niedziela, 7 września 2025

KSIĘŻNICZKOWY POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI - SRI LANKA: Dambulla, Sigiriya

Poprzedni wpis z naszej podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/08/tak-naprawde-to-miaa-byc-sigiriya.html

Codziennie modyfikujemy plany – dziś powinnyśmy już być w trzecim hotelu na północy, a jesteśmy wciąż w pierwszym. Ale tak nam tu dobrzenapisałam Monice nazajutrz po safari.

Tyle że tym razem byłam o jedno doświadczenie mądrzejsza – nie czekałam na wieczór, anulowałam kolejny nocleg w Sigiryi już o poranku. Szykowałyśmy się na nową wycieczkę i nie chciałam powielania scenariusza z poprzedniego dnia. Poza tym Dambulla okazała się nadspodziewanie dobrą bazą wypadową do zwiedzania Północy.

Moja decyzja spowodowała jednak konieczność przeprowadzenia się do innego pokoju w Evergreen – dotychczas zajmowaną przeze mnie jedynkę zarezerwował na tę noc jakiś backpacker.

Ach, jak ja lubię takie zmiany, których skutkiem jest poprawienie sobie standardu. Czy to nie cudowne - nieoczekiwanie dostać nieodpłatny upgrade do większego pokoju i to z klimą (w jedynce był tylko wiatrak) w bonusie? I oglądać z balkonu zwieszające się z drzew, dojrzewające owoce mango, tak blisko, że omal w zasięgu ręki?

I w takich właśnie komfortowych warunkach spędzam ostatnią noc w Dambulli. Księżniczka? A jakże!

Niestety, nasz księżniczkowy czas na Północy zbliża się do końca. Tego popołudnia wyjedziemy do Kandy, która jest następną z kolei historyczną stolicą Sri Lanki.

Ale przedpołudniem czekają na nas w okolicy jeszcze dwa zabytki, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO:

1. Sigiriya (wpis w 1982 roku) - kompleks pałacowy (ruiny) u podnóża oraz na szczycie 180 metrowej skały magmowej, która jest pozostałością po zapadniętym wulkanie. Według legendy tutaj właśnie w V w.n.e. król Kassapa, a właściwie ururpator Kassapa, po zamordowaniu ojca i przewrocie pałacowym zbudował swoją warownię obronną. Zamieszkał w niej w obawie przed zemstą swojego przyrodniego brata Mogallana, który był prawowitym następcą tronu.

Jednocześnie Kassapa, nie chcąc rezygnować z życia w luksusie, wyposażył swoją rezydencję iście po królewsku. W dolnym pałacu znajdowały się ogrody, baseny, a nawet pewien rodzaj fontann. Mieszkało tam też podobno pięćset nałożnic Kassapy. Niektóre z ich portretów jeszcze dziś można zobaczyć na ścianie galerii w Sirigiyi (zakaz fotografowania!). Według przekazów król miał również u podnóża skały fosę pełną krokodyli. Były one specyficzną odmianą pałacowej ochrony.

Ale sprawiedliwość dosięgnęła Kassapę nawet w takim miejscu. Mogallan przez osiemnaście lat zbierał siły zbrojne w Indiach, ale w końcu na czele ogromnej armii zaatakował twierdzę brata. Nie mając szans na zwycięstwo, Kassapa popełnił samobójstwo.

Władza powróciła w ręce prawowitego króla. Nie zamierzał on jednak zamieszkać w pałacu Kassapy. Okazało się, że utrzymanie obiektu jest zbyt kosztowne.

Przez wieki kompleks niszczał i obracał się w ruinę. Podobno w międzyczasie mieszkali w nim buddyjscy mnisi, którzy też go w końcu opuścili. Obecnie jest to wielka atrakcja turystyczna nie tylko ze względu na historyczne znaczenie. Twierdza robi ogromnie wrażenie z powodu swojego położenia. Skała, która samotnie wyrasta na porośniętej dżunglą równinie jest niezwykle malownicza. Skojarzenia z „Królem lwem” nasuwają się same. Nie na darmo nazwa Sigiriya oznacza Lwią Skałę.

Po wspięciu się na nią można podziwiać niezrównany widok okolicy ze zbiornikiem wodnym u podnóża oraz skałą Pidurangala. Jednak należy pamiętać, że wspinaczka w upalny dzień może być uciążliwa i wymagająca zapasu wody. Na dodatek – i tak było w naszym przypadku, pokonanie 1200 schodów odbywa się w tłumie odwiedzających, którzy tworzą czasem naprawdę sporą kolejkę na szczyt. My zalecamy omijanie tam wszelkich przewodników, czy też różnego rodzaju „pomagierów” wspinaczkowych, którzy wręcz czyhają na starszych lub mniej sprawnych turystów. No chyba, że ktoś naprawdę potrzebuje pomocy w postaci ciągnięcia go za rękę i ustawiania do zdjęć.

2. Kolejnym zabytkiem Sri Lanki wpisanym na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO (1991r.) jest zespół świątyń jaskiniowych w Dambulli.

Historia tego miejsca jest długa, podobno w jego okolicy mieści się około osiemdziesięciu jaskiń, które ludzie zamieszkiwali już od 2700 r.p.n.e. Ich dziełem był także wydrążony w skale klasztor. I to właśnie w nim postanowił ukryć się w I w.p.n.e. król Anarudhapury, który musiał salwować się ucieczką ze swojego królestwa w obawie przed hmm... uzurpatorem. Podobno Valagamba spędził w klasztorze piętnaście lat. Zebrał jednak w tym czasie siły, które pozwoliły mu odzyskać tron i zajmować go przez następne dwudziestolecie. Władca jednak nie zapomniał, ile zawdzięcza mnichom i klasztorowi w Dambulli. W geście wdzięczności rozpoczął jego rozbudowę, której skutkiem było powiększenie zajmowanych jaskiń, wydrążenie następnych oraz wyposażenie powstałych świątyń. Jego dzieło kontynuowali następni królowie.

Prace nad ich ukończeniem trwały kilkaset lat, w epoce panowania władców miast Anuradhapury i Polonnaruwy. (...) Wejście do kompleksu świątynnego położone jest pod ogromnym nawisem skalnym z dobudowaną werandą, za którym znajduje się pięć głównych jaskiń Dambulli. Są to kolejno Dewaradża Viharaya (Świątynia Króla-boga), Maharadża Viharaya (Świątynia Wielkich Królów), Maha Alut Viharaya (Wielka Nowa Świątynia), Pachima Viharaya (Zachodnia Świątynia) oraz Devana Alut Viharaya (Druga Nowa Świątynia)”, jak można przeczytać na stronie https://plndesign.pl/lifestyle/zlota-swiatynia-dambulla-wyjatkowa-jaskiniowa-swiatynia/.

każda z nich pełna jest malowideł ściennych i posągów przedstawiających Buddę, bóstwa hinduistyczne oraz postacie historyczne. Malowidła pokrywające ściany i sufity jaskiń łącznie zajmują powierzchnię ponad 2000 metrów kwadratowych, co czyni je jednymi z największych i najbardziej imponujących zbiorów sztuki buddyjskiej na świecie”- uzupełnia autor strony (https://travels-with-ania.com/sri-lanka-skarby-wyspy-z-listy-unesco-2/).

Niemniej imponujący jest zbiór posągów Buddy. W jaskiniach znajduje się 150 jego statuetek, jak podaje mój ulubiony blog dotyczący tej części świata („Plecak i walizka”). Tworzy to rodzaj zadziwiającego zagęszczenia. Niestety podczas naszej wizyty było też dosyć gęsto od zwiedzających, więc mistyczna atmosfera, nad którą rozwodzą się niektórzy internauci, okazała się dla mnie słabo wyczuwalna.

Ale ogólnie rzecz biorąc, miejsce jest niezwykle urokliwe i ze wszech miar warte odwiedzenia. Już sama droga na szczyt, odsłaniająca z każdym stopniem (tak, tu znowu masa schodów) coraz rozleglejszą i wyjątkowo malowniczą panoramę jest bardzo atrakcyjna. Kompleks ładnie zgrywa się też z elementami natury. Można tam nacieszyć oczy widokiem świątynnych drzew, czy też malutkiego stawu porośniętego kolorowymi nenufarami.

Pomne poparzeń na stopach w poprzednich miejscach kultu, tym razem zwiedzałyśmy świątynie w skarpetkach. Do końca co prawda, nie załatwia to problemu (stąd na przykład rezygnacja z oglądania dziedzińca przed wejściem), ale jednak łagodzi kontakt z rozgrzaną słońcem nawierzchnią.

Dla Lankijczyków kompleks świątyń jest wciąż żywym miejscem kultu, wielu z nich zwiedza je w nabożnym skupieniu lub oddaje się tam modlitwie. Zaskakujące na Sri Lance było dla mnie to, że chociaż Budda nie ma wśród wyznawców statusu Boga, to jednak traktowany jest z absolutnie porównywalną lub nawet przewyższającą naszą religię czcią boską. Zasady takie jak stosowny ubiór w świątyniach – zakrycie ramion i kolan oraz zdjęcie butów i czapek przed wejściem są rygorystycznie przestrzegane. Nie mówiąc już o zakazie fotografowania się tyłem lub w pozbawionej szacunku pozie względem posągów Buddy. Takie zachowanie jest uznawane za znieważenie, co stanowi bardzo poważne przestępstwo na Sri Lance i grozi za nie surowa kara w postaci na przykład aresztowania, uwięzienia lub deportacji. Myślę, że my katolicy moglibyśmy się wiele nauczyć od lankijskich buddystów na temat szacunku dla swojego Boga.

Drugim zaskoczeniem był dla mnie widok buddyjskich mnichów. Musiałam porzucić swoje wyobrażenia, w których jawili mi się jako ascetyczni starcy, ponieważ okazało się, że wszystko zmienia się z duchem czasu. Dzisiejsi mnisi wyglądają na dobrze odkarmionych, noszą wygodne mokasyny z miękkiej skóry i okulary przeciwsłoneczne, korzystają z udogodnień cywilizacyjnych typu tuk-tuki czy też telefony komórkowe. Przynajmniej ja właśnie takich na Sri Lance widziałam. I żaden z nich nie sprawiał wrażenia osoby, której by się źle powodziło.

Ale tak naprawdę nie ma w tym chyba nic dziwnego. Buddyści, których jest w kraju 75% na pewno potrafią zadbać o swoje duchowieństwo. Oglądane przez nas buddyjskie świątynie też wyglądały na zadbane. Te o znaczeniu historycznym są pod opieką finansową państwa. Ale zawsze też można zwrócić się o pomoc do buddyjskich wiernych z bogatszych krajów świata. Na przykład dzięki dotacji z Japonii w roku 2000 zbudowano poniżej kompleksu jaskiniowego w Dambulli budynek Złotej Świątyni. W jego wnętrzu mieści się również Muzeum Buddyzmu. Całość, okrzyknięta w internecie niechlubnym, lecz w pełni zasłużonym, mianem kiczu zwieńczona jest trzydziestometrowym złotym posągiem Buddy i już z daleka rzuca się w oczy.

Oczywiście niezastąpiony Isuru podwoził nas najbliżej, jak się tylko dało, wejść do wszystkich tych obiektów. Nie mogłyśmy trafić na lepszego kierowcę. Czułyśmy się przy nim bardzo zaopiekowane i bezpieczne. Isuru nie tylko ułatwił, ale i umilił nasz pobyt na Północy. Obdarował nas kwiatami lotosu dla Buddy, gotowaną kukurydzą, gdy byłyśmy głodne, załatwił owoc mango na śniadanie. Przystawał tuk-tukiem przy wszystkim, co mogło nas zainteresować po drodze: a to jezioro z liliami wodnymi, a to waran leśny na poboczu drogi, czy też, choć to akurat była wtopa, przy wjeździe do Old Herbal Village.

Ale oczywiście o to, że wtopiłyśmy czas i pieniądze w takiej wątpliwej atrakcji, mogłybyśmy mieć pretensje tylko do siebie. Isuru uczciwie pytał, czy chcemy. Lecz cóż, z naszą asertywnością wiadomo, że byłyśmy na tak, choć tak naprawdę chyba należało wówczas odpocząć po dosyć długiej i intensywnej wycieczce do Polonnaruwy. Tłumaczył nam też, że zwiedzanie „Starej Wioski Ziołowej” (tłumacz google) jest darmowe. Tylko znów nie wziął pod uwagę naszej asertywności, która chyba bardzo się różni od lankijskiej. Zwiedzanie owszem, było darmowe, ale później zostałyśmy zaproszone do sklepu z wyrobami podobno ayurwedyjskimi. I nawet zamierzałyśmy tam coś kupić, żeby odwdzięczyć się za poświęcony czas przewodnikowi, oprowadzającemu nas po Old Herbal Village. Nie wzięłyśmy jednak pod uwagę jego „handlowych” umiejętności. Wciskanie i naciąganie przeszło w tym miejscu wszelkie nasze wyobrażenie. Nie mówiąc już o cenach. Z naszą asertywnością wyszłyśmy oskubane i zniesmaczone, że potraktowano nas jak bezmózgie worki z pieniędzmi. Mam taki niesmak związany z tą sytuacją, że nawet jeszcze nie wypakowałam z walizki tych „medykamentów”, które stamtąd pochodzą. Ale to chyba był nie tylko nasz problem. Internet aż się gotuje z oburzenia na praktyki stosowane w takich miejscach. No cóż, trzeba było po prostu lepiej się przygotować do tego wyjazdu i przeczytać wcześniej choć parę opinii.

Lecz nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Trzeba nad tym przejść do porządku dziennego i skupić się na jasnej stronie tej podróży. Trzeba cieszyć się miłymi wspomnieniami i wierzyć, że przed nami kolejne takie. Walizki mamy już spakowane. Przyszła pora, by pożegnać gościnną Północ. Księżniczki muszą w końcu powrócić do rzeczywistości...

Następny wpis z naszej podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/09/w-przygotowaniu.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz