niedziela, 31 grudnia 2017

NOWY ROK


W młodości przez lata moją ulubioną książką był "Czarnoksiężnik z Archipelagu". To dlatego, że już wtedy wiedziałam, że nikt nie ucieknie przed tym, z czym boi się zmierzyć. To go dopadnie gdziekolwiek będzie.

Mimo to wciąż uciekam.

Od śmierci Bartka w okresie świątecznym zabieram moją rodzinę z domu i wyruszamy w świat - byle dalej od wspomnień. Wyjątkiem stało się ubiegłoroczne Boże Narodzenie, przed którym Kacper połamał kości. Siła wyższa zmusiła nas wtedy do odwołania rezerwacji w Pradze.







Tego roku wieczór Sylwestrowy spędzamy na Costa Brava. Miło przywitać Nowy Rok na plaży, choć tu w Katalonii nie jest to związane z żadnymi hucznymi obchodami. Dziewczyna Kacpra jest rozczarowana, bo tej nocy w Lloret de Mar nie udaje nam się zobaczyć nawet jednego rozbłysku na niebie. Zero fajerwerków!


Z telewizji dowiadujemy się, że można co prawda obejrzeć ich pokaz w Barcelonie, ale chętnych jest chyba tak wielu, że skutkuje to zakorkowaniem dróg prowadzących do miasta. Ani mi w głowie tłuc się komunikacją publiczną na tę imprezę (taka jest telewizyjna sugestia). Jeśli sztuczne ognie byłyby dla mnie Sylwestrowym priorytetem, to tej nocy pozostałabym w naszym mieście, gdzie prawie rok w rok aranżowane są całkiem niezłe spektakle na niebie.

Ale tutaj zamiast tłumnego świętowania mam bezpretensjonalną kameralność. To pasuje.do mojego nastroju. Gdy żegnam Stary Rok, nieuchronnie dopadają mnie wspomnienia.



Piszę do Ani:
"Cały czas myślę podczas tego wyjazdu o Was - powinniście być tu z nami i cieszyć się tym hiszpańskim Sylwestrem. Bardzo mi Was tutaj brakuje. Minął następny rok i wciąż nie mogę zaakceptować tego, że nie przywitamy wspólnie kolejnych. Mogę mieć tylko nadzieję, że będą szczęśliwsze, szczególnie dla Ciebie Kochana."
Ania wie doskonale, co mi chodzi po głowie. Odpisuje, że też myśli o wspólnie spędzonym Sylwestrze we Włoszech. Mój Boże, od tamtego czasu minęły już dwa smutne lata.





Żeby mi poprawić nastrój mąż proponuje, że zabierze mnie rankiem na wycieczkę.
Nie mógł wybrać lepszego celu noworocznego wypadu. Monastyr na Górze Montserrat jest wyjątkowo bliskim mojemu sercu miejscem, w którym tego roku spędziliśmy już kilka przedwielkanocnych dni. Ogarnia mnie szczęście, że znów mam taki skarb dla siebie na parę niezapomnianych godzin.

Po wyjeździe z kompleksu klasztornego piszę kolejnego sms-a do Ani: "Był to dzień pełen z jednej strony niezwykle ciepłych doznań, a z drugiej ściskających serce wspomnień. Modliłam się za nas wszystkich  i mam nadzieję, ze dobry Bóg wysłuchał mnie w takim pięknym miejscu."


Do Lloret de Mar wracamy już po zmroku. Trochę błądzimy w drodze powrotnej, docierając aż do Manresy. Nie żałujemy, bo udaje nam się zobaczyć wyjątkową w swym zamknięciu na głucho i jakby izolacji od czasu i świata zewnętrznego katedrę oraz poczuć z lekka klimat miasteczka - opustoszałego i na pierwszy rzut oka wyglądającego jak wymarłe w to świąteczne styczniowe popołudnie. Sprawiło to na mnie niesamowite, trochę nierzeczywiste wrażenie. Myślę, że Manresa warta jest dalszego, bardziej wnikliwego spenetrowania.


Lecz nie tym razem. Tego dnia trochę poganiam, bo obawiam się szukania po zmroku przejazdu przez sieć dróg szybkiego ruchu w Barcelonie. Na szczęście podczas tej wycieczki już więcej nie zbłądziliśmy.


W naszym apartamencie Niu D'or w Lloret de Mar, do którego w końcu tak się przyzwyczaiłam, że żal mi będzie wyjeżdżać z niego nazajutrz, Kacper otwiera na przywitanie Nowego Roku dwa szampany: jeden to tutejsza Cava - Semi Deco, a drugi - Blue Moscato, zakupiony głównie ze względu na urzekający kolor. Moi bliscy nie przepadają za takimi trunkami, więc pozostaję jedyną osobą wznoszącą toasty naprzemiennie raz jednym z nich, raz drugim. Za pomyślność w Nowym Roku...
Niech będzie w porównaniu do poprzednich "lżejszy", jak określiła to Ania.
Panie, dość już wycierpieliśmy ostatnio, daj nam proszę wszystkim ukojenie. Nie pozwól, aby nasze życie było wieczną ucieczką przed tym, co nosimy w swoich sercach.

Do Siego Roku!



P.s. Relację z wielkanocnej i bożonarodzeniowej Katalonii napiszę w wolnej chwili.









poniedziałek, 25 grudnia 2017

BOŻE NARODZENIE Z CUDEM






Mary, did you know
That your baby boy will one day walk on water?

Mary, did you know
That your baby boy will save our sons and daughters?

Mark Lowry

http://www.tekstowo.pl/piosenka,pentatonix,mary__did_you_know_.html






Wszyscy odczuwamy tegoroczne Boże Narodzenie jako czas wyjątkowy. Dla Kacpra są to pierwsze Święta spędzane ze swoją dziewczyną, my z mężem  myślimy o nich jako o kolejnym podarku od życia -  kilka niecodziennych, rodzinnych dni  bez konieczności szpitalnej rozłąki. Może więc tym, co czyni ten okres wyjątkowym jest nasze nastawienie?
Dzięki niemu jakże wybornie smakują wigilijne potrawy przygotowane zgodnie z tradycją naszej rodziny przez Monikę, jak miło słucha się i podśpiewuje kolędy przy muzycznym akompaniamencie moich siostrzeńców, jaką radość sprawia rozpakowywanie świątecznych prezentów...

W nocy rodzi się Bóg...

Przychodzi na świat wtedy, gdy już zasypiam, zmęczona przyspieszonymi świątecznymi przygotowaniami i wigilijnymi wrażeniami.  I jest jak w słowach kolędy:
"Z Narodzenia Pana dzień dziś wesoły ..."

Gloria, gloria, in exelsis Deo!

Na stronie jednej z parafii w Sieradzu znajduję tegoroczne życzenia świąteczne, rozpoczęte w taki sposób:
"Boże Narodzenie to Święto Miłości Boga, który nas zupełnie zaskakuje! Staje się człowiekiem, żebyśmy zobaczyli, jak niesłychanie nas kocha."

http://nsj-sieradz.pl/index.php/aktualnosci2/template-settings/263-narodzenie-panskie-25-xii-2017r

W ostatnim czasie dostałam namacalny dowód Tej Miłości. Od Boga, który stał się człowiekiem. To dlatego nie załamałam się z powodu Karty Leczenia Onkologicznego, życzeń Pani Radiolog ani spodziewanego pobytu w Klinice Hematologii i Transplantacji Szpiku w Katowicach. Dzięki Jezusowi jestem uczestniczką cudu uzdrowienia!

Opowiadam tę historię, by dać świadectwo.
To krótka relacja  z tego, czego doznałam na mszy w szpitalu, gdzie mój mąż przebywał tuż po Wszystkich Świętych. Podczas tego nabożeństwa szpitalny Kapelan przeczytał fragment Pisma Świętego na temat uzdrowienia.

 *

Łk 14, 1-6    

Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. A oto zjawił się przed Nim pewien człowiek chory na wodną puchlinę.

Wtedy Jezus zapytał uczonych w Prawie i faryzeuszów: "Czy wolno w szabat uzdrawiać, czy też nie?" Lecz oni milczeli. On zaś dotknął go, uzdrowił i odprawił.

A do nich rzekł: "Któż z was, jeśli jego syn albo wół wpadnie do studni, nie wyciągnie go zaraz nawet w dzień szabatu?" I nie mogli Mu na to odpowiedzieć.


 *

Nie zwróciłabym może na to czytanie szczególnej uwagi, gdyby w następnych słowach Kapelan nie wezwał wiernych do modlitwy - do JEZUSA UZDRAWIAJĄCEGO W SZABAT! 
Ciało zareagowało pierwsze.  I nagle to poczułam: dreszcz przeszywający mnie od stop do głów (tyle, że kierunek był zupełnie odwrotny). Ułamek sekundy później do mojej świadomości dotarł jego powód: zdałam sobie sprawę, że jest piątkowy wieczór - najprawdziwszy żydowski szabat. I wiem, że dokładnie w tamtej chwili zostałam uzdrowiona przez Jezusa. Wierzę...

Czasem uzdrowienie nie objawia się w sposób błyskawiczny. Tak jest ze mną. Moje uzdrowienie potrzebuje trochę czasu, by doprowadzić mnie do pełni zdrowia. Ale że to nastąpi wcześniej, czy później, co do tego nie mam żadnych wątpliwości.
Dzięki Ci JEZU UZDRAWIAJĄCY W SZABAT.
Dzięki Ci Jezu, który dajesz ludziom takie dowody swojej nieograniczonej Miłości.

"Ślepemu wzrok,
Głuchemu dźwięk,
Zmarłemu życia dar.
Chromemu krok,
Niememu pieśń,
Przynosi Chrystus Pan."

To słowa tłumaczenia utworu "Mary did you know", wykonanego po polsku przez Kubę Badacha. I choć na stronie tekstowo.pl nie brak krytyki za niezgodność tekstu z oryginałem, to jednak jest to dobry wybór na czas Bożego Narodzenia.

"Mario czy już wiesz,
Kim okaże się twój syn, twój mały chłopiec?
Mario czy ty wiesz,
Że te stópki dwie po wodzie będą kroczyć?
Czy ty wiesz,
Że ta mała dłoń powstrzyma wielki wiatr?
Że dałaś życie temu, kto tobie życie da?"


Słucham i słucham tych pytań skierowanych do Matki tulącej w objęciach nowonarodzone Maleństwo. I oczywiście, czy tego chcę, czy nie, do głowy przychodzą mi następne: Mario, czy już wiesz, że Twój ukochany syn urodził się po to, by stać się krwawą ofiarą za grzechy tego świata?
Mario czy ty wiesz jak bardzo Twój pieszczony teraz chłopiec będzie cierpiał na swojej drodze krzyżowej? 
Czy ty wiesz, że będziesz umierała po tysiąckroć z każdym wspomnieniem bólu Twego dziecka?



Ale to pewnie niedobry czas na stawianie takich pytań. Teraz trzeba się cieszyć emanacją Bożej Miłości. Trzeba nisko kłaniać się Matce, która powiła Syna. Trzeba wyśpiewywać na chwałę Panu. Jest Boże Narodzenie...

Gloria, gloria, in exelsis Deo! 










sobota, 23 grudnia 2017

ŚWIĄTECZNE ŻYCZENIA




Tak się cieszę, że spędzę Święta w domu. Zostało już do nich zaledwie parę dni. Próbuję nadrobić stracony czas i przyspieszyć z przygotowaniami. Nie za bardzo mi wychodzi. Ale kulinarne zmagania właściwie odpadają - moja siostra zaprasza nas na Wigilię, a brat na pierwszy świąteczny dzień.  W drugi wylatujemy do Katalonii.
Piekę więc tylko szybko pierniczki, nazwane przez autorkę przepisu „last minute”. To już ostatnia pierniczkowa szansa dla tak spóźnionych z wypiekami jak ja. Smakują wybornie, nawet Kacper mnie chwali. Robimy z mężem trochę smakołykowych zakupów – próbujemy zgromadzić tylko to, co zjemy przed wyjazdem - nie lubię, jak jedzenie się marnuje. Kiedy kupuję wiejską kiełbasę, wdaję się w rozmowę z ekspedientką, narzekając nieco na deszczową pogodę, która podobno może potrwać przez całe Święta.
- Jeśli tylko w domu wszystko będzie dobrze, to nieważne to, co na zewnątrz – podsumowuje kobieta z drugiej strony lady. Zamiast angielskich konwenansów o pogodzie, słyszę w jej słowach prawdziwą życiową mądrość. Powinna była zostać psychoterapeutką, nie sprzedawczynią kiełbasy.
Z pomocą Kacpra jakoś udaje mi się też zrobić zakupy prezentowe. Może i nie są one za bardzo wyszukane, ale mam nadzieję, ze choć trochę radości sprawią. Wszystko u nas w tym roku okazuje się „last minute”.
Pierwsze świąteczne prezenty zostają i nam wręczone. Od Beaty dostaję orzechowo – szyszkową choinkę, zrobioną z ogromną cierpliwością przez podopiecznych warsztatów zajęciowych Brata Alberta - będzie to piękna ozdoba mojego tegorocznego wigilijnego stołu. Nasza religijna wspólnota z Oazy, z którą nie spotykaliśmy się przez cały okres chorobowy, przysyła nam pocztą kwiatową wielki kosz prezentowy pełen rozmaitych pyszności. Mój mąż jest tak wzruszony tym dowodem pamięci i sympatii, że ledwo udaje mu się wykrztusić podziękowania. Mnie ujmują ciasteczka korzenne i złote kokardki, otrzymane od Rodziców Agnieszki, która urodziła się razem z Bartkiem. Czuję Wielkie Współczujące Serce w tym geście. I wiem już, czym chcę ozdobić choinkę w tym roku. Z myślą o  niej wykupuję dodatkowo z pobliskiego marketu cały zapas (nie jest tego aż tak wiele, jakby można by było sobie wyobrazić) materiałowych serduszek i drewnianych szarych aniołków. Zachęca mnie cena - jest już tak późno, że załapuję się na świąteczną wyprzedaż.
Od lat w Boże Narodzenie mamy cykliczną przeplatankę  - jednego roku świętujemy z choinką w doniczce, którą na pewno uda się na wiosnę przesadzić do ogrodu (jeszcze nigdy nam się to nie udało),  następnego, mając w pamięci poprzednią nieudaną próbę – poprzestajemy na sztucznym drzewku. Tym razem wiem na pewno, że chcę to prawdziwe – z zapachem lasu i igiełkami kłującymi przy wieszaniu ozdób. Tego roku stawiam na życie.
Oczywiście o zdrowiu nie zapominam. Mam jeszcze do zrobienia przed Świętami USG brzucha. Miła pani radiolog pyta, co mnie sprowadza.
- Podejrzenie chłoniaka – odpowiadam zgodnie z prawdą.
Lekarka chce mnie najwyraźniej pocieszyć. Zaczyna więc wychwalać chłoniaki na wszelkie możliwe sposoby. Jak one się dobrze leczą i jak wspaniale reagują na chemioterapię! I ilu pacjentów przeszło taką chorobę bez tragicznych następstw i żyje do dziś! Właściwie to reklamuje mi ją przez całe badanie, zachęcając ochoczo: - Nic tylko trzeba się modlić, żeby się okazało, że to jest chłoniak!
Tak jakoś nie przychodzi jej do głowy (mimo tego, że, jak wykazuje badanie, moje wewnętrzne węzły chłonne nie powiększyły się od ostatniego USG), że są jeszcze lepsze życiowe scenariusze,  Ale wiem, że pani doktor kieruje się jak najlepszymi pobudkami. I w pełni to doceniam.
Na do widzenia życzy mi... żebym miała chłoniaka! To według niej najlepsza opcja dla mnie. Jak widać, świąteczne życzenia mają również różne oblicza.



Następnego dnia mój mąż z synem wnoszą do domu piękną pachnącą jodłę kaukaską w doniczce. I cóż powiedzieć na to wszystko...? 

WESOŁYCH ŚWIĄT!






Pierniczki zrobiłam z przepisu na stronie kotlet.TV, a lukier do nich ze strony beszamel.pl (chciałam, by miał smak cytrynowy).

*

Pierniczki „last minute” 


http://kotlet.tv/pierniczki/

Pierniczki nie muszą długo kruszeć, są idealne do podkradania jeszcze tego samego dnia. Można powiedzieć, że to takie pierniczki na ostatnią chwilę. Smacznego.


Pierniczki „last minute” krok po kroku
  •  czas: ok. 35 minut
  •  
  •  liczba porcji: 2 blaszki pierniczków

Składniki:

  • 2 szklanki mąki (z górką)
  • ok. 240 g masła
  • 1 żółtko
  • 1 całe jajko
  • 2 łyżki miodu
  • 4 łyżki przyprawy do piernika
  • 2 łyżki cukru pudru

lukier:

  • białko
  • ponad 1 szklanka cukru pudru


KROK 1:Na blat wysypuję mąkę, dodaję cukier puder, przyprawę do piernika i masło. Siekam nożem, aby masło było w małych kawałkach.

KROK 2:Dodaję miód, żółtko i całe jajko. Zagniatam.

KROK 3:Wstawiam na kilka minut do lodówki (by lekko się schłodziło).

KROK 4:Wałkuję, wycinam wzorki i układam na blaszce na papierze do pieczenia. Wstawiam do nagrzanego do 180°C piekarnika i piekę 10–15 minut. Gotowe. Z białka i cukru pudru kręcę biały, gęsty lukier, napełniam szprycę lub mały woreczek foliowy i dekoruję pierniczki. :)

*

Jak zrobić lukier do pierniczków? 

http://beszamel.se.pl/ciasteczka-i-pierniczki/jak-zrobic-lukier-do-pierniczkow-przepis-wideo,3511/


Składniki

  • 30 dag cukru pudru
  • 3 łyżki wody
  • 1 dojrzała cytryna
  • olejek waniliowy lub pomarańczowy
  • opcjonalnie: rum albo miodówka
Przygotowanie krok po kroku:
  • Cytrynę wyciskamy, aby otrzymać 3 łyżki soku.
  • Dodajemy pozostałe składniki i mieszamy ze sobą tak długo, aż uzyskamy jednorodną masę, po czym dodajemy aromatyczny olejek, najlepiej waniliowy lub pomarańczowy.
  • Wszystko ponownie mieszamy, w trakcie możemy dodać też kilka kropel rumu lub miodówki. Jeśli lukier wychodzi nam za rzadki, zagęszczamy go większą ilością cukru pudru.



  • P.S. Do lukru nie dodałam wody, wystarczył mi sam sok z cytryny + kilka kropel świetnego rumu na miodzie z Gran Canarii. Nie aromatyzowałam już dodatkowo sztucznie żadnymi olejkami. Cukru pudru wsypywałam tyle, żeby mieć gęstą konsystencję.










środa, 20 grudnia 2017

PRZEDŚWIĄTECZNIE




Dlaczego tak źle reaguję na słowo szpital, choć mam mało związanych z nim doświadczeń (a na te ostatnie, dotyczące usuwania kamieni, można  właściwie machnąć ręką)? 
To znów trauma z okresu ciąży i porodu. Tego pierwszego, bo następny odbył się już w „ludzkich” warunkach. Ale 27 lat temu, gdy spodziewałam się przyjścia na świat małego Bartusia, szpitalna rzeczywistość, zwłaszcza na oddziałach ginekologiczno – położniczych okazała się dla mnie przerażająca.
W naszym miasteczku był wówczas szpital, zwany ”starym”, w odróżnieniu od „nowego”, którego budowa rozpoczęła się na długo przed narodzinami mojego pierworodnego syna i ciągnęła całymi dziesięcioleciami. W przedwojennych, zaniedbanych murach panowała atmosfera, jawiąca się młodej dziewczynie niczym z horroru – mroczna i przygnębiająca. Wrażenie to potęgował fakt, że kompleks szpitalny był rozlokowany w kilku budynkach, dojeżdżając z centrum miasta, najpierw trzeba było minąć ten, w którym mieściło się prosektorium.
W takich warunkach przyszło mi spędzić czas podtrzymania ciąży. Do dziś trudno mi zrozumieć, czemu lekarz tak zdecydował, jeśli nie była ona na tyle zagrożona, bym miała wskazanie do leżenia, zresztą nawet to można było zapewnić sobie w domu. Czas spędzony wówczas w „starym” szpitalu odczuwam jako wielki uraz psychiczny dla siebie i dla dziecka. W wielkiej siedemnastołóżkowej sali leżały obok siebie wszystkie pacjentki oddziału ginekologicznego – te, które starały się o zajście w ciążę wraz z tymi, które próbowały ją donosić, nierzadko bez optymistycznego finału. Cały czas obcowałyśmy więc z problemem poronień, a także z kobietami po planowanych i uskutecznionych skrobankach.
Jaką trzeba mieć odporność psychiczną, by znosić to dzień po dniu? Na dodatek nie wiadomo jak długo. W ogóle pod względem informacji medycznej to było prawdziwe zero. Pan ginekolog prowadzący (tak, to ten sam, który wcześniej robił mi USG) nie miał najmniejszego zamiaru uskutecznić ze mną jakiejkolwiek rozmowy i udzielić mi odpowiedzi na którekolwiek z moich pytań. Tryskająca radością i energią dziewczyna powoli zaczęła zamieniać się w istotę płaczliwą i zastraszoną.
W końcu spędziłam w tamtym miejscu cały miesiąc – ósmy - swojej pierwszej ciąży. Po rozpoczęciu dziewiątego wypuszczono mnie na wolność. Bartuś urodził się o czasie, dokładnie i zgodnie co do dnia z wyznaczonym terminem porodu. Niestety w jego trakcie znów przeżyliśmy horror.
Maleństwo, jak się później dowiedziałam, było trochę źle ułożone, jego główka zamiast w ujście skierowała się na spojenie łonowe. Od świtu do zmroku nikt z tym nic nie zrobił. W międzyczasie na moją salę porodową (tak, również pomieszczenie wieloosobowe) trafiła przyjaciółka ze studiów i urodziła swoją Agnieszkę. Do dziś mam poczucie jakiejś trudnej do sprecyzowania więzi między naszymi rodzonymi razem dziećmi. Gdy ja miałam bóle parte, położna kazała mi powstrzymać się od wszelkiej aktywności, by nie zrobić sobie krzywdy. Przetrzymałam więc (!) ten etap porodu i nadal leżałam na sali porodowej bez żadnej pomocy.
Dopiero po zmianie obsady na oddziale i objęciu dyżuru przez wieczorną zmianę, położne wcisnęły (całkiem dosłownie!) moje nienarodzone jeszcze dziecko w odpowiednie miejsce. Było strasznie, ale na szczęście nie trwało to długo. I nagle okazało się, że już właściwie mogłabym urodzić. Cóż z tego, gdy etap parcia miałam daleko za sobą. Po całym dniu bolesnych skurczów byłam już ledwie żywa ze zmęczenia. A miałam znów dostać lekarstwo, które je pobudzą. Ale właśnie wówczas lekarz zadecydował: VACUUM! Bo on! ma już dość tego przedłużającego się porodu! Oczywiście nikt mnie o zgodę nie zapytał. W owych czasach lekarz w szpitalu był właściwie Panem Życia i Śmierci, nikomu nie przyszło chyba nawet do głowy, by mu się przeciwstawić w jakiejkolwiek formie. Od pacjentek rodzących wcześniej, słyszało się o różnych akcjach w stosunku do ciężarnych na sali porodowej – z wulgarnym zwymyślaniem włącznie.
I w takim szpitalu właśnie przeszłam przez vacuum. Bez znieczulenia i żadnej informacji o tym, jak będzie wyglądał taki zabieg, wtłoczono przyssawkę w moje ciało - pomyślałam wtedy, że to jak brutalny zbiorowy gwałt. Bezceremonialnie wyciągnięto dziecko z mojego wnętrza, rozrywając mnie przy tym prawie na strzępy. Nawet głębokie nacięcie nic mi nie pomogło.   Usłyszałam mrożący w żyłach krzyk – był mój.
Nie miałam siły spojrzeć na moje Maleństwo, ale czekałam, by usłyszeć jego pierwszy płacz. Wykrwawiałam się, lecz byłam spokojna, bo wiedziałam, że Mój Skarb jest bezpieczny, zajmują się nim te położne, które wcześniej próbowały mi pomóc. W końcu mogłam rzucić okiem na trzymany przez nie biały zawój i uwierzyć im na słowo, że w jego środku jest moje Dziecko. Któraś z nich wreszcie wpadła na pomysł, żeby mi powiedzieć, jaka jest Jego płeć: SYN! Oto narodził się mój Bartuś!
W międzyczasie zostałam znieczulona do szycia. Zabieg ten trwał 45 minut i został zrobiony w taki sposób, że latami miałam dyskomfort związany z siedzeniem. Mało tego, tuż przy szwie wkrótce rozwinęła się endometrioza.
Bartusia dostałam dopiero następnego dnia – był wart każdego cierpienia. Nic nigdy mnie tak nie wzruszyło, jak pierwsze spojrzenie jego wielkich, ciemnych oczu, gdy podała mi go położna. Rozpłakałam się z... miłości. Najchętniej nie oddałabym go już nigdy nikomu. Ale system szpitalny był w tamtych latach sztywny, dzieci przywożono matkom co kilka godzin tylko do karmienia. Mój Maluszek był zawsze wcześniej nakarmiony. Ja po swoim urazowym porodzie długo nie miałam mleka.
I tak spędziliśmy z Bartusiem w starym szpitalu jeszcze dwa straszne tygodnie. Wszyscy wychodzili do swoich domów - z Agnieszką włącznie, a my musieliśmy pozostać zamknięci w tych budzących strach murach i to ze względu na mój stan zdrowia! Czułam się bardzo osłabiona – jakby nie było, straciłam mnóstwo krwi przy porodzie, szwy nie chciały się goić i w końcu się rozlazły, a jakiś kolejny lekarz zdecydował, że trzeba zrobić nowe. Oczywiście bez znieczulenia („co to tylko trzy szwy” – uzasadnił to pielęgniarce, bo nawet nie mnie). Na dodatek Bartusia prawie nie widywałam, pory karmienia trwały tak krótko... W moje szwy wdała się infekcja. Depresja mnie dobijała.
Z powodu postępującego zakażenia rany poporodowej zostałam po dwóch tygodniach przeniesiona na oddział septyczny. Tam można było mieć dziecko przy sobie, więc oddano mi Bartusia na stałe. Wreszcie mogłam go rozwinąć z zawiniątka, nakarmić, wtedy gdy był głodny, przytulać bez limitu czasowego. Uzdrowienie przyszło natychmiast. Następnego dnia zostaliśmy wypisani do domu! Ale mimo tak przeogromnego szczęścia rodzicielskiego jeszcze długie miesiące musiałam się zmagać z depresją i stresem pourazowym. Pół roku po porodzie potrafiłam na przykład zrywać się z łóżka w mgnieniu oka, gdy tylko sen przybliżył się do moich szpitalnych wspomnień.. Byłam przy tym zawsze zlana zimnym potem.
Ze starym szpitalem spotkałam się raz jeszcze osiem miesięcy później – przy okazji poronienia. Pamiętam, jak się wykrwawiałam na łóżku w dyżurce, a pielęgniarka, mimo najszczerszych wysiłków, nie mogła sprowadzić nikogo, kto by mi pomógł, bo akurat o świcie była zmiana dyżurów. Jedni lekarze już szykowali się do wyjścia, innym jeszcze nie udało się rozpocząć pracy. W końcu przeszłam zabieg czyszczenia - na żywo oczywiście, ponieważ w nocy wypiłam kilka łyków herbaty, co podobno uniemożliwiało moje znieczulenie. Gdy w końcu zdecydowano, że mogę wrócić do domu, nie czekałam na żaden odwóz ani na wypis. W akcie desperacji natychmiast założyłam swoje zakrwawione wcześniej ubranie! i biegiem! ruszyłam do siebie. Do tej pory, gdy mam do czynienia ze szpitalem to w mojej głowie włącza się wielki czerwony napis :UCIEKAJ!
A teraz jestem zmuszona działać wbrew niemu. I choć wiem, że minęło wiele lat i wiele się zmieniło, to się boję. Tyle, że jeszcze bardziej przerażające jest pozostawienie obecnej choroby bez leczenia. Nie, nie mogę teraz odejść, to by było nie fair wobec mojej Rodziny, która już tyle ostatnio wycierpiała. Muszę oddać się w ręce hematologów, którzy się mną zajmą i pomogą mi zachować życie w jak najlepszym zdrowiu. Jeśli mój onkolog dał mi skierowanie na oddział hematologiczny, to się na nim położę bez względu na wszystkie ogarniające mnie lęki.
A jednak nie! Wkrótce okazuje się, że życie ma swój własny pomysł w tej sprawie.
Rankiem w pierwszy dzień przedświątecznego tygodnia pakuję swoją piżamkę i szlafroczek i obdzwaniam wszystkie trzy Kliniki Hematologii, wskazane mi przez onkologa. I mina mi rzednie coraz bardziej, gdy słyszę, jakie są warunki objęcia opieką przez każdą z tych placówek.

Klinika nr 1 – Kraków: nie ma przyjęć na oddział bez wcześniejszego leczenia w Poradni Hematologicznej. Zostaje do niej przekierowana: terminy pierwszej wizyty są na sierpień! Można dzwonić nazajutrz rano do kierującej poradnią pani doktor z prośbą o wcześniejszy termin. Nie wiem, czy to ma sens, skoro na koniec rozmowy słyszę:
- U nas nawet pacjenci na chemię czekają w kolejce.
Klinika nr 2 – Katowice: nie ma miejsc na oddziale. Jeśli któreś się zwolni, to o przyjęciu nowego pacjenta decyduje konsylium lekarzy po przesłaniu dokumentacji medycznej. Można to zrobić mailowo. Decyduję się na to i z mety przesyłam na konsultację wyniki badań. Mam czekać na odpowiedź. Póki co, pytam więc o Poradnię Hematologiczną i dowiaduję się, że jest ona przeznaczona tylko dla podopiecznych oddziału.
Klinika nr 3 – Nowa Huta: tu również przyjęcie zależy od rezultatu konsultacji wyników badań. Nie można ich jednak przesłać mailowo, trzeba się z nimi stawić na oddziale osobiście. Umawiam się więc tam na dzień następny.
No i to już koniec. Możliwości się wyczerpały. Piżamka i szlafroczek będą na razie spały w domu. Okazuje się, że nie wystarczy się tylko przełamać, by zostać szpitalnym pacjentem na hematologii. Nie wystarczy nawet pogodzenie się z tym, że można z niego nie wyjść do domu przed Świętami.
Zaczynam się naprawdę martwić. Próbuję umówić się prywatnie do jakiegoś sensownego hematologa, ale najbliższe wolne terminy są na styczeń. No to kto mnie teraz obejmie opieką? Noc spędzam w przekonaniu, że nikt.
A jednak się mylę. Nazajutrz rano okazuje się, ze będą to Katowice. Wprawdzie miejsce na oddziale się nie zwolniło, ale konsylium lekarzy orzekło, że mogę umówić się na wizytę w ich poradni. Czuję się jakbym wygrała los na loterii. 

Poradnia Hematologiczna, Chemioterapii Onkologicznej i Immunologii w Katowicach jest częścią kompleksu Szpitala Klinicznego Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. Misja placówki brzmi: "Nowoczesna medycyna w zabytkowych murach". Hmm, to budzi u mnie pewne skojarzenia...  Przyglądam się bliżej stronie internetowej kliniki i czytam: "Szpital ma ponad 100 lat, ale w tych murach uprawiana jest medycyna na najwyższym światowym poziomie". No cóż, dam radę... Dla mojej Rodziny. I dla siebie też...

Udaje mi się uzyskać termin wizyty tuż po Nowym Roku. I jestem najszczęśliwsza na świecie! Będzie opieka lekarska dla mnie i Święta w domu. Będzie leczenie nawet bez pobytu w szpitalu! Lepszego scenariusza w mojej sytuacji już chyba nie można sobie wyobrazić. Chce mi się skakać z radości i uśmiecham się do wszystkich wkoło wyrabiając z polecenia hematologów Kartę Leczenia Onkologicznego u lekarza pierwszego kontaktu. Ci, którzy przyszli do niego z katarem, patrzą na mnie podejrzanie i z ponurymi minami. Cóż, powinnam wiedzieć, że choroba to sprawa poważna i smutna. Więc skąd we mnie tyle szczęścia? Nie wiem nawet, co miałabym odpowiedzieć. Widać szczęście ma wiele twarzy...




piątek, 8 grudnia 2017

POTRZEBA SŁOŃCA



„to dla mnie trochę trudny czas. Czuję się znacznie lepiej i jem już znacznie lepiej (za chwilę też pewnie będę wyglądać znacznie lepiej:), a wyniki badań krwi okazały się znacznie gorsze. Pewnie już nie wywinę się od szpitala. [...] za tydzień muszę się wybrać do kliniki hematologicznej” – napisałam dziś w mailu do Ani. I jeszcze: 
„O Świętach już niestety myślę, bo wszędzie [...] świąteczne dekoracje i nie sposób tego nie widzieć. I oczywiście wymyśliłam, że najlepiej przed nimi gdzieś uciec z domu. W związku z tym organizujemy świąteczny wyjazd (wylot do Katalonii) - tygodniowy, tak między moim szpitalem a Nowym Rokiem. Wiem, że nie masz już urlopu i chcesz spędzić Święta ze swoją rodziną, więc piszę o tym zupełnie niezobowiązująco. Może rok 2018 będzie łaskawszy dla naszych wspólnych wyjazdów.

Kiedy zaczynałam początkiem roku szkolnego pisać o swoim życiu, to wyobrażałam sobie, że będzie to miało zupełnie inną formułę. Opowieści o sobie – ważne zdarzenia, przemyślenia, wspomnienia, chciałam przeplatać relacjami z odwiedzanych miejsc – bliższych i dalszych, przez które prowadzi moja życiowa droga. A tymczasem zdarzył mi się właśnie dłuższy postój. I nie będę tu relacjonować pobytu w Wiśle, gdzie pojechałam jako opiekunka wycieczki szkolnej, bo to tam zaczęła się dla mnie  obecna chorobowa gehenna. Z jej powodu ominęły mnie wyjazdy z naszą wspólnotą religijną do Czernej i Zakrzowa, a także planowany jesienny weekend z rodziną w Bieszczadach. Zarezerwowałam go z myślą o Ani, której marzyły się klimaty z połoninami w tle. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze wspólnie je przemierzymy😊
„Na razie u nas taka bardziej "depresyjna" pogoda” – kończę maila do Ani. „Jak zaświeci słonko, to pewnie też wszystko będzie wyglądało bardziej optymistycznie”. 
To również dlatego chciałabym spędzić okres świąteczno – noworoczny w Katalonii. I również dlatego chciałabym spędzić kilka dni w Maroku. Mój mąż w tym roku wyspecjalizował się w poszukiwaniu tanich lotów okołoweekendowych i to on jest pomysłodawcą tych wycieczek. Tak naprawdę obecnie chodzi w nich przede wszystkim o słoneczną terapię antydepresyjną dla mnie.

W sms-ie do Beaty odsłaniam znacznie bardziej to, co się ze mną teraz dzieje: „całkiem mi psychika siada – wiesz, jak reaguję na słowo szpital – a tu jeszcze klinika [...] i do tego przed Świętami”.
Potrzebuję słońca zaraz, natychmiast! To teraz dla mnie jedyne lekarstwo na niemyślenie o chorobach, szpitalach i czekającej mnie biopsji szpiku kostnego. Bilety do Marakeszu już kupione. Jutro pakuję walizkę.


Wygląda więc na to, że w sprawie relacji z podróży jeszcze nie wszystko stracone. Po wielu tygodniach gorączki wreszcie Pan onkolog zadecydował, że „chory może chodzić”. No więc żadna choroba mnie już dłużej w łóżku nie zatrzyma. Zgodził się też na odroczenie zgłoszenia się do szpitala o kilka dni. Mam poczucie, jakby mi je podarował.  Na moją wyprawę po słońce.

Do zobaczenia w Marakeszu!



Ps. Moja relacja z podróży do Marakeszu znajduje się we wpisie: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2018/03/marrakesz-przed-wyjazdem-do-marrakeszu.html

Lektura na wieczór:https://spolecznosc.fly4free.pl/blog/738/2300km-czyli-co-robic-w-maroko-przez-15-dni-w-odcinkach/ (tak tylko dla inspiracji:) 



wtorek, 5 grudnia 2017

TRUDNE MIESIĄCE


Listopad stał się dla mnie trudnym miesiącem. Rozpoczynający go dzień Wszystkich Świętych boli omal fizycznie. Jest trochę tak, jakby wtedy miało miejsce publiczne rozgrzebywanie moich wciąż świeżych ran. Na dodatek to święto rozciągnęło  mi się w czasie, zaczynam je już dużo wcześniej – końcem października – najpierw są obawy, następnie wybieranie chryzantem i zniczy, a potem jeszcze długo w listopadzie ciągle oddycham na cmentarzu atmosferą Dnia Zadusznego i próbuję się odnaleźć w rzeczywistości - między śmiercią a życiem. 
W tym roku ten stan zaczął się  u mnie wygaszać dopiero w okolicy moich urodzin w ostatniej dekadzie miesiąca. Nie wiem, czy przyczyniła się do tego obecna długotrwała i, co by nie mówić, przygnębiająca choroba, którą przeżywam, czy też to będzie już u mnie norma obejmująca swym zasięgiem każdy listopad. Ale co do tego, że Zmarłym należy się od nas taka oznaka pamięci i szacunku w postaci specjalnego święta, nie mam żadnych wątpliwości. Trudno, niech boli, skoro musi.

Podczas rozciągniętego w czasie okresu Wszystkich Świętych powracam też myślami do tych śmierci, które nie zaskutkowały nawet grobem, nad którym można je opłakiwać. Myślę o swojej Agnieszce. To Maleństwo, które poroniłam w czwartym miesiącu ciąży. Nie było wówczas możliwości określenia płci dziecka z powodu jego rozmiarów – umarło w moim łonie na długo przed poronieniem. Ale ja wyobrażam sobie, że była to moja wymarzona Córeczka. I nadałam jej imię wybrane dla mojej wymarzonej Córeczki. Agnieszko – Aniołku jesteś moją wymarzoną Córeczką bez względu na wszystko, co się stało💙

Podobno jedna ciąża na cztery kończy się poronieniem. Na dopiero co rozpoczętych studiach mam do czynienia także z wiedzą z zakresu biologii i anatomii (co akurat jest bardzo dogłębnie wymagane). To pomaga mi uświadomić sobie, że ta ciążowa norma dokładnie odnosi się do mojej Mamy. Poroniła ona pierwsze dziecko, po czym urodziłam się ja i dwójka mojego rodzeństwa. Wyobraźnia znowu zaczyna działać, zapełniając obrazem pustkę związaną ze śmiercią. Nienarodzonemu Pierwszemu Dziecku mojej mamy i w tym przypadku nadaje kształty Dziewczynki. Po tak wielu latach dochodzi do mnie, że oprócz brata i młodszej siostry, miałam także starszą. Choć w tym przypadku sprawa nie jest tak całkiem prosta. Moje poczęcie nastąpiło wkrótce po tym poronieniu. Gdyby go nie było, nigdy nie pojawiłabym się na świecie.
Uświadamiam sobie, że moja starsza Siostra ustąpiła mi miejsca w łonie Mamy, przechodząc do wieczności. Umarła, żebym ja mogła żyć. Dziwnie się z tym czuję, ale, o dziwo, moja pierwsza myśl jest taka, że musiała mnie bardzo kochać. To dla mnie niezwykle poruszające. Przez lata chciałam mieć starszą siostrę, marzyłam o tym przez całe dzieciństwo, dopóki nie nauczyłam się odstępować od tego, co nierealne. Nawet wtedy, gdy Mama wspomniała mi o swoim poronieniu, nie dotarło do mnie, że dziecięce marzenia już dawno się spełniły. Miałam starszą Siostrę od zawsze. Jak mogłam czekać z takim odkryciem przez tyle lat? Ja też Cię kocham moja Starsza Siostrzyczko💙

Moja ciążowa norma odstaje od tej podanej na nowych studiach. Mogę mieć z tego powodu poczucie skrzywdzenia przez los. Ale zdaję sobie sprawę, że są wokół mnie kobiety, dla których był on jeszcze bardziej okrutny, uplasowując je w czołówce statystyki poronionych ciąż. Ja i tak miałam szczęście, rodząc dwójkę wspaniałych Dzieci. I nie przestanę być dozgonnie wdzięczna za to Bogu.

Więc mimo wszystko kończę rozważania na temat listopada optymistycznym akcentem. 

A tymczasem zaczął się już grudzień. Wczoraj wyszłam wreszcie z domu na świat normalnych ludzi, bo Kacper prosił bym mu pomogła (raczej jako skarbonka) kupić prezent świąteczny dla jego dziewczyny. Zobaczyłam Bożonarodzeniowe dekoracje. Pomyślałam o Wigilii i o pustym nakryciu przy stole. O jutrzejszych Mikołajkach, które jakoś nie wzbudzają we mnie wewnętrznego oczekiwania. Cóż mogę więc napisać na temat grudnia? Niewątpliwie już zaczynają się wzbudzać we mnie obawy. 
Grudzień stał się dla mnie trudnym miesiącem.....