Poprzedni wpis z naszej podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/08/rankiem-przysza-pora-na-realizacje.html
Tak naprawdę to miała być Sigiriya. Chciałam, żeby to ona była naszą bazą wypadową na północy Sri lanki. Snułam plany, znalazłam wymarzony hotel (Sigiri Rock Side Home Stay), zrobiłam rezerwację (oczywiście, że z możliwością odwołania). Musiałam jednak je urealnić po przeczytaniu opinii na temat podróżowania po Sri Lance komunikacją publiczną – nie chciałam, byśmy z Anią dotarły do usytuowanego w dżungli obiektu już po zmroku (wszyscy przestrzegali, że to niebezpieczne).
Stanęło więc na Dambulli, która była położona znacznie bliżej od naszego hotelu w Negombo i dużo lepiej z nim skomunikowana. To tam ostatecznie zamówiłam nasz pierwszy nocleg na północy. Miał on mieć taki trochę „tranzytowy” charakter, na kolejne dwie noce oczywiście zamierzałyśmy się przenieść do Sigiryi. I to rankiem tuż po śniadaniu. Oj, jak to dobrze, że życie pisze własne scenariusze:).
Bo… z uwagi na zamówione u Apiego wycieczki rankiem wyjechałyśmy nie do Sigiryi, lecz do Anuradhapury.
„to historyczna stolica syngaleskiego buddyjskiego państwa, które rozwijało się w okresie III wiek p.n.e.–XI wiek n.e. Według legendy początek miastu miała dać mniszka buddyjska Sanghamitta[1], przywożąc i ofiarując królowi Sri Lanki (...) gałąź ze świętego drzewa Bodhi, pod którym miał medytować i doznać oświecenia Budda” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Anuradhapura).
Przypis własny:):
[1] Sanghamitta to córka legendarnego króla Aśoki, którego dzieje opowiada słynny film rodem z Bollywood, oglądany z Anią podczas jej ostatniego pobytu u nas. Z kolei brat mniszki - Mahinda jest uznawany za "apostoła" buddyzmu na Sri Lance. Według przekazów miał on zaszczepić nowe wyznanie królowi Devanampiyatissa, którego napotkał na wzgórzu Mihintale. Miejsce to zwiedzałyśmy z Anią również podczas wycieczki do pobliskiej Anurathapury."Król Devanampiyatissa był tak zachwycony przesłaniem, że postanowił zbudować pierwszą buddyjską świątynię na Sri Lance, co stało się przełomem w historii wyspy" (https://wyskoczmy.pl/mihintale-miejsce-narodzin-buddyzmu-na-sri-lance/).
To co obecnie zwiedza się w Anuradhapurze jest rozległym kompleksem ruin, a także działających miejsc kultu buddyjskiego, po którym obwiózł nas Isuru. Dla wyznawców buddyzmu to święte miasto. Pełniło funkcję stolicy przez imponujące 1500 lat.
Następną z nich była Polonnaruwa (od XI do XIII w.n.e.). Tu również korzystałyśmy z usług Isuru, bo wbrew opisom w internecie, kompleks ruin i działających świątyń w tym miejscu również jest rozległy. Podobnie jak w Anuradhapurze zwiedzanie zajęło nam więc prawie cały dzień. Na pewno wpływ na to miał fakt, że odbywa się ono bez butów (jak we wszystkich buddyjskich, świętych miejscach), co przy lankijskim upale sprawiało, że nic nie było ani łatwe, ani szybkie. Za to poparzone stopy miałyśmy po tym doświadczeniu w gratisie.
Skąd w ogóle wiedziałam, co trzeba zobaczyć na Sri Lance? Ano ze świetnego bloga „Plecak i walizka”, który chwaliłam już wcześniej. Wpis pt. „Atrakcje Sri Lanki: co warto zobaczyć + CZEGO NIE POLECAM” wydaje mi się być obowiązkową lekturą przed planowaniem pobytu w tym kraju.
Można skorzystać również z „bardzo praktycznego” przewodnika (płatny e-book), wydanego przez autorkę bloga. Więc, jeśli ktoś chciałby zapoznać się z konkretnymi opisami zwiedzania Anarudhapury czy Polonnaruwy, to mogę go tam odesłać. To takie moje wirtualne podziękowanie za wirtualną pomoc. Ale oczywiście w internecie nie brakuje też bezpłatnych wskazówek i propozycji, jak zwiedzać historyczne lankijskie stolice.
Osobiście nie wykreśliłabym z planu zwiedzania Sri Lanki żadnej z nich. Obie wywarły na nas ogromne wrażenie i mimo pozornych podobieństw, każda z nich miała swój własny charakter. W 1982 roku zarówno Anuradhapura, jak i Polonnaruwa zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
A czy my z Anią możemy coś podpowiedzieć turystom, którzy zwiedzają lankijską północ? Ostatnio zgodnie stwierdziłyśmy, że tak. Nasza sugestia jest taka, że jeśli ktoś zatrzyma się w Evergreen w Dambulli, to w sprawach wycieczek powinien absolutnie trzymać się propozycji Apiego. My tego nie zrobiłyśmy, upierając się przy własnym planie, a potem żałowałyśmy.
No i niestety połączyłyśmy jednego dnia zwiedzanie Anuradhapury z Parkiem Narodowym Minneriya, przez co miałyśmy o wiele za mało czasu na podziwianie cudownych, mega cudownych, przecudownych dzikich słoni w ich naturalnym środowisku. I to o tej porze roku, gdy można tam zobaczyć mnóstwo samic i ich „babies”, o których zachęcająco wspominał wcześniej Api.
Ale i tak safari w tym parku było dla mnie największym przeżyciem na Sri Lance, nawet jeśli trwało tylko dwie godziny i przepłaciłyśmy naszego kierowco - przewodnika (cena byłaby znacznie niższa, gdybyśmy skorzystały z wycieczki zorganizowanej przez naszego gospodarza wczesnym popołudniem). No ale za to miałyśmy auto terenowe wyłącznie do naszej dyspozycji, co sprawiało, że w porównaniu do innych turystów czułyśmy się wyjątkowo elitarnie. Znów więc wyszło jakoś „księżniczkowo”;).
Oczywiście w tak krótkim czasie zobaczyłyśmy niewiele zwierząt poza słoniami – wiewiórkę cejlońską na parkingu, jednego bawoła, jednego krokodyla i to tak daleko, że równie dobrze można nam było wmówić, że oglądamy cokolwiek innego:), trochę ptaków: dzikie pawie, kormorany, czaple, dławigady indyjskie, ibisy, żołnę wschodnią. No i oczywiście małpy – jedna z nich porwała nawet wałówkę, którą przygotowałyśmy na tę wyprawę.
- Spuściłam z oczu tylko na chwilę – tłumaczy Ania. Nie wiem, po co tłumaczy. A gdyby nie spuściła, to co? Walczyłaby z małpą o nasze ciastka? Na szczęście nic wartościowego w tej torbie nie było:).
Ale rozkoszniaki małe – Monika i tak zachwyca się makakami rozczochranymi (naprawdę mają taką nazwę:), gdy opisuję jej całe zdarzenie.
Nawet bym im tego jedzenia nie żałowała.
Ale mi się nie rozchodzi o słodycze, choć było ich niemało – tłumaczę.
Dobrze, że wzięły, miałam się odchudzać.
Bardziej się martwię, czy im czekolada nie zaszkodzi, bo tam była.
Niestety pozostało z niej tylko opakowanie… Na małpy trzeba uważać wszędzie na lankijskiej północy. Jest ich tam pełno. Raczej nie są agresywne, ale potrafią ukraść dosłownie wszystko. Niemniej jest to również atrakcja tego kraju. Oprócz tych rozczochranych makaków widziałyśmy tam jeszcze stada niezwykłych lutungów białobrodych.
Ale i tak nic się nie może równać ze słoniami. Nic. Słonie na wolności pobiły chyba wszystko, co widziałam do tej pory. Nawet, gdybym miała nic więcej nie zobaczyć na Sri Lance, to dla tych dwóch godzin na safari, warto było odbyć tę podróż.
Oniemiałam wprost, gdy słonie ukazały się naszym oczom po raz pierwszy. Oczywiście, że miałam nadzieję, że podczas safari to się wydarzy. Ale wyobrażałam sobie obserwację słoni jako doświadczenie ich obecności z daleka, czyli coś takiego jak oglądanie tego ledwo widocznego z auta krokodyla. To, że będziemy im podjeżdżali prawie pod nogi, gdy się pasą, lub że one będą wychodziły z dżungli pomiędzy auta z turystami nie mieściło mi się wcześniej w głowie. Nie byłam na to przygotowana, czułam kompletne zaskoczenie.
To nie fotomontaż, prawie się o nie ocieraliśmy – komentuje znajomym przesyłane fotki.
W naturze są jeszcze piękniejsze – podsumowuje zgodnie z prawdą Monika.
I chyba przyzwyczajone do ludzi
Wygląda na to, że tak. Odwiedzony przez nas park narodowy powstał w 1997 roku i od tego czasu zapewne słonie miały okazje przyzwyczaić się do nieustannych obserwatorów. Według AI obszar ten słynie „z corocznego zjawiska zwanego "The Gathering", podczas którego setki słoni gromadzą się przy zbiorniku Minneriya w porze suchej (lipiec-wrzesień)”. Opowiada nam o tym również nasz przewodnik. Jakie to szczęście, że mogłyśmy być w tej okolicy w takim czasie.
Turystów tu sporo, ale faktem jest, że ochrona przyrody potrzebuje nakładów finansowych, które można dzięki turystyce pozyskać. Na Sri Lance utworzono 26 parków narodowych i na pewno ich funkcjonowanie generuje spore koszty. No w każdym razie pocieszam się korzyściami pieniężnymi na rzecz ochrony przyrody, gdy widzę, jaka ilość samochodów przemierza parkowe tereny. Oraz tym, że przynajmniej w nocy zwierzęta pozostają same – gdy słońce chyli się ku zachodowi rozpoczyna się szalony rajd, by wyjechać z parku. Po zmroku przebywanie w nim jest absolutnie niedozwolone i po prostu bardzo niebezpieczne.
To moje pierwsze safari w życiu. I niezapomniane przeżycie. Te przedwieczorne chwile, gdy mamy słonie kąpały w jeziorze swoje niedawno narodzone słoniątka są takim wspomnieniem ze Sri Lanki, do którego wracamy z Anią najczęściej. Połączenie majestatyczności z czułością stało się dla mnie najbardziej zachwycającą odsłoną Natury.
Obecnie na Sri Lance żyje około 7500 słoni. Są one zwierzętami chronionymi. Ich zabicie zagrożone jest nawet karą śmierci. Niemniej interesy mieszkańców Północy i słoni nie są zbieżne. „Tak duża populacja, w połączeniu ze stosunkowo niewielkim obszarem Cejlonu, na którym w dodatku obszary występowania słoni zajmują tylko część wyspy (...) powodują, że zagęszczenie słoni na Sri Lance jest rekordowe na świecie. A przede wszystkim – nie ograniczają ich płoty parków narodowych, które ogrodzeń w większości po prostu nie mają” – można przeczytać na stronie https://wniezadeptane.pl/sri-lanka-wyspa-z-gwarancja-slonia/.
I właśnie to widzimy po wyjeździe z parku. Nasz kierowca pokazuje nam pasącego się na poboczu drogi sporego osobnika. Nie jest to jakaś osobliwość w tym rejonie. Nawet znaki drogowe ostrzegają kierowców o możliwości pojawienia się słoni na jezdni. Jak możemy przeczytać w dalszej części wspomnianego artykułu: „Problem narasta. Ciągłe zagrożenie ze strony grasujących słoni, które nawet jeśli nie zaatakują ludzi, to mogą zniszczyć ich niewielki dobytek, rodzi reakcję. Tym bardziej, że osady się rozrastają, a pola zajmują coraz większy obszar, wchodząc na siedliska słoni. W rezultacie drogi ludzi i wielkich ssaków przecinają się coraz częściej. Według badania z 2019 roku ludzie mieszkają na prawie 70% obszaru występowania słoni na Sri Lance, a prawie 40% gruntów poza obszarami chronionymi jest dzielone między ludzi i słonie”.
Rozmyślam o tym po drodze do Dambulli. Rzecz jasna, tego dnia zostajemy na kolejny nocleg w Evergreen, bo już nie uda nam się dotrzeć do Sigiryi. Zrobiło się ciemno i ze względu na aktywność dzikich słoni po zmroku nie możemy przemierzać dżungli, w której znajduje się zarezerwowany przez nas sigiryjski hotel. Api obiecuje, że zadzwoni tam, by wytłumaczyć nas właścicielowi. Możemy więc spokojnie odpocząć po tym ekscytującym dniu.
Ale ja, zamiast iść spać, jeszcze długo w noc z fascynacją wracam myślami do słoni. Mam w sobie tyle wdzięczności, że dane mi je było zobaczyć. No i cóż można jeszcze dodać na koniec dnia z wizytą w parku narodowym? Chyba tylko to, że choć pewnie przeszkadzamy tam słoniom, to przynajmniej w takich miejscach nikt nie robi im krzywdy.
Następny wpis z naszej podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/09/codziennie-modyfikujemy-plany-dzis.html
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz