Kiedy w zeszłym roku wróciłam we wrześniu do pracy, mniej więcej w takim nastroju jak teraz, to usłyszałam od Kingi ze szkoły katolickiej, że później będzie nam lżej, bo się przyzwyczaimy. Nieoczekiwanie to spostrzeżenie zapadło mi głęboko w pamięć. I okazało się dla mnie odkrywcze. Do tej pory bowiem zawsze uważałam, zresztą zgodnie z przysłowiem, że ”im dalej w las, tym więcej drzew”, iż z czasem w mojej pracy może być tylko trudniej – narastają zmęczenie i przebodźcowanie, wyczerpują się cierpliwość i zasoby energii.
Nigdy wcześniej nie doceniłam w pełni siły przyzwyczajenia. Ale podążenie za tym prostym spostrzeżeniem Kingi pozwoliło mi zobaczyć jakieś światełko w tunelu wrześniowych obaw. Uruchomiłam w sobie nadzieję, że jeszcze może uda mi się zapanować nad przyszłością.
I choć w dalszych miesiącach ubiegłego roku na skutek różnych okoliczności zewnętrznych nie było mi jednak łatwiej, to zaczęłam inaczej myśleć o kształtowaniu nawyków i ich roli w zawodowej codzienności. Obecnie widzę też na przykładzie Kacpra, jak ważne jest przyzwyczajenie, czy też raczej jego brak w momencie rozpoczynania regularnej pracy.
Tak więc jestem teraz na etapie, gdy po raz kolejny muszę przyzwyczaić się do swoich zawodowych obowiązków w szkole. Rok szkolny, jak zazwyczaj, nadszedł wcześniej niż bym chciała. A ja już po pierwszym tygodniu pracy czuję, jakbym się obracała w jakimś wielkim młyńskim kole i wcale tu nie mam na myśli zabawy w lunaparku. Kręci mi się w głowie, żołądek wywraca się na drugą stronę i boję się żaren, które w każdej chwili mogą mnie przemielić.
Możliwe, że mój ciężki tegoroczny rozruch związany jest też z boreliozą, której leczenia jeszcze nie zakończyłam. Badania wykazały, że mam dziewięciokrotnie przekroczony poziom przeciwciał, jestem także ciągle osłabiona po antybiotykoterapii, a i z trawieniem nie wszystko u mnie w porządku. No ale pewnie trzeba sobie dać czas na regenerację.
Są również i dobre wieści – choroba nie uszkodziła wątroby ani nerek i nawet obrazem krwi nie trzeba się niepokoić. Pozostaje czekać na następne badania i diagnozę, w którym kierunku mój stan zdrowia podąża.
Czekanie mi jednak nie służy. Mój nastrój pogorszył się na tyle, że aby go jakoś ratować, znów musiałam wrócić do leków. Oczywiście nie jest to spowodowane tylko boreliozą. Przede mną w najbliższym czasie znowu wyzwania, które niosą kolejne w moim życiu obawy. Że też one nie mogą przychodzić jedno po drugim, tylko takimi stadami, które od razu powodują poczucie osaczenia. I choć mam nadzieję, że wszystkie będą miały szczęśliwy finał, to jednak obecnie bardzo stresują.
Moje dzisiejsze stado składa się z następujących spraw:
1. Konieczność znalezienia nowego mieszkania dla Ani. Oczywiście, że fizycznie go nie szukam w oddalonej o około 230 kilometrów Łodzi, ale jestem w to zaangażowana emocjonalnie i wsparciowo. Dotychczasowym mieszkaniem Ani będzie teraz zarządzał syn właścicieli, a on ma inne plany niż wynajem nieremontowanej nieruchomości po niskich cenach.
2. Nadchodzące rozprawy sądowe. Wrześniowy termin rozstrzygnięcia sprawy frankowej zbliża się wielkimi krokami. To naprawdę stres tak wielkiego formatu, że nawet nie chcę się nad tym tutaj rozwodzić.
3. Czekający mnie turnus w sanatorium. Dostałam nowy termin na początek przyszłego miesiąca, a na razie temat pokoju jednoosobowego coś źle wygląda.
4. Poszukiwanie lepszego zajęcia dla Kacpra, co oczywiście też nie jest moim zadaniem, ale nie sposób tego nie przeżywać.
5. Odłożone na skutek choroby prace porządkowe, niezbędne przed rozpoczęciem akcji wymiany pieca i naprawy instalacji grzewczej.
Ze spraw zaś, które mamy już za sobą, mogę tu wspomnieć o zarządzonej przez sąsiadkę wycince drzew wzdłuż jej posesji. Też się tym stresowałam, ale okazało się, że poszło to nawet szybko i sprawnie. Co prawda w wyniku prac drwala ucierpiało mnóstwo roślin na grządkach, zaś winogrona zostały całkiem wycięte, ale nie mogę mieć o to do niego pretensji, skoro „gdzie drwa rąbią tam wióry lecą”. I nawet jestem teraz wdzięczna sąsiadce, która całą akcję zorganizowała. Rzeczywiście ta wycinka była nam potrzebna, żebyśmy całkiem nie zarośli.
Trochę mi tylko szkoda, że przypadła na ten okres, który jest moim najbardziej ulubionym w całym roku – wybarwiania się liści i winorośli. I niestety ani im, ani mnie nie było dane doczekać pełni tego zjawiska przed wycięciem, choć tegoroczna jesień spieszyła się ze zmianą kolorów jak tylko mogła, zachodząc nawet na lato. I o ile liście drzew i krzewów już trochę zdążyły się wyzłocić, a nawet w wyniku suchego sierpnia częściowo opaść, to obawiam się, że efektu wybarwionego czerwienią winorośli podwórka w tym roku nie będzie. No ale trudno. Trzeba sobie powiedzieć, że są sprawy ważne i ważniejsze. Trzeba wykazać się rozsądkiem i dojrzałością.
„W mądrości indiańskiej jesień jest czasem mądrości i dojrzewania. Zarówno dosłownie na polach kukurydzy, kapusty i dyń, jak i w przenośni, w naszych własnych umysłach. Czego ważnego nauczyłam się w tym roku? Jakie plony moich myśli zbieram tej jesieni? Jakie nasiona chcę zachować na wiosnę?” - pyta dzisiaj autorka mojego ulubionego kalendarza. A ja naprawdę nadal nie jestem gotowa na podsumowania i udzielanie odpowiedzi. Na dobrą sprawę, w sensie kalendarzowego początku, do tej jesieni jeszcze mamy ponad pół miesiąca. Może zdążę do tego czasu i dojrzeć, i zmądrzeć. A potem będą jeszcze trzy jesienne miesiące, by przygotować odpowiedzi na pytania Beaty Pawlikowskiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz