blogu swoje stanowisko jeszcze wtedy, gdy w ogóle nie było wojny w Ukrainie i tej olbrzymiej fali uchodźczej stamtąd https://podobrejdrodze.blogspot.com/2019/03/okradanie.html.

Potem oczywiście zrównano w kwestii zasiłków Ukraińców z Polakami. Skutkiem tego było mnóstwo nadużyć, gdy płaciliśmy 500+ (a teraz już 800+) na ukraińskie dzieci, których w Polsce w ogóle nie było (ich rodziców czasem również – przyjeżdżali tylko po zasiłki). Dopiero teraz zaczyna się stawiać Ukraińcom pewne warunki w tym zakresie. Muszą u nas pracować, a ich dzieci mają pozostawać w polskim systemie edukacyjnym (https://www.infor.pl/twoje-pieniadze/swiadczenia/7054368,wazna-zmiana-w-800-plus-sejm-uchwalil-nowe-zasady-dla-ukraincow.html).

Oczywiście ma to konkretne przełożenie na nasze szkoły, do których nagle trafiła spora grupa uczniów ni w ząb nie znających języka, nawet po latach pobytu w Polsce, ale chyba już się w oświacie oswoiliśmy z tym zjawiskiem. Wiadomo, że dzieci nie są tu niczemu winne. Jakoś próbujemy sobie z tym poradzić - w szkołach są prowadzone dla nich dodatkowe lekcje, na których uczą się polskiego. Ale na pewno to nie jest proste ani dla nich, ani dla nas.

Na wyższych szczeblach szkolnictwa sytuacja nie przedstawiała się chyba znacząco lepiej. Widać to na przykładzie próby zmiany zasad podczas tegorocznej rekrutacji na studia dla cudzoziemców w Polsce. Dotyczy ona znajomości języka polskiego, niezbędnej przecież w procesie studiowania. Wymagania wydają się logiczną koniecznością, jeśli studenci mają w należyty sposób korzystać i spożytkować nabywaną wiedzę. Tymczasem doprowadziły one wiele osób do poczucia pokrzywdzenia. Skarżą się oni, że "Nowe przepisy wymagają przedstawienia oficjalnego certyfikatu językowego na poziomie B2 już dzień po ogłoszeniu rozporządzenia" (https://wyborcza.pl/7,75398,32142035,rekrutacja-na-studia-dla-cudzoziemcow-wczoraj-przyjeli-dokumenty.html). W dalszej części artykułu możemy przeczytać:

"Jak to możliwe, że w kraju Unii Europejskiej, kraju z tradycją akademicką i otwartością na Wschód, wprowadza się tak nagłe i niesprawiedliwe zmiany?" - pisze w liście do "Wyborczej" Darya Yatsyna, współautorka petycji do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, pod którą podpisało się już ponad 2 tys. osób. Kandydaci na studia i studenci - głównie Białorusini i Ukraińcy, ich rodzice oraz wykładowcy - apelują w niej o odroczenie nowych zasad poświadczania znajomości języka wykładowego.”

Sprawie studiów można się też przyjrzeć pod kątem kwestii zrównania uprawnień i dyplomów uczelni z Polski i Ukrainy. Najlepiej pokazuje to absolwent medycyny na swoim facebookowym koncie, na które trafiłam przedwczoraj. Młody lekarz umieścił tam szereg rolek z imponującą liczbą wyświetleń. Mnie akurat wyświetliła się taka, którą obejrzało już 1,6 miliona osób (https://www.facebook.com/reel/1773289506619751). Jej tytuł to „Lekarze z Ukrainy mają łatwiej”, poruszająca temat zatrudniania w Polsce absolwentów polskich i ukraińskich studiów medycznych. Autor wprost nazywa sytuację w tym względzie dyskryminacją osób, które ukończyły medycynę w naszym kraju. W odpowiedzi na wywołaną zwróceniem uwagi na ten fakt dyskusję, na koncie medyka pojawiła się następna rolka (https://www.facebook.com/reel/) pt. „Stan faktyczny lekarzy z Ukrainy w Polsce”. Można tam usłyszeć następujące słowa:

W Polsce są i były różne tryby nadawania uprawnień lekarzom z Ukrainy. (…) W czasie covidu, a potem zostało to przedłużone w czasie wojny, został wprowadzony tak zwany tryb uproszczony, w ramach którego Ministerstwo Zdrowia nadawało pozwolenie do pracy w Polsce jako lekarz, totalnie olewając Izbę Lekarską, egzaminy językowe, nostryfikację dyplomu, wpisanie do listy członków Izby Lekarskiej (tak zwana spec ustawa ukraińska, artykuł 61)

Następnie jest tylko gorzej:

Po przyznaniu uprawnień do pracy w Polsce jako lekarz prawie 5000 ludzi, bo ja nie wiem, czy to są lekarze, skoro nikt ich nie weryfikował, okazało się, nie zgadniecie, co? Że niektórzy ten dyplom sfałszowali. (…) mamy w Polsce kilkuset do kilku tysięcy lekarzy z Ukrainy, ile dokładnie tego nikt nie wie, czekamy na odpowiedź ministerstwa, którzy otrzymując uprawnienia do października 2024 roku na pracę w Polsce jako lekarz, przez 5 lat hasają sobie po Polsce, pracując jako lekarz, a którym nikt nie weryfikował dyplomu, nie musieli zdawać egzaminu językowego, nie musieli zdawać LEKu, nie musieli robić stażu podyplomowego, nawet nie muszą się wpisywać jako członkowie do Izb Lekarskich, a co za tym idzie, pracują bez nadzoru Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej, bez nadzoru sądu lekarskiego i nie mogą być sądzeni za pogwałcenie kodeksu etyki lekarskiej. Oni leczą polskiego pacjenta, pracują z teoretycznym nadzorem, praktycznym żadnym, bo wiadomo, jak to wygląda, zresztą ten nadzór i tak jest tylko czasowy.”

No po prostu włosy stają dęba na głowie. Choć oczywiście twórca materiału przyznaje, że sprawa ta dotyczy jedynie części ukraińskich lekarzy. Ci „mogą sobie popracować w Polsce przez 5 lat, konkretnie do 2029 jako lekarz, a następnie na przykład wrócić na Ukrainę. Wszystko zgodnie z prawem.”

Zdaniem autora strony „Medycyna na łatwo”, następnym przejawem dyskryminacji Polaków jest wprowadzony rok temu (październik 2024) „przepis o możliwości uznawania czasu pracy wykonywanego przez lekarza cudzoziemca za równoważny z odbyciem stażu podyplomowego (…) Kolega wykształcony za granicą otrzymuje możliwość od razu pracy w miejscu docelowym, oczywiście za lepsze pieniądze niż stażysta. Przyjmują cię i od razu dopuszczają cię do pracy na przykład przy stole operacyjnym. To jest obowiązujące dzisiaj w Polsce prawo. Jeżeli to nie jest dyskryminacja polskich lekarzy, to ja nie wiem, co jest dyskryminacją.”

Pod wypowiedzią młodego lekarza ukazało się mnóstwo komentarzy. Ja oczywiście nie czytałam wszystkich. Zapoznałam się jedynie z tym, który mi się wyświetlił jako pierwszy. Niejaka Izabela Osuch skomentowała sprawę następująco:

„Wszystko co Pan mówi jest w 100% prawdą. Mam z tym zjawiskiem do czynienia na co dzień w swojej pracy w dziedzinie stomatologii, gdzie biorę również udział w rekrutacjach. Dodam, że kształcenie stomatologów na Ukrainie wygląda całkowicie inaczej. Po dwóch 2 - 2,5 latach kształcenia jedynie teoretycznego nabywa on dyplom lekarza, nigdy nie pracując z pacjentem na fotelu. Z takim dyplomem bez stażu przyjeżdża do Polski, gdzie otrzymuje tymczasowe prawo wykonywania zawodu i zaczyna beż żadnej praktyki i doświadczenia leczyć pacjentów. Bywa że są to ludzie 21-22 letni. Polski stomatolog po ukończeniu studiów i stażu ma 25-26 lat i co najmniej 4 lata doświadczenia pracy z pacjentem pod nadzorem asystentów i pracowników naukowych. Pacjenci oczywiście są niczego nieświadomi. Oczywiście zdarzają się lekarze fantastyczni, ale też tacy, którzy swoje pierwsze kroki, to co polscy stomatolodzy robią na uniwersytetach, stawiają w polskich gabinetach często prywatnych, bez żadnej pomocy nadzorującego kolegi” (https://www.facebook.com/Medycynanalatwo).

I to nie jest wpis przeciwko Ukraińcom, lecz przeciwko prawu, które na to pozwala. Zwykle bowiem bywa tak, że przegięcie w którąkolwiek stronę, rodzi sprzeciw, kontrreakcję i wychylenie w przeciwnym kierunku.

Tak to właśnie się przedstawia z punktu widzenia zwykłego zjadacza chleba, takiego jak ja. W skali globalnej oczywiście nie oceniam kosztów ukraińskiej imigracji, bo takich danych nie znam. Wiem tylko, że gdy wybuchła wojna na Ukrainie, to rzuciliśmy się z sercem i dobrymi chęciami, by pomagać, teraz zaś czujemy zbyt wielkie zmęczenie własnymi problemami, by mieć siły na skupianiu się na innych. Zwłaszcza że niektórzy z nich w ciągu ostatnich lat znacznie nadużyli naszej gościnności.

A państwo nie pomaga w budowaniu więzi między nami a Ukraińcami, ustanawiając przepisy, które dyskryminują nas we własnym kraju.



piątek, 26 września 2025

PO KRÓLEWSKU - Sri Lanka: Dambulla, Kandy

 

Poprzedni wpis z naszej podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/09/codziennie-modyfikujemy-plany-dzis.html

Choć bałyśmy się, że nasza księżniczkowa, pełna atrakcji wystawność na Północy Sri Lanki pochłonie cały przeznaczony na pobyt w tym kraju budżet, to przy rozliczaniu przeżyłyśmy miłą niespodziankę. Nie dość, że rozrachunek był naprawdę uczciwy, to jeszcze musiałyśmy przypominać gospodyni o dopisaniu do kosztów dodatkowych opłat - za zamówioną kawę, wodę mineralną czy też usługę odwiezienia nas na przystanek autobusowy. Chciałyśmy, żeby zadowolenie i miłe wspomnienia były po obu stronach transakcji.

Niestety z naszym gospodarzem nie udało nam się pożegnać przed opuszczeniem Dambulli. Gdy nadeszła pora wyjazdu, Api był poza domem. Ten młody człowiek nie zajmuje się li tylko prowadzeniem hotelu – jest mechanikiem i ciężko pracuje w warsztacie samochodowym, by utrzymać rodzinę i dom. Dorobił się go dzięki ogromnemu wysiłkowi i pracy w Dubaju. Wspomina ten czas jako bardzo trudny, szczególnie dały mu się we znaki upały, sięgające 50 stopni Celsjusza. Znów moje myśli krążą wokół problemu wysługiwania się jednych nacji pracą drugich. Już o tym pisałam, poruszając sprawę emigracji zarobkowej Abańczyków na Korfu – https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/12/07-09.html. Tylko od tamtego czasu zmieniły mi się co nieco poglądy w sprawie pobytu Ukraińców w naszym kraju (komentarz na ten temat w aneksie).

Ale wygląda na to, że i tak w Dubaju wysługiwanie się pracownikami z innych krajów przybrało wręcz ekstremalny charakter. W poprzedni weekend zgłębiłam temat dorabiania się w największym mieście ZEA. Trafiłam bowiem na książkę Marcina Margielewskiego „Dubaj krwią zbudowany”. Nie tylko tytuł, ale także krótki opis na stronie sprzedawcy po prostu przeraża.

Dubaj spływa złotem i krwią tych, którzy go budują. (...)

Porażający los ludzi, którzy poświęcają swoje życie, by inni mogli swoje wieść w luksusie. Biedni, brudni, umęczeni i kompletnie niewidzialni dla bogatych mieszkańców i turystów odwiedzających Dubaj. Setki tysięcy robotników pracujących przy budowie zachwycających świat budynków każdego dnia ryzykują życie w ciężkich warunkach i śmiertelnym upale. Transportowani do pracy jak bydło, mieszkający w przypominających ciężkie więzienie obozach. Tracą zdrowie, a często życie, składając je na ołtarzu pychy, jaką napawa władców budowana przez nich metropolia” (https://www.empik.com/dubaj-krwia-zbudowany-margielewski-marcin,p1312829435,ksiazka-p).

Z ogromnym podziwem i współczuciem patrzę teraz na Apiego, który musiał przejść takie piekło, by zgromadzić fundusze na godne życie i zbudowanie swojego interesu na Sri Lance. To niesamowite, jak bardzo nasz los jest zdeterminowany tym, gdzie przychodzimy na świat. Wygląda na to, że na Sri Lance zdecydowanie bardziej warto być turystą niż tubylcem. Nawet jeśli koszt naszej wycieczki przekracza wartość dostępnej w szkole pożyczki:), którą trzeba potem spłacać przez dwa i pół roku.

Ale zgodnie z Anią stwierdzamy, że i tak warto było, by poczuć się choć raz w życiu księżniczkowo. Rozmyślam o tym w autobusie (tym razem mniej wesołym niż poprzedni, za to dusznym i zatłoczonym), jadąc w następne miejsce noclegowe. A właśnie ono sprawi, że przejdziemy na jeszcze wyższy poziom luksusu w naszej podróży. W Kandy poczujemy się wręcz po królewsku.

Miasto, okrzyknięte kulturalną stolicą Sri Lanki, nie robi dobrego wrażenia, jeśli się do niego przybywa ze spokojnej, zielonej Północy. Agresywnie atakuje wszystkie zmysły – natężeniem ruchu ulicznego, dźwiękami klaksonów, wonią spalin. Jeśli do tego dołożyć współtowarzyszy przejazdu, którzy wciskają się na siedzenie z tobą, albo raczej omal na tobie w autobusie, to bardzo to wszystko potrafi wymęczyć.

Ale po opuszczeniu pojazdu nie jest wcale lepiej. Gdy odpalamy nasze PickMe, dopadają nas tuktukarzowi naganiacze. No i się zaczyna – a to, że cena z aplikacji jest zaniżona, a to, że zamówiony hotel zbyt daleko i do tego pod górkę, a że się nie opłaca nikomu nas zawieźć. No chyba, że kwotę wskazaną w aplikacji pomnożymy razy dwa. I cóż, poddajemy się, jesteśmy zbyt zmęczone, by stawić temu wszystkiemu czoła. Ale jak zwykle, gdy mamy świadomość, jak bardzo naganiacze nas oszukują, psuje nam się humor. Tak więc początków pobytu w Kandy nie można zaliczyć do udanych.

No ale potem jest już coraz lepiej. Wyjeżdżamy z hałaśliwego centrum miasta. Wyznaczony przez naganiacza tuk tuk wspina się na hotelowe wzgórze bez trudności. Jego zbocza porasta bujna zieleń, w której przycupnęły rozliczne, eleganckie hotele. Podoba nam się ta okolica. I wreszcie zaczyna w nas wstępować nadzieja, że pobyt w Kandy mimo wszystko może być udany.

Ale oczywiście nie może się obyć bez niespodzianek.

Gdy dotarłyśmy do naszego hotelu, to tradycyjnie już chyba musiałam anulować rezerwację, bo zamówiony apartament był wprawdzie piękny, ale chyba ktoś opisując go, nie wiedział co to jest „separate bedroom”. Na szczęście udało nam się wymienić go na dwa pokoje i teraz cieszymy się i prywatnością, i piękną panoramą Kandypiszę o tym do najbliższych.

A Booking.com znowu każe mi się tłumaczyć z odwołania rezerwacji w King Suicie, mimo że zrobiłam to w porozumieniu z obsługą hotelu. Pośrednik na tym bynajmniej nie stracił, bo „separate rooms” dla mnie i dla Ani również zamówiłam przez jego stronę. I znów otrzymałam tę sugestię od obsługi, która najwyraźniej chciała być w tej sytuacji w porządku także względem Booking.com.

Po powrocie umieściłam na jego stronie recenzję hotelu, oczywiście z najwyższą możliwą oceną:

Jeśli chcesz odpocząć od zgiełku miasta w przepięknej, zielonej okolicy, to Ceylon Breeze jest odpowiednim miejscem dla Ciebie. Położony na szczycie wzgórza, hotel o kolonialnym charakterze przewyższył wszelkie nasze oczekiwania. Zapewnił nam komfort w naszej podróży i widoki, które nie mają sobie równych.

Rzeczywiście hotel robi niezwykłe wrażenie. Nie tylko na nas. Inni turyści też to wyrazili w swoich opiniach

Piękny, cichy hotel położony w górach, w okazałej starej rezydencji z ogromnym holem i szerokimi schodami, która robi wrażenie, gdy po raz pierwszy wejdziesz do środka (Ka z GB);

Szczerze mówiąc, to był najpiękniejszy hotel i najlepszy pokój w jakim kiedykolwiek nocowałem (Kim z GB);

Widok jest wspaniały! Najlepszy z najlepszych (Mokhrus z Malezji);

Więc choć pokoje pełne kolonialnych mebli zachwycały, to jednak balkony były naszymi ulubionymi miejscami na posiadówki. I naprawdę sama nie wiem, czy bardziej zapadła mi w pamięć panorama rozświetlonego wieczornymi światłami Kandy, czy też obraz wypełnionej rankiem mgłami doliny, którą ciągnie się miasto. Nie mówiąc już o ptakach czy wiewiórkach, które uwijały się w otaczającej hotel roślinności.

Ale najbardziej niesamowita okazała się tam obsługa. Czułyśmy wręcz, że czeka ona w pogotowiu na każdy nasz gest i życzenie. A kierownik po prostu dawał z siebie 200 procent normy. Podziwiałyśmy jego zaangażowanie w ten rodzaj pracy - kontynuuję swoją recenzję.

I nie tylko my byłyśmy tego zdania.

Prawdziwy przykład idealnej gościnności! (Ranidu I – Tripadvisor); 

Kierownik był jednym z najbardziej uprzejmych, jakich spotkałem. Jego uwaga i zasady savoir-vivre'u sprawią, że poczujesz się wspaniale (saanando z Indii – Agoda);

Właściciel robi wszystko, aby upewnić się, że jesteś zadowolony (Shireen z GB – Booking.com);

Szczerze mówiąc, nie byłyśmy przyzwyczajone do tego typu traktowania. Dziwnie się poczułam widząc, jak młodzieńcy z obsługi wnoszą nasze ciężkie walizki na głowach na najwyższe piętro kolonialnej rezydencji. Trochę jakby czas się zatrzymał na Ceylonie. Jakbyśmy powrócili do epoki kolonialnej. Tylko że mój kraj nigdy nie posiadał kolonii, a ja w związku z tym nie nabyłam żadnych cech kolonialistki. Toteż z początku wręcz mnie krępował ten sposób gościny. Obsługa podrywająca się na równe nogi i czekająca na każde moje skinienie, gdy tylko wyłaniałam się z pokoju, by przemknąć korytarzem pod drzwi Ani, wprawiała mnie za każdym razem w stan zakłopotania. Być może z czasem bym do tego przywykła, ale trudno to stwierdzić po jednej nocy w hotelu.

W Ceylon Breeze byłam z przyjaciółką i każda z nas czuła się tam jak królowatakimi słowy zakończyłam więc swoją recenzję.

Ale z opinii innych turystów wynika, że oni też mieli poczucie bycia królami (Tomasz z GB – Agoda i Sławomir z Polski – Booking.com), w pałacu (Supa z GB i Ciaran z Irlandii – Booking.com), w arystokratycznych czasach (Regina z Niemiec – Booking.com).

Na tej samej stronie Bleu z Francji dowodzi (fotka), że wytropiła nazwę Queens Suitena konsoli wmurowanej w ścianę Ceylon Breeze, a Andrea z Niemiec napisała:

Obsługa została wykonana z takim zaangażowaniem ze strony mojego głównego konsjerża, że poczułam się jak królowa Wiktoria…

Nawiązanie do tej postaci to znów historia z czasów kolonializmu i roli Wielkiej Brytanii w tym precederze.

Według AI Brytyjczycy formalnie przejęli kontrolę nad Cejlonem w 1815 roku, przed objęciem tronu przez królową Wiktorię. Były to czasy regencji jej wuja, pełniącego władzę podczas choroby dziadka. Ale po wstąpieniu na tron Wielkiej Brytanii w roku 1837 Wiktoria była głową imperium, w skład którego jako brytyjska kolonia wchodził rówież Ceylon. W okresie panowania tej królowej, Brytyjczycy umocnili nad nim swoją kontrolę.

To jednak jest właśnie ta historia, od której wolałabym się odciąć.

Lecz była jeszcze jedna królowa, o której dowiedziałam się w Ceylon Breeze. W holu na piętrze, przy kolekcji bębenków zobaczyłam przykuwające uwagę zdjęcie. Przedstawiało ono portret przepięknej młodej damy. Zaintrygował mnie podpis: „The last Queen of Kandy 1796 – 1815”. Po powrocie do domu zgłębiłam nieco wiedzę o tajemniczej kobiecie.

Nazywała się Venkata Rangammal Devi. Jej dynastia pochodziła z południowych Indii. Była Królową Małżonką, czyli najwyższą rangą żoną w poligynicznej hierarchii haremu króla Sri Wickramy Rajasinghe. Rangammal nosiła ten tytuł w ostatnich latach istnienia Królestwa Kandy.

Jego koniec przypadł na rok 1815, a przyczyną upadku było właśnie, wspomniane powyżej, objęcie kontroli nad Ceylonem przez Brytyjczyków. Rangammal zmarła wraz ze swoimi najbliższymi na wygnaniu w Indiach. Pozostał po niej tylko ten piękny portret pędzla angielskiego malarza Williama Daniella (1749–1840). Oryginał obrazu znajduje się ponoć w muzeum w Kolombo.

Ale urzeka mnie to, że pamięć o młodej kobiecie przetrwała w narodowym przekazie, co widać chociażby w dumnych słowach „Ostatnia Królowa Kandy (...)” pod umieszczonym w widocznym miejscu zdjęciem. I nie chodzi w nich przecież o Wiktorię – „głowę imperium” z Wielkiej Brytanii. A zgłębiając temat panowania Rangammal korzystałam z tekstu na stronie „Ceylon today”, zatytułowanego wręcz: „Nasza ostatnia Królowa” (https://ceylontoday.lk/2025/05/31/our-last-queen/).

Identyfikuję się więc na pewno bardziej z nią (bo z Wiktorią wcale), pisząc o naszym królewskim samopoczuciu w Ceylon Breeze. Jakby na to nie patrzeć, to było ciekawe doświadczenie. Chociaż trwało tak krótko.

Kończymy więc ten królewski dzień iście po królewsku. Po królewskiej kolacji udajemy się do naszych królewskich pokojów, żeby spędzić noc w królewskich łożach. Cejlońska bryza otula nas do snu. Nazajutrz opuścimy już to królestwo. A Ty dobry Boże chroń Królowe w dalszej podróży...


ANEKS - Z uwagi na obszerność zamieszczony w nowym wpisie:

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/09/z-czasem-zmieni-mi-sie-poglad-na-sprawe.html 

 

 

 

niedziela, 7 września 2025

KSIĘŻNICZKOWY POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI - SRI LANKA: Dambulla, Sigiriya

Poprzedni wpis z naszej podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/08/tak-naprawde-to-miaa-byc-sigiriya.html

Codziennie modyfikujemy plany – dziś powinnyśmy już być w trzecim hotelu na północy, a jesteśmy wciąż w pierwszym. Ale tak nam tu dobrzenapisałam Monice nazajutrz po safari.

Tyle że tym razem byłam o jedno doświadczenie mądrzejsza – nie czekałam na wieczór, anulowałam kolejny nocleg w Sigiryi już o poranku. Szykowałyśmy się na nową wycieczkę i nie chciałam powielania scenariusza z poprzedniego dnia. Poza tym Dambulla okazała się nadspodziewanie dobrą bazą wypadową do zwiedzania Północy.

Moja decyzja spowodowała jednak konieczność przeprowadzenia się do innego pokoju w Evergreen – dotychczas zajmowaną przeze mnie jedynkę zarezerwował na tę noc jakiś backpacker.

Ach, jak ja lubię takie zmiany, których skutkiem jest poprawienie sobie standardu. Czy to nie cudowne - nieoczekiwanie dostać nieodpłatny upgrade do większego pokoju i to z klimą (w jedynce był tylko wiatrak) w bonusie? I oglądać z balkonu zwieszające się z drzew, dojrzewające owoce mango, tak blisko, że omal w zasięgu ręki?

I w takich właśnie komfortowych warunkach spędzam ostatnią noc w Dambulli. Księżniczka? A jakże!

Niestety, nasz księżniczkowy czas na Północy zbliża się do końca. Tego popołudnia wyjedziemy do Kandy, która jest następną z kolei historyczną stolicą Sri Lanki.

Ale przedpołudniem czekają na nas w okolicy jeszcze dwa zabytki, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO:

1. Sigiriya (wpis w 1982 roku) - kompleks pałacowy (ruiny) u podnóża oraz na szczycie 180 metrowej skały magmowej, która jest pozostałością po zapadniętym wulkanie. Według legendy tutaj właśnie w V w.n.e. król Kassapa, a właściwie ururpator Kassapa, po zamordowaniu ojca i przewrocie pałacowym zbudował swoją warownię obronną. Zamieszkał w niej w obawie przed zemstą swojego przyrodniego brata Mogallana, który był prawowitym następcą tronu.

Jednocześnie Kassapa, nie chcąc rezygnować z życia w luksusie, wyposażył swoją rezydencję iście po królewsku. W dolnym pałacu znajdowały się ogrody, baseny, a nawet pewien rodzaj fontann. Mieszkało tam też podobno pięćset nałożnic Kassapy. Niektóre z ich portretów jeszcze dziś można zobaczyć na ścianie galerii w Sirigiyi (zakaz fotografowania!). Według przekazów król miał również u podnóża skały fosę pełną krokodyli. Były one specyficzną odmianą pałacowej ochrony.

Ale sprawiedliwość dosięgnęła Kassapę nawet w takim miejscu. Mogallan przez osiemnaście lat zbierał siły zbrojne w Indiach, ale w końcu na czele ogromnej armii zaatakował twierdzę brata. Nie mając szans na zwycięstwo, Kassapa popełnił samobójstwo.

Władza powróciła w ręce prawowitego króla. Nie zamierzał on jednak zamieszkać w pałacu Kassapy. Okazało się, że utrzymanie obiektu jest zbyt kosztowne.

Przez wieki kompleks niszczał i obracał się w ruinę. Podobno w międzyczasie mieszkali w nim buddyjscy mnisi, którzy też go w końcu opuścili. Obecnie jest to wielka atrakcja turystyczna nie tylko ze względu na historyczne znaczenie. Twierdza robi ogromnie wrażenie z powodu swojego położenia. Skała, która samotnie wyrasta na porośniętej dżunglą równinie jest niezwykle malownicza. Skojarzenia z „Królem lwem” nasuwają się same. Nie na darmo nazwa Sigiriya oznacza Lwią Skałę.

Po wspięciu się na nią można podziwiać niezrównany widok okolicy ze zbiornikiem wodnym u podnóża oraz skałą Pidurangala. Jednak należy pamiętać, że wspinaczka w upalny dzień może być uciążliwa i wymagająca zapasu wody. Na dodatek – i tak było w naszym przypadku, pokonanie 1200 schodów odbywa się w tłumie odwiedzających, którzy tworzą czasem naprawdę sporą kolejkę na szczyt. My zalecamy omijanie tam wszelkich przewodników, czy też różnego rodzaju „pomagierów” wspinaczkowych, którzy wręcz czyhają na starszych lub mniej sprawnych turystów. No chyba, że ktoś naprawdę potrzebuje pomocy w postaci ciągnięcia go za rękę i ustawiania do zdjęć.

2. Kolejnym zabytkiem Sri Lanki wpisanym na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO (1991r.) jest zespół świątyń jaskiniowych w Dambulli.

Historia tego miejsca jest długa, podobno w jego okolicy mieści się około osiemdziesięciu jaskiń, które ludzie zamieszkiwali już od 2700 r.p.n.e. Ich dziełem był także wydrążony w skale klasztor. I to właśnie w nim postanowił ukryć się w I w.p.n.e. król Anarudhapury, który musiał salwować się ucieczką ze swojego królestwa w obawie przed hmm... uzurpatorem. Podobno Valagamba spędził w klasztorze piętnaście lat. Zebrał jednak w tym czasie siły, które pozwoliły mu odzyskać tron i zajmować go przez następne dwudziestolecie. Władca jednak nie zapomniał, ile zawdzięcza mnichom i klasztorowi w Dambulli. W geście wdzięczności rozpoczął jego rozbudowę, której skutkiem było powiększenie zajmowanych jaskiń, wydrążenie następnych oraz wyposażenie powstałych świątyń. Jego dzieło kontynuowali następni królowie.

Prace nad ich ukończeniem trwały kilkaset lat, w epoce panowania władców miast Anuradhapury i Polonnaruwy. (...) Wejście do kompleksu świątynnego położone jest pod ogromnym nawisem skalnym z dobudowaną werandą, za którym znajduje się pięć głównych jaskiń Dambulli. Są to kolejno Dewaradża Viharaya (Świątynia Króla-boga), Maharadża Viharaya (Świątynia Wielkich Królów), Maha Alut Viharaya (Wielka Nowa Świątynia), Pachima Viharaya (Zachodnia Świątynia) oraz Devana Alut Viharaya (Druga Nowa Świątynia)”, jak można przeczytać na stronie https://plndesign.pl/lifestyle/zlota-swiatynia-dambulla-wyjatkowa-jaskiniowa-swiatynia/.

każda z nich pełna jest malowideł ściennych i posągów przedstawiających Buddę, bóstwa hinduistyczne oraz postacie historyczne. Malowidła pokrywające ściany i sufity jaskiń łącznie zajmują powierzchnię ponad 2000 metrów kwadratowych, co czyni je jednymi z największych i najbardziej imponujących zbiorów sztuki buddyjskiej na świecie”- uzupełnia autor strony (https://travels-with-ania.com/sri-lanka-skarby-wyspy-z-listy-unesco-2/).

Niemniej imponujący jest zbiór posągów Buddy. W jaskiniach znajduje się 150 jego statuetek, jak podaje mój ulubiony blog dotyczący tej części świata („Plecak i walizka”). Tworzy to rodzaj zadziwiającego zagęszczenia. Niestety podczas naszej wizyty było też dosyć gęsto od zwiedzających, więc mistyczna atmosfera, nad którą rozwodzą się niektórzy internauci, okazała się dla mnie słabo wyczuwalna.

Ale ogólnie rzecz biorąc, miejsce jest niezwykle urokliwe i ze wszech miar warte odwiedzenia. Już sama droga na szczyt, odsłaniająca z każdym stopniem (tak, tu znowu masa schodów) coraz rozleglejszą i wyjątkowo malowniczą panoramę jest bardzo atrakcyjna. Kompleks ładnie zgrywa się też z elementami natury. Można tam nacieszyć oczy widokiem świątynnych drzew, czy też malutkiego stawu porośniętego kolorowymi nenufarami.

Pomne poparzeń na stopach w poprzednich miejscach kultu, tym razem zwiedzałyśmy świątynie w skarpetkach. Do końca co prawda, nie załatwia to problemu (stąd na przykład rezygnacja z oglądania dziedzińca przed wejściem), ale jednak łagodzi kontakt z rozgrzaną słońcem nawierzchnią.

Dla Lankijczyków kompleks świątyń jest wciąż żywym miejscem kultu, wielu z nich zwiedza je w nabożnym skupieniu lub oddaje się tam modlitwie. Zaskakujące na Sri Lance było dla mnie to, że chociaż Budda nie ma wśród wyznawców statusu Boga, to jednak traktowany jest z absolutnie porównywalną lub nawet przewyższającą naszą religię czcią boską. Zasady takie jak stosowny ubiór w świątyniach – zakrycie ramion i kolan oraz zdjęcie butów i czapek przed wejściem są rygorystycznie przestrzegane. Nie mówiąc już o zakazie fotografowania się tyłem lub w pozbawionej szacunku pozie względem posągów Buddy. Takie zachowanie jest uznawane za znieważenie, co stanowi bardzo poważne przestępstwo na Sri Lance i grozi za nie surowa kara w postaci na przykład aresztowania, uwięzienia lub deportacji. Myślę, że my katolicy moglibyśmy się wiele nauczyć od lankijskich buddystów na temat szacunku dla swojego Boga.

Drugim zaskoczeniem był dla mnie widok buddyjskich mnichów. Musiałam porzucić swoje wyobrażenia, w których jawili mi się jako ascetyczni starcy, ponieważ okazało się, że wszystko zmienia się z duchem czasu. Dzisiejsi mnisi wyglądają na dobrze odkarmionych, noszą wygodne mokasyny z miękkiej skóry i okulary przeciwsłoneczne, korzystają z udogodnień cywilizacyjnych typu tuk-tuki czy też telefony komórkowe. Przynajmniej ja właśnie takich na Sri Lance widziałam. I żaden z nich nie sprawiał wrażenia osoby, której by się źle powodziło.

Ale tak naprawdę nie ma w tym chyba nic dziwnego. Buddyści, których jest w kraju 75% na pewno potrafią zadbać o swoje duchowieństwo. Oglądane przez nas buddyjskie świątynie też wyglądały na zadbane. Te o znaczeniu historycznym są pod opieką finansową państwa. Ale zawsze też można zwrócić się o pomoc do buddyjskich wiernych z bogatszych krajów świata. Na przykład dzięki dotacji z Japonii w roku 2000 zbudowano poniżej kompleksu jaskiniowego w Dambulli budynek Złotej Świątyni. W jego wnętrzu mieści się również Muzeum Buddyzmu. Całość, okrzyknięta w internecie niechlubnym, lecz w pełni zasłużonym, mianem kiczu zwieńczona jest trzydziestometrowym złotym posągiem Buddy i już z daleka rzuca się w oczy.

Oczywiście niezastąpiony Isuru podwoził nas najbliżej, jak się tylko dało, wejść do wszystkich tych obiektów. Nie mogłyśmy trafić na lepszego kierowcę. Czułyśmy się przy nim bardzo zaopiekowane i bezpieczne. Isuru nie tylko ułatwił, ale i umilił nasz pobyt na Północy. Obdarował nas kwiatami lotosu dla Buddy, gotowaną kukurydzą, gdy byłyśmy głodne, załatwił owoc mango na śniadanie. Przystawał tuk-tukiem przy wszystkim, co mogło nas zainteresować po drodze: a to jezioro z liliami wodnymi, a to waran leśny na poboczu drogi, czy też, choć to akurat była wtopa, przy wjeździe do Old Herbal Village.

Ale oczywiście o to, że wtopiłyśmy czas i pieniądze w takiej wątpliwej atrakcji, mogłybyśmy mieć pretensje tylko do siebie. Isuru uczciwie pytał, czy chcemy. Lecz cóż, z naszą asertywnością wiadomo, że byłyśmy na tak, choć tak naprawdę chyba należało wówczas odpocząć po dosyć długiej i intensywnej wycieczce do Polonnaruwy. Tłumaczył nam też, że zwiedzanie „Starej Wioski Ziołowej” (tłumacz google) jest darmowe. Tylko znów nie wziął pod uwagę naszej asertywności, która chyba bardzo się różni od lankijskiej. Zwiedzanie owszem, było darmowe, ale później zostałyśmy zaproszone do sklepu z wyrobami podobno ayurwedyjskimi. I nawet zamierzałyśmy tam coś kupić, żeby odwdzięczyć się za poświęcony czas przewodnikowi, oprowadzającemu nas po Old Herbal Village. Nie wzięłyśmy jednak pod uwagę jego „handlowych” umiejętności. Wciskanie i naciąganie przeszło w tym miejscu wszelkie nasze wyobrażenie. Nie mówiąc już o cenach. Z naszą asertywnością wyszłyśmy oskubane i zniesmaczone, że potraktowano nas jak bezmózgie worki z pieniędzmi. Mam taki niesmak związany z tą sytuacją, że nawet jeszcze nie wypakowałam z walizki tych „medykamentów”, które stamtąd pochodzą. Ale to chyba był nie tylko nasz problem. Internet aż się gotuje z oburzenia na praktyki stosowane w takich miejscach. No cóż, trzeba było po prostu lepiej się przygotować do tego wyjazdu i przeczytać wcześniej choć parę opinii.

Lecz nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Trzeba nad tym przejść do porządku dziennego i skupić się na jasnej stronie tej podróży. Trzeba cieszyć się miłymi wspomnieniami i wierzyć, że przed nami kolejne takie. Walizki mamy już spakowane. Przyszła pora, by pożegnać gościnną Północ. Księżniczki muszą w końcu powrócić do rzeczywistości...

Następny wpis z naszej podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/09/w-przygotowaniu.html

sobota, 6 września 2025

STADNE OSACZENIE

 

Kiedy w zeszłym roku wróciłam we wrześniu do pracy, mniej więcej w takim nastroju jak teraz, to usłyszałam od Kingi ze szkoły katolickiej, że później będzie nam lżej, bo się przyzwyczaimy. Nieoczekiwanie to spostrzeżenie zapadło mi głęboko w pamięć. I okazało się dla mnie odkrywcze. Do tej pory bowiem zawsze uważałam, zresztą zgodnie z przysłowiem, że ”im dalej w las, tym więcej drzew”, iż z czasem w mojej pracy może być tylko trudniej – narastają zmęczenie i przebodźcowanie, wyczerpują się cierpliwość i zasoby energii.

Nigdy wcześniej nie doceniłam w pełni siły przyzwyczajenia. Ale podążenie za tym prostym spostrzeżeniem Kingi pozwoliło mi zobaczyć jakieś światełko w tunelu wrześniowych obaw. Uruchomiłam w sobie nadzieję, że jeszcze może uda mi się zapanować nad przyszłością.

I choć w dalszych miesiącach ubiegłego roku na skutek różnych okoliczności zewnętrznych nie było mi jednak łatwiej, to zaczęłam inaczej myśleć o kształtowaniu nawyków i ich roli w zawodowej codzienności. Obecnie widzę też na przykładzie Kacpra, jak ważne jest przyzwyczajenie, czy też raczej jego brak w momencie rozpoczynania regularnej pracy.

Tak więc jestem teraz na etapie, gdy po raz kolejny muszę przyzwyczaić się do swoich zawodowych obowiązków w szkole. Rok szkolny, jak zazwyczaj, nadszedł wcześniej niż bym chciała. A ja już po pierwszym tygodniu pracy czuję, jakbym się obracała w jakimś wielkim młyńskim kole i wcale tu nie mam na myśli zabawy w lunaparku. Kręci mi się w głowie, żołądek wywraca się na drugą stronę i boję się żaren, które w każdej chwili mogą mnie przemiel.

Możliwe, że mój ciężki tegoroczny rozruch związany jest też z boreliozą, której leczenia jeszcze nie zakończyłam. Badania wykazały, że mam dziewięciokrotnie przekroczony poziom przeciwciał, jestem także ciągle osłabiona po antybiotykoterapii, a i z trawieniem nie wszystko u mnie w porządku. No ale pewnie trzeba sobie dać czas na regenerację. 

również i dobre wieści – choroba nie uszkodziła wątroby ani nerek i nawet obrazem krwi nie trzeba się niepokoić. Pozostaje czekać na następne badania i diagnozę, w którym kierunku mój stan zdrowia podąża.

Czekanie mi jednak nie służy. Mój nastrój pogorszył się na tyle, że aby go jakoś ratować, znów musiałam wrócić do leków. Oczywiście nie jest to spowodowane tylko boreliozą. Przede mną w najbliższym czasie znowu wyzwania, które niosą kolejne w moim życiu obawy. Że też one nie mogą przychodzić jedno po drugim, tylko takimi stadami, które od razu powodują poczucie osaczenia. I choć mam nadzieję, że wszystkie będą miały szczęśliwy finał, to jednak obecnie bardzo stresują.

Moje dzisiejsze stado składa się z następujących spraw:

1. Konieczność znalezienia nowego mieszkania dla Ani. Oczywiście, że fizycznie go nie szukam w oddalonej o około 230 kilometrów Łodzi, ale jestem w to zaangażowana emocjonalnie i wsparciowo. Dotychczasowym mieszkaniem Ani będzie teraz zarządzał syn właścicieli, a on ma inne plany niż wynajem nieremontowanej nieruchomości po niskich cenach.

2. Nadchodzące rozprawy sądowe. Wrześniowy termin rozstrzygnięcia sprawy frankowej zbliża się wielkimi krokami. To naprawdę stres tak wielkiego formatu, że nawet nie chcę się nad tym tutaj rozwodzić.

3. Czekający mnie turnus w sanatorium. Dostałam nowy termin na początek przyszłego miesiąca, a na razie temat pokoju jednoosobowego coś źle wygląda.

4. Poszukiwanie lepszego zajęcia dla Kacpra, co oczywiście też nie jest moim zadaniem, ale nie sposób tego nie przeżywać.

5. Odłożone na skutek choroby prace porządkowe, niezbędne przed rozpoczęciem akcji wymiany pieca i naprawy instalacji grzewczej.

Ze spraw zaś, które mamy już za sobą, mogę tu wspomnieć o zarządzonej przez sąsiadkę wycince drzew wzdłuż jej posesji. Też się tym stresowałam, ale okazało się, że poszło to nawet szybko i sprawnie. Co prawda w wyniku prac drwala ucierpiało mnóstwo roślin na grządkach, zaś winogrona zostały całkiem wycięte, ale nie mogę mieć o to do niego pretensji, skoro „gdzie drwa rąbią tam wióry lecą”. I nawet jestem teraz wdzięczna sąsiadce, która całą akcję zorganizowała. Rzeczywiście ta wycinka była nam potrzebna, żebyśmy całkiem nie zarośli.

Trochę mi tylko szkoda, że przypadła na ten okres, który jest moim najbardziej ulubionym w całym roku – wybarwiania się liści i winorośli. I niestety ani im, ani mnie nie było dane doczekać pełni tego zjawiska przed wycięciem, choć tegoroczna jesień spieszyła się ze zmianą kolorów jak tylko mogła, zachodząc nawet na lato. I o ile liście drzew i krzewów już trochę zdążyły się wyzłocić, a nawet w wyniku suchego sierpnia częściowo opaść, to obawiam się, że efektu wybarwionego czerwienią winorośli podwórka w tym roku nie będzie. No ale trudno. Trzeba sobie powiedzieć, że są sprawy ważne i ważniejsze. Trzeba wykazać się rozsądkiem i dojrzałością.

W mądrości indiańskiej jesień jest czasem mądrości i dojrzewania. Zarówno dosłownie na polach kukurydzy, kapusty i dyń, jak i w przenośni, w naszych własnych umysłach. Czego ważnego nauczyłam się w tym roku? Jakie plony moich myśli zbieram tej jesieni? Jakie nasiona chcę zachować na wiosnę?” - pyta dzisiaj autorka mojego ulubionego kalendarza. A ja naprawdę nadal nie jestem gotowa na podsumowania i udzielanie odpowiedzi. Na dobrą sprawę, w sensie kalendarzowego początku, do tej jesieni jeszcze mamy ponad pół miesiąca. Może zdążę do tego czasu i dojrzeć, i zmądrzeć. A potem będą jeszcze trzy jesienne miesiące, by przygotować odpowiedzi na pytania Beaty Pawlikowskiej.