Mam wrażenie, że w tym roku oficjalnie rozpoczęto sezon świąteczny wcześniej niż zazwyczaj. Już tydzień przed moimi urodzinami, podczas zakupów po pracy w katolickiej szkole, usłyszałam w jednym z marketów melodię, która miała na celu wprowadzić nieco zadziwionych klientów w nastrój Bożego Narodzenia. Trzeba przyznać, że pogoda dostosowała się idealnie do utworu. Tego dnia zaczął prószyć nieśmiały pierwszy śnieg. I następnego ranka przed wyjściem z domu trzeba było zmienić lekki sweterek, którego dotąd używałam jako wierzchnie okrycie, na solidny zimowy płaszcz.
Zbliżająca się zima wprawiła w popłoch całą ożywioną przyrodę wkoło naszej siedziby. Ptaki zaczęły sprawiać wrażenie, jakby chciały się najeść na kilka miesięcy wprzód. Między naszymi sosnami zapanował nieopisany rejwach. Pod dom znów zaczęła podchodzić sarna. A z okien salonu można było obserwować wiewiórczą krzątaninę na orzechowych drzewach u sąsiadów - na orzechu po lewej stronie od wejścia krzątała się czarna wiewióreczka, na tym zaś po prawej - ruda.
Z tą ostatnią miałam zresztą okazję zawrzeć bliższą znajomość w zeszłym roku. Dostałam ją bowiem... w prezencie od Maćka. Pewnego dnia przyniósł w pyszczku tę małą rudą kruszynkę tak, jak się nosi małe kociaki i wpuścił ją w sam środek salonu. Zanim obadałam, czy nic jej nie jest, to zdemolowała mi omal całą salonową dekorację, używając jej niczym drabiny do wspinania się po ścianach. A potem, od razu domyślając się o co chodzi, przestraszone maleństwo śmignęło na wolność, gdy tylko otworzyłąm drzwi na werandę.
Trochę adrenaliny mi ta przygoda dostarczyła i to przerobienie moich wnętrz na ściankę wspinaczkową, ale i tak uznałam, że to jakieś wyróżnienie od losu. No bo ile osób miało okazję gościć w swoim salonie wiewiórkę? Wciąż mam w sobie tyle wdzięczności za to miejsce, w którym stoi nasz dom. I za tę możliwość oglądania, ze wszystkich stron świata, życia, które przemija zgodnie z kalendarzem natury.
W ostatnim okresie - już od tygodnia, patrzę jak wszystko się zakopuje w śniegu omal po uszy. No i choć to wygląda bajecznie, to jednak w mięśniach mam kilogramy śniegu przerzuconego podczas odśnieżania. Tylko w weekend jest z tym chwila wytchnienia, ale za to trudno wyjść nawet za próg i nie wpaść w zaspy omal po kolana.
Wow jesteście uwięzieni - uznaje Ania, kiedy przesyłam jej dokumentację fotograficzną takich pogodowych okoliczności. A mnie tak cieszy weekend w tym naszym domowym areszcie.
I tak kończy się powoli adwent. Czas, kiedy w mojej nowej szkole poranne modlitwy rozpoczynają się zapalaniem latarenki przy słowach Świętego Mateusza (podaję za NBG):
[“Noc posunęła się naprzód, zaś dzień się zbliżył; zatem] odrzućmy uczynki ciemności, a odziejmy się zbroją światła”. (List do Rzymian 13:11-14)
Lubię te wszystkie rytuały, ktore mają na celu przypominać nam na okrągło, że należy przeżyć życie, będąc dobrym człowiekiem. Tak łatwo się o tym zapomina podczas przedzierania się przez trudy każdego dnia.
A komu nie wystarczy do refleksji tekst Świętego Mateusza, to niech jeszcze doda do niego słowa Jana Pawła II: „Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się na próbę”, które też wybrzmiały na porannej modlitwie w zeszłym tygodniu (cytaty są losowane ze świątecznej skarpety:). Za takie właśnie chwile lubię moją nową szkołę. I za ludzi, których tam spotykam. Coraz mi do nich bliżej.
Toteż cieszę się ogromnie, że ostatnio pani dyrektor nowej szkoły zaprosiła mnie do współpracy na dalsze lata (na razie mam umowę do końca wakacji). Nie wiem jeszcze, jaką decyzję podejmę, największy wpływ na to będą na pewno miały związane z tym finanse. Lecz perspektywa przejścia na emeryturę w starej szkole i pracowania w większym wymiarze godzin w nowej jest naprawdę kusząca.
Ale na razie staram się nie wybiegać myślami tak daleko w przyszłość. Po weekendzie zaczyna się świąteczny tydzień i na tym się skupiam. Mam nadzieję zrobić jeszcze pierniczki (i znów to będą te “last minute”), jakoś uporządkować dom (o generalnych porządkach nawet nie myślę, zwłaszcza, że jestem cała obolała po wczorajszym upadku ze schodów w starej szkole) i nadać mu świąteczny wygląd. Przyjadą Zuzia z Kacprem, wręczymy im prezenty, których większość już zapakowałam, coś dla nich ugotujemy smacznego. Na Wigilię mamy zaproszenie do brata. Będzie fajnie...
Dawno już nie czekałam na Święta tak niecierpliwie jak w tym roku. Potrzebuję przerwy w tym moim zalatanym życiu . Oderwania się od codzienności i od walki ze śnieżnym żywiołem. Odpłynięcia w nastroje radosnych wzruszeń i świętych tajemnic. Toteż zaczęłam już polerować swoją zbroję światła, by nadać jej blask godny zasiadania w nim przy wigilijnym stole...






























































