środa, 20 grudnia 2017

PRZEDŚWIĄTECZNIE




Dlaczego tak źle reaguję na słowo szpital, choć mam mało związanych z nim doświadczeń (a na te ostatnie, dotyczące usuwania kamieni, można  właściwie machnąć ręką)? 
To znów trauma z okresu ciąży i porodu. Tego pierwszego, bo następny odbył się już w „ludzkich” warunkach. Ale 27 lat temu, gdy spodziewałam się przyjścia na świat małego Bartusia, szpitalna rzeczywistość, zwłaszcza na oddziałach ginekologiczno – położniczych okazała się dla mnie przerażająca.
W naszym miasteczku był wówczas szpital, zwany ”starym”, w odróżnieniu od „nowego”, którego budowa rozpoczęła się na długo przed narodzinami mojego pierworodnego syna i ciągnęła całymi dziesięcioleciami. W przedwojennych, zaniedbanych murach panowała atmosfera, jawiąca się młodej dziewczynie niczym z horroru – mroczna i przygnębiająca. Wrażenie to potęgował fakt, że kompleks szpitalny był rozlokowany w kilku budynkach, dojeżdżając z centrum miasta, najpierw trzeba było minąć ten, w którym mieściło się prosektorium.
W takich warunkach przyszło mi spędzić czas podtrzymania ciąży. Do dziś trudno mi zrozumieć, czemu lekarz tak zdecydował, jeśli nie była ona na tyle zagrożona, bym miała wskazanie do leżenia, zresztą nawet to można było zapewnić sobie w domu. Czas spędzony wówczas w „starym” szpitalu odczuwam jako wielki uraz psychiczny dla siebie i dla dziecka. W wielkiej siedemnastołóżkowej sali leżały obok siebie wszystkie pacjentki oddziału ginekologicznego – te, które starały się o zajście w ciążę wraz z tymi, które próbowały ją donosić, nierzadko bez optymistycznego finału. Cały czas obcowałyśmy więc z problemem poronień, a także z kobietami po planowanych i uskutecznionych skrobankach.
Jaką trzeba mieć odporność psychiczną, by znosić to dzień po dniu? Na dodatek nie wiadomo jak długo. W ogóle pod względem informacji medycznej to było prawdziwe zero. Pan ginekolog prowadzący (tak, to ten sam, który wcześniej robił mi USG) nie miał najmniejszego zamiaru uskutecznić ze mną jakiejkolwiek rozmowy i udzielić mi odpowiedzi na którekolwiek z moich pytań. Tryskająca radością i energią dziewczyna powoli zaczęła zamieniać się w istotę płaczliwą i zastraszoną.
W końcu spędziłam w tamtym miejscu cały miesiąc – ósmy - swojej pierwszej ciąży. Po rozpoczęciu dziewiątego wypuszczono mnie na wolność. Bartuś urodził się o czasie, dokładnie i zgodnie co do dnia z wyznaczonym terminem porodu. Niestety w jego trakcie znów przeżyliśmy horror.
Maleństwo, jak się później dowiedziałam, było trochę źle ułożone, jego główka zamiast w ujście skierowała się na spojenie łonowe. Od świtu do zmroku nikt z tym nic nie zrobił. W międzyczasie na moją salę porodową (tak, również pomieszczenie wieloosobowe) trafiła przyjaciółka ze studiów i urodziła swoją Agnieszkę. Do dziś mam poczucie jakiejś trudnej do sprecyzowania więzi między naszymi rodzonymi razem dziećmi. Gdy ja miałam bóle parte, położna kazała mi powstrzymać się od wszelkiej aktywności, by nie zrobić sobie krzywdy. Przetrzymałam więc (!) ten etap porodu i nadal leżałam na sali porodowej bez żadnej pomocy.
Dopiero po zmianie obsady na oddziale i objęciu dyżuru przez wieczorną zmianę, położne wcisnęły (całkiem dosłownie!) moje nienarodzone jeszcze dziecko w odpowiednie miejsce. Było strasznie, ale na szczęście nie trwało to długo. I nagle okazało się, że już właściwie mogłabym urodzić. Cóż z tego, gdy etap parcia miałam daleko za sobą. Po całym dniu bolesnych skurczów byłam już ledwie żywa ze zmęczenia. A miałam znów dostać lekarstwo, które je pobudzą. Ale właśnie wówczas lekarz zadecydował: VACUUM! Bo on! ma już dość tego przedłużającego się porodu! Oczywiście nikt mnie o zgodę nie zapytał. W owych czasach lekarz w szpitalu był właściwie Panem Życia i Śmierci, nikomu nie przyszło chyba nawet do głowy, by mu się przeciwstawić w jakiejkolwiek formie. Od pacjentek rodzących wcześniej, słyszało się o różnych akcjach w stosunku do ciężarnych na sali porodowej – z wulgarnym zwymyślaniem włącznie.
I w takim szpitalu właśnie przeszłam przez vacuum. Bez znieczulenia i żadnej informacji o tym, jak będzie wyglądał taki zabieg, wtłoczono przyssawkę w moje ciało - pomyślałam wtedy, że to jak brutalny zbiorowy gwałt. Bezceremonialnie wyciągnięto dziecko z mojego wnętrza, rozrywając mnie przy tym prawie na strzępy. Nawet głębokie nacięcie nic mi nie pomogło.   Usłyszałam mrożący w żyłach krzyk – był mój.
Nie miałam siły spojrzeć na moje Maleństwo, ale czekałam, by usłyszeć jego pierwszy płacz. Wykrwawiałam się, lecz byłam spokojna, bo wiedziałam, że Mój Skarb jest bezpieczny, zajmują się nim te położne, które wcześniej próbowały mi pomóc. W końcu mogłam rzucić okiem na trzymany przez nie biały zawój i uwierzyć im na słowo, że w jego środku jest moje Dziecko. Któraś z nich wreszcie wpadła na pomysł, żeby mi powiedzieć, jaka jest Jego płeć: SYN! Oto narodził się mój Bartuś!
W międzyczasie zostałam znieczulona do szycia. Zabieg ten trwał 45 minut i został zrobiony w taki sposób, że latami miałam dyskomfort związany z siedzeniem. Mało tego, tuż przy szwie wkrótce rozwinęła się endometrioza.
Bartusia dostałam dopiero następnego dnia – był wart każdego cierpienia. Nic nigdy mnie tak nie wzruszyło, jak pierwsze spojrzenie jego wielkich, ciemnych oczu, gdy podała mi go położna. Rozpłakałam się z... miłości. Najchętniej nie oddałabym go już nigdy nikomu. Ale system szpitalny był w tamtych latach sztywny, dzieci przywożono matkom co kilka godzin tylko do karmienia. Mój Maluszek był zawsze wcześniej nakarmiony. Ja po swoim urazowym porodzie długo nie miałam mleka.
I tak spędziliśmy z Bartusiem w starym szpitalu jeszcze dwa straszne tygodnie. Wszyscy wychodzili do swoich domów - z Agnieszką włącznie, a my musieliśmy pozostać zamknięci w tych budzących strach murach i to ze względu na mój stan zdrowia! Czułam się bardzo osłabiona – jakby nie było, straciłam mnóstwo krwi przy porodzie, szwy nie chciały się goić i w końcu się rozlazły, a jakiś kolejny lekarz zdecydował, że trzeba zrobić nowe. Oczywiście bez znieczulenia („co to tylko trzy szwy” – uzasadnił to pielęgniarce, bo nawet nie mnie). Na dodatek Bartusia prawie nie widywałam, pory karmienia trwały tak krótko... W moje szwy wdała się infekcja. Depresja mnie dobijała.
Z powodu postępującego zakażenia rany poporodowej zostałam po dwóch tygodniach przeniesiona na oddział septyczny. Tam można było mieć dziecko przy sobie, więc oddano mi Bartusia na stałe. Wreszcie mogłam go rozwinąć z zawiniątka, nakarmić, wtedy gdy był głodny, przytulać bez limitu czasowego. Uzdrowienie przyszło natychmiast. Następnego dnia zostaliśmy wypisani do domu! Ale mimo tak przeogromnego szczęścia rodzicielskiego jeszcze długie miesiące musiałam się zmagać z depresją i stresem pourazowym. Pół roku po porodzie potrafiłam na przykład zrywać się z łóżka w mgnieniu oka, gdy tylko sen przybliżył się do moich szpitalnych wspomnień.. Byłam przy tym zawsze zlana zimnym potem.
Ze starym szpitalem spotkałam się raz jeszcze osiem miesięcy później – przy okazji poronienia. Pamiętam, jak się wykrwawiałam na łóżku w dyżurce, a pielęgniarka, mimo najszczerszych wysiłków, nie mogła sprowadzić nikogo, kto by mi pomógł, bo akurat o świcie była zmiana dyżurów. Jedni lekarze już szykowali się do wyjścia, innym jeszcze nie udało się rozpocząć pracy. W końcu przeszłam zabieg czyszczenia - na żywo oczywiście, ponieważ w nocy wypiłam kilka łyków herbaty, co podobno uniemożliwiało moje znieczulenie. Gdy w końcu zdecydowano, że mogę wrócić do domu, nie czekałam na żaden odwóz ani na wypis. W akcie desperacji natychmiast założyłam swoje zakrwawione wcześniej ubranie! i biegiem! ruszyłam do siebie. Do tej pory, gdy mam do czynienia ze szpitalem to w mojej głowie włącza się wielki czerwony napis :UCIEKAJ!
A teraz jestem zmuszona działać wbrew niemu. I choć wiem, że minęło wiele lat i wiele się zmieniło, to się boję. Tyle, że jeszcze bardziej przerażające jest pozostawienie obecnej choroby bez leczenia. Nie, nie mogę teraz odejść, to by było nie fair wobec mojej Rodziny, która już tyle ostatnio wycierpiała. Muszę oddać się w ręce hematologów, którzy się mną zajmą i pomogą mi zachować życie w jak najlepszym zdrowiu. Jeśli mój onkolog dał mi skierowanie na oddział hematologiczny, to się na nim położę bez względu na wszystkie ogarniające mnie lęki.
A jednak nie! Wkrótce okazuje się, że życie ma swój własny pomysł w tej sprawie.
Rankiem w pierwszy dzień przedświątecznego tygodnia pakuję swoją piżamkę i szlafroczek i obdzwaniam wszystkie trzy Kliniki Hematologii, wskazane mi przez onkologa. I mina mi rzednie coraz bardziej, gdy słyszę, jakie są warunki objęcia opieką przez każdą z tych placówek.

Klinika nr 1 – Kraków: nie ma przyjęć na oddział bez wcześniejszego leczenia w Poradni Hematologicznej. Zostaje do niej przekierowana: terminy pierwszej wizyty są na sierpień! Można dzwonić nazajutrz rano do kierującej poradnią pani doktor z prośbą o wcześniejszy termin. Nie wiem, czy to ma sens, skoro na koniec rozmowy słyszę:
- U nas nawet pacjenci na chemię czekają w kolejce.
Klinika nr 2 – Katowice: nie ma miejsc na oddziale. Jeśli któreś się zwolni, to o przyjęciu nowego pacjenta decyduje konsylium lekarzy po przesłaniu dokumentacji medycznej. Można to zrobić mailowo. Decyduję się na to i z mety przesyłam na konsultację wyniki badań. Mam czekać na odpowiedź. Póki co, pytam więc o Poradnię Hematologiczną i dowiaduję się, że jest ona przeznaczona tylko dla podopiecznych oddziału.
Klinika nr 3 – Nowa Huta: tu również przyjęcie zależy od rezultatu konsultacji wyników badań. Nie można ich jednak przesłać mailowo, trzeba się z nimi stawić na oddziale osobiście. Umawiam się więc tam na dzień następny.
No i to już koniec. Możliwości się wyczerpały. Piżamka i szlafroczek będą na razie spały w domu. Okazuje się, że nie wystarczy się tylko przełamać, by zostać szpitalnym pacjentem na hematologii. Nie wystarczy nawet pogodzenie się z tym, że można z niego nie wyjść do domu przed Świętami.
Zaczynam się naprawdę martwić. Próbuję umówić się prywatnie do jakiegoś sensownego hematologa, ale najbliższe wolne terminy są na styczeń. No to kto mnie teraz obejmie opieką? Noc spędzam w przekonaniu, że nikt.
A jednak się mylę. Nazajutrz rano okazuje się, ze będą to Katowice. Wprawdzie miejsce na oddziale się nie zwolniło, ale konsylium lekarzy orzekło, że mogę umówić się na wizytę w ich poradni. Czuję się jakbym wygrała los na loterii. 

Poradnia Hematologiczna, Chemioterapii Onkologicznej i Immunologii w Katowicach jest częścią kompleksu Szpitala Klinicznego Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. Misja placówki brzmi: "Nowoczesna medycyna w zabytkowych murach". Hmm, to budzi u mnie pewne skojarzenia...  Przyglądam się bliżej stronie internetowej kliniki i czytam: "Szpital ma ponad 100 lat, ale w tych murach uprawiana jest medycyna na najwyższym światowym poziomie". No cóż, dam radę... Dla mojej Rodziny. I dla siebie też...

Udaje mi się uzyskać termin wizyty tuż po Nowym Roku. I jestem najszczęśliwsza na świecie! Będzie opieka lekarska dla mnie i Święta w domu. Będzie leczenie nawet bez pobytu w szpitalu! Lepszego scenariusza w mojej sytuacji już chyba nie można sobie wyobrazić. Chce mi się skakać z radości i uśmiecham się do wszystkich wkoło wyrabiając z polecenia hematologów Kartę Leczenia Onkologicznego u lekarza pierwszego kontaktu. Ci, którzy przyszli do niego z katarem, patrzą na mnie podejrzanie i z ponurymi minami. Cóż, powinnam wiedzieć, że choroba to sprawa poważna i smutna. Więc skąd we mnie tyle szczęścia? Nie wiem nawet, co miałabym odpowiedzieć. Widać szczęście ma wiele twarzy...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz