W młodości przez lata moją ulubioną książką był "Czarnoksiężnik z Archipelagu". To dlatego, że już wtedy wiedziałam, że nikt nie ucieknie przed tym, z czym boi się zmierzyć. To go dopadnie gdziekolwiek będzie.
Mimo to wciąż uciekam.
Od śmierci Bartka w okresie świątecznym zabieram moją rodzinę z domu i wyruszamy w świat - byle dalej od wspomnień. Wyjątkiem stało się ubiegłoroczne Boże Narodzenie, przed którym Kacper połamał kości. Siła wyższa zmusiła nas wtedy do odwołania rezerwacji w Pradze.
Z telewizji dowiadujemy się, że można co prawda obejrzeć ich pokaz w Barcelonie, ale chętnych jest chyba tak wielu, że skutkuje to zakorkowaniem dróg prowadzących do miasta. Ani mi w głowie tłuc się komunikacją publiczną na tę imprezę (taka jest telewizyjna sugestia). Jeśli sztuczne ognie byłyby dla mnie Sylwestrowym priorytetem, to tej nocy pozostałabym w naszym mieście, gdzie prawie rok w rok aranżowane są całkiem niezłe spektakle na niebie.
Ale tutaj zamiast tłumnego świętowania mam bezpretensjonalną kameralność. To pasuje.do mojego nastroju. Gdy żegnam Stary Rok, nieuchronnie dopadają mnie wspomnienia.
Piszę do Ani:
"Cały czas myślę podczas tego wyjazdu o Was - powinniście być tu z nami i cieszyć się tym hiszpańskim Sylwestrem. Bardzo mi Was tutaj brakuje. Minął następny rok i wciąż nie mogę zaakceptować tego, że nie przywitamy wspólnie kolejnych. Mogę mieć tylko nadzieję, że będą szczęśliwsze, szczególnie dla Ciebie Kochana."
Ania wie doskonale, co mi chodzi po głowie. Odpisuje, że też myśli o wspólnie spędzonym Sylwestrze we Włoszech. Mój Boże, od tamtego czasu minęły już dwa smutne lata.
Żeby mi poprawić nastrój mąż proponuje, że zabierze mnie rankiem na wycieczkę.
Nie mógł wybrać lepszego celu noworocznego wypadu. Monastyr na Górze Montserrat jest wyjątkowo bliskim mojemu sercu miejscem, w którym tego roku spędziliśmy już kilka przedwielkanocnych dni. Ogarnia mnie szczęście, że znów mam taki skarb dla siebie na parę niezapomnianych godzin.
Do Lloret de Mar wracamy już po zmroku. Trochę błądzimy w drodze powrotnej, docierając aż do Manresy. Nie żałujemy, bo udaje nam się zobaczyć wyjątkową w swym zamknięciu na głucho i jakby izolacji od czasu i świata zewnętrznego katedrę oraz poczuć z lekka klimat miasteczka - opustoszałego i na pierwszy rzut oka wyglądającego jak wymarłe w to świąteczne styczniowe popołudnie. Sprawiło to na mnie niesamowite, trochę nierzeczywiste wrażenie. Myślę, że Manresa warta jest dalszego, bardziej wnikliwego spenetrowania.
Lecz nie tym razem. Tego dnia trochę poganiam, bo obawiam się szukania po zmroku przejazdu przez sieć dróg szybkiego ruchu w Barcelonie. Na szczęście podczas tej wycieczki już więcej nie zbłądziliśmy.
Niech będzie w porównaniu do poprzednich "lżejszy", jak określiła to Ania.
Panie, dość już wycierpieliśmy ostatnio, daj nam proszę wszystkim ukojenie. Nie pozwól, aby nasze życie było wieczną ucieczką przed tym, co nosimy w swoich sercach.
Do Siego Roku!
P.s. Relację z wielkanocnej i bożonarodzeniowej Katalonii napiszę w wolnej chwili.
Panie, dość już wycierpieliśmy ostatnio, daj nam proszę wszystkim ukojenie. Nie pozwól, aby nasze życie było wieczną ucieczką przed tym, co nosimy w swoich sercach.
Do Siego Roku!
P.s. Relację z wielkanocnej i bożonarodzeniowej Katalonii napiszę w wolnej chwili.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz