niedziela, 8 października 2017

PIERWSZY ZJAZD


 Podczas pierwszego weekendu na moim nowym Uniwersytecie, mam okazję poprzyglądać się temu, jak bardzo zmienił się sposób studiowania od czasów mojej młodości. I nie chodzi nawet o moduły, punkty czy sylabusy. Na przestrzeni tych wielu lat zaszła ogromna zmiana w podejściu do studenta. Kiedyś studia, które ja pamiętam, były wrzuceniem na głęboką wodę. Specjalistyczna, wymagająca literatura, naukowy, często wręcz hermetyczny język wykładów, egzaminy tylko ustne, kiedy prowadzący miał możliwość dopytać o nadrobniejsze szczegóły nabytej wiedzy, powodowały, że po prostu nie można było się prześliznąć przez pięcioletni tok studiów. Tymi, którzy tego nie ogarniali nikt się nie przejmował. Nie wszyscy musieli mieć wyższe wykształcenie.
Teraz obserwuję zaś, jak bardzo prowadzący zajęcia starają się, by studenci nie mieli takiego dyskomfortu, że oto trafili na wyższą uczelnię zupełnie zieleni w jakiejś dziedzinie. Tłumaczenie każdego z pojęć, nawet gdy są one w powszechnym użyciu, ciągłe monitorowanie poziomu zmęczenia audytorium i troska o stopień zainteresowania zebranych wydają się być tu priorytetami. Żeby studenci nie nudzili się ani przez chwilę, stosuje się cały szeroki wachlarz metod aktywizujących – ekrany w salach, gdzie prowadzi się zajęcia są prawie cały czas w użyciu, a na nich: krótkie scenki i długie filmy oraz obowiązkowo prawie do kazdego tematu osobna prezentacja,. Pojawił się nawet fragment wystąpienia kabaretowego. Wszystko, żebyśmy byli zadowoleni. Cóż, może będę...
Na razie mimo tego, ze prowadzący dwoją się i troją, to ja odlatuję myślami raz po raz. Myślę o moim dziecku, któremu śmierć nie pozwoliła skończyć studiów, choć tak niewiele już brakowało. Patrzę na ludzi w przydzielonej mi grupie i zastanawiam się, jak Bartek czuł się w swojej, jakie osoby go otaczały i czy lubił studenckie życie. A może marzył już o zakończeniu tego etapu? Ostatnio rzadko poruszaliśmy takie tematy, nasz syn był mocno zajęty - i nauką, i rozwijaniem relacji z Anią. Nawet gdyby czas mógł się cofnąć, to pewnie i tak najrzadziej rozmawialibyśmy o studiach.

Weekend na moim obecnym Uniwersytecie zaczynamy od psychologii rozwoju. Na ćwiczeniach z tego przedmiotu prowadząca włącza, a jakże, film. Dotyczy on okresu prenatalnego, który omawiamy. Ból ściska mnie za gardło ze straszną siłą, w każdym obrazie nienarodzonego dziecka widzę swojego Bartusia! Chce mi się płakać, żeby nie powiedzieć, że wyć, nawet na widok zygoty! Razem z dzieckiem na ekranie przechodzę w myślach całą ciążę z moim pierworodnym synem, aż do momentu, gdy mogłam wreszcie przywitać go w swoich objęciach. Nie bez powodu film ma tytuł „Cud miłości”. Zaczynam podejrzewać, że to jednak będą chyba dla mnie bardzo trudne studia...
Już po zakończeniu dwudniowego zjazdu myślę też o swoich kolejnych dwóch ciążach. Pierwsza z nich obumarła, gdy Bartuś miał osiem miesięcy. Druga, Bogu dzięki, zakończyła się szczęśliwie narodzinami naszego najdroższego Kacperka. Bóg zachowuje mnie teraz przy życiu, któremu nadał sens osiemnaście lat temu. To nieustanny powód do wdzięczności.
Kiedy w dzieciństwie i młodości myślałam o swojej przyszłości, to czułam, że najbardziej mi zależy na tym, by życie obdarowało mnie rolą mamy. Trudno mi nawet wyrazić, co czułam, gdy po raz pierwszy miałam nią zostać. Nigdy wcześniej ani później nie było we mnie tyle radości i rozpierającej wprost energii. Trzeba przenieść górę? Ależ proszę bardzo, z największą przyjemnością...

Chciałam być matką idealną, najlepszą na świecie. Przeczytałam całą dostępną literaturę. Nie potrzebowałam zajęć z psychologii okresu prenatalnego, żeby wiedzieć doskonale, jak powinno być. Tylko, że nic oprócz mnie i dziecka w moim łonie nie było takie jak w książkach. W końcu mimo całego optymizmu i radości musiałam poczuć się oszukana.
Na tym etapie życia, gdy byłam trzykrotnie ciężarna, w naszej rodzinie finansowo zbytnio się nie przelewało. Żeby być tak do końca szczerą, to muszę napisać, że w tym okresie byliśmy biedni jak myszy kościelne. Nie stać nas było na prywatną opiekę lekarską. Teraz bez tego chyba nawet nie próbowałabym zostać matką. Publiczną służbę zdrowia w zakresie opieki nad ciężarną i jej dzieckiem wspominam w większości przypadków jako horror.
Gdy na zajęciach oglądam film „Cud miłości”, to nie mogę się pozbyć wspomnienia o swoim USG w okresie ciąży. Przyszliśmy na badanie z mężem podekscytowani i uszczęśliwieni. Oto zaraz po raz pierwszy zobaczymy na własne oczy nasze Maleństwo i Pan Ginekolog powie nam, jak ono się rozwija. Będzie cudownie! O już zbliża się lekarz, który ma zrobić badanie...
Pierwsze słowa pana ginekologa do mojego męża: - A pan tu po co?

Nie zrobiliśmy wspólnie ani jednego USG. To decyzja takiego człowieka, jak ten, który nas wtedy przyjmował, pozbawiła wielu ojców niezwykłego doświadczenia uczestnictwa w „cudzie miłości”, a także możliwości wsparcia kobiet, często uprzedmiotowionych od strony medycznej w całym procesie ciąży. To tylko wola lekarza, który mógł, ale nie musiał i wybrał wykorzystanie swojej władzy nad pacjentem. To niesamowite, jak długo takie sytuacje mogą przeleżeć gdzieś w zakładkach naszej pamięci, uaktywniając bolesne emocje nawet po dziesięcioleciach.

Gdy moje koleżanki ze szkoły mają dylematy moralne związane z wykonywaniem zawodu (tak, Etyka zawodowa to także przedmiot z pierwszego zjazdu), mam dla nich tylko jedną radę: "Pamiętaj, że najpierw jesteś człowiekiem, a dopiero potem nauczycielem." Jeśli się do tego zastosują, to muszą w pierwszym rzędzie zrobić ogląd sytuacji, odrzucając to wszystko, co nabyły wraz ze swoją profesją: kryteria systemu oceniania, wymagania na konkretne oceny, nabywanie wiedzy i umiejętności programowych... To wszystko oczywiście nas obowiązuje, ale jeśli będziemy pamiętać, że nadrzędna dla moralności zawodowej jest moralność ludzka, z której używania nikt nas nie zwolnił bez względu na wykonywany zawód, to nie będziemy błądzić. 
Ta zasada dotyczy też ginekologów.
Dziś lekarz, którego niestety miałam okazję poznać w swojej ciąży, ma dwa gabinety ginekologiczne - w miejscowości, gdzie mieszkam i tam, gdzie pracuję. Przyjmuje w nich pacjentki na badania USG omal z całymi rodzinami! Zmienił się z wiekiem? Nie, ta zmiana ma wymiar finansowy. Pan ginekolog nie pracuje już w szpitalu w publicznej służbie zdrowia. 
Jeśli ktoś potrafi być dla innych dobry tylko za pieniądze, jeśli jest miły i uprzejmy, jedynie wtedy, gdy mu się płaci, to co tu można powiedzieć o takiej moralności zawodowej? A gdzie jej do czysto ludzkiej? I co by na to powiedział Baptiste Beaulieu? Bo ja przestrzegam przed korzystaniem z usług tego rodzaju "specjalistów".


Oczywiście w czasie swoich okresów ciążowych spotkałam też w medycynie publicznej szlachetne wyjątki od reguły, które mnie "podnosiły" w owym czasie, bo sama bym pewnie nie powstała. 
Dziękuję im najserdeczniej jak potrafię!






http://www.drzewapolski.pl/Drzewa/Jarzab/Jarzab.html
(ten okaz jest spod mojej nowej szkoły)


środa, 4 października 2017

NIEŁATWE RELACJE


Choć jestem osobą wierzącą, to moje relacje z Bogiem nie należą teraz do łatwych. Kiedyś wszystko było proste – wzrastałam w wierze najpierw w rodzinie, później nasz wiejski Proboszcz przyciągnął mnie do wspólnoty przykościelnej. W czasie studiów Kościół był ogromnie ważną instytucją dla całego otoczenia, z którym miałam wówczas do czynienia. Kształtował opinie i wyznaczał myślenie w okresie walki z komuną.
Pogubiłam się po ślubie, gdy mój mąż zdeklarował się jako osoba niewierząca. Brakło mi sił na samotne podążanie z zapałem wymagającą chrześcijańską ścieżką. Nie byłam na tyle mocna, by przebijać się ze swymi racjami często w niesprzyjających warunkach. Wiara wprawdzie nie przygasła, ale praktyka przestała ją potwierdzać.
W końcu odchowałam dzieci, osiągnęłam wszystko, czego można było dokonać w swoim zawodzie, zdobyłam jakąś stabilizację materialną. Trochę to u mnie trwało i w międzyczasie stałam się dojrzałą kobietą. Wtedy rozpoczęłam okres dynamicznego osobistego rozwoju. Z wielką otwartością przystąpiłam do samodoskonalenia w każdym wymiarze, jaki tylko miałam okazję rozwijać. I wówczas, dzięki bliskiej znajomej, trafiłam między innymi na kurs pogłębiający i ożywiający wiarę. Poczułam, że to coś dla mnie, wcale nie z racji wiedzy tam przekazywanej. Wróciłam do Wspólnoty i doszło wreszcie do mnie, jak bardzo mi tego brakowało przez te wszystkie lata, gdy byłam od niej daleko.

To właśnie po którymś z początkowych spotkań tego kursu poczułam powołanie do pracy w hospicjum. Późnym wieczorem wracałam do domu jedną z głównych ulic, prowadzących z centrum miasta i po prostu weszłam prawie na hospicyjne schody. Nigdy wcześniej, nie zauważyłam tej placówki na swojej drodze, nawet nie wiedziałam, że znajduje się ona w naszym mieście. Tamtej jesieni doznałam olśnienia. Pomyślałam, że nic nie dzieje się przypadkiem. To dlatego teraz podjęłam tak szybką decyzję, że będę uczestniczyć w szkoleniu dla wolontariuszy hospicjum, które wyszukał mój mąż w sąsiednim mieście.

Nie zawsze możemy tam jechać we dwoje. Na ostatnie spotkanie przybywam mocno spóźniona, bo tego dnia miałam również szkolenie ze strażakiem w szkole. Wpadam zziajana i zmęczona na salę zajęć i od razu zaczynam się irytować. Szkolenie z psychologiem ma bowiem taką formułę, że wszyscy się przedstawiają, a prowadząca to komentuje. „Nic się tu dziś nie dowiem” – myślę coraz bardziej podenerwowana. – „ Nie warto było szaleńczo jechać prawie „na sygnale” przez ostatnie pół godziny i maksymalnie się dociążać bez możliwości złapania oddechu między zajęciami w dwóch odległych od siebie placówkach”.

Z kursu wychodzę jednak z zupełnie innymi odczuciami.
- Tak, to było niezwykle cenne – mówię znad talerza z pizzą do męża, który zadbał o to, bym wreszcie tego dnia zapełniła czymś swój żołądek w pobliskiej karczmie. – Poznałam przecież ludzi, z którymi kiedyś może będę w hospicjum pracować.
Ich historie niebywale mnie poruszyły. To niesamowite, jak bardzo te osoby się otworzyły przed pozostałymi uczestnikami grupy. Każdy z nich to nowa, nietuzinkowa opowieść. Są wśród nas ludzie rozmaitych profesji i w różnym wieku – doświadczeni przez życie chorobami swoimi i najbliższych, często też ich śmiercią., a także licealni idealiści, chcący odnaleźć w życiu wartości, które na początku dorosłej drogi życia uważają za najważniejsze. W każdej z tych osób odnajduję jakąś cząstkę własnej historii, co napełnia mnie mieszanką  zaskoczenia z zadziwieniem. I jest wzruszenie, i czasem leją się łzy, sama mam trudność z ich powstrzymaniem, gdy wspominam tym ludziom o Bartku. Nie mówiłam o nim z nikim przez ostatnie miesiące. To wciąż trudne, więc staram się nie otwierać swoich ran. Tylko sama z sobą ostatnio rozmawiałam o tym, co boli. Tym bardziej jestem zaskoczona, że udało mi się zaufać nieznajomej grupie przyszłych wolontariuszy.

Gdy mój syn umarł, zrobiłam mnóstwo dziwnych rzeczy i nawet nie starałam się siebie przed tym powstrzymać. To było działanie jakby w impulsach, bez zastanawiania się nad jego sensem. Wypływało ono ze mnie falami (rozpaczy), których pewnie i tak nie dałoby się zahamować.
Podczas pożegnania w zakładzie pogrzebowym wyposażyłam mojego ukochanego syna w kilka pamiątek na ostatnią drogę w jego ziemskim ciele. Napisałam też list, który włożyłam w kieszeń wizytowego garnituru, założonego Bartkowi do trumny. Choć adresatem było moje dziecko, to tak naprawdę wyrzucone z siebie ze łzami słowa skierowałam do Boga. Teraz piszę je w myślach kolejny raz. 

Panie,
choć absolutnie się nie zgadzam z tym, co się stało, to jednak chcę Ci podziękować. Za to, że przez te ostatnie 25 lat mogłam być mamą Bartka...

I właśnie z tego względu staram się wybaczyć Bogu to, na co zezwolił.
Czy dwadzieścia pięć lat to dużo? Dla mnie na pewno nie - uważam za potwornie krzywdzący fakt, że mojemu dziecku nie było dane przeżyć nawet własnych rodziców. Ale trzy miesiące po śmierci Bartka kolejna matka z naszej Wspólnoty traci synka. Karolek przeszedł na drugą stronę życia po kilkumiesięcznej chorobie. Jego rodzice mogli z nim być zaledwie trzy latka. W porównaniu do tych ludzi, my z mężem i tak mieliśmy znacznie więcej czasu i szczęścia.

Panie, wiem, że Ty także masz kłopot z naszą relacją. Nie jestem zainteresowana rolą Hioba, choćbyś nie wiem jak bardzo chciał mnie w nią wtłoczyć. Choćbyś nie wiem co obiecywał.

 „Zatem Pan przywrócił to, co było pobrane Ijobowi, gdy się modlił za przyjaciół swoich; i rozmnożył Pan wszystko, cokolwiek miał Ijob, w dwójnasób (...) A tak Pan błogosławił ostatnim czasom Ijobowym, więcej niż początkom jego (...) A umarł Ijob, będąc starym i dni sytym.”
https://pl.wikisource.org/wiki/Biblia_Gda%C5%84ska/Ksi%C4%99ga_Hioba_(ca%C5%82o%C5%9B%C4%87)

Nie Panie, nie jestem Hiobem. Nie pragnę niczego w dwójnasób. To wszystko, czego mi brakuje, to tylko moje dziecko, które za Twoim pozwoleniem zabrała mi śmierć. Jakże mógłbyś mi to kiedykolwiek wynagrodzić? Czym? W jaki sposób?
Zresztą nawet nie jestem tego ciekawa. Nie musisz mi odpowiadać...



Do przyjrzenia się jesienią: http://www.wydawnictwo-zielonka.pl/edu/drzewa/jarzab_maczny.html
(ten okaz jest z okolic mojej szkoły)









niedziela, 1 października 2017

WOLNY WEEKEND

To już mój ostatni wolny weekend. Od następnego rozpoczynam ostro naukę na studiach. Ale jeszcze teraz mogę ze swoim czasem zrobić, co tylko chcę. Zapraszam gości.
Przyjeżdża i moja siostra ze swoją rodziną, i kuzyn męża z żoną. Cieszę się ich obecnością, już dawno się nie widzieliśmy. Próbujemy wszyscy przekazać pozostałym, co się u nas działo w ostatnim czasie. Mój mąż zaczyna opowieść przy stole.

- Jest to historia o tym, że czasem przytrafia nam się w życiu coś, co poczytujemy, jako bardzo złe – wtrącam swój komentarz. - W konsekwencji zaś okazuje się, że ta sytuacja w najlepszy sposób rozwiązuje problemy, z którymi nijak wcześniej nie umieliśmy sobie poradzić. 


HISTORIA O CHŁOPCU, KTÓRY NIE LUBI, GDY SIĘ O NIM OPOWIADA


Był sobie raz chłopiec, który przeżył śmierć najbliższej osoby. Ponieważ czuł się z nią bardzo mocno związany, od tego wydarzenia jego życie zmieniło się całkowicie. Stał się depresyjnie smutny i w tym smutku ogromnie osamotniony.
Rodzice chłopca nie potrafili mu pomóc, bo sami nie umieli uporać się ze swoim bólem po takim przeżyciu w rodzinie. Bezsilnie patrzyli, jak ich syn odsuwa się coraz bardziej od ludzi i zamyka w sobie. Z czasem zupełnie przestały go interesować nauka, szkoła, kontakty z rówieśnikami. Nie chciał znikąd pomocy – odmówił rozmów z psychologiem, terapeutą, księdzem. Już tylko Bóg może pomóc, pomyślała matka, modląc się za swoje ukochane dziecko.
Tymczasem na domiar złego chłopcu przytrafiło się nieszczęście. Przed Bożym Narodzeniem pośliznął się na przydomowej skarpie tak pechowo, że spadł z wysokości około trzech metrów. Okazało się, że nie może chodzić. Dobrze, że udało mu się doczołgać do domu. Rodzice byli wstrząśnięci.
Na pogotowiu miły, młody lekarz chciał włożyć obie nogi chłopca do gipsu. Rodziców ogarnęło przerażenie. W końcu po konsultacjach z ortopedą zagipsowano połamaną nogę, stłuczona zaś trafiła "tylko" w bandaże. Rodzice wypożyczyli wózek inwalidzki, by móc dowozić chłopca do lekarzy. Stwierdzili oni ostatecznie złamanie śródstopia w trzech miejscach, dodatkowo kości te były przemieszczone, a ich główki zmiażdżone.
- Rzecz w tym, że to jest takie nieoperacyjne miejsce – westchnął na zakończenie wizyty miły, młody ortopeda.
Trwałe kalectwo zajrzało rodzinie w oczy.
Ojciec chłopca postanowił modlić się o uzdrowienie syna. Matka załatwiła formalności, związane z nauczaniem indywidualnym w domu.
Trochę to trwało, zanim ono się rozpoczęło. W tym czasie chłopiec, już bez żadnych protestów załamanych rodziców, spędzał czas w swoim pokoju wyłącznie z komputerem. Kategorycznie nie chciał żadnych odwiedzin.

Ale w końcu jednak nauczyciele zaczęli przychodzić do chłopca i rozpoczął się etap ponownego nawiązywania kontaktów z ludźmi. Również modlitwy ojca o uzdrowienie zostały wysłuchane. Kości zrosły się prawidłowo, a ich główki się nadlały i ułożyły na swoim miejscu. Chłopiec powoli zaczął chodzić, najpierw o kulach, potem już jedynie w bandażach.
Pewnego dnia niespodziewanie oznajmił rodzicom, że wyjeżdża na spotkanie do pobliskiego miasta wojewódzkiego. Okazało się, że poznał dziewczynę na jakimś forum facebookowym, a znajomość zaczęła się rozwijać bardzo obiecująco. Na pierwszym spotkaniu zaiskrzyło od razu i wkrótce pojawiła się miłość, która zmieniła wszystko. Świat chłopca zaczął napełniać się kolorami. Razem z dziewczyną tworzą od wielu miesięcy fajną, świetnie dobraną parę. Rodzice poczuli się uszczęśliwieni, widząc tyle pozytywnych zmian. Ich syn powrócił do szkoły po okresie rehabilitacji, stęskniwszy się wreszcie za kontaktem z rówieśnikami. Nauczanie indywidualne pozwoliło nie stracić roku i pozostać w tym samym zespole klasowym. Wiele jeszcze zostało do zrobienia, lecz życie ruszyło naprzód. Na horyzoncie chłopca na powrót pojawiła się przyszłość.

Czasem to, co widzimy jako nieszczęście przeobraża się w cud, zmieniający życie w tak pozytywny sposób, jakiego nie potrafilibyśmy sobie wcześniej nawet wyobrazić.

*


Dodatkowo: Inna historia o tym samym prosto z sieci:

Może to dobrze, a może to źle?


(http://przypowiesci.blogspot.com/2012/04/moze-to-dobrze-moze-to-zle.html)

*

ANEKS:
Po dwukrotnym stawieniu się do lekarza orzecznika i złożeniu stosownej dokumentacji, związanej z wypadkiem i rehabilitacją, Towarzystwo Ubezpieczeń S.A. Gothaer, z którym miała umowę szkoła Kacpra, wypłaciło mu odszkodowanie. Kwota wynosiła mniej więcej tyle. ile wpłaciłam, ubezpieczając dziecko podczas trzyletniej nauki w tym liceum. Nawet gdy dołożyłam do tego "odszkodowanie" od siebie i męża, to i tak przykro mi było, że mogę Kacprowi przekazać tylko tak niską kwotę jako zadośćuczynienie za to, co przeżył. Ale Gothaer stwierdził, że uszczerbek na zdrowiu to 1%, a ubezpieczenie nic innego nie obejmuje. To tak gwoli przestrogi przed firmami ubezpieczycielskimi, które wybierają szkoły. Jeśli rodzicom się wydaje, że tego typu ubezpieczenie wystarczy, to bardzo się mylą. Szkoda, że tę wiedzę zdobywa się dopiero wówczas, gdy już nieszczęśliwy wypadek sie zdarzy...

*

P.s. Ciasto dla gości na niedzielę:
http://www.mojewypieki.com/post/szarlotka-sypana


 "To jedno z tych ciast, które korci by upiec od pierwszej chwili, bo przepis na nie jest naprawdę niewiarygodny! Bez zagniatania, bez miksera, bez ucierania. Niemożliwe? A jednak! A jeszcze bardziej niesamowite jest to, że ciasto wychodzi, ładnie się prezentuje i smakuje... mmm... sami sprawdźcie!
(...)
Składniki:
  • 1 szklanka mąki pszennej
  • 1 szklanka drobnego cukru do wypieków (lub mniej, w zależności od słodkości jabłek)
  • 1 szklanka kaszy manny
  • 1,5 czubatej łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1,5 kg jabłek, najlepiej kwaśnych
  • odrobina cynamonu, jeśli lubicie
  • 170 g masła (zimnego, najlepiej prosto z zamrażarki)
Mąkę, cukier, kaszę i proszek przesiać i wymieszać. Podzielić na 3 równe części. Jabłka obrać, wydrążyć gniazda nasienne, zetrzeć na tarce o dużych oczkach (często mieszam je z sokiem z jednej cytryny, ale nie jest to konieczne).
Tortownicę o średnicy 23 wyłożyć papierem do pieczenia (sam spód). Boki wysmarować masłem.
Na dno formy wysypać jedną część suchych składników, na nie rozłożyć połowę jabłek (każdą warstwę jabłek można oprószyć delikatnie cynamonem, jeśli lubicie). Następnie wysypać drugą część suchych składników, rozłożyć równomiernie resztę jabłek. Na wierzch wysypać ostatnią porcję suchych składników.
Masło zetrzeć na tarce o dużych oczkach i równomiernie rozłożyć na wierzchu ciasta.
Piec w temperaturze 180ºC przez około 60 minut. Masło podczas pieczenia roztapia się i razem z sokiem z jabłek zespala wszystkie warstwy. Warto podczas pieczenia spód zabezpieczyć większą formą (np. położoną poziom niżej w piekarniku), ponieważ często nadmiar soku i tłuszczu wydostaje się z tortownicy (u mnie około 3 łyżek).
Szarlotka bardzo dobrze się kroi nożem z piłką, nawet na ciepło. Ma lekko chrupiący wierzch, który kolejnego dnia mięknie.
Smacznego :-)."

Dobra rada: Ja pozostałą część 200 g kostki masła starłam na spód blachy, tak jak radzono w niektórych komentarzach.